środa, 30 września 2015

Podsumowanie września

29

Cześć, kochani! Czy Wam też wrzesień minął tak szybko? Wydaje mi się, jakbym dopiero tydzień temu skończyła wakacje i narzekała na powrót do szkoły, a tu pierwszy miesiąc już z głowy. Mam nadzieję, że dajecie radę pogodzić obowiązki z przyjemnościami i rok szkolny rozpoczął się dla Was dobrze.
W tym miesiącu przeczytałam 6 książek i dodałam 10 postów.

RECENZJE: 6
Maybe Someday, Colleen Hoover
Zabójczyni, Sarah J. Maas
Prawie jak gwiazda rocka, Matthew Quick
Endgame. Wezwanie, James Frey
Między teraz a wiecznością, Marie Lucas
Lato koloru wiśni, Carina Bartsch
INNE POSTY: 4
Objawy książkoholizmu
Oscarowy Tag książkowy
TOP 5: niedokończone serie
My Little Pony Book Tag

Miałam duży problem z wyborem najlepszej książki miesiąca, bo przeczytałam kilka naprawdę dobrych książek, ale mój wybór ostatecznie padł na Prawie jak gwiazda rocka Matthew Quicka, ponieważ wzbudziła na mnie największe emocje i w chwili, w której ją skończyłam, chciałam od razu przeczytać ją jeszcze raz. Z całego serca polecam Wam wszystkim sięgnięcie po twórczość tego autora! Przy wyborze najgorszej książki miesiąca już się nie wahałam, to oczywiście Między teraz a wiecznością Marie Lucas. Ciągle mam ciarki, gdy myślę, przez co musiałam przejść z tą powieścią, z tak beznadziejnymi bohaterami nie spotkałam się od dawna, nie wspominając nawet o braku logiki czy spójności fabuły.
W tym miesiącu bardzo dużą popularnością cieszył się post z nowego cyklu Geek na tropie, więc w październiku również możecie liczyć na to, że coś się pojawi. Uchylę Wam rąbka tajemnicy - będzie to związane z naszymi (nie)kochanymi głównymi bohaterkami! TOP 5 także Wam się podobało, więc możecie się spodziewać kolejnego odliczania, tym razem związanego z bajkami Disney'a (ktoś jeszcze jest tak bardzo podekscytowany?).

Dajcie znać, jaki był Wasz wrzesień! Do usłyszenia niedługo. 
Czytaj dalej »

sobota, 26 września 2015

Lato koloru wiśni, czyli zaledwie wstęp do prawdziwej historii

32

Wieczorem zastanawiałam się, co przeczytać i w zasadzie nie miałam ochoty na nic, co znajdowało się bezpośrednio na mojej półeczce z czekającymi na przeczytanie książkami, więc przejrzałam mojego ukochanego iPada w poszukiwaniu odpowiedniego ebooka i mój wzrok padł na Lato koloru wiśni Cariny Bartsch., które uznałam za idealny wybór, bo zapowiadało się na lekką, prostą i przyjemną lekturę. 

Emely, studentka literaturoznawstwa, szczerze cieszy się z przeprowadzki najlepszej przyjaciółki do Berlina. Wszystko byłoby idealne, gdyby nie fakt, że Alex wprowadza się do mieszkania swojego starszego brata, którego Emely nienawidzi z powodu łączących ich, niemiłych wspomnień. Elyas zupełnie nic z tego sobie nie robi, najpierw próbując robić jej na złość, potem całkowicie zmieniając swoje nastawienie i próbując ją poderwać. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że ma konkurenta - tajemniczego wielbiciela Emely, który wysyła jej urocze e-maile. 

Na początku trudno było mi się wbić w historię - styl autorki wydawał mi się być niezwykle ciężki i zmuszałam się do czytania kolejnych stron, mając nadzieję, że później będzie lepiej. Na szczęście nie pomyliłam się i akcja zaczęła powoli się rozkręcać, wciągając mnie w świat słownych potyczek między Elyasem i Emely, a tu nagle BUM i koniec. Byłam tak zszokowana urwaniem historii w połowie, że sprawdziłam nawet w internecie, ile książka powinna mieć stron, bo byłam przekonana, że trafił mi się wybrakowany ebook. Okazuje się, że Lato koloru wiśni to tak naprawdę rozbudowany wstęp do rozwijającej się relacji między Emely a Elyasem i muszę przyznać, że jestem z tego powodu naprawdę rozczarowana, bo cała książka nie wnosi tak wiele, jakbym chciała; dokładnie tak jak wszystkie wstępy. To jednak sprawia, że oczekiwania wobec drugiego tomu są dużo większe, bo chociaż książka jest przewidywalna to jednak sprawia, że chcesz podążać jej torem i dowiedzieć się, jak to wszystko ułoży, nawet jeśli odkrycie tożsamości tajemniczego wielbiciela Emely nie stanowi dla czytelnika żadnego wyzwania.

Emely nie jest typową bohaterką i w zasadzie trudno mi ocenić, czy to dobrze, czy jednak źle. Jest bardzo sarkastyczna, błyskotliwa i ma cięty język, w większości przypadków mówi prosto z mostu, ale to akurat w niej lubię. Nie pozwala sobie w kaszę dmuchać i twardo trzyma się swoich postanowień, ale ten upór nie pozwala jej się przyznać do błędu i pod koniec książki jedynie wprawiał mnie w coraz większą irytację, bo Emely zaczęła się zachowywać jak dziecko, nie chcąc odpuścić. Oprócz tego, choć autorka nie zrobiła z niej biednej damy w opałach, to jednak ilość jej obrażeń jest przytłaczająca. Emely cały czas albo się potykała, albo mdlała, albo wpadała pod pędzący rower, czyli jednym słowem chodząca katastrofa. Czytanie o kolejnych wypadkach głównej bohaterki zaczynało się robić naprawdę nużące i jedynym plusem był fakt, że przez cały czas nie wołała po pomoc, a sama radziła sobie z większością problemów. Dlatego właśnie Emely jest pełna sprzeczności i za jej zawziętość oraz cięte riposty można ją polubić, ale jednocześnie towarzyszy temu ciągła irytacja z powodu jej wypadków i czasami naprawdę dziecinnego zachowania. Jak na swoje dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery lata bohaterowie są bardzo niedojrzali i dotyczy to nie tylko Emely, ale także jej najlepszej przyjaciółki, Alex, oraz jej brata Elyasa, którego Emely nienawidzi z powodu burzliwej przeszłości, a który stara się do niej zbliżyć. Alex to typowa przyjaciółka, która myśli tylko i wyłącznie o sobie, a Emely nie ma nic do powiedzenia, gdy ta wbije sobie coś do głowy. Liczą się tylko ciągłe dramaty Alex i czytanie o nich było prawdziwą torturą. Elyas wypada zdecydowanie lepiej, bo to chłopak o wielu twarzach i ma prawdziwy potencjał, aby rozwinąć się w kolejnym tomie.

Do plusów Lata koloru wiśni można zaliczyć właśnie kłótnie między Emely a Elyasem, które niejednokrotnie wywoływały uśmiech na mojej twarzy, bo niektóre teksty naprawdę mogły zwalić z nóg. Carina Bartsch nie ustrzegła się przed przesadą, która jednak nie przeszkadza. Historia może nie jest oryginalna, ale ma coś w sobie, bo trudno było się od niej oderwać i czytało mi się ją bardzo przyjemnie, mimo początkowych zgrzytów. To taka książka, która potrafi jednocześnie poprawić ci humor, wciągnąć i nie wypuścić przez kilka godzin, a przy tym sprawić, że niejednokrotnie pokręcisz głową nad przewidywalnością fabuły. Może nie jest zbyt ambitna, nie oczekujcie po niej zbyt wiele, ale jest dobra i gwarantuję, że pozwoli oderwać się na chwilę od rzeczywistości. 

Nie będę Was oszukiwać - Lato koloru wiśni jest typową książką New Adult. Powtarza utarte schematy i pewnie można by ją nazwać nieco banalną, ale jest przyjemna, czyta się ją szybko i zdecydowanie można się przy niej pośmiać, a dla Elyasa warto trochę się poirytować. Przy wszystkich swoich wadach Lato koloru wiśni pozostaje jednak uzależniające, potrafi uderzyć do głowy, dlatego z chęcią sięgnę po kontynuację, czyli Zimę koloru turkusu, bo wiem, że druga część na pewno mnie wciągnie równie mocno, co pierwsza. 

7/10
Czytaj dalej »

czwartek, 24 września 2015

My Little Pony Book Tag

22

Do tego przeuroczego tagu stworzonego przez Isabel zostałam nominowana przez Liss Carie i od razu poczułam się w obowiązku do zamieszczenia go na blogu, bo moja siedmioletnia kuzynka od dawna ma fazę na kucyki i nauczyła mnie wszystkich imion, więc nie można powiedzieć, że jestem całkowitym laikiem. W każdym bądź razie prezentuję Wam My Little Pony Book Tag.

