piątek, 10 grudnia 2021

Upadek ognia, czyli podróż ku przebudzeniu Kroczącej z Wiatrem

0
Upadek ognia to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie kontynuacji serii. Przebudzenie powietrza było fascynującym wstępem do historii Vhalli, a zakończenie obudziło we mnie apetyt na więcej, dlatego byłam przeszczęśliwa, kiedy Wydawnictwo Galeria Książki ogłosiło, że wyda kolejny tom jeszcze w tym roku.

Vhalla Yarl maszeruje na wojnę jako własność Cesarstwa Solaris. Cesarz oczekuje, że da mu zwycięstwo, Senat ma nadzieję, że dziewczyna umrze, a jedynym, czego może oczekiwać ona sama, jest walka o życie. Vhalla musi się zmierzyć z duchami przeszłości, choć wyzwania chwili obecnej grożą jej utratą resztki zdrowych zmysłów. Czy uda jej się zachować człowieczeństwo? A może naprawdę zostanie potworem Cesarstwa?

Druga część znacząco różni się od pierwszej. Podczas gdy Przebudzenie powietrza pozwalało nam na lepsze zrozumienie całego świata, systemu magicznego oraz wprowadziło nas w historię Vhalli, o tyle drugi tom skupił się o wiele mocniej na rozwoju relacji, w tym głównie romansu, oraz na podróży w głąb kraju wraz z przyspieszonym szkoleniem wojskowym głównej bohaterki, która z uczennicy biblioteki musi przeistoczyć się w niebezpieczną broń, unikając także politycznych machinacji toczących się za jej plecami. Szczerze mówiąc, trochę zabrakło mi poczucia, że stawka jest naprawdę wysoka. Vhalla znalazła się w trudnej sytuacji po Nocy Ognia i Wichru, jej życie jest nieustannie zagrożone, nie może ufać nawet własnym sojusznikom, wyruszyła na okrutną wojnę wbrew swojej woli wraz z żołnierzami, sama nie mając najmniejszego doświadczenia w walce... mimo to nie odczuwałam żadnego napięcia związanego z jej położeniem. Na pewno nie uświadczycie tutaj szalonej akcji czy zapierających dech w piersiach starć, jednak jest coś niesamowicie uzależniającego w tej historii, przez co nie umiałam się od niej oderwać. Czyta się ją niezwykle szybko i przyjemnie, nawet nie rejestrując upływającego czasu i ubywających stron, a ja doskonale się przy niej bawiłam, chociaż zachowanie Vhalli potrafiło być frustrujące. 

Moim zarzutem wobec głównej bohaterki jest to, że była zbyt naiwna i posłuszna. Nie próbowała walczyć o swoje, a ślepo podążała za wydanymi jej rozkazami, nie myślała sama, tylko brała za pewnik to, co przekazywali jej inni. Miała przebłyski, w których zachowywała się jak silna wojowniczka, tę przemianę sugerowało zakończenie pierwszego tomu, ale takich momentów było stanowczo za mało w morzu narzekania, użalania się nad sobą i powtarzania, jaka jest bezużyteczna. Na szczęście pod koniec powieści widać jej coraz większą transformację i mam nadzieję, że będzie ona kontynuowana w kolejnych tomach. Aldrik posiada moje serce i duszę, uwielbiam go i cieszę się, że dostaliśmy mnóstwo scen z jego udziałem, a do tego mieliśmy szansę podziwiać, jak relacja Vhalli oraz księcia pięknie rozkwita. To mój ulubiony rodzaj romansu, dlatego zachwycałam się każdą ich wspólną chwilą, przy czym muszę podkreślić, że w tej części wątek miłosny zdominował książkę, przez co zabrakło miejsca na poszerzenie świata i samej magii Vhalli. Również przyjaźnie, jakie dziewczyna zawarła w Przebudzeniu powietrza, są tutaj pogłębione, co bardzo mnie cieszy. Trochę szkoda, że polityczne intygi pojawiły się dopiero na sam koniec Upadku ognia, ponieważ widać w nich ogromny potencjał i na pewno urozmaiciłyby fabułę, która na początku skupiała się głównie na wewnętrznych rozterkach Vhalli. 

Upadek ognia to powieść, która nie jest pozbawiona wad, jednak właściwie nie zwracałam na nie uwagi w trakcie lektury, ponieważ czerpałam mnóstwo przyjemności z czytania. To niezwykle wciągająca historia, a do tego nieskomplikowana, dzięki czemu można ją połknąć w jeden lub dwa wieczory, ciesząc się wspaniałą rozrywką. Może nie jest to najbardziej wyjątkowa seria na rynku, ale taka, do której po prostu pragnie się wracać i ja już nie mogę doczekać się kolejnego tomu, zwłaszcza po tym szokującym zakończeniu! W tej historii tkwi ogromny potencjał i jestem przekonana, że będzie tylko coraz lepiej. 

★★★★★★☆☆☆

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!

Czytaj dalej »

czwartek, 14 października 2021

Lore, czyli boska moc na wyciągnięcie ręki

0

Moja relacja z powieściami Alexandry Bracken jest dość trudna. Podobały mi się jej Mroczne umysły, natomiast duologia Pasażerka okazała się być dla mnie drogą przez mękę. Lore jednak od początku przyciągało mnie motywem greckiej mitologii, który uwielbiam w książkach, więc postanowiłam zaryzykować. 

Współczesny Nowy Jork. Na świecie wciąż żyją greccy bogowie. Co siedem lat Zeus zsyła część z nich na ziemię, gdzie przez siedem dni pozbawieni są nieśmiertelności. W tym czasie polują na nich ludzie i półbogowie, by przejąć ich moce. To kara, na jaką Zeus skazał niepokornych bogów.
Lore pochodzi z rodu Perseusza. Przed siedmiu laty jej rodziców i siostry wymordowali potomkowie Kadmosa. Dziewczyna cudem uniknęła śmierci i ukryła się w Nowym Jorku. Stara się zapomnieć o swoim pochodzeniu, jednak przeszłość nieoczekiwanie pojawia się pod jej drzwiami pod postacią rannej Ateny, która w zamian za pomoc zgadza się wyświadczyć jej wielką przysługę. Lore będzie musiała wiele poświęcić. Czy uda jej się odnaleźć w sobie siłę, by zapobiec upadkowi świata?

Lore to książka, która bardzo mocno opiera się na fabule i pędzącej do przodu akcji, więc jest to historia dla fanów mocnych wrażeń oraz zaskakujących zwrotów, które zapierają dech w piersiach i zostawiają czytelnika z mętlikiem w głowie. Momentami miałam wrażenie, że dzieje się aż za dużo, przez co wkradał się chaos i odrobinę gubiłam się w wątkach, które zaczęły zlewać się ze sobą, ale całość jest tak wciągająca, że nie sposób się od niej oderwać. Jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłu autorki, który jest niezwykle oryginalny i im bardziej zagłębiałam się w świat Lore oraz zasady rządzące Agonem, tym bardziej byłam zachwycona. Co prawda żałuję, że nie dostaliśmy więcej szczegółów, bardzo chętnie poznałabym całą historię Agonu czy tajniki funkcjonowania poszczególnych Domów i ich łowców, jednak przekazanie tylu informacji mogłoby być trudne, biorąc pod uwagę liczne wydarzenia. Alexandra Bracken bardzo sprytnie dawkowała różne wiadomości odnośnie bogów czy zasad rządzących tym światem, dzięki czemu nie czułam się przytłoczona, a niektóre tajemnice udało jej się zachować do samego końca. Zostałam mile zaskoczona, bo często mi się zdarza, że udaje mi się wcześniej przewidzieć kierunek, w jakim zmierza fabuła, tymczasem tutaj nie byłam pewna, jak wszystkie wątki zostaną rozwiązane. Byłam trzymana w napięciu aż do ostatniej strony i chociaż zabrakło mi mocnego uderzenia na sam koniec to podziwiam rozmach, z jakim została poprowadzona cała historia. 

Lore jest przepełnione akcją i przez to zabrakło miejsca na rozwój bohaterów, którzy są dla mnie najsłabszym ogniwem. Nie czułam się związana emocjonalnie z żadną z postaci, momentami wybory Lore mocno mnie irytowały, a ona sama była niezdecydowana, nie została poprowadzona w konsekwentny sposób, ciągle sama sobie zaprzeczała swoimi słowami i działaniami. Generalnie lubiłam większość bohaterów, ale jednocześnie nie czułam potrzeby, by im kibicować, nie zżyłam się z nimi, byli mi obojętni, bo wszyscy wypadają dość płasko. Pojawia się również wątek romantyczny, który jest zepchnięty na dalszy plan, ale i tak wolałabym, gdyby w ogóle go nie było, ponieważ wydawał mi się być wymuszony i zupełnie niepotrzebny, nie uwierzyłam w ten związek, podobnie jak nie uwierzyłam w wiele relacji, które zostały przedstawione w książce. 

Lore w genialny sposób łączy w sobie starożytne, greckie wierzenia ze współczesnością. Mogłoby się wydawać, że połączenie igrzysk śmierci z Percy Jacksonem nie wypali, lecz ta mieszanka okazała się być niezwykle udana. To jedna z najbardziej zaskakujących młodzieżówek tego roku i chociaż niektóre elementy mogłyby zostać lepiej dopracowane to świetnie się przy niej bawiłam! Lore to fenomenalna przygoda, która zabierze was w świat okrutnych bogów, gdzie za chwałę płaci się własnym życiem, a niewłaściwy krok może być tym ostatnim. Cieszę się, że postanowiłam dać tej książce szansę, bo zakochałam się w tej fabule!

