Confess, czyli prawda ukazana na płótnie

15:15

Przyznaję, dałam się skusić. November 9 okazało się być zaskakująco dobrą książką, dzięki której na nowo polubiłam się z Hoover, a Confess miało piękną okładkę, obiecujący opis i wiele osób twierdziło, że to jedna z najlepszych powieści Colleen, więc mimo początkowych wątpliwości, zdecydowałam się na zakup. Najwyraźniej nie potrafię docenić książek tej autorki, które są tak szeroko uwielbiane przez jej fanów – Hopeless nie znoszę, a teraz Confess dołączy do grona tych mniej lubianych przeze mnie powieści Colleen Hoover. Po prostu nie rozumiem, jak tak dobry pomysł mógł zostać tak niewykorzystany, ale zaraz będziecie mieli szansę więcej o tym przeczytać.

Owen czerpie inspiracje z anonimowych wyznań podrzucanych na próg jego malarskiego studia. Bolesne wspomnienia, niewypowiedziane słowa i grzechy innych przenosi na płótno za pomocą pędzla. Nie spodziewa się jednak, że kiedyś w jego galerii pojawi się dziewczyna, na którą czekał od dawna. Auburn z kolei nie może pozwolić sobie na komplikacje, lecz gdy w jej życie wkracza przystojny malarz ukazujący w swoich wzruszających pracach surową prawdę o ludziach, nie jest w stanie powstrzymać uczuć kiełkujących na dnie jej zranionego serca. Jednak teraźniejszość z Owenem może jej zabrać przyszłość z tym, co jest dla niej najważniejsze. Czy oboje będą w stanie wyznać sobie prawdę, zanim będzie za późno? 

Przede wszystkim muszę podkreślić to, że pomysł z połączeniem anonimowych, prawdziwych zwierzeń czytelników, które zostały wysłane do autorki, z obrazami namalowanymi przez prawdziwego artystę jest cudowny. Colleen Hoover w genialny sposób połączyła sztukę z literaturą, nigdy nie wpadłabym na podobny koncept i pozostaję pod ogromnym wrażeniem tego motywu. Niezwykle podoba mi się, że w Confess Owen tworzy swoje malowidła na podstawie wyznań wrzucanych przez szparę w drzwiach jego galerii sztuki, a w dodatku w środku egzemplarza zostały zamieszczone właśnie te kolorowe obrazy, o których była mowa w tekście. Bardzo się cieszę, że na początku ten wątek odgrywał dużą rolę w fabule, bo jestem zauroczona sposobem, w jaki autorka opisała całą ideę z wyznaniami. Niestety, z biegiem czasu Colleen Hoover kompletnie zapomniała o tym intrygującym motywie na rzecz romansu oraz przeszkód stojących na drodze do wielkiej miłości Auburn oraz Owena i tym samym historia straciła na oryginalności.

Może gdyby dwójka głównych bohaterów mnie urzekła, nie narzekałabym tak bardzo na zepchnięcie artystycznego motywu na dalszy plan, jednak Auburn to nieśmiała, wrażliwa szara myszka, która daje sobą pomiatać prawie-teściowej i prawie-szwagrowi, a w pewnym momencie posuwa się nawet do całkowitej uległości. Rozumiem, że znalazła się w trudnej sytuacji i ma związane ręce, jednak dla mnie jej decyzja była niewybaczalna. Mówię tutaj o jednej, konkretnej sytuacji. Może nie jest najbardziej irytującą postacią, z jaką kiedykolwiek się spotkałam, ale nie mogę powiedzieć, że ją polubiłam, a chwilami naprawdę mnie denerwowała. Owen z kolei był całkiem w porządku, lecz niespecjalnie zawrócił mi w głowie. To taka postać, która wzbudza sympatię, jednak nie będzie się o nim pamiętało zbyt długo po zakończeniu lektury. Żałuję za to, że Colleen Hoover nie poświęciła więcej czasu Emory, wścibskiej, ale niezwykle odważnej współlokatorce Auburn czy Harrisonowi, jedynemu przyjacielowi Owena, który wydawał się skrywać ciekawą przeszłość. Oboje mnie zainteresowali, lecz autorka potraktowała ich wątki po macoszemu.

Niestety, romans też wypada dość blado, a to on stał się szybko główną osią fabuły. Między głównymi bohaterami nie czułam żadnego iskrzenia, żadnej więzi, oboje zbyt szybko się w sobie zakochali, choć istniało całe mnóstwo przeciwwskazań, zwłaszcza ze strony Auburn. Ich miłość była dla mnie niewiarygodna i mało emocjonująca, nie doświadczyłam żadnych wzruszeń, niespecjalnie też im kibicowałam. Ogólnie mam wrażenie, że Colleen Hoover na siłę wciskała nam ckliwe teksty o przeznaczeniu, by nadać tej relacji głębi, ale według mnie ich związek był strasznie płytki, w dodatku przewidywalny i niezbyt fascynujący. Choć fabuła została przedstawiona z dwóch punktów widzenia, co w przypadku romansów uwielbiam, nie czułam żadnej różnicy między narracją Owena a narracją Auburn i ten podział niewiele wniósł do historii przedstawionej w tej książce. 

Confess to książka z niesamowitym pomysłem na tło fabularne i niewykorzystanym potencjałem. Jak każdą powieść Colleen Hoover, czytało mi się ją niezwykle szybko oraz lekko, ale nie wzbudziła we mnie żadnych uczuć, nie byłam też specjalnie zaciekawiona rozwojem wypadków czy zakończeniem. Pojawiło się tutaj kilka intrygujących wątków (m. in. uzależnienia od leków czy zagadnienia prawne), lecz zostały one zepchnięte na bardzo daleki plan lub tylko wspomniane mimochodem i autorka niestety już do nich nie wróciła. Confess to powieść poprawna i w zasadzie tyle. Ja żałuję, że skusiłam się na jej zakup, zwłaszcza że ma ledwie trzysta stron i niewiele wniosła do mojego życia. Nie popełniajcie mojego błędu i nie dajcie się skusić informacją, że to jedna z lepszych książek Colleen Hoover, bo ona nawet się nie umywa do Maybe Someday, November 9 czy nieco słabszego od tych dwóch Ugly Love.

 

Inne książki Colleen Hoover zrecenzowane na blogu:

You Might Also Like

0 KOMENTARZY

Witaj drogi Czytelniku!
Każde Twoje słowo sprawi mi wiele radości, niezależnie czy są to słowa pochwały, krytyki, obietnica przeczytania recenzowanej książki w przyszłości - wszystko wywoła na mojej twarzy geekowaty uśmiech.

Google+ Followers