Apple Jack - książka, w której bardzo ważne są więzi rodzinne
Dla mnie taką książką są Ocaleni. Życie, które znaliśmy Susan Beth Pfeffer. Po tym, jak asteroida uderzyła w Księżyc, Ziemię nawiedzają potężne tsunami, trzęsienia ziemi i nadchodzi prawdziwa, arktyczna zima. Szesnastoletnia Miranda wraz z dwoma braćmi i matką barykadują się w domu i próbują z trudem przetrwać. Możemy obserwować niezwykłe poświęcenie, gdy matka oddaje ostatnie racje żywnościowe swoim dzieciom, gdy sama Miranda rezygnuje z jedzenia, aby jej młodszy braciszek mógł przeżyć. Może się wydawać, że to książka o przetrwaniu, ale tak naprawdę pozwala ona dostrzec niezwykle silne więzi rodzinne, które zacieśniają się w obliczu katastrofy.

Pinkie Pie - najzabawniejsza książka, jaką spotkałaś w całej swojej czytelniczej karierze
Nie jest to jedna książka, a cały cykl i wybranie jednej, najzabawniejszej byłoby zbyt trudnym wyzwaniem. Mowa oczywiście o książkach Janet Evanovich z serii o Stephanie Plum, łowczyni nagród, której wszystkie samochody prędzej czy później wylatują w powietrze, jej babcia strzela lepiej od niej, bo sama Śliweczka boi się broni, a lokalna policja robi sobie zakłady o to, kiedy kopnie w kalendarz. Przy tej książce można się po prostu odprężyć i dobrze bawić, bo jest pełna absurdów i śmiesznych momentów, więc trudno nie zwijać się przy niej ze śmiechu. To książka, która za każdym razem makes my day, dlatego z całego serca polecam tę serię, zwłaszcza gdy potrzebujesz chwili relaksu i rozbawienia 

Rarity - książka z silną, niezależną bohaterką, która ma wielu adoratorów
Pewnie znalazłoby się wiele takich książek, ale pierwsza postać, która przyszła mi na myśl, to oczywiście Celaena ze Szklanego tronu Sary J. Maas (sam fakt, że profesjonalna zabójczyni z taką reputacją w całym państwie, że wszyscy trzęsą przed nią portkami, pojawia się w tagu z kucykami Pony już sam w sobie jest zabawny, ale przemilczmy tę kwestię). To naprawdę silna i niezależna bohaterka, a wręcz nie może opędzić się od licznych adoratorów - pierwszy był Sam, który kochał ją przez wiele lat, możemy tu wliczyć również jej mistrza Arobynna, który kochał ją na swój mroczny sposób. Oprócz tego mamy jeszcze młodego następcę tronu, Doriana, oraz kapitana jego straży, Chaola. Do tego istnieje całe mnóstwo mężczyzn, którzy byli zauroczeni urodą Celaeny, ale o nich szkoda wspominać. W każdym bądź razie zabójczyni może się pochwalić całkiem licznym orszakiem adoratorów.

Fluttershy - wspaniała książka, o której istnieniu wiedzą nieliczni
Wydaje mi się, że tutaj mogę zaliczyć całą Trylogię Griszy Leigh Bardugo. Ma ona niepowtarzalny klimat i jest osadzona w wyjątkowym świecie, antagonista jest naprawdę świetny, a mimo to mam wrażenie, że niewiele o niej słychać i przechodzi bez echa przez środowisko czytelnicze. Niedawno wyszła trzecia część, Ruina i Rewolta. Już nie mogę się doczekać, kiedy poznam zakończenie całej serii i Wam również ją polecam.

Twilight Sparkle - książka z postacią, która mogłaby zostać twoją przyjaciółką
To było dla mnie chyba najtrudniejsze pytanie, bo cierpię na dziwną awersję do głównych bohaterek lub są one mi kompletnie obojętne, ale wydaje mi się, że mogłabym się zaprzyjaźnić z tytułową bohaterką Scarlet Marissy Meyer. Ma silny charakter, jest uparta i pełna determinacji, czyli dokładnie tak jak ja, ale także pełna współczucia. Polubiłam jej silną wolę i wydaje mi się, że mogłybyśmy się doskonale dogadać. 

Spike - książka z nieszczęśliwie zakochaną postacią
Tutaj postawiłam na Misję 100 Kass Morgan. Książka jest prowadzona z perspektywy wielu postaci i bardziej niż na czymkolwiek innym skupia się właśnie na nieszczęśliwej miłości nastolatków (a szkoda, miała taki potencjał!). Wells i Clarke byli kiedyś parą, ale odkąd Wells zdradził jej tajemnicę, przyczyniając się do zamordowania jej rodziców, Clarke go nienawidzi, chociaż Wells robi wszystko, by ją odzyskać. Ona zakochuje się w kolei w Bellamym. Mamy jeszcze do czynienia z Glass, która zerwała z miłością swojego życia, Lucasem, aby go chronić i w tym czasie Lucas zaczął spotykać się ze swoją najlepszą przyjaciółką, ale Glass nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Tak jak widzicie - mnóstwo niespełnionej miłości, która bije na głowę nawet niektóre telenowele. 

Rainbow Dash - książka, do której masz największy sentyment
Jest to zdecydowanie książka Celii Rees pod tytułem Dziecko czarownicy. Czytałam ją pierwszy raz lata temu, jeszcze w podstawówce i była to moja pierwsza książka z pogranicza fantastyki. Rzadko się zdarza, żebym jedną książkę przeczytała kilka razy, ale akurat po tę książkę sięgałam na różnych etapach życia za każdym razem, gdy znalazłam się w bibliotece i mój wzrok przypadkowo odnajdywał ją na półce. Nie jest to książka, dzięki której pokochałam czytanie, nie jest ona też najgrubsza ani najbardziej wciągająca, ale ma w sobie jakiś rodzaj magii, który sprawia, że wciąż mam do niej ogromny sentyment.

Ja nominuję: Sarę GrayLe SherryMonikęPatkęLucy
Dajcie znać w komentarzach, czy znacie te książki i z którymi typami ewentualnie się nie zgadzacie. A już w sobotę możecie spodziewać się recenzji Lata koloru wiśni Cariny Bartsch. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 21 września 2015

Między teraz a wiecznością, czyli jak nie pisać książki o duchach

34

Na Między teraz a wiecznością polowałam od dawna, ponieważ spodobały mi się inne książki należące do serii Poza czasem. Liczyłam na to, że ta powieść również mnie nie zawiedzie, zwłaszcza że wiadomości zza grobu brzmiały nieco upiornie, a ostatnio trzymam się takich klimatów. Zrozumiałe więc, że do lektury podchodziłam z dość dużymi oczekiwaniami. 

Szesnastoletnia Julia najchętniej zapomniałaby o swojej przeszłości, dlatego w nowej szkole udaje radosną dziewczynę z zamożnej rodziny. Znajduje sobie nieskomplikowanego, popularnego chłopaka - Feliksa i przyłącza się do grona jego znajomych, którzy są tak zajęci sobą, że nie zadają trudnych dla niej pytań. Wszystko jednak ulega zmianie, gdy Julię zagaduje Niki, tajemniczy chłopak, do którego nikt się nie zbliża, a pytania o niego są szybko zbywane. Niki ma wiadomość dla Julii od dziadka. Problem w tym, że jej dziadek niedawno umarł...

Między teraz a wiecznością było reklamowane jako cudowna, wywołująca gęsią skórkę historia o miłości. Jest to tak fałszywe stwierdzenie, że to aż boli, bo w tej książce nie ma nic cudownego ani przerażającego, trudno też nazwać ją historią o miłości, ponieważ Julia na ostatniej stronie wciąż nie jest pewna swoich uczuć.

Tym razem zacznę od bohaterów, którzy byli tak irytujący i płascy, że wielokrotnie miałam ochotę nimi potrząsnąć albo porządnie ich ochrzanić, chociaż to najłagodniejsza wersja. Historia została przedstawiona z punktu widzenia Julii i chyba nigdy w życiu bardziej nie żałowałam, że ktoś ma takie samo imię jak ja. Naprawdę. Nie było momentu, w którym Julia wykazałaby się odrobiną rozsądku, dojrzałością czy postąpiła logicznie. Może ten brak jakiejkolwiek niedenerwującej cechy charakteru dałoby się uznać za jakieś osiągnięcie, gdyby nie fakt, że z trudem czytałam o jej kolejnych wybrykach. Nie rozumiem, jak można być tak płytkim: jej największe problemy opierały się na braku funduszy, bo to wstyd nosić ze sobą telefon z przyciskami, a nie dotykowy, nie wspominając nawet o hańbiącym mieszkaniu w bloku! Przez cały czas podkreślała również brak markowych ciuchów, kłamała na potęgę i przeczyła sama sobie. Od dawna nie miałam do czynienia z tak irytującą główną bohaterką, a Julia obudziła we mnie wręcz mordercze instynkty.