★★★★★★☆☆☆
Czytaj dalej »

piątek, 1 października 2021

Pozłacany wąż, czyli same zachwyty, bo to genialna książka

0

 

Nie ukrywam, że jestem ogromną fanką Danielle L. Jensen. Przeczytałam praktycznie każdą powieść, jaka wyszła spod jej pióra i do tej pory jeszcze ani razu się nie rozczarowałam, za każdym razem jest w stanie zaskoczyć mnie czymś nowym, więc nie mogłam sobie odpuścić Pozłacanego węża, który był jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku. 

ICH BITWY ZAKOŃCZYŁY SIĘ ZWYCIĘSTWEM
Lidia powraca do Mudaire, by zacząć naukę w świątyni uzdrowicieli. Jednak zamiast walczyć o ocalenie życia, jest przekonana, że robi więcej złego niż dobrego. Zagłębia się w historię bogów i odkrywa prawdę, która na zawsze zmieni jej życie.
Killianowi w końcu udało się objąć dowództwo królewskiej armii, ale wcale nie czuje się zwycięzcą. Przytłoczony przeszłością, poddaje się mroczniejszemu obliczu swojego znaku – i w ten sposób ryzykuje, że rozpocznie wojnę.
ALE WOJNA DOPIERO SIĘ ZACZĘŁA
Po pokonaniu tyrana Urcona, Marek próbuje zawrzeć trwały sojusz z Arinoquianami. Dręczy go jednak świadomość, że wśród jego przyjaciół kryje się zdrajca i że może utracić wszystko, o co walczył.
Rozdarta między coraz większą lojalnością wobec Trzydziestego Siódmego Legionu a potrzebą uwolnienia rodaków, Teriana tonie w sieci tajemnic. Podejmuje decyzję, która może albo ocalić wszystkich, których kocha – albo posłać ich do grobu.

TA KSIĄŻKA JEST GENIALNA. Wiedziałam, że Pozłacany wąż będzie dobry, jednak nie spodziewałam się, że w moich rękach znajdzie się tak fenomenalna historia, która zawładnie moimi myślami i sercem, nie pozwalając mi na złapanie oddechu. Danielle L. Jensen z powieści na powieść prezentuje coraz wyższy poziom, a ja już boję się tego, co wydarzy się w nadchodzącym finale Mrocznych Wybrzeży, ponieważ autorka posiada niezrównany talent do budowania napięcia i podnoszenia stawek. Dostałam 730 stron perfekcyjnej, dopracowanej w każdym szczególe powieści, która wciągnęła mnie do tego stopnia, że w ogóle nie odczuwałam jej długości, mogłaby być dwa razy dłuższa, a dla mnie nadal byłaby za krótka, ponieważ tak doskonale spędziłam przy niej czas. Danielle L. Jensen niczego nie zostawiła przypadkowi, każdy wątek ma znaczenie i składa się na niesamowitą całość. Kiedy już wydawało mi się, że koniec z zaskakującymi rewelacjami, nagle pojawiała się informacja, po której mój mózg dosłownie eksplodował. Jestem pod wrażeniem tego, jak bardzo złożona i skomplikowana jest fabuła Pozłacanego węża, bogata pod względem politycznych intryg, militarnych taktyk, budowy świata oraz systemu magicznego, a przy tym czyta się ją niezwykle przyjemnie, nie czując obciążenia różnorodnością wątków. 

Po Mrocznym niebie byłam zakochana w Lidii oraz Killianie, nadal pozostają moimi ulubieńcami, ale w tej części obdarzyłam również większą sympatią Terianę i Marka, mimo że w pierwszym tomie niekoniecznie mnie do siebie przekonali. Z reguły nie przepadam za licznymi narracjami, a w Pozłacanym wężu wydarzenia są przedstawione za pomocą czterech perspektyw, jednak każda z tych postaci jest tak dopracowana, wyjątkowa i wnosi coś świeżego do całej historii, że z radością zagłębiałam się w kolejnych rozdziałach. Jedynym minusem jest to, że niektóre rozdziały były krótkie, liczyły sobie zaledwie cztery strony, dlatego czułam się wybita z rytmu, gdy tak szybko przeskakiwałam z perspektywy Lidii do Marka, przy czym oboje znajdują się po przeciwnych stronach globu, ale poza tym nie mam na co narzekać. Wszyscy bohaterowie przechodzą przez kolejne przemiany, zmagają się z własnymi słabościami i pragnieniami, dylematami moralnymi, są tak niesamowicie ludzcy, że niemal czułam ich obecność przy sobie. 

Mroczne Wybrzeża to seria, która mną zawładnęła, a Pozłacany wąż tylko ugruntował jej pozycję wśród moich ulubionych serii fantasy. Brakuje mi słów, by opisać, jak bardzo jestem oczarowana tą powieścią, która zmiażdżyła mnie, złamała mi serce, a jednocześnie dostarczyła ogromnych emocji. Śmiałam się i płakałam, a niektóre momenty były tak epickie, że dostałam gęsiej skórki, co przy książkach zdarzyło mi się dopiero drugi raz w życiu. Pozłacany wąż jest perełką, wybija się na tle innych powieści swoją oryginalnością, genialnymi zwrotami akcji, pięknie wykreowanym światem i bohaterami, którym będziecie kibicować z całych sił. Zaufajcie mi, ta książka jest warta każdej minuty, jaką z nią spędzicie. 

★★★★★★★★★☆

Seria Mroczne Wybrzeża:
Mroczne Wybrzeża // Mroczne niebo // Pozłacany wąż // Scorched Earth

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!

Czytaj dalej »

środa, 29 września 2021

Heartstopper. Tom 1, czyli za dużo słodyczy, za mało fabuły

0

Heartstopper to obecnie jedna z najgłośniejszych powieści graficznych wśród miłośników książek. Już od dawna spotykałam się z tym tytułem na zagranicznym bookstagramie i zupełnie nie spodziewałam się, że zostanie on wydany również w Polsce, ale wydawnictwo Jaguar sprawiło mi niesamowitą niespodziankę. 

Charlie i Nick poznają się w szkole. Charlie był tam prześladowany, ale wreszcie może otwarcie mówić o swojej orientacji. Nick gra w szkolnej drużynie rugby i słyszał trochę o Charliem – chłopaku, który został wyoutowany rok wcześniej – choć nigdy nie miał okazji z nim porozmawiać.
Nick i Charlie trafiają na wspólne zajęcia i siadają w jednej ławce. Szybko stają się przyjaciółmi i wkrótce Charlie zakochuje się w Nicku, choć wydaje mu się, że nie ma najmniejszych szans. Obaj mają wspólne pasje, odwiedzają się w domach. Przyjaciele Charliego nie rozumieją: co on widzi w tym potężnym chłopaku z drużyny sportowej? Sam Nick nie do końca rozumie, co się z nim dzieje, ale czuje, że to przy Charliem może być nareszcie sobą. Wreszcie, podczas urodzinowej imprezy kolegi Nicka, dochodzi do przełomu w ich relacji. Charlie zostaje z pytaniem: co się właściwie wydarzyło i czy Nick odwzajemnia jego uczucie?

Heartstopper to historia, której przeczytanie zajęło mi zaledwie pół godziny. Przez całość się płynie, co wynika z prostolinijności całej fabuły i dla mnie ta prostota jest jednocześnie największą zaletą i wadą komiksu. Uwielbiam to, że rozwój relacji Nicka i Charliego jest niewymuszony, naturalny i swobodny, chłopcy powoli się ze sobą zaprzyjaźniają, mimo że osoby z ich otoczenia nie są w stanie tego zrozumieć przez wzgląd na różnicę w ich charakterach i zainteresowaniach. Jest w tej historii jakaś piękna, subtelna otwartość, miałam wrażenie, jakbym stała z boku i na własne oczy śledziła przyjaźń młodych chłopców. Przy tym mam jednak poczucie, że całość jest... za prosta. Fabuła właściwie nie istnieje, dostajemy jedynie wyrwane z codzienności fragmenty, w których obserwujemy, jak Nick i Charlie się do siebie zbliżają. Poza tym nie dzieje się nic, a całość wypada bardzo przewidywalnie. Przyznaję, że relacja głównych bohaterów jest słodka i na swój sposób czarująca, jednak do mnie nie do końca trafiła, zupełnie nie byłam zainwestowana w kolejne wydarzenia, nie czułam tego ciepła na serduszku, jakie z reguły wywołuje u mnie taki uroczy romans i myślę, że częściowo jest to wina tego, że jestem już na podobne historie za stara. Po prostu wiele rozwiązań fabularnych było dla mnie zbyt dziecinnych i nie używam tego słowa w negatywnym znaczeniu. Jest tutaj taka naiwność, delikatność i prostota, która jest w stanie rozkochać sobie młodszą młodzież, jednak dla mnie brakowało tutaj głębi, zarówno samej relacji, jak i całej fabuły. Nie ma tutaj żadnego napięcia, zaskoczenia, jest tylko słodycz i wrażenie, że nigdzie nie zmierzamy z tą opowieścią. 

Heartstopper w bardzo dużej części opiera się na doskonale znanych schematach. Mamy Charliego, który jest wyrzutkiem, szkolnym prymusem i przeszedł trudne chwile, gdy wszyscy w szkole dowiedzieli się, że jest gejem, a Nick stanowi jego przeciwieństwo: złoty chłopiec, popularny gracz rugby, który do tej pory spotykał się jedynie z dziewczynami, ale przy Charliem zaczyna kwestionować swoją seksualność. Pozostałe postaci właściwie nie istnieją, są zlepkiem szybkich kresek i przypadkowych imion. Wydawałoby się, że skoro poboczni bohaterowie niewiele wnoszą do fabuły, Nick oraz Charlie na swoich barkach będą dźwigać całą historię, ale dla mnie oboje są pozbawieni charakteru i iskry, a ich relacja nie miała w sobie żadnego iskrzenia. Autorce należą się jednak brawa za to, jak zdrowa jest ich przyjaźń i odpowiednia do wieku. 

Nie miałam względem Heartstopper wysokich wymagań, nastawiałam się na uroczą i przyjemną lekturę, która stanie się moją comfort read, jednak magia tej historii mi się nie udzieliła. Jestem też trochę rozczarowana bardzo prostą kreską (może kiedyś bym nie narzekała, ale odkąd zaczęłam czytać webtoony, moje podejście się zmieniło). Myślę, że książka znajdzie swoich odbiorców i to wspaniałe, że została wydana, bo w cudowny sposób prezentuje osoby LGBTQIA+, ale mnie nie wciągnęła na tyle, żebym mogła ją z czystym sumieniem polecić.  

Za egzemplarz Heartstopper serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar!

Czytaj dalej »

środa, 25 sierpnia 2021

Przewodnik dla damy po halkach i korsarstwie, czyli siła kobiet w XVIII wieku

0

 

Początkowo wahałam się, czy powinnam sięgnąć po Przewodnik dla damy po halkach i korsarstwie. Dość miło wspominam Poradnik dla dżentelmena po występku i cnocie, lecz to nie była lektura, która mnie porwała. Przypomniałam sobie jednak, jak bardzo byłam zauroczona postacią Felicity, a ponieważ ta książka skupia się na jej przeżyciach, postanowiłam dać jej szansę i zdecydowanie nie żałuję sięgnięcia po jedną z nowości na Taniaksiążka.pl

Minął rok, odkąd Felicity ruszyła w podróż ze swoim bratem po kontynencie, ale nic nie jest takie, jak to sobie wymarzyła. Zamiast studiować anatomię u boku największych lekarzy epoki, jest zmuszona pomagać w piekarni i odpierać zaloty miłego, odrobinę nieporadnego piekarza, choć nie ustaje w staraniach, by dostać się na uniwersytet lub prywatną praktykę... Problem w tym, że jest kobietą i nikt nie traktuje jej poważnie. Kiedy dowiaduje się, że jej przyjaciółka z dzieciństwa wychodzi za mąż za jej idola, uzdolnionego lekarza Aleksandra Platta, wyrusza w drogę do Niemiec, licząc na to, że wreszcie uda jej się ziścić jej cel. Nie spodziewa się, że wpadnie na trop zaskakujących badań, dla których wyruszy w kolejną zwariowaną podróż. 

Przewodnik dla damy po halkach i korsarstwie to książka, która ustrzegła się klątwy drugiego tomu, a wręcz przebiła swoją poprzedniczkę! Możliwe, że moje pozytywne wrażenia wynikają z tego, iż już w pierwszej części polubiłam się z Felicity, a jej przeżycia są bardzo mi bliskie ze względu na jej samodzielność oraz zainteresowanie medycyną, podczas gdy przez większość część Poradnika dla dżentelmena po występku i cnocie nie lubiłam się z Monty'm, co utrudniało mi czerpanie przyjemności z lektury. W tej części autorka nie zrezygnowała z zabawnych wstawek, jednak są one o wiele bardziej stonowane niż w pierwszym tomie, co również według mnie działa na plus, ponieważ wcześniejszy humor nie przypadł mi do gustu, a tutaj jest bardziej subtelny i błyskotliwy. Przewodnik dla damy po halkach i korsarstwie porusza przy tym wiele ważnych tematów; tym razem mamy do czynienia z bohaterką, która jest aseksualna/aromantyczna, do tego dochodzi kwestia nierówności płciowej, ponieważ rola kobiety w XVIII wieku była ograniczona bardzo sztywnymi ramami, a ambicja Felicity spotyka się nie tylko z pogardą, ale wręcz wrogością. Jest to także powieść, która pokazuje, jak wygląda toksyczny feminizm. Główna bohaterka uważa się za lepszą z powodu swoich zainteresowań i niezwykłą na tle innych kobiet, ale w trakcie całej historii zachodzi przemianę, gdy jej niegdysiejsza najlepsza przyjaciółka wytyka jej hipokryzję, podkreślając, że kobieta może ubierać się i zachowywać dziewczęco, interesować się modą, a przy tym być silna oraz inteligentna. 

Przewodnik dla damy po halkach i korsarstwie jest bez wątpienia cudowną przygodą, nie mogłam się od niej oderwać i jak najszybciej przerzucałam kolejne kartki, by przekonać się, czym jeszcze zaskoczy mnie autorka. Rodzeństwo Montague ma w końcu smykałkę do pakowania się w różne kłopoty, a ja z zapartym tchem śledziłam losy Felicity, Johanny oraz Sim. Bardzo mnie cieszy, że głównymi bohaterkami powieści są kobiety, każda z nich jest zupełnie inna i na swój sposób fascynująca. Zżyłam się z nimi i bardzo mocno im kibicowałam. Każda z nich z osobna jest niesamowita, ale razem jako grupa po prostu błyszczą niczym nieoszlifowane diamenty. Uwielbiam to, jak ta książka pokazuje, że nie ma jednego właściwego sposobu na przeżycie swojego życia, że czasami układamy plany, z których nic nie wychodzi, ale ostatecznie pojawiają się nowe perspektywy i szanse; uwielbiam to, jak podkreślane jest, iż kobieta-badaczka nie jest w żaden sposób lepsza czy gorsza od kobiety-żony czy matki oraz że miłość romantyczna nie jest ważniejsza od miłości platonicznej. To niesamowite, że wszystkie te kwestie i wartości zostały zwarte w historycznej powieści młodzieżowej, która skrywa w sobie awanturniczą przygodę oraz szeroko zakrojoną intrygę!

Przewodnik dla damy po halkach i korsarstwie to historia, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Jestem oczarowana sposobem, w jaki autorka przekazuje ważne kwestie, jednocześnie nie rezygnując z wartkiej, szalonej akcji. Pościg za tajemniczym skarbem, mityczne stworzenia, piraci i morskie bitwy, a do tego grupa upartych, niesamowitych kobiet zakochanych w nauce, oto przepis na genialną książkę, o której nie będziecie mogli zapomnieć! 

★★★★★★★☆☆☆

Przewodnik dla damy po halkach i korsarstwie otrzymałam z Taniaksiazka.pl, za co bardzo serdecznie dziękuję!

Czytaj dalej »

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Miłosna ruletka, czyli przeznaczenie i magia Vegas

0

 

Muszę przyznać się do tego, że nie sięgnęłam po poprzednie tomy z trylogii Cztery wesela, jakoś było mi z nimi nie po drodze w momencie wydania, chociaż znajdują się one w moich planach czytelniczych. Na szczęście Miłosną ruletkę mogłam przeczytać bez znajomości poprzednich części, chociaż bohaterowie dość często odwołują się do wcześniejszych wydarzeń, więc doświadczenie na pewno byłoby pełniejsze, gdybym zapoznała się wcześniej z Czterema weselami. Miłosna ruletka miała jednak tak dobre opinie, a ja potrzebowałam odskoczni, dlatego zdecydowałam się na książkę dla kobiet z księgarni Taniaksiążka.pl

Libby St. Clair ufa przeznaczeniu. Wierzy w magię i przepowiednie.
Szczególnie w tę jedną, którą przed laty ona i jej przyjaciółki usłyszały od wróżki. Według niej każda z przyjaciółek miała wyjść za mąż przed trzydziestką, przeżyć weselną katastrofę oraz skończyć z mężczyzną innym niż pierwotny narzeczony.
Libby w odróżnieniu od przyjaciółek wierzy w słowa przepowiedni. Jednak termin ślubu z człowiekiem, którego nie kocha, zbliża się wielkim krokami, a księcia na białym koniu nigdzie nie widać. Czy przez wiarę we wróżbę Libby popełni największy błąd w swoim życiu?
Noah McMillan całe życie unikał odpowiedzialności i zobowiązań. Poznał Libby na ślubie Josha i od razu zostali przyjaciółmi. Świetnie się dogadywali do momentu, kiedy Libby ogłosiła, że jest zaręczona. Noah nie mógł zrozumieć, dlaczego ten fakt tak go denerwuje. Aż do dnia ślubu, kiedy uświadomił sobie, że nie może pozwolić Libby wyjść za innego mężczyznę, ponieważ to ON ją kocha. Kiedy zdeterminowany, by przerwać ślub, leci do Kansas City, spotyka uciekającą pannę młodą – Libby.
Para rusza w szaloną podróż samochodową do Las Vegas. Noah zrobi naprawdę wiele, aby przekonać Libby, że mogą być kimś więcej niż tylko przyjaciółmi. Tymczasem w mieście grzechu im więcej ryzykujesz, tym więcej możesz zyskać lub… stracić. Libby i Noah stawiają wszystko na jedną kartę. W tej rozgrywce stawką jest miłość.