Na tym jednak nie koniec. W książce pojawił się również miłosny trójkąt i był on po prostu słaby. Między Julią i Feliksem nie było kompletnie żadnego uczucia, a fundament ich związku opierał się na kłamstwach. Feliks został chłopakiem naszej głównej bohaterki zaledwie po trzech tygodniach znajomości, zrywając ze swoją wcześniejszą dziewczyną niemal od razu, gdy tylko zobaczył Julię (ktoś potrafi mi to wytłumaczyć?). Wydaje mi się, że autorka podtrzymywała niepewność Julii odnośnie swoich uczuć i tego, którego chłopaka wybrać, tylko po to, by główna bohaterka nie wyszła na wyrachowaną zołzę, która spotykała się z Feliksem, bo był to prosty sposób na zaaklimatyzowanie się. Zniesmaczyło mnie również to, jak seks został przedstawiony w tej książce, pozbawiony całej intymności i uczucia, bo Julia chciała mieć to po prostu za sobą i to z chłopakiem, którego w tamtej chwili nawet nie wierzyła, że kocha. Z Nikim i Julią było nieco lepiej, bo pojawiła się między nimi chemia i ta znajomość opierała się nie tylko na szczerości, ale również wsparciu i wzajemnym rozumieniu się. Mimo to autorka do końca książki utrzymywała, że Julia jest rozdarta i mimo że ostatecznie dokonała wyboru, wciąż wspominała tego drugiego. Rozdrażnienie gwarantowane. Poza tym, że chłopcy byli potrzebni do trójkącika, nie reprezentowali sobą niczego i trudno ułożyć choćby jedno zdanie o ich cechach charakteru. Wszystkie postaci były po prostu mdłe.

Chciałabym Wam powiedzieć, że z fabułą jest lepiej, że można pomęczyć się z bohaterami po to, by zachwycić się grozą, światem duchów, tajemniczą wiadomością i zaginionym, rodzinnym testamentem, ale nie będę Was okłamywać. Zapowiadało się naprawdę dobrze. Liczyłam na intrygę, która okaże się ekscytująca i początkowo nawet przykuła moją uwagę, ale szybko zmieniłam zdanie. Im więcej przerzuconych kartek, tym bardziej wydarzenia stawały się absurdalne i nieciekawe. Zero logiki, nic się nie kleiło, a historia stawała się przez to coraz nudniejsza i z utęsknieniem czekałam na chwilę, w której będę mogła ją zamknąć i odłożyć na półkę.

Między teraz a wiecznością to książka, przez którą przebrnęłam z trudem. Bohaterowie są sztuczni, przedstawiona historia nie wciąga i nie sądzę, by komukolwiek mogła przypaść do gustu. To zdecydowanie najgorsza pozycja z serii Poza czasem, jaką na razie przeczytałam i nikomu jej nie polecam.

2/10
Czytaj dalej »

piątek, 18 września 2015

TOP 5: Niedokończone serie, czyli jak wydawnictwa łamią mi serce

40
Dzisiaj mam dla Was TOP 5, z którego mam zamiar zrobić mały cykl. Jeszcze nie wiem, jak często takie posty będą się pojawiały na blogu, ale na pewno możecie się ich spodziewać. 
Bardzo często bohaterowie czy książki łamią nam serca, ale oprócz tego zdarza się to również wydawnictwom - zwłaszcza wtedy, gdy zaprzestają wydawania naszych ulubionych serii lub takich, które zapowiadały się naprawdę dobrze. Towarzyszy nam wtedy mnóstwo uczuć, ale głównie są to gniew, rozczarowanie i smutek. No bo jak można się z tym pogodzić? Dzisiaj zaprezentuję Wam pięć serii wydawniczych, które zostały porzucone przez wydawnictwa, a ja nadal nie mogę o nich zapomnieć. Do niedawna na tej liście pojawiłby się jeszcze trzeci tom Córki dymu i kości, ale po kilku latach czekania Wydawnictwo Amber mimo wszystko zdecydowało się na wydanie go.



5. ENKLAWA, Ann Aguirre
W Polsce ukazały się dwie pierwsze części, a o trzeciej ani widu, ani słychu i pewnie tak już zostanie. Wydaje mi się, że Enklawa nigdy nie cieszyła się niewyobrażalnie dużą popularnością, nie była to też jakaś wybitna trylogia, ale muszę przyznać, że polubiłam Karo, Cienia, Stalkera oraz Tegan i z chęcią dowiedziałabym się, jak potoczą się ich dalsze losy, zwłaszcza, że akcja Patrolu urywa się w specyficznym momencie. Wciąż brakowało odpowiedzi na to, skąd wzięli się Dzicy, jaka katastrofa zmusiła ludzi do zamieszkania w podziemnych tunelach i jak udało się innym przetrwać na powierzchni. Trzecia część być może podsunęłaby nam jakieś rozwiązania, bo ich brak jest najczęściej przedstawianą wadą Enklawy oraz Patrolu. Może nie były to zbyt ambitne książki, ale mam do nich sentyment, bo były jedynymi z pierwszych, jakie przeczytałam w nurcie postapokaliptycznym. 


4. DOBRANI, Allie Condie
Wydawnictwo Prószyński i S-ka wydało pierwszą część trylogii i... na tym poprzestało, a Dobrani kończą się w naprawdę dramatycznym momencie. Zaprzestanie tej serii było o tyle dziwne, że pierwszą część przeczytało naprawdę dużo osób, a mimo to wydawnictwo nie zdecydowało się na kontynuację. Co prawda była to raczej opowieść o nastoletniej miłości, ale kilka wątków było ciekawych i niespotykanych. Dobrani mieli potencjał, by stać się czymś więcej niż jedynie pozycją o zakazanym uczuciu, wykreowany świat był w porządku, a bohaterowie naprawdę przyzwoici. Po dziś dzień darzę tę książkę ciepłym uczuciem i żałuję, że nie miałam okazji zapoznać się z kolejnymi częściami.



3. PARTIALS, Dan Wells
Na podium znaleźli się Partials Dana Wellsa. W Polsce ukazała się pierwsza część, a o dalszych słuch zaginął. O ile w przypadku książek wymienionych wyżej byłam w stanie się z tym pogodzić, to tutaj miałam z tym ogromny problem, bo Dan Wells stworzył naprawdę ciekawy świat, a z powodu pochodzenia głównej bohaterki wszystko stało się tylko bardziej intrygujące. Pojawiło się mnóstwo tajemnic, pytań bez odpowiedzi i chęci, by dowiedzieć się więcej o Partialsach, ale zostałam tej szansy pozbawiona. Książka posiada pierwszorzędnie wykreowany świat postapokaliptyczny, świetną fabułę z mnóstwem zwrotów akcji, zepchnięty na dalszy plan wątek romantyczny i dobrych bohaterów, dlatego byłam niemile zaskoczona, że Jaguar nie kontynuował tej serii.


2. ŚWIAT PO WYBUCHU, Julianna Baggott
Pamiętam, że kiedy przeczytałam Nową Ziemię, byłam jak ogłuszona. Wreszcie coś nowego i zaskakującego wśród boomu na powieści postapokaliptyczne. Julianna Baggott stworzyła naprawdę interesujący świat i nie uciekała od udzielania odpowiedzi. Trudno znaleźć jakikolwiek słaby punkt w przedstawionej przez nią historii, można za to znaleźć mnóstwo recenzji, w których mole książkowe rozpływają się nad fabułą (ja też się rozpływam nad tym nieco mrocznym, nieoczywistym klimatem; mimo dość dużej objętości połknęłam pierwszą część w przeciągu kilku godzin). Mimo to w naszym kraju ukazały się jedynie dwie pierwsze części, a finał pozostaje poza naszym zasięgiem.  



1. SAGA KSIĘŻYCOWA, Marissa Meyer
Przerwanie tej serii spowodowało u mnie atak serca. Marissa Meyer jest jedną z moich ulubionych autorek, a jej wyobraźnia nie ma sobie równych. Jej pomysł od początku do końca pozostaje jednym z najoryginalniejszych, z jakimi się do tej pory spotkałam, mimo że czerpie ze znanych nam baśni. Jest tu wszystko, co kocham: przyszłość, świat po wojnie, cyborgi, upiorna antagonistka, która pochodzi z Księżyca(!), nawiązania do uwielbianych przez wszystkich bajek, ale przedstawione z taką klasą, że aż zapierają dech w piersiach. I jak tu żyć, gdy okazuje się, że po dwóch częściach seria zostaje przerwana? Trudno. Bardzo trudno. Bardzo, bardzo, bardzo trudno. Wciąż jednak żyję nadzieją, że Cress oraz Winter pojawią się kiedyś na naszych półkach, bo to jedna z najlepszych serii wydanych w ostatnich latach i uwielbiam ten powiew świeżości oraz magii, jaki wniosła wraz ze swoim pojawieniem się na rynku czytelniczym.