Podchodziłam do Miłosnej ruletki bez większych oczekiwań; miałam nadzieję na przyjemną, zabawną lekturę, która pozwoli mi zapomnieć o świecie na kilka godzin i po prostu dobrze się bawić. Problem w tym, że przez bardzo długi czas nie mogłam wciągnąć się w tę historię, dłużyła mi się i ciągle sprawdzałam, ile zostało mi jeszcze stron do końca, a to nie wróżyło zbyt dobrze. Jak na uciekającą sprzed ołtarza pannę młodą i nieplanowaną, spontaniczną podróż po Stanach Zjednoczonych w pierwszej połowie książki dzieje się naprawdę mało, skupiamy się głównie na wewnętrznych monologach bohaterów i ich wątpliwościach. Ta część wywołała we mnie ogrom frustracji, ponieważ Libby i Noah wyraźnie mieli się ku sobie, jednak nie potrafili ze sobą otwarcie porozmawiać, przez co tylko czekałam na moment, w którym ich braki w komunikacji zostaną mi wynagrodzone. Druga połowa za to obfitowała w wydarzenia, właściwie nie było chwili na złapanie oddechu, a kolejne sceny robiły się coraz bardziej absurdalne... jednym słowem: było idealnie i żałuję, że autorka wcześniej nie zdecydowała się na podkręcenie tempa, ponieważ cała książka mogłaby na tym zyskać. Co prawda duży zwrot akcji był przewidywalny i mało odkrywczy, właściwie już od pierwszych stron wiedziałam, że do niego dojdzie, jednak autorka wybrnęła z niego całkiem zgrabnie. Największą zaletą Miłosnej ruletki jest bez wątpienia humor, który był przemycany zarówno w śmiesznych sytuacjach, jak i błyskotliwych dialogach. Nie mogłam przestać się uśmiechać w trakcie czytania. 

Bardzo cieszy mnie to, że Libby i Noah byli niesamowicie ludzcy. Autorka w genialny sposób wykreowała swoich bohaterów, dając im zalety, ale także wady, unikatowe cechy, wyznawane wartości oraz zainteresowania. Libby to pozytywnie zakręcona, wolna dusza, która jest zakochana w fotografii, ma skłonność do wierzenia w przesądy. Noah to z kolei facet o świetnym poczuciu humoru, uwielbiałam jego zmyślone historyjki i to, jak umiał wybrnąć z kłopotliwych sytuacji przy pomocy żartów oraz uroku osobistego, jednak cierpi przy tym z powodu przylepionej mu łatki nieodpowiedzialnego podrywacza i nie wierzy w siebie. Już od dawna nie miałam okazji przeczytać romansu z tak wielowymiarowymi postaciami, ich rozterki były niezwykle prawdziwe, a do tego oboje zyskali moją sympatię. Uwielbiam ich relację, to, jakimi są dla siebie dobrymi przyjaciółmi i jak ogromne wsparcie dla siebie stanowią. Nie znajdziecie tutaj toksycznych zachowań czy rozdmuchanych dramatów, cały ich związek jest uroczy, ciepły, pełen wzajemnego zrozumienia. 

Miłosna ruletka to doskonała powieść na letni wieczór. Jest zabawna, odrobinę szalona, słodka i nieskomplikowana. Można przyjemnie przy niej spędzić czas, trochę się pośmiać wraz z bohaterami i oderwać od codzienności. To po prostu bardzo pozytywna historia ze zdrową relacją pomiędzy głównymi postaciami (naprawdę chciałabym, żeby więcej podobnych związków pojawiało się w książkach, Libby i Noah stanowią przepiękny przykład głębokiej więzi oraz partnerstwa). Jeśli macie ochotę się odstresować, będzie idealna. Dla mnie zabrakło trochę akcji, zwłaszcza w pierwszej połowie i bardziej łagodnej przemiany z przyjaciół w kochanków, lecz poza tym to sympatyczna lektura. 

Miłosną ruletkę otrzymałam z Taniaksiazka.pl, za co bardzo serdecznie dziękuję!

Czytaj dalej »

wtorek, 3 sierpnia 2021

Angry God, czyli żądza, mrok i zemsta

0


Niedawno wpadło mi w ręce Playing with Fire L.J. Shen i do tego stopnia zakochałam się w tej książce, która obudziła we mnie milion cudownych emocji, że od razu zaczęłam się rozglądać za innymi powieściami tej autorki. Miałam szczęście, bo akurat na rynek wkraczał Angry God z kręgu książek dla kobiet w księgarni Taniaksiazka.pl, więc od razu zabrałam się za lekturę. 

Vaughn Spencer to niekwestionowany król All Saints High. Zbuntowany, egocentryczny, pełen agresji. Łamie kolejne serca, nosy i reguły, a jego wściekłość staje się legendarna. Jest zachwycający, ale w jego sercu czai się mrok.
Lenora jest jedyną dziewczyną w szkole, która mu się sprzeciwia. Ich wzajemna nienawiść sięga czasów dzieciństwa, kiedy to Lenny odkryła tajemnicę Vaughna i o mało nie przypłaciła tego życiem.
Pech chce, że oboje trafiają do szkoły artystycznej w Anglii. Do miejsca, o którym mówi się, że jest nawiedzone. I nie są to tylko niesamowite opowieści powtarzane o zmroku przez lokalnych mieszkańców. Zamek Carlisle skrywa straszliwe tajemnice. Vaughn przybywa tam, by zabić duchy przeszłości, nie wie jednak, że ta droga prowadzi donikąd. Czy Lenora uratuje go, czy pogrąży?

Angry God jest prawdopodobnie jedną z najbardziej szalonych książek, jakie przeczytałam w życiu i nie mówię tego w pozytywnym sensie. To, co się tutaj dzieje, przechodzi granice dobrego smaku, a sposób, w jaki główni bohaterowie zachowują się przede wszystkim w stosunku do siebie nawzajem, jest nie do przyjęcia. Sięgając po tę powieść, nie spodziewałam się, że będzie ona tak mroczna, brutalna, a przy tym pojawią się sceny, których do tej pory nie jestem w stanie objąć rozumem, a już tym bardziej zaakceptować. Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że autorka nie jest w stanie jeszcze bardziej mnie zszokować działaniami Lenory i Vaughna, oni udowadniali mi, jak bardzo się myliłam. Angry God to obłęd w najczystszej postaci, a ja nie dowierzałam w to, jak daleko posuwali się główni bohaterowie. Ich relacja nie jest zdrowa, jest bardzo toksyczna, pełna okrucieństwa i zaborczości. Nie dochodzi tutaj do fizycznej przemocy, lecz Lenora i Vaughn niszczą siebie nawzajem w bezlitosny sposób innymi metodami. Nie uwierzyłam w ich miłość, w głębię ich relacji, nie uzdrawiali się, a razem ciągnęli się coraz bardziej w dół, przynajmniej z mojej perspektywy. Nienawiść spalała ich do tego stopnia, że miłość gdzieś w tym wszystkim zaginęła, nie dorównując intensywnością ich wrogości. Robili sobie straszne, nienormalne rzeczy, za które nigdy nie przeprosili i szczerze mówiąc, nadal jestem zniesmaczona obrotem fabuły, która poza tym była bardzo przewidywalna. 

Zarówno Lenora, jak i Vaughn bardziej przypominają sadystycznych antybohaterów, ale przy tym brak im prawdziwego charakteru, jakiejś iskry. Nie zachodzi w nich niemal żadna przemiana, może z wyjątkiem kilku ostatnich stron, ale jest ona zbyt nagła i pojawia się na zbyt krótko, by uznać ich za lepszych ludzi. Nie kibicowałam żadnemu z nich. Ich trudna przeszłość nie usprawiedliwia rzeczy, których robili. Nie rozumiem też, dlaczego autorka posunęła się tak daleko, skoro główne postaci mają siedemnaście i osiemnaście lat, to tylko jeszcze bardziej pogłębiało moje negatywne odczucia. Z każdą stroną Angry God stawało się coraz bardziej skandaliczne i oburzające, utraciło zupełnie swoje fundamenty, a relacja głównych bohaterów została przyćmiona przez motyw zemsty i coraz bardziej skomplikowane dramaty. Ta książka przypomina wykolejony pociąg; wiesz, że wydarzy się coś strasznego, ale nie możesz odwrócić wzroku od tej katastrofy. Doczytałam do końca, chociaż jestem zaskoczona, że ta sztuka mi się udała. 

Zanim zaczniecie czytać Angry God, powinniście być świadomi, że w tej książce pojawia się wiele drastycznych tematów jak: samookaleczanie, krew (a dokładnie jej picie), molestowanie seksualne dzieci, a to wierzchołek góry lodowej. Chciałabym, żebyście wiedzieli, w co się pakujecie, bo ja wielu z tych scen się nie spodziewałam. W trakcie czytania przepełniały mnie emocje, lecz głównie negatywne, ciągle kręciłam głową, nie umiejąc zrozumieć, dlaczego autorka zdecydowała się wydać podobną powieść. Są motywy, które bardzo mi się podobały, jak choćby wykorzystanie sztuki, uwielbiałam czytać o twórczych, artystycznych uniesieniach bohaterów, podziwiam siostrzaną relację pomiędzy Poppy a Lenorą, trochę szkoda, że autorka lepiej nie wykorzystała miejsca akcji. Jej styl nadal jest niesamowicie wciągający, ale wiele razy musiałam odłożyć powieść na bok, żeby opanować emocje. Nie tak wyobrażałam sobie tę historię. Sądziłam, że pokocham ją równie mocno jak Playing with Fire, ale jest to książka, która zdecydowanie nie była dla mnie. Są różne gusta, więc jeśli niestraszne są ci ciężkie, mroczne tematy i niezdrowe relacje możliwe, że Angry God ci się spodoba. Dla mnie to było po prostu za wiele.  

Angry God otrzymałam z Taniaksiazka.pl, za co bardzo serdecznie dziękuję!

Czytaj dalej »

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

Poza kontrolą, czyli romans pozbawiony wątku romantycznego

0

 
Na pewno macie swoje ulubione motywy, którym nie umiecie się oprzeć i ja też nie jestem w tej kwestii wyjątkiem. Oprócz relacji od nienawiści do miłości jestem zakochana także w historiach o drugich szansach, więc kiedy natknęłam się na Poza kontrolą w trakcie przeglądania całej kategorii książek dla kobiet na stronie księgarni Taniaksiazka.pl, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. 