A wy znacie jakieś serie, których wydawnictwa nie doprowadziły do końca albo obawiacie się, że tego nie zrobią, bo książki nie cieszą się dużą popularnością?
Przerwanie którego cyklu najbardziej Was zabolało?
Czytaj dalej »

wtorek, 15 września 2015

Endgame. Wezwanie, czyli starożytne cywilizacje, nastoletni zabójcy oraz stawka, którą jest cały świat

33

Endgame. Wezwanie to książka, która od początku mnie ciekawiła, ale jednocześnie wzbudzała wiele obaw. Słyszałam o niej wiele sprzecznych opinii i chociaż złota okładka, a także tematyka kusiły, postanowiłam odczekać i sięgnąć po nią w odpowiednim momencie. Kiedy po długich bojach udało mi się do niej dorwać w bibliotece, nie spodziewałam się, że Endgame. Wezwanie okaże się być jednocześnie wciągającą, jak i trudną lekturą. 

Kiedy w Ziemię uderza seria meteorytów, tylko garstka ludzi jest w pełni świadoma, co to oznacza. To początek Końca Świata - Endgame. Dwanaścioro Graczy wywodzących się ze starożytnych cywilizacji przystępuje do gry, która zdecyduje o przyszłości świata. Są w wieku od trzynastu do dwudziestu lat, różni ich właściwie wszystko, ale łączy jeden cel: wygrać, aby zapewnić przetrwanie swojemu ludowi. Potrafią skutecznie pozbawić życia w kilka sekund, znają kilkanaście języków, posiadają umiejętności maskowania się i przetrwania w każdych warunkach. Jednak Endgame nie opiera się jedynie na walce, choć tylko zwycięzca może przeżyć; Endgame to zagadka, a jedyną regułą jest brak reguł.

Endgame. Wezwanie to jedna wielka tykająca bomba. Trudno przewidzieć, co za chwilę się wydarzy, w jakie miejsce na świecie zaprowadzi nas wraz z Graczami kolejna wskazówka, kto pożegna się z życiem, a kto przetrwa, by dalej walczyć. Dzieje się tu naprawdę dużo; książka została napisana z niespotykanym rozmachem, akcja gna do przodu i czasami miałam wrażenie, że nawet bohaterowie za nią nie nadążają. Jest tu wszystko, dosłownie wszystko: znajdzie się miejsce na tortury, brutalne morderstwa, katastrofę lotniczą, meteoryty zabijające setki ludzi, ale także na opowieść o historii świata, tajemnice przyprawiające o ból głowy, starożytne cywilizacje i wierzenia czy nawet na miłosne trójkąty lub problemy, które dotykają wszystkich nastolatków. Autorzy w ogóle się nie ograniczali podczas kreowania wydarzeń, już od pierwszej sceny wskakując na najwyższe obroty. Nie zwolnili nawet na chwilę, co jest ogromnym wyczynem, zważywszy na ilość stron.

Nie ma co się oszukiwać, Endgame. Wezwanie to naprawdę brutalna książka, ale niestety nie w wyważony sposób. To nie jest lektura dla osób o słabszych nerwach czy młodzieży, chociaż została zakwalifikowana do young adult. Ta brutalność została przedstawiona w swojej najgorszej, najbardziej okrutnej odsłonie i z czasem stało się to naprawdę niesmaczne. Urwane kończyny, postrzały, odcięte palce, poważne rany, a to dopiero początek i wszystko opisane w bardzo obrazowy sposób, bez omijania szczegółów. Na tej płaszczyźnie autorzy nieco przesadzili i sprawili, że czasami trudno było mi kontynuować czytanie.

Obok natłoku akcji pojawia się jeszcze jeden, teoretycznie najważniejszy wątek: czym tak naprawdę jest Endgame? Trudno powiedzieć i nawet bohaterowie, którym została przekazana wiedza nagromadzona przez wieki przez kolejne pokolenia Graczy, nie znają dokładnej odpowiedzi na to pytanie. Razem z nimi odkrywaliśmy powoli kolejne karty podsuwane nam pod nos przez nieludzkich organizatorów Endgame, ale większa część nadal pozostaje dla nas zagadką. Wydaje mi się, że temat starożytnych cywilizacji został zepchnięty na bok i trochę zapomniany, gdzieś się zgubił, czego bardzo żałuję. Fabuła jest tak dynamiczna, że miałam wrażenie, iż ilość wątków przygniotła autorów.

W Endgame startuje dwanaścioro Graczy. Niemal każdy z nich dostaje szansę na wypowiedzenie się w książce oraz przedstawienie Gry z własnej perspektywy. Narratorów jest sporo, co początkowo mnie przerażało. Nie przepadam za książkami, w których mamy do czynienia z większą liczbą perspektyw, bo powoduje to rozwleczenie akcji, trudno też przywiązać się do bohaterów. Nie sądziłam, że autorzy dadzą radę, ale pomyliłam się - wypadło to w miarę dobrze i, przede wszystkim, gładko. Każdy z bohaterów ma coś, co go wyróżnia: mamy tu niepełnosprawnego geniusza komputerowego, amerykańską nastolatkę wprost z okładki magazynu, japońską niemowę-ninję, młodocianego psychopatę i dzięki tej różnorodności zmiany perspektyw były ciekawe. Bohaterowie jednak zaginęli w natłoku akcji i brakowało im jakiejś autentyczności, odrębności. Charaktery Graczy zeszły na drugi plan, autorzy nie mieli zbyt wiele czasu na pogłębianie ich sylwetek, w większości obserwujemy ich działania. Wszystkich łączy fakt, że są wykwalifikowanymi zabójcami, którzy od momentu narodzin byli przygotowywani do spełnienia swojej powinności względem reprezentowanego ludu, przez co podczas czytania łatwo zapomnieć, że bohaterowie to nastolatkowie. Mimo że nie mogliśmy przyjrzeć się bliżej Graczom, to jednak wyłowiłam już swoich ulubieńców, których losy najbardziej mnie interesowały i liczę na to, że w kolejnych częściach autorzy zdecydują się poświęcić nieco więcej uwagi samym postaciom, których na razie traktowali jedynie jak pionki w wielkiej Grze.

Endgame. Wezwanie to niepowtarzalny projekt, ale chociaż obfituje w nieprzewidywalne wydarzenia i zapewnia kilka godzin szalonej rozrywki, czegoś mu brakuje. Autorzy chcieli dobrze, jednak mam nieodparte wrażenie, że przesadzili z rozmachem i trochę zgubili pierwotne zamierzenia. Endgame. Wezwanie nie jest złą książką, ale też specjalnie nie jestem zachwycona, za dużo w niej chaosu i bywały fragmenty, które najchętniej bym pominęła. Mimo wszystko przeczytam kolejne części, aby przekonać się, jak autorzy poradzą sobie z rozwiązaniem zagadki takiego rozmiaru.

5/10
Czytaj dalej »

piątek, 11 września 2015

Prawie jak gwiazda rocka, czyli ulotna chwila szczęścia

46

Poznałam Matthew Quicka przy okazji Niezbędnika obserwatorów gwiazd, który był przyjemną lekturą, ale niekoniecznie taką, która wypala się w pamięci, więc kiedy sięgałam po Prawie jak gwiazda rocka zdecydowanie nie spodziewałam się takiego emocjonalnego rollercoastera i historii, która zmieni moje spojrzenie na wiele spraw. 

Amber Appleton to siedemnastoletnia dziewczyna, która razem z matką i psem od kilku miesięcy mieszka w Żółtku, czyli szkolnym autobusie. Mimo trudnej sytuacji finansowej Amber zaraża wszystkich optymizmem i ogromną energię, daje ludziom nadzieję. Należy do Federacji Fantastycznych Fanatyków Franksa, trenuje Chrystusowe Diwy z Korei i toczy zaciętą walkę z Joan Sędziwą. Jest nietypowa, ale nie boi odstawać od innych, skoro w ten sposób może wnosić promyczek światła w życia tych, którzy najbardziej tego potrzebują. W pewnym momencie Amber traci jednak grunt pod nogami, jej własna radość z życia wygasa i dziewczyna staje przed najtrudniejszym wyzwaniem w życiu. Czy po takim ciosie można się podnieść i dalej nieść nadzieję?

Amber to chyba najbardziej pozytywna główna bohaterka, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia, mimo że jej życie jest dalekie od ideału. Od pierwszych stron wywoływała uśmiech na mojej twarzy swoimi lekko chaotycznymi wypowiedziami. Jest zabawna, bystra i pełna niespodziewanego uroku. Mogłaby narzekać na swoją sytuację, użalać się nad sobą, ale uparcie brnęła do przodu, zarażając innych swoją pasją życia i odpowiednim podejściem. Przy tym wszystkim Amber pozostawała istotą z krwi i kości, nie szalonym jednorożcem; miała chwile zawahania, ale nie pozwalała, by ktoś to zobaczył, chociaż znajdowała się pod ogromną presją otoczenia. Z powodu nagłej straty Amber załamała się, ale podniosła się i obserwowanie jej drogi przez cały proces było niesamowitym przeżyciem. Matthew Quick doskonale oddał wszystkie emocje, chociaż nie użył wielu słów. Zamiast tego przedstawiał krótkie sceny, które wydają się być zdjęciami krótkiej chwili, nie psychoanalizował, nie moralizował, jedynie przedstawiał. W tej prostocie można odnaleźć zadziwiające piękno.

Prawie jak gwiazda rocka to pełna optymizmu historia o tym, że nigdy nie można się poddawać, że należy wszędzie dostrzegać dobro i pomagać innym. Matthew Quick ujawnia, że smutek oraz strata są nieodłączną częścią naszego życia, ale nie będą trwać wiecznie, w końcu wydarzy się coś dobrego. Autor nie oszukuje czytelnika, jasno stawia sprawę - nie da się uciec od zła. Jest ono obecne na świecie i dotyka nawet tych, którzy na to nie zasługują, ale Quick jednocześnie pokazuje, że nie można przyjmować takiego stanu rzeczy, należy z tym walczyć. Delikatnie, acz dosadnie informuje, że nie na wszystkie wydarzenia, które nas spotykają, mamy wpływ, ale to, jak na nie zareagujemy, zależy tylko od nas samych. Pobudza do refleksji oraz stawiania pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi, jednocześnie dając lekcję niesamowitej pokory i pokazując, że dobra materialne niewiele znaczą. Ten przekaz towarzyszy nam przez całą książkę, ale jest niezwykle subtelny, bo autor nie stara się nikogo pouczać. To, co wyniesiesz z opowieści i postanowisz wykorzystać w życiu, jest twoją indywidualną decyzją. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że na mnie ta historia wywarła ogromny wpływ. Początkowo nie byłam pewna, gdzie mnie zaprowadzi, spodziewałam się raczej drogi donikąd, ale otrzymałam coś wspaniałego.

Prawie jak gwiazda rocka zapewnia niesamowite przeżycia i łzy płynące strumieniami przez co najmniej 1/3 książki, ale zostawia z lekkim sercem napełnionym nadzieją oraz optymizmem. Nawet mnie, pesymistkę od początku do końca, wprawiła w doskonały nastrój. Chyba nie ma większej rekomendacji.

9/10
Czytaj dalej »

środa, 9 września 2015

Oscarowy Tag książkowy

21

Do tego tagu zostałam nominowana przez Matyldę, za co bardzo jestem jej wdzięczna, bo od razu mi się spodobał i miałam naprawdę dużo frajdy podczas pisania go.
OSTRZEŻENIE: nadużywanie słowa uwielbiam, wpadanie w totalny zachwyt, trudne do opanowania napady fangirlingu

Proszę o werble
Nagrodę Akademii Filmowej, czyli Oscar dla najlepszej (póki co) książki wydanej w 2015 roku
Otrzymuje Zakon Mimów Samanthy Shannon. Jestem absolutnie zakochana w tej książce, w sposobie, w jaki Shannon rozwija przedstawiony w pierwszej części świat, w tajemnicach skrywanych przez Londyn i Syndykat, w bohaterach, w idei jasnowidztwa opisanego przez autorkę. Obawiałam się, że druga część nie udźwignie presji, nie przeskoczy naprawdę wysoko ustawionej przez Czas Żniw poprzeczki, ale bardzo się myliłam! Nie ma ani jednej rzeczy, która nie podobałaby mi się w Zakonie Mimów, Shannon opisała to wszystko w tak fascynujący, a jednocześnie lekki sposób, że...
Dobra, zaczynam fangirlować. Ta książka jest po prostu doskonała i zasłużyła nie na jedną, a na dwie Nagrody Akademii Filmowej.

Oscar dla najlepszego aktora pierwszoplanowego, czyli Twój ulubiony główny bohater
Shaun z Przeglądu Końca Świata. Zwłaszcza z powodu drugiej części, chociaż trzecia dopiero przede mną i prawdopodobnie po jej przeczytaniu pokocham go jeszcze bardziej, chociaż nie jestem pewna, czy to w ogóle możliwe. Shaun jest po prostu ideałem pod każdym względem i najchętniej zamknęłabym go w celi, żeby nikt nie odważył mi się go ukraść. Może nie jest to oczywisty wybór, bo nigdy nie brałam go pod uwagę jako swojego przyszłego męża, ale właśnie z tego powodu jest chyba moim ulubionym bohaterem - wystarczy, że byłby moim przyjacielem i już byłabym wniebowzięta. On zdecydowanie ma coś w sobie, a do tego jest taki troskliwy.
Och, Shaun...

Oscar dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej, czyli Twoja ulubiona główna bohaterka
Liczyłam na to, że uda mi się powstrzymać moje fangirlowe zapędy, ale nie wyszło. Oscar wędruje do Paige z Czasu Żniw i Zakonu Mimów. O ile często mam ochotę porządnie potrząsnąć główną bohaterką, żeby w końcu się ogarnęła i zobaczyła, co się dookoła niej dzieje, zamiast ciągle jęczeć, o tyle Paige nigdy nie wzbudziła we mnie takiego rodzaju irytacji, nawet gdy popełniała proste błędy. Jest twarda i mimo że wie, jak minimalne są szanse powodzenia, chce walczyć o to, co właściwe. Przy tym pozostaje tylko człowiekiem i miewa słabsze chwile. Wydaje mi się, że jest to najlepiej stworzona damska postać od bardzo dawna i uwielbiam jej siłę, determinację, wolę walki.  

Oscar dla najlepszego aktora drugoplanowego, czyli Twój ulubiony drugoplanowy bohater
Ta kategoria była dla mnie trudna, bo drugoplanowe męskie postacie z reguły są tworzone po to, by powstał jakiś niezręczny miłosny trójkącik, a ponieważ na tym kończy się ich rola, są nieciekawi i płascy. Trudno jakiegokolwiek z nich polubić, zwłaszcza gdy zakochuje się w idiotce, ekhem, to znaczy głównej bohaterce i przez to zaczynam wątpić w jego zdrowy rozsądek. Ostatecznie padło jednak na Roara z trylogii Przez burze ognia. Był zabawny, potrafił być uroczy, nie zwracał uwagi na podziały, ale przy tym mógł być naprawdę zdeterminowany oraz wiedział, co robi. I, uwaga, nie zakochał się w głównej bohaterce, czyli z jego mózgiem było wszystko w porządku!

Oscar dla najlepszej aktorki drugoplanowej, czyli Twoja ulubiona drugoplanowa bohaterka
Tutaj na szczęście nie musiałam długo szukać, bo obecnie miejsce w moim sercu zajmuje Vida z Nigdy nie gasną. Jest uparta, opryskliwa, sarkastyczna i ponura, ale bez niej pewnie wszyscy byliby martwi, więc chyba można jej to wybaczyć. Przynajmniej ja jej to wybaczam, bo ją uwielbiam! Można powiedzieć, że to dość schematyczna postać, ale potem powoli odkrywana jest jej historia, pojawia się także ta opiekuńcza strona Vidy (w złośliwej wersji, ale jest!) i okazuje się, że skrywa w sobie o wiele więcej (chociaż ja kocham ją najbardziej właśnie za jej opryskliwość). A jej wymiana ciętych ripost z Pulpetem zawsze powodowała uśmiech na mojej twarzy.

Oscar dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, czyli książka, na której tłumaczenie czekacie z niecierpliwością
Druga część Czerwonej Królowej, trzecia część Czasu Żniw i Ugly Love Colleen Hoover. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego? Czerwona Królowa, bo jestem niesamowicie ciekawa, jak potoczą się losy Mare, ja po prostu czuję, że drugi tom będzie dużo lepszy od pierwszego i zwali mnie z nóg. Czas Żniw, to oczywiste <3 A Ugly Love to podobno najlepsza powieść Colleen Hoover, więc po przeczytaniu Maybe Someday zastanawiam się, co takiego jeszcze wymyśliła, że zachwyciła tyle osób.

Oscar za najlepszy pełnometrażowy film animowany, czyli Wasza ulubiona powieść dla dzieci
Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren, które niespodziewanie szturmem wdarły się do mojego serca. Czytałam tę książkę wielokrotnie, nie mogłam przejść obok niej obojętnie, gdy wchodziłam do szkolnej biblioteki, więc Oscar powędruje właśnie do Dzieci z Bullerbyn.