Lane Warner jest przyzwyczajony do bycia w cieniu. W końcu jest najmłodszym bratem i najmniej poważaną osobą w rodzinie. Bardzo niewiele rzeczy w życiu potrafi go wkurzyć i przebić jego grubą skórę. Na szczycie tej listy jest przyjaciółka z dzieciństwa – Brynn. Kiedy związane z nią niezaspokojone pragnienia stają się nie do zniesienia, Lane postanawia odejść.
Brynn jest córką zatwardziałej poszukiwaczki złota. Życie nigdy jej nie oszczędzało, ale nie straciła nadziei na znalezienie swojego bezpiecznego miejsca. Mogłaby je zbudować z Lane’em, ale choć był wszystkim, czego kiedykolwiek pragnęła, wiedziała, że jest również tym, czego nigdy nie dostanie. Jednak dziewczyny takie jak Brynn nigdy nie odpuszczają.

Moje rozczarowanie Poza kontrolą wynika z faktu, że nastawiłam się na zupełnie inną historię. Uwielbiam motyw drugiej szansy w romansie, gdy dwójka zakochanych w sobie ludzi po latach stara się naprawić swoją relację, więc byłam podekscytowana perspektywą zanurzenia się w ich relacji wypełnionej tęsknotą, pragnieniem oraz żalem, zwłaszcza że spodziewałam się, iż cała akcja zostanie osadzona na rodzinnym ranczu Warnerów. Kto nie miałby słabości do troskliwego, czułego kowboja? Problem w tym, że o ile relacja Brynn i Lane'a jest ważna na samym początku książki, później gdzieś zniknęła pod naporem innych wątków. Odpychali się przez lata, natomiast pod wpływem jednej krótkiej chwili cała ich uraza zniknęła, a później nie doczekaliśmy się prawdziwego rozwoju ich relacji, nad czym bardzo ubolewam. Potencjał był, natomiast zupełnie nie został wykorzystany. Brynn i Lane są głównymi bohaterami, to z ich perspektywy poznajemy wszystkie wydarzenia, a mnie ich po prostu zabrakło. Nie zdążyłam się z nimi zżyć, nie byłam w stanie im kibicować, ponieważ najpierw wszystko potoczyło się za szybko, a później cały wątek romantyczny został zepchnięty na daleki plan i zdominowany przez niebezpieczną intrygę. 

Poza kontrolą gatunkowo bardziej wpasowuje się w kryminał lub akcję. Tak naprawdę głównym motywem w tej powieści jest handel żywym towarem. Brynn i Lane przez przypadek stają się świadkami niepokojącej sytuacji, następnie wyruszają w pościg za porwanym chłopcem, któremu starają się za wszelką cenę pomóc, nie angażując w to władze, przez co oczywiście pakują się w coraz większe tarapaty. Większość sytuacji w Poza kontrolą jest przerysowana do granic możliwości i przez to cała historia wypada tandetnie, jakbym miała do czynienia z najgorszym rodzajem fanfiction. To wrażenie było tylko podtrzymywane przez fatalny styl, który już od pierwszych stron mi nie podpasował i przez coraz bardziej absurdalne rozwiązania fabularne zastosowane przez autorkę. Pełno tutaj pościgów, szemranych typów spod ciemnej gwiazdy, przestępczych interesów, to wszystko się ze sobą nie klei. Mogłoby się wydawać, że jest to mieszanka wybuchowa, która nie pozwoli mi się nudzić, lecz przez dłużące się opisy i kręcenie się bohaterów w kółko, nie czułam żadnej ekscytacji związanej z czytaniem tej powieści. 

Spodziewałam się ciepłej opowieści o sile rodziny, o odnajdywaniu samego siebie, o uwalnianiu się od trudnej przeszłości i o uczuciu łączącym dwie osoby z pięknym, kojącym tłem w postaci rancza. Tymczasem dostałam całą sprawę kryminalną odnośnie handlu żywym towarem i znikaniem nieletnich chłopców, na co opis zupełnie nie wskazuje. Wydaje mi się, że zanim sięgniecie po Poza kontrolą warto zdawać sobie sprawę z tego, czym tak naprawdę jest ta książka, bo może dzięki temu nie rozczarujecie się tak jak ja. 

★★★★☆☆☆☆☆☆

Poza kontrolą otrzymałam z Taniaksiazka.pl, za co bardzo serdecznie dziękuję!

Czytaj dalej »

czwartek, 29 lipca 2021

Bennett Mafia, czyli przełamanie mafijnego schematu

0

Rzadko sięgam po książki mafijne, a moje pierwsze spotkanie z Tijan przy okazji Pozwól mi zostać nie było udane, jednak lubię dawać autorom drugie szanse, a opis zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam po nią sięgnąć, korzystając z kolekcji książek dla kobiet dostępnych w księgarni Taniaksiazka.pl 

On jest dla niej ucieleśnieniem wszystkiego, z czym walczyła.
Ona dla niego – jedyną nadzieją na zmianę.
Riley dobrze wiedziała, że jej przyjaciółka Brooke nie pochodzi ze zwyczajnej rodziny. Bennettowie stanowili potężny ród mafijny. Śmierć ojca i najstarszego brata spowodowały, że na jej czele stanął szesnastoletni Kai. Jego magnetyzujące spojrzenie obiecywało tyle samo grozy, co rozkoszy.
Czternaście lat później Riley musi za wszelką cenę unikać kontaktów z Bennettami. Ukrywa się od lat i osiągnęła w tym mistrzostwo. A przynajmniej tak jej się wydaje. Nagle dowiaduje się, że jej dawna przyjaciółka zaginęła. Dwa dni później Kai ponownie zjawia się w życiu Riley. Wiele się zmieniło. Tylko jego spojrzenie pozostało takie samo.

Rzadko sięgam po książki mafijne, jednak Bennett Mafia przyciągnęło mnie obietnicą złamania schematu mafijnego romansu i pod wieloma względami autorka stanęła na wysokości zadania, jeśli chodzi o ucieczkę przed utartą ścieżką, ale jednocześnie mam mieszane uczucia względem całej lektury. Według mnie powieść jest za długa, pojawiły się momenty przestoju, dłużących się monologów, które powodowały znużenie. Spodziewałam się, że ta książka będzie petardą, że na każdym kroku będziemy świadkami szokujących wydarzeń, nagłych zwrotów akcji, intryg i ogromnych emocji, tymczasem fabuła posuwała się do przodu w dość spokojnym tempie. Na początku byłam zafascynowana, głównie z powodu tajemnicy okrywającej Riley, już od pierwszych stron wiedziałam, że nie mamy do czynienia ze standardową główną bohaterką, lecz im bardziej zagłębiałam się w całą historię, tym mniejsze zainteresowanie odczuwałam. Muszę jednak przyznać, że Tijan obrała oryginalny kierunek, pozytywnie mnie zaskakując, chociaż miałam poczucie, że próbowała wprowadzić zbyt wiele różnorodnych wątków i na żadnym ostatecznie się nie skupiła. Myślałam też, że motyw mafijny będzie mocniej zarysowany, ale został on nieco zepchnięty na bok w obliczu wewnętrznych rozterek Riley i szukania Brooke. 

W Bennett Mafia najbardziej zabrakło mi emocji. Sięgałam po tę powieść przekonana, że dostarczy mi ona niesamowitych wrażeń, że nie będę mogła złapać oddechu, bo będę tak bardzo pochłonięta kolejnymi wydarzeniami, ale nie mogłam się wbić w tę historię, nie czułam się związana z bohaterami. Wydawało mi się, że z powodu swojego zajęcia i tego, przez co przeszła, Riley będzie niezwykle silną kobiecą postacią, tymczasem wystarczyło, by Kai pojawił się w pomieszczeniu, a stawała się całkowicie uległa, podporządkowała mu całe swoje życie i wartości, co bardzo mnie rozczarowało. Kai miał niesamowity umysł, to geniusz planujący wydarzenia o kilkanaście kroków do przodu, jednak poza tym nie miał wiele do zaoferowania, był dziwnie pozbawiony charakteru. Nie czułam pomiędzy tą dwójką żadnej chemii, nie uwierzyłam w ich relację i właściwie natychmiastowe przyciąganie oraz zaufanie, to wszystko się ze sobą nie kleiło. 

Bennett Mafia to powieść, którą czytało mi się całkiem przyjemnie, chociaż zdecydowanie nie wbija w fotel. Nie sądzę, żeby została w mojej pamięci na długo, lecz miło spędziłam przy niej czas. Autorka zastosowała kilka wyjątkowych rozwiązań, które zdecydowanie odróżniają tę książkę od innych z motywem mafijnym. Trochę się zawiodłam, ponieważ oczekiwałam pełnej akcji i napięcia historii, bohaterowie mogliby być nieco bardziej wyraziści. Myślę, że czytelnicy mogą zostać pozytywnie zaskoczeni kierunkiem, w jakim podążyła cała fabuła, warto wyrobić sobie samemu opinię na temat tej historii. 

★★★★★★☆☆☆☆

Bennett Mafia otrzymałam z Taniaksiazka.pl, za co bardzo serdecznie dziękuję!

Czytaj dalej »

środa, 28 lipca 2021

I love Korea. K-pop, kimchi i cała reszta, czyli krzywdząca, stereotypowa i pełna uprzedzeń książka o Korei

0

Daniel Tudor próbował stworzyć poręczne kompendium wiedzy na temat Korei Południowej, mieszcząc na zaledwie trzystu stronach niezwykle szeroki przekrój tematów: politykę, historię, religię, kulturę, społeczeństwo, rozrywkę i wiele innych. Doceniam jego zamysł, lecz jego starania były z góry skazane na porażkę, autor dotyka wielu kwestii, jednak robi to bardzo pobieżnie, w zaledwie kilku linijkach dostajemy podstawowe informacje, które następnie należy samemu rozwinąć we własnym zakresie, natomiast wiele kwestii się powtarza. Niemal na co drugiej stronie pojawia się nazwisko Park Chung Hee, generała, który dokonał wojskowego zamachu stanu (tak, znajdziecie o nim wzmiankę nawet w rozdziale o telewizji) czy też wszędzie został wciśnięty film Jesteś moim pieskiem, jakby autor nie znał żadnych innych ważnych postaci ze sceny politycznej czy koreańskich produkcji. Brakuje mi też jakiegoś uporządkowania, wyraźnie widać, że Daniel Tudor pisał o tym, co akurat mu przyszło do głowy, w jednej chwili pisze o e-sporcie, w drugiej o skandalu Tablo związanym z jego edukacją, by następnie przejść do inwestycji na giełdzie. Najbardziej interesujące mnie tematy zostały potraktowane po macoszemu (w tytule może pojawia się k-pop, ale w samej książce zajmuje zaledwie 6 stron, z czego 5 jest wywiadem z byłą amerykańską trainee, która ma wyraźnie traumatyczne przeżycia z tego okresu), boli mnie zwłaszcza brak wzmianki o koreańskiej mitologii czy większego rozszerzenia historii, która według mnie jest niesamowicie fascynująca, a skrócenie całej historii państwa Joseon od 1392 do 1897 roku do 12 linijek (policzyłam!) jest nieśmiesznym nieporozumieniem. 

To nie jest jednak mój największy zarzut względem tej książki. Najbardziej boli mnie to, że tytuł I love Korea wydaje się być tytułem prześmiewczym w obliczu podejścia, jakie prezentuje autor. Jego komentarze są niestosowne, a mówiąc wprost: rasistowskie i seksistowskie. Daniel Tudor nie kocha Korei. Wyraźnie nie rozumie koreańskiej kultury, do której podchodzi z niesamowitą wyższością mieszkańca Zachodu, powielając krzywdzące stereotypy i uprzedzenia. Sposób, w jaki wypowiada się choćby na temat członków zespołów k-popowych jest absolutnie niewybaczalny, jest to bezpodstawna krytyka wynikająca z przekonań autora. Nie da się przeczytać tej książki na spokojnie, mnie ciśnienie wielokrotnie skoczyło do góry. Cytaty z książki: Czasem kiedy w reklamach widzę koreańskie boysbandy, muszę spojrzeć drugi raz i zastanowić się, czy ten po lewej to aby na pewno facet? Na przykład Jo-Kwon, który śpiewa w 2M (tutaj jest błąd wydawniczy, zespół nazywa się 2AM), jest wyjątkowo zniewieściały. (str. 93) Inny cytat dotyczący hanboków, tradycyjnego koreańkiego ubioru: Tradycyjny hanbok był obszerny, workowaty i skromny; można było wręcz stwierdzić, że szaty dla kobiet celowo zaprojektowano tak nieseksownie. (str. 77) Są to tylko dwa przykłady, ale znalazłabym ich o wiele więcej. Daniel Tudor wykazał się również zupełnym brakiem szacunku, zamieszczając w swojej książce wywiady czy polecenia m.in. odnośnie koreańskiej kuchni pochodzące od Amerykanów prowadzących blogi na temat jedzenia czy życia w Korei Południowej. Dlaczego nie porozmawiał z Koreańczykami, skoro jest to książka o ich kraju i kulturze? Nie potrafię tego zrozumieć. A wśród najważniejszych według autora atrakcji do zobaczenia w Seulu jest dom towarowy z luksusowymi markami, miejsce ostentacyjnej konsumpcji. Czy polecając komuś miejsca do zobaczenia w stolicy własnego kraju, wybralibyście centrum handlowe czy klinikę operacji plastycznych? 

Jeśli mimo wszystko zdecydujecie się na sięgnięcie po I love Korea. K-pop, kimchi i cała reszta, musicie pamiętać, że w oryginalne została ona wydana w 2014 roku, dlatego wiele informacji jest już nieaktualnych i przestarzałych. Ciekawi mnie, dlaczego wydawnictwo nie zdecydowało się na przetłumaczenie książki, która byłaby bliższa obecnym realiom Korei Południowej i która miałaby bardziej pozytywny odbiór. Ta książka jest pod tak wieloma względami zła, niewiarygodna i stereotypowa, że mnie - jako osobę zafascynowaną od kilku lat tą kulturą - strasznie to boli. Zwłaszcza rozdział o k-popie woła o pomstę do nieba, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Będę zaciekle wszystkim odradzała tę lekturę. Jedyne, co mi się podobało, to szata graficzna, chociaż i tutaj nie zabrakło pomyłek, gdzie trafiło się zdjęcie boysbandu z podpisem girlsbandu. Nieważne, czy jesteście długoletnimi fanami k-dram, k-popu, k-beauty, czy może dopiero zaczynacie swoją przygodę: w tej książce na pewno nie znajdziecie tego, czego szukacie, a na koniec będziecie czuć jedynie zniesmaczenie i rozczarowanie. 

Za możliwość przeczytania I love Korea. K-pop, kimchi i cała reszta dziękuję Wydawnictwu MOVA.

Czytaj dalej »

czwartek, 22 lipca 2021

Dziedzictwo krwi, czyli księżniczka o przerażającej mocy i przestępca o złotym sercu

0

 

Jeśli jesteście ze mną już od jakiegoś czasu, musicie wiedzieć, że mam ogromną słabość do motywu obalonych, morderczych księżniczek, utalentowanych złodziei/przestępców o wypaczonym kodeksie moralnym i wrogów, którzy są zmuszeni ze sobą współpracować, aby osiągnąć wspólny cel, więc Dziedzictwo krwi od razu przykuło moją uwagę. Byłam naprawdę podekscytowana perspektywą przeczytania tej książki, która zapowiadała się genialnie i według opisu idealnie wpasowywała się w moje gusta, ale ostatecznie... coś nie zagrało. 

W Cesarstwie Cyrilyjskim dyskryminacja powinowatych jest powszechna. Ich rozmaite zdolności kontrolowania żywiołów uznawane są za nienaturalne i niebezpieczne. A księżniczka koronna Anastazja Michajłowna ukrywa jedno z najbardziej przerażających powinowactw.
Jej zdolność kontrolowania krwi długo trzymano w tajemnicy. Po zabójstwie ojca Ana staje się jednak jedyną podejrzaną. Żeby ratować własne życie, musi odnaleźć mordercę. Za murami pałacu szybko się przekonuje, że Cyrilia jest państwem na wskroś skorumpowanym, a spiskowcy już planują, jak obalić stary porządek.
Istnieje tylko jedna osoba, która może pomóc Anie dotrzeć do źródła tego spisku – Ramson Złotousty. To kuty na cztery nogi baron światka przestępczego Cyrilii, ale w tym przypadku trafiła kosa na kamień... Bo w tej historii najniebezpieczniejszym graczem jest księżniczka.

Dziedzictwo krwi zaczyna się od naprawdę mocnego uderzenia, już od pierwszych stron zostajemy wciągnięci w wir akcji, która następnie zwalnia, ale wszystko nadal toczy się tak wartko, że jest to powieść do skończenia w dwa wieczory, po prostu płynie się wraz z nurtem całej opowieści. Fabuła nie jest przesadnie skomplikowana, dzięki czemu czyta się ją łatwo i szybko. Niestety, autorka dość mocno oparła się na znanych schematach i nie byłoby w tym nic złego, gdyby tylko nadała im oryginalny wydźwięk, lecz dla mnie zabrakło tej iskry, przez co zaczynałam tracić zainteresowanie bliżej końca książki. System magiczny nie był też przesadnie rozbudowany, jego podstawy przypominały wyjątkowo obdarzonych z innych powieści i – tak jak oni – powinowaci zmagają się z uciskiem oraz wyzyskiem wyżej postawionych warstw społeczeństwa. Gdzieś w tym wszystkim zabrakło wyjątkowości, oderwania się od ustalonych w literaturze young adult fantasy norm, przez co Dziedzictwo krwi wypada dość przeciętnie na tle innych powieści na rynku, zlewając się z nimi w jedną masę, o której łatwo można zapomnieć. Najjaśniejszym punktem pozostaje za to świat wykreowany przez autorkę, którego pierwowzorem była carska Rosja. Ma w sobie pewną cudowną baśniowość, a jednocześnie jest podszyty zimnym okrucieństwem. 

Po cichu liczyłam na to, że bohaterowie uratują fabułę, ponieważ mieli w sobie potencjał. Księżniczka, która utraciła swój prestiżowy status, obecnie ukrywająca się uciekinierka marząca o zemście i obdarzona ogromną, przerażającą mocą... Przez wiele osób uważana za potwora i strasznie żałuję, że nie dostaliśmy więcej tej mrocznej strony Anastazji, ponieważ wtedy stawała się najbardziej interesująca. Przez większość czasu jednak irytowała mnie swoimi bezmyślnymi, pochopnymi decyzjami, którymi narażała wszystkich dookoła, brakowało jej charakteru, w gruncie rzeczy prezentowała bardzo naiwne podejście do świata. Ramson z kolei jest typowym rzezimieszkiem skrywającym pod bezlitosną powłoką serce ze złota i traumatyczną przeszłość. Bardzo podobał mi się w pierwszej połowie książki, ale następnie jego przemiana pod wpływem Any w lepszego chłopaka już mnie zawiodła. Chyba trochę z tego wyrosłam i bardziej interesują mnie teraz niejednoznaczni bohaterowie. Pomiędzy tą dwójką najpierw zawiązuje się niechętna współpraca podszyta nieufnością i wrogością, lecz z czasem ich relacja się zacieśnia i może nie doszło do wielkich wyznań, ale wątek romantyczny już dość mocno się zarysował. Przede wszystkim uwielbiam ich dialogi, błyskotliwe droczenie się i słowne starcia, szkoda, że kiedy ich uczucia zaczęły się ocieplać, autorka z tego zrezygnowała. 