Oscar za najlepszy krótkometrażowy film animowany, czyli Wasz ulubiony zbiór bajek dla dzieci
Trudno wybrać jeden, ale chyba baśnie braci Grimm i baśnie Andersena są tymi najbardziej rozpoznawalnymi i je najlepiej pamiętam z dzieciństwa.

Oscar za najlepszy montaż, czyli najlepiej wydana (pod względem graficznym) książka
W otchłani to mój zdecydowany faworyt. Spójrzcie na tę okładkę, przecież ona jest piękna! Oprócz tego czcionka jest dobra, skrzydełka ładnie zrobione, ale ta okładka to po prostu majstersztyk! 

Oscar za najlepszą muzykę filmową, czyli książka z muzyką w tle
Mój wybór w przypadku tej kategorii jest oczywisty - Maybe Someday Colleen Hoover. Nie tylko pięknie opisała muzykę w książce, ale także we współpracy z muzykiem stworzyła cały soundtrack do książki i muszę przyznać, że mam obsesję na punkcie niektórych piosenek. Słucham ich w kółko i śpiewam, prawdopodobnie doprowadzając tym pozostałych domowników do szału, bo znaną wokalistką na pewno nigdy nie zostanę ze względu na swój beznadziejny głos. Ale zdecydowanie polecam Wam zapoznanie się z utworami, uwielbiam je!

Oscar za najlepsze kostiumy, czyli najlepsza powieść historyczna
Nagroda nie zostaje przyznana, bo nie przeczytałam żadnej stricte historycznej książki, a przynajmniej żadnej takiej nie pamiętam. Mam zamiar to zrobić, od dłuższego czasu czaję się na książki Philippy Gregory, bo słyszałam wiele dobrego o jej książkach.  

Oscar za najlepszą reżyserię, czyli Twój ulubiony autor/autorka
Czas na kolejny napad fangirlingu. Oscar wędruje do Samanthy Shannon, autorki Czasu Żniw i Zakonu Mimów. Tak, wiem, że to się powoli robi nudne, ale podziwiam tę autorkę za ogrom pracy, jaki włożyła w swoje powieści, które są naprawdę dopracowane, a także za niesamowitą wyobraźnię, bo stworzone przez nią realia są niesamowite i jedyne w swoim rodzaju.
Muszę tutaj także wspomnieć o Katji Millay (Morze spokoju), którą uwielbiam za styl pisania i wciąż ubolewam nad faktem, że jak na razie wydała tylko jedną powieść, a nie ma żadnych informacji o kolejnej książce tej autorki.

Oscar za najlepszy scenariusz adaptowany, czyli Twoja ulubiona ekranizacja filmowa
Pewnie zaraz uderzy we mnie piorun, a fanki Greena rozszarpią mnie na strzępy, ale zaryzykuję - uwielbiam ekranizację Gwiazd naszych wina, która jest dla mnie lepsza od książki. Tak, powiedziałam to. Dialogi, za które przecież najbardziej kochamy Greena, pozostały w niezmienionej formie wykorzystane w scenariuszu, ale największym plusem ekranizacji są uczucia - podczas gdy książka nie wywołała moich łez, ekranizacja tego dokonała (żeby tylko w jednym momencie...) i odbiła na mnie swoje piętno. Tak, przez ponad połowę filmu płakałam i nie wstydzę się do tego przyznać. A Shailene Woodley wspaniale zagrała rolę Hazel. 

Oscar za najlepszy scenariusz oryginalny, czyli książka, którą chętnie zobaczysz na dużym ekranie
Mój wybór zaskoczył mnie samą, ale kiedy ta myśl pojawiła się w mojej głowie, już mnie nie opuściła. Wydaje mi się, że ekranizacja Black Ice Becci Fitzpatrick byłaby naprawdę interesująca, chociaż zapewne powstało mnóstwo takich filmów - śnieżyca, która odcina drogę powrotną dwóm dziewczynom, podczas gdy w górach grasuje seryjny morderca i jakiś oszołom. Mimo wszystko Black Ice to thriller pełen napięcia i jestem ciekawa, jak wyglądałoby to na dużym ekranie. I chętnie zobaczyłabym tego modela z okładki w roli Jude'a, on jest naprawdę przystojny, mrau.

Oscar za najlepsze zdjęcia, czyli książka, w której pojawiają się zdjęcia i ilustracje
Jedyna książka z ilustracjami, którą sobie przypominam, to Endgame. Wezwanie. Było w niej mnóstwo obrazków, które miały nas naprowadzić na rozwiązanie zagadki, ale szczerze mówiąc, nie zwracałam na nie większej uwagi. 

Oscary honorowe i specjalne, czyli Twoja ulubiona książka uhonorowana nagrodą literacką
Zabić drozda dostało Nagrodę Pultizera. To jedna z tych książek, które powinien przeczytać każdy. Nie sądziłam, że mi się spodoba, bo zostałam zmuszona do jej przeczytania do konkursu, ale okazało się, że jest naprawdę wspaniała i później długo nie mogłam o niej zapomnieć.


Nominacje wędrują do: Suomi, Clevleen, Antosię, Jane, Agatę, Charlotte Andell (nie mogło cię tu zabraknąć, moja blogerowo-książkowa bliźniaczko <3). Mam nadzieję, że będziecie bawić się przy tym tagu równie dobrze co ja. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 7 września 2015

Zabójczyni, czyli cztery opowieści z przeszłości Zabójczyni Adarlanu

16

Sarah J. Maas długo każe nam czekać na kolejne tomy historii o Celaenie Sordothien, Zabójczyni Adarlanu. Po spotkaniu z tą bohaterką pragnie się czytać o niej tylko więcej, a wykreowany przez autorkę świat przyciąga każdego książkoholika. Uwielbiam wszystko, co związane jest z Celaeną, dlatego nie mogłam sobie odmówić zakupienia zbiorczego wydania czterech opowiadań z przeszłości zabójczyni, zwłaszcza że jest to dobre przypomnienie przed sięgnięciem po trzeci tom serii, który ukaże się 23 września (ktoś jeszcze nie może się doczekać?).

Pierwsza opowieść to Zabójczyni i władca piratów. Celaena zostaje wysłana przez swojego mistrza na daleką wyspę na tropikalnych morzach, wierząc, że ma odebrać zapłatę od władcy piratów za zamordowanie trzech zabójców należących do Gildii. Okazuje się jednak, że Arobynn nie pragnie pieniędzy, a niewolników, którymi zamierza handlować w Adarlanie. Celaena nie potrafi się z tym pogodzić i postanawia sprzeciwić się woli mistrza, zwracając wolność niewolnikom.
Było to cudowne, ponowne wprowadzenie w świat zabójczyni. Jest to najkrótsza nowelka, ale zawierała w sobie najwięcej akcji i to przy niej minął mi najszybciej czas. Trzymała w napięciu od początku do końca, sprawiając, że trudno było się od niej oderwać. Tak naprawdę to właśnie ona przypomniała mi, za co kocham Celaenę i powieści Sary J. Maas.

Druga historia to Zabójczyni i Czerwona Pustynia. Za nieposłuszeństwo Celaena zostaje odesłana na dalekie południe, gdzie ma odbyć szkolenie pod okiem Milczących Zabójców. Musi zdobyć list polecający od samego Niemego Mistrza w przeciągu miesiąca, w przeciwnym razie nie będzie miała po co wracać do Arobynna. Niemy Mistrz szkoli jednak tylko nielicznych wybranych.
Początkowo trudno było mi się wciągnąć w to opowiadanie, bardzo różniło się od poprzedniej historii i może ten przeskok wytrącił mnie z rytmu. Z czasem jednak zaczynałam się zakochiwać w Czerwonej Pustynie i obyczajach panujących w Twierdzy Milczących Zabójców. Było to bardzo egzotyczne miejsce, a Sarah J. Maas doskonale oddała jego klimat.

Trzecie opowiadanie to Zabójczyni i podziemny świat. Celaena wraca do Arobynna z silnym postanowieniem zerwania z nim umowy, ale wciąż ma wątpliwości. Mistrz proponuje jej więc zadanie, wiedząc, że zabójczyni nie odmówi - ma zamordować wpływowego spiskowca, Donevala, przy okazji kradnąc jego cenne dokumenty związane z handlem żywym towarem. Stawką jest nie tylko przyszłość Celaeny, ale także życie wielu zniewolonych ludzi. Dziewczyna zostaje uwikłana w gierki polityczne, nie wiedząc, że być może jej celem powinna zostać inna osoba.
Wydaje mi się, że ta historia była najspokojniejsza ze wszystkich czterech, bo skupiała się głównie na intrygach oraz na głębszym rozwoju relacji między Celaeną i Samem. To właśnie tutaj mogliśmy obserwować, jak zaczynają się do siebie ostatecznie zbliżać, jak ich uczucie rozwija się i pod tym względem to moja ulubiona opowieść. Uwielbiałam o nich czytać, chociaż czasami miałam ochotę mocno potrząsnąć Celaeną.