Sporo narzekam, ale wynika to z faktu, że miałam względem Dziedzictwa krwi duże oczekiwania i z tego powodu mocno się zawiodłam, jest to jednak dobra książka, którą czyta się szybko i przyjemnie, z zapartym tchem śledząc kolejne wydarzenia, których nie brakuje. Pojawiają się szokujące zwroty akcji, mnóstwo zdrad, nie wiadomo, z której strony padnie cios. Myślę, że młodsza młodzież będzie zachwycona, jednak dla starszych wyjadaczy Dziedzictwo krwi może okazać się być zbyt proste i naiwne w swoim odbiorze oraz nacisku na piękny morał o dobru, szukaniu odpowiedniej drogi i akceptowaniu siebie. Zdecydowanie jest to dobra odskocznia, która pozwala zapomnieć o świecie na kilka godzin i całkiem dobrze się bawić, śledząc przygody Anastazji oraz Ramsona i jestem na tyle zaintrygowana, że z przyjemnością sięgnę po kolejny tom. 

★★★★★★☆☆☆☆

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Dom Wydawniczy Rebis! 

Czytaj dalej »

poniedziałek, 19 lipca 2021

Beach Read, czyli jak nie pisać komedii romantycznych na lato

0

Początkowo nie miałam w planach Beach Read, lecz książka zaczęła cieszyć się taką popularnością, że nie mogłam się powstrzymać przed sięgnięciem po ten tytuł i przekonaniem się na własnej skórze, skąd wzięły się tak liczne recenzje zachwycające się całą historią. Byłam naprawdę pełna nadziei i bardzo podekscytowana, liczyłam na słodką lekturę, która pozwoli mi na kilka godzin zapomnieć o całym świecie, tymczasem Beach Read okazało się być koszmarkiem, którego fenomenu nie jestem w stanie zrozumieć. 

January Andrews to popularna autorka romansów, która ma w sercu i na koncie jedynie ogromną pustkę. Augustus Everett, poważny znany literat, gardzi szczęśliwymi zakończeniami i uważa, że prawdziwa miłość to bajka.
Dzieli ich prawie wszystko, za to łączy fakt, że przez następne trzy miesiące będą mieszkać w sąsiednich domkach na plaży, walcząc z pisarską blokadą i twórczą niemocą. Tymczasem koniec lata to nieprzekładalny termin oddania ich bestsellerów.
Zawierają zakład i wymieniają się tematami książki. Zaczyna się wyścig. Wygra ten, kogo książka ukaże się jako pierwsza. Tylko że opowiadanie sobie nawzajem życiowych historii może nieść ze sobą poważne ryzyko. I wywrócić świat do góry nogami.

Już na wstępie muszę zaznaczyć, że ten opis niewiele ma wspólnego z prawdą. Motyw pisarstwa oraz zakładu został zepchnięty na tak daleki plan, że gdyby nie pojawiające się co jakiś czas wtrącenia o tym, że January napisała kilka tysięcy słów danego dnia, zapomniałabym, że mam do czynienia z pisarzami, a był to dla mnie jeden z wątków, który przykuł moją uwagę w pierwszej kolejności i którym najbardziej byłam zainteresowana. Liczyłam więc, że może chociaż wątek romantyczny mnie nie zawiedzie, że dzięki niemu poczuję motylki w brzuchu, ciepło w sercu, że będę szczerzyła się jak głupia, kiedy bohaterowie uczestniczyli w słownych potyczkach... Nic z tego. Znajomość January i Gusa jest trudna, pełna demonów, zwłaszcza jego. Zbyt szybko przeszli od niechęci do miłości, która była dla mnie niewiarygodna, zupełnie nie potrafiłam powiedzieć, skąd między nimi nagle wzięło się tak duże uczucie. Ich dialogi w zamierzeniu miały być zabawne i nietypowe, jednak autorka przesadziła, przez co czułam raczej zażenowanie, gdy ich wymiany o niczym toczyły się przez kolejne strony. 

Czym w takim razie jest Beach Read, skoro nie opowiada o dwójce rywalizujących pisarzy, którzy wymienili się gatunkami (jak sugeruje opis) ani o czytaniu na plaży (jak sugeruje tytuł, plaża praktycznie się nie pojawia w tej powieści) ani o relacji głównych bohaterów (bo January tak naprawdę częściej wspominała o swoim byłym chłopaku niż Gusie, chociaż sam Jacques ani razu nie wystąpił w tej książce we własnej osobie, znamy go jedynie z rozważań January)? Beach Read to niemal niekończący się monolog wewnętrzny głównej bohaterki, która nie umie poradzić sobie z faktem, że jej ojciec zdradzał matkę i niejako prowadził podwójne życie. Właściwie każdy wywód jest temu poświęcony i zajmuje tak dużo miejsca, że nie wystarczyło przestrzeni na inne wątki. Dużo tekstu, a mało prawdziwej treści, trudno było mi przebrnąć przez tę lekturę, wielokrotnie kusiło mnie, żeby ją porzucić. Nie polubiłam się z bohaterami i mam jeszcze jeden duży problem – w Beach Read alkohol lał się strumieniami i postaci nie widziały nic złego w przejechaniu się samochodem pod wpływem, jedna kawka i zupełnie wytrzeźwieli, gotowi do drogi. Absolutnie nie. Nie mogę zaakceptować tego, że autorka promuje podobne zachowania w swojej książce bez żadnych konsekwencji. 

Beach Read to jedno z największych rozczarowań tego roku. Pomysł na fabułę był dobry, jednak przyjął on formę, która zupełnie do mnie nie przemówiła. Opis niewiele ma wspólnego z samą historią, to nie jest lekka, sympatyczna komedia romantyczna, która idealnie nadaje się na lato, a właśnie na taką lekturę się nastawiłam. Książka jest przegadana, ze stylem na siłę kreowanym na zabawny i nietypowy, pełno tutaj rozmyślań o zdradzającym ojcu i byłym chłopaku, główni bohaterowie wypadają słabo... Ja bardzo się męczyłam z tą powieścią i zdecydowanie nie polecam. 

★★★★☆☆☆☆☆☆

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwo Kobiece! 

Czytaj dalej »

sobota, 10 lipca 2021

Gildia Zabójców, czyli zawodowi zabójcy i gwiazdy k-popu

0

Gildia Zabójców to mój pierwszy patronat medialny! Z polskimi autorami często jest mi nie po drodze, ale Małgorzata Stefanik stworzyła książkę, której po prostu nie mogłam się oprzeć jako czytelniczka, która uwielbia motyw zabójców w powieściach, a do tego jako zagorzała miłośniczka koreańskiej kultury musiałam przeczytać tę historię, która oczarowała mnie do tego stopnia, że z przyjemnością wzięłam ten tytuł pod swoje blogowe skrzydła. 

Poznajcie Alyssę, bohaterkę o dwóch twarzach: bezlitosną zabójczynię mordującą z uśmiechem na ustach oraz dziewczynę tęskniącą za normalnym życiem. Alyssa żyje w cieniu naszego świata, w świecie dostępnym wyłącznie dla elity, gdzie Gildiami Zabójców rządzą bezlitośni królowie. Kiedy łamie jedno z praw Gildii, musi zapłacić za to własną krwią, a przed całkowitą utratą zdrowych zmysłów chroni ją jedynie pragnienie zemsty i wizja ponownego spotkania z zaginionym bratem.
Po półrocznych torturach zabójczyni próbuje wrócić do normalnego życia. Od króla Europejskiej Gildii otrzymuje zaproszenie na koncert, na którym poznaje swojego przyszłego klienta. Chowając swoją prawdziwą naturę pod maską normalnej dziewczyny, Alyssa nawiązuje coraz bliższą relację ze zleceniodawcą i jego przyjaciółmi. Czy uda jej się wykonać nietypowe zlecenie i rozwiązać zagadkę upadku rodzinnej firmy oraz zabójstwa sprzed dekady? Czy odnajdzie brata? Jaką ścieżkę wybierze? Wejdźcie do brutalnego świata Gildii Zabójców, żeby się przekonać.

Gildia Zabójców to książka, która wymyka się wielu schematom i nigdzie nie daje się przyporządkować. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że połączenie kryminalnej zagadki związanej z handlem bronią, doskonale wyszkolonych zabójców z problemami emocjonalnymi, pełnego rywalizacji świata k-popu, subtelnego romansu i czarnej, ironicznej komedii się nie sprawdzi, a jednak te na pozór niepasujące do siebie elementy tworzą unikatową, świeżą i przede wszystkim spójną całość. Chyba tylko Małgorzata Stefanik mogła napisać książkę, gdzie w jednej chwili leje się krew i jesteśmy świadkami brutalnych zabójstw, a w drugiej wybieramy się na zwiedzanie miasta z członkami koreańskiego boysbandu i chociaż początkowo taki kontrast może wydawać się zaskakujący, to poszczególne wątki zostały ze sobą splecione tak zgrabnie i umiejętnie, że przez całą fabułę płynie się gładko. Już od pierwszych stron zostajemy wciągnięci w wir akcji, która w środkowej części zwalnia i wyraźnie czuć ten spadek tempa, jednak dzięki temu mogłam bliżej zaznajomić się z bohaterami i złapać oddech przed szaloną, wypełnioną szokującymi rewelacjami oraz wydarzeniami końcówką, która stanowiła naprawdę mocne uderzenie. Domyśliłam się niektórych rozwiązań, lecz nie odebrało mi to frajdy z czytania, z każdą stroną byłam coraz bardziej zafascynowana Gildią Zabójców i zastanawiałam się, czym jeszcze autorka nas zaskoczy. 

Alyssa to nasza główna bohaterka, poznajemy jej teraźniejszość, ale także cofamy się do jej przeszłości, co pozwoliło mi lepiej zrozumieć jej motywację i przyświecające jej cele. Jest dziewczyną pełną sprzeczności, której zdecydowanie nie brakuje charakteru, a chociaż mogłoby się wydawać, że jako zabójczyni przygotowywana od małego do tej profesji będzie niezniszczalna i zobojętniała, prawda jest o wiele bardziej skomplikowana. Podobało mi się to, że Alyssa jest bardzo ludzka - nie jest zwykłą maszyną do zabijania, również odczuwa ból, strach, smutek i stratę, a jej trauma odbiła na niej piętno i kładzie się cieniem na jej codzienności, co jest miłą odmianą od tych wszystkich bohaterek, które w przeciągu jednego dnia zapominają o własnych demonach. Alyssa potrafi być silna i bezlitosna, ale przy tym ma w sobie również mnóstwo ciepła i troski dla najbliższych, o których walczy jak lwica. Moją największą miłością pozostaje jednak Kitsune i żałuję, że nie dostaliśmy go więcej w Gildii Zabójców, uwielbiam tego małomównego Liska! Niemal piszczałam z radości za każdym razem, gdy pojawiał się na stronach książki, mam do niego ogromną słabość. Oliwier to przeuroczy, a jednocześnie denerwujący dzieciak, pojawia się mnóstwo innych drugoplanowych bohaterów, każdy z nich ma swoje zalety i wady, przyzwyczajenia, każdy ma wyróżniający się charakter i to było piękne... Nie mogę powiedzieć tego jedynie o Jayden, brakowało mu charyzmy i przez to cały wątek romantyczny wypadł dla mnie słabo, zupełnie nie wiem, co Alyssa w nim widziała, nie czułam żadnego iskrzenia czy przyciągania między nimi. 

Gildia Zabójców to książka, której bardzo potrzebowałam w moim życiu, chociaż wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Zawodowi zabójcy, intryga zakrojona na szeroką skalę, a do tego świat k-popu… Czego można chcieć więcej? Każda strona oferuje jeszcze więcej zwrotów akcji oraz piętrzących się tajemnic, a unikatowi bohaterowie, lekki styl pisania i wciągająca fabuła sprawiły, że nie byłam w stanie odłożyć tej książki na bok! Potrzebujecie powieści, która nie pozwoli wam w nocy spać i zawładnie waszym serduchem? Nie musicie szukać dalej. Właśnie trzymacie ją w swoich rękach.

★★★★★★☆☆☆

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję autorce i Wydawnictwu Papierowy Księżyc! 

Czytaj dalej »

środa, 7 lipca 2021

Cień utraconego świata, czyli kawał dobrej fantastyki

0
Cień utraconego świata to książka, o której w naszej blogosferze zrobiło się naprawdę głośno. Mam wrażenie, że powieści fantasy, zwłaszcza w ostatnim czasie, rzadko stają się popularne, dlatego byłam niezwykle ciekawa, co takiego skrywa w sobie ta mała cegiełka, że udało jej się oczarować tyle osób!

Nie ufaj niczemu, nawet własnemu umysłowi
Oto świat, w którym magia jest oczywista, niczym istnienie dobra i zła. I podobnie jak zło, do cna znienawidzona.
Oto świat, który za chwilę przestanie istnieć. Z północy nadciąga zagłada, a jedyne, co może stawić jej czoła to właśnie wzgardzona i osłabiona magia.
Młody Davian wyrusza w niebezpieczną podróż na północ. U boku ma przyjaciela a za plecami zostawia zniszczenie, śmierć i grozę. Mimo strachu, każdego dnia wędruje dalej, wszak od powodzenia jego misji zależą losy świata. No, chyba, że jego misja polega na czymś zupełnie innym, niż sądzi i właściwie został wysłany na śmierć.
Może też być tak, że przyjaciel, który dzielnie kroczy u jego boku jest tak naprawdę kimś zupełnie innym, dawny wybawca poświęci go bez mrugnięcia okiem a bohatersko uratowany dzieciak okaże się silniejszy, niż cała drużyna wybawców. Może też być zupełnie inaczej.
Opis z LubimyCzytać

Początek był niezwykle obiecujący. Rozbudowane powieści mają to do siebie, że ich wstęp bardzo często się dłuży, ponieważ czytelnik zostaje zasypany całą lawiną informacji do przyswojenia, jednak Islington zrobił to bardzo zgrabnie, dzięki czemu zostałam wciągnięta przez Cień utraconego świata już od pierwszych stron. Akcja rozwijała się dynamicznie, autor nie czekał z najlepszymi kąskami na sam koniec, już od początku oferując mnóstwo nieprzewidywalnych zwrotów, właściwie ciągle byłam czymś zaskakiwana! Rozwiązanie jednej zagadki pociągało za sobą pojawienie się kolejnych tajemnic do odkrycia, a ja byłam absolutnie zafascynowana tym, co ma mi do zaoferowania ten niezwykły świat i młodzi bohaterowie, którzy stopniowo przechodzą przemianę, zdobywając doświadczenie i zmagając się z własnymi słabościami. Jeśli martwicie się rozmiarem tej powieści, mogę was zapewnić, że w ogóle nie odczujecie tej objętości, a finał zostawi was z ogromnym niedosytem i poczuciem, że książka mogłaby być jeszcze dłuższa! Cień utraconego świata czyta się niesamowicie szybko i gładko, nie zauważając upływu czasu i ilości przerzuconych kartek, zagłębianie się w tę historię było prawdziwą przyjemnością. Znajdziecie tutaj wszystko, co powinna mieć w sobie powieść fantasy: magiczne, nieujarzmione zdolności, zaprawionych w walce wojowników, polityczne zmagania pomiędzy krajami, stare przepowiednie, potężnego wroga, zwroty akcji, liczne wątki, które powoli łączą się w jedną spójną całość... James Islington naprawdę stanął na wysokości zadania, mimo że był to jego debiut. 

Cień utraconego świata nie jest jednak książką pozbawioną wad. Mój największy zarzut wymierzony jest w świat przedstawiony, który dla mnie wymaga większego rozwinięcia, tak naprawdę niewiele wiemy, chociaż wydaje się, że historia i prawa rządzące tym światem będą miały kluczowe znaczenie przy rozwiązaniu niektórych wątków. Mam wrażenie, że autor mógł się też wykazać większą kreatywnością przy budowie systemu magicznego (w którym jest sporo dziur). Każdy z bohaterów dostaje swoją szansę na narrację, towarzyszymy im w trakcie ich przygód, które stopniowo ich zmieniają i o ile początkowo byłam bardzo zaangażowana w losy poszczególnych postaci, o tyle mniej więcej w połowie poczułam dziwne... znużenie. Nie do końca podobały mi się kierunki, w jakim podążyły historie poszczególnych bohaterów, nie chodziło o podejmowane przez nich decyzje, a raczej sytuacje, w jakie autor zdecydował się ich wrzucić, zwłaszcza że wiele z nich zdawało się nie mieć wpływu na całość fabuły. Nadal byłam ciekawa, ponieważ James Islington bardzo sprytnie dawkował informacje, przez co wręcz rozpaczliwie chciałam poznać rozwiązanie kilku zagadek, jednak nie byłam zainwestowana w kolejne wydarzenia, było mi obojętne, co się stanie z bohaterami, nie towarzyszyło mi żadne napięcie, nie czułam się wstrząśnięta dalszymi sytuacjami... Ale końcówka zostawiła mnie z ogromną frustracją, ponieważ praktycznie nic nie zostało rozwiązane, autor zostawił sobie bardzo szeroką furtkę dla kolejnych części, po które będę musiała sięgnąć, bo jestem zbyt zaintrygowana, żeby odpuścić!

Cień utraconego świata to wielowątkowa opowieść napisana z prawdziwą pasją, która zapewnia fantastyczną przygodę na wiele godzin. Piętrzące się tajemnice nie pozwolą wam odłożyć tej książki na bok, sprytnie wciągając was w wykreowaną przez Jamesa Islingtona historię. Fabuła wikła się coraz bardziej z każdym kolejnym rozdziałem, jednak nie czułam żadnej ekscytacji związanej z kolejnymi wydarzeniami i to najbardziej mnie boli. Myślę, że Trylogia Licaniusa ma ogromny potencjał: już teraz jest kawałkiem dobrej fantastyki, a czuję, że kolejne części mogą okazać się jeszcze lepsze, na co skrycie liczę.

★★★★★★☆☆☆

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Fabryce Słów! 

Czytaj dalej »

piątek, 11 czerwca 2021

Piękne odkupienie, czyli była miłość stojąca na przeszkodzie ku nowemu szczęściu

0

Piękna katastrofa Jamie McGuire jest jedną z pierwszych książek z gatunku New Adult, jakie przeczytałam w życiu. Minęło od tamtej pory osiem lat, a ja wciąż pamiętam niesamowicie intensywne emocje, jakie towarzyszyły tej lekturze. Nie była idealna, jednak to nie miało dla mnie znaczenia, ponieważ pochłonęła mnie do głębi, dlatego byłam niesamowicie podekscytowana, kiedy dowiedziałam się, że będą u nas dostępne kolejne historie Braci Maddoxów, w tym Piękne odkupienie, które jest tylko jedną z wielu książek dla