Zabójczyni i imperium Adarlanu to ostatnia historia zawarta w książce. Celaena porzuciła rolę protegowanej Arobynna, pragnie ostatecznie spłacić Gildię i odejść z niej wraz z ukochanym, aby rozpocząć nowe życie z dala od Rifthold. Przedtem jednak musi wykonać jeszcze jedno, ostatnie zadanie. Nagroda za zabójstwo jest duża, ale ryzyko z nim związane ogromne i może przerastać nawet samą Zabójczynię Adarlanu.
Ta nowelka łamie serca. Ta nowelka sprawia, że masz ochotę rzucić książką o ścianę albo ją spalić, bo wszystko jest nie tak, jak powinno być. I to boli.

Celaena w opowiadaniach różni się od zabójczyni, którą znamy z właściwych tomów cyklu. Jest mniej zorganizowana, zbyt impulsywna, arogancka, chociaż to akurat nie uległo zmianie, a oprócz tego dużo bardziej próżna. Te wszystkie cechy sprawiają, że ma momenty, w których jest naprawdę irytująca i nie przypomina twardej kobiety z mrokiem czającym się w duszy, którą tak podziwiałam w Szklanym tronie i Koronie w mroku. Jest to ta sama Celaena, jednak w swojej nieco bardziej rozwydrzonej wersji. Autorka mądrze zastosowała ten zabieg, bo dzięki temu możemy zaobserwować zmianę, która zaszła w Zabójczyni Adarlanu: wszystkie zadane jej ciosy ze strony najbliższych, zdrady, morderstwa i ostateczne zesłanie do Endovier, obozu pracy, który tak naprawdę był zakładem śmierci, ukształtowały ją w Celaenę, którą znamy ze Szklanego tronu i te cztery opowiadania pokazują, jak do tego doszło. 

Arobynn to mój absolutny mistrz intrygi i nikczemności. Ostatnie zdanie wypowiedziane przez niego w książce sprawiło, że miałam ciarki na plecach, ale nie da się ukryć, że ta postać ma coś w sobie. Skrywa w sobie wiele tajemnic i zmierzenie się z jego postacią w czasie rzeczywistym, nie we wspomnieniach Celaeny, było wspaniałym przeżyciem. Dobra, może mam słabość do złych charakterów, ale tylko tych, którzy naprawdę na to zasłużyli! A Arobynn to antagonista pierwszej klasy, trudno nie podziwiać jego sprytu i umiejętności manipulatorskich. Zawiera w sobie tak wiele sprzeczności, że odczuwa się przemożną chęć poznania go bliżej. Również Sam sprostał moim oczekiwaniom, co mnie przeraża, bo zaczyna to zagrażać mojej miłości do Chaola. Sam był po prostu uroczy. W Szklanym tronie wiedzieliśmy tylko, że był pierwszą prawdziwą miłością Celaeny, która była gotowa dla niego porzucić swoje miano Zabójczyni Adarlanu, ale został zamordowany. Teraz mieliśmy okazję poznać go bliżej i zobaczyć, jak wyglądała jego relacja z Celaeną. Naprawdę polubiłam Sama. Może nie był najbardziej wybijającą się postacią w powieści, może nie był najbardziej intrygujący czy waleczny, ale jego miłość i poświęcenie sprawiły, że trudno było go zignorować czy nie odczuwać do niego sympatii. Był jasnym promieniem w życiu Celaeny, którego zdecydowanie potrzebowała. 

Jestem naprawdę szczęśliwa, że miałam okazję bliżej poznać przeszłość Zabójczyni Adarlanu w oczekiwaniu na kolejne części Szklanego tronu. Dzięki tym czterem nowelkom miałam okazję lepiej zrozumieć działania Celaeny, poznać ją i zachwycić się na nowo pisarskim kunsztem Sary J. Maas oraz jej wyobraźnią. Jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich fanów przygód Sardothien. Nie zawiedziecie się.

7/10
Czytaj dalej »

sobota, 5 września 2015

Objawy książkoholizmu

43

Czasami naprawdę trudno przyznać się do swojego uzależnienia. Jednak książkoholicy niczego nie żałują, a już tym bardziej swojej miłości do książek, chociaż reszta ludzkości ma nas za niestabilnych emocjonalnie nerdów. Po czym jednak poznać, że jest się książkoholikiem i nie da się już z tego wycofać, bo wpadliśmy w sidła uzależnienia oraz ostatecznie przepadliśmy?

Prawdopodobnie całe twoje otoczenie uważa, że masz obsesję i potrzebujesz leczenia psychiatrycznego, bo na zmianę wpadasz w furię oraz rozpacz podczas czytania wyjątkowo intensywnej książki. Poza tym twoje zdrowie psychiczne faktycznie jest cały czas narażone, bo autorzy robią wszystko, aby złamać twoje serce na drobne kawałeczki i jeszcze je podeptać. Wielokrotnie groziłaś śmiercią autorowi, co wydaje się być sprawiedliwe, bo on zabił twoją ulubioną postać, przez co płakałaś pół nocy, ale reszta świata nigdy tego nie zrozumie, podobnie jak nie zrozumie tego, że wysłałaś listy z pogróżkami do wydawnictw, które przestały wydawać twoje ulubione serie *wymowny kaszel*. Czasami przypominasz Smigola, bo książki to twój największy skarb i trudno przewidzieć, jak się zachowasz w sytuacji, w której ktoś zagnie róg pożyczonej od ciebie książki. Czujesz irracjonalną złość za każdym razem, gdy musisz odłożyć książkę na bok, aby zająć się prawdziwymi sprawami z tego świata. Co noc przed zaśnięciem układasz w głowie fanficki związane z aktualnie czytaną przez ciebie książką, udając jedną z bohaterek i bawiąc się przy tym lepiej, niż przy niejednym filmie. Wiesz, że chłopcy w książkach są po prostu lepsi i nie możesz nic poradzić na to, że jesteś w nich beznadziejnie zakochana, przez co zostaniesz starą panną z całą listą swoich fikcyjnych mężów. Jak dla mnie to lepsze od bycia starą panną z pięćdziesiątką kotów, ale to subiektywna opinia. Nigdy nie masz nic do czytania i odczuwasz straszliwe wyrzuty sumienia, gdy odkładasz na półkę niedoczytaną książkę, nawet gdy jest naprawdę kiepska. Inni mogą sobie odliczać czas do weekendu lub wakacji, ale ty odliczasz kolejne dni do wydania książki ulubionego autora. Skończenie książki, którą bardzo polubiłaś, jest nawet gorsze od świadomości, że w domu skończyła się czekolada i zostawia cię to z takim kacem, że przez kilka kolejnych dni nie możesz się pozbierać i nie chce ci się żyć. Nie potrafisz przejść obojętnie koło księgarni, nawet kiedy twój portfel jest bardziej wysuszony niż Sahara i trzeba cię odciągać siłą. Jeszcze tylko jeden rozdział to twoje ulubione słodkie kłamstewko, a rodzice w kółko każą ci odłożyć książkę, wyjść z pokoju i spotkać się z prawdziwymi ludźmi. Przeczytanie dobrej książki i wypicie herbaty to twoja najlepsza recepta na szczęście. Kiedy masz wybrać jedną ulubioną książkę, dostajesz drgawek, a cały tydzień bez przeczytania choćby jednego rozdziału wpędza cię w depresję.

Brzmi znajomo? Gratuluję, jesteś książkoholiczką i całe społeczeństwo uznaje cię za nieprzystosowaną do życia istotę. Na szczęście masz książki, które cię rozumieją. I innych książkoholików, ale na nich za bardzo bym nie liczyła, bo poza ekscytowaniem się nowościami oraz wymianą uwag są kompletnie odrealnieni ;)

Oto moja rozbudowana definicja książkoholizmu. Dajcie znać, czy dodalibyście coś jeszcze to objawów i od jak dawna uważacie się za książkoholików. Mam nadzieję, że artykuł Wam się podobał, bo otwiera on pierwszy z cykli, które będą regularnie pojawiać się na blogu - na początku będzie od wyraźnie dotyczył książek, a ja będę zastanawiała się w swój własny sposób nad irytującymi głównymi bohaterkami, książkowymi modami czy miłosnymi trójkątami. Zobaczymy, co będzie się z tym dalej działo, ale liczę, że przypadnie Wam on do gustu. A już w poniedziałek recenzja Zabójczyni z naszą ukochaną Celaeną Sordothien. Do usłyszenia!
Czytaj dalej »

czwartek, 3 września 2015

Maybe Someday, czyli muzyka uczuć

48

Od jakiegoś czasu Colleen Hoover jest najpopularniejszą autorką z kategorii NA. Każda jej kolejna książka nie przechodzi bez echa, a Maybe Someday było reklamowane dosłownie wszędzie. Początkowo nie miałam ochoty po nią sięgać, obawiając się, że to promowanie ma za zadanie ukryć niedoskonałości książki, zwłaszcza że Hopeless tej samej autorki w ogóle mnie nie zachwyciło. Myliłam się. Maybe Someday z każdą przewracaną stroną coraz bardziej zdobywało moje serce. 

Sydney mieszka z najlepszą przyjaciółką, studiuje swój wymarzony kierunek - wychowanie muzyczne, jest samodzielna i pozostaje w związku z chłopakiem, którego wydaje jej się, że kocha. Każdego wieczora wychodzi na balkon, by posłuchać hipnotyzującej muzyki przystojnego chłopaka grającego na gitarze. Słucha jego utworów i pisze do nich teksty z niebywałą łatwością.
Pewnego dnia Sydney traci wszystko: wyrzucono ją z pracy, dowiaduje się, że jej chłopak sypia z jej współlokatorką, wyprowadza się i traci dach nad głową, a to wszystko w dzień jej urodzin. Wtedy właśnie dostaje propozycję od Ridge'a, chłopaka z gitarą - może się wprowadzić do jego mieszkania bez płacenia czynszu pod warunkiem, że napisze teksty do granej przez niego muzyki i pomoże mu przezwyciężyć blokadę twórczą. Wkrótce ta dwójka odkrywa, że łącząca ich pasja do muzyki niebezpiecznie ich do siebie zbliża, tworząc między nimi więź, która jest niewłaściwa; Sydney wciąż zbiera się po rozstaniu, a Ridge od pięciu lat znajduje się w szczęśliwym związku. Wszystkie emocje przekazują sobie w tekstach piosenek i w muzyce, którą czuje się całym ciałem. 

Colleen Hoover opisuje muzykę w tak piękny sposób, że aż trudno w to uwierzyć. To właśnie ona wybija się w książce na pierwszy plan i tworzy najważniejszy, najwspanialszy wątek, wpływając na odbiór całej historii, zwłaszcza gdy stworzony przez autorkę i piosenkarza soundtrack towarzyszy nam przez kolejne strony. Te teksty są naprawdę głębokie i dobrze przemyślane, pokazują także rodzące się między Sydney i Ridge'em uczucie w niezwykle subtelny, niewinny sposób, opowiadają o tym, o czym bohaterowie bali się powiedzieć wprost, a z czym oboje uparcie walczyli. Sytuacja, w której się znaleźli, jest nietypowa i trudna, a za jej pośrednictwem Colleen Hoover stawia nas przed pytaniem: czy można oszukać własne serce? Czy można z nim wygrać, gdy rozsądek i sumienie krzyczą, że to jest złe?

Sydney i Ridge to przeciwieństwa, ale doskonale się uzupełniają. Sydney to prawdziwy wulkan emocji, popada w całkowite skrajności i czasami trudno było nadążyć za zmianami jej nastroju. Kiedy wpadała w złość, była gotowa wybić komuś zęby. Kiedy była smutna, łzy lały się strumieniami. Kiedy była szczęśliwa, no cóż, łzy dalej lały się strumieniami i naprawdę zaczynałam się zastanawiać, czy ta dziewczyna nie ma problemu z kanalikami łzowymi. Co zaskakujące, nie była przy tym irytująca, a obserwowanie, jak jej temperament powoli się wycisza i łagodnieje przy wrażliwym, spokojnym Ridge'u było naprawdę fascynujące i z dwóch perspektyw, które zaprezentowała nam Colleen Hoover, to właśnie perspektywa Sydney podobała mi się bardziej, bo była wyrazista. Ridge był w porządku, zwłaszcza, że przy jego kreacji autorka dotknęła problemu, który wymagał dużo wrażliwości, ale jego niepełnosprawność i wynikający z tego kunszt muzyczny nieco przesłoniły jego charakter.

Hopeless w moich oczach wypadło sztucznie przez to, jak szybko bohaterowie rzucili się sobie w ramiona. W Maybe Someday tego nie ma - uczucie rodzi się powoli, naturalnie nabiera własnego tempa i ma w sobie pewnego rodzaju dojrzałość, której mi brakowało w poprzednio czytanej książce autorki. Maybe Someday wciągnęło mnie w swój świat i już nie wypuściło. Colleen Hoover powoli, ale skutecznie łamała mi serce, bo nie było możliwości, by "może kiedyś" zamieniło się we "właśnie teraz" i bohaterowie doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Wiedzieli, jak cudownie mogłoby być im razem, ale ta przyszłość nie była im pisana i ta świadomość budzi ogromne emocje nie tylko w Sydney i Ridge'u, ale także w czytelnikach. Ta książka to stąpanie po cieniutkim lodzie.

Cudowna, delikatna, pełna magii, niesamowita, smutna i bardzo prawdziwa - taka właśnie jest opowieść zawarta w Maybe someday. Colleen Hoover doskonale wie, jak grać na uczuciach czytelnika i jak sprawić, by zakochał się w książce.

8/10

Inne książki Colleen Hoover zrecenzowane na blogu:

Autorka współpracowała razem z Griffinem Petersonem nad piosenkami, które pojawiają się w książce. Całą playlistę możecie znaleźć na stronie www.maybesomedaysoundtrack.com i chociaż niekoniecznie na co dzień słucham takiej muzyki, muszę przyznać, że kilka kawałków naprawdę mi się podoba i włączanie ich w momencie, w którym pojawiały się w książce, było magicznym przeżyciem. Na punkcie dwóch piosenek mam obsesję i słucham ich w kółko od kilku dni. Posłuchajcie Maybe Someday:

Czytaj dalej »

wtorek, 1 września 2015

Podsumowanie sierpnia

20

Sierpień minął mi zadziwiająco szybko i z jednej strony jestem z tego zadowolona, a z drugiej cierpię, bo rozpoczyna się rok szkolny, który oznacza dla mnie klasę maturalną - a więc dużo pracy, nauki i stresu. Postanowiłam jednak o tym nie myśleć i są tego efekty: udało mi się odblokować czytelniczą barierę, przez którą mój lipiec był raczej słaby, za to w sierpniu przeczytałam 11 książek i większość z nich była naprawdę dobra, co tylko bardziej mnie cieszy.

  • zrecenzowane książki: 5
    Starter Lissa Price
    Cienie Ziemi Beth Revis
    Nigdy nie gasną Alexandra Bracken
    Mara Dyer. Zemsta Michelle Hodkin
    Czerwone jak krew Salla Simukka
  • inne posty: 2
    LBA #1
    Czytelnicze nawyki tag
  • liczba obserwujących bloga: 61
  • liczba wyświetleń: 1 786
  • liczba komentarzy: 151
  • najlepsza książka: Cienie Ziemi Beth Revis
  • najgorsza książka: Starter Lissa Price
  • najlepsze pierwsze zdanie: Nigdy nie gasną
Zgięłam mocniej rękę w łokciu, zacieśniając chwyt wokół gardła mężczyzny.
  • najlepsze ostatnie zdanie: Cienie Ziemi
- Zawsze do ciebie wracam - odparł, przyciągając mnie blisko.  Z a w s z e. 

Ten miesiąc był naprawdę udany i to również dzięki Wam - nawet w najśmielszych snach nie sądziłam, że moje recenzje spotkają się z takim odzewem i to zaledwie po dwóch tygodniach istnienia bloga. Bardzo cieszę się z Waszych komentarzy pod każdym postem i z tego, że jest Was tak dużo. Cały czas tryskam energią i entuzjazmem, a to głównie Wasza zasługa. To naprawdę wiele dla mnie znaczy :)
Na blogach pojawia się teraz dużo postów związanych z powrotem do szkoły, ale ja postanowiłam Wam tego oszczędzić, znajcie moje dobre serce! Przecież sami wiecie najlepiej, jak będzie ten rok wyglądał, bo sami o tym decydujecie. Ja podjęłam decyzję o systematycznym prowadzeniu bloga mimo obowiązków, które będą na mnie czekały w związku z maturą - postaram się, aby recenzje wciąż pojawiały się w tym samym odstępie czasowym, nie zaniecham też Book Tagów, bo Wy lubicie je czytać, a ja uwielbiam je pisać :) Oprócz tego we wrześniu planuję rozpoczęcie dwóch nowych cykli postów, ale o nich dowiecie się w swoim czasie. 
Jak Wam minął sierpień? Macie jakieś specjalne oczekiwania względem tego roku szkolnego? 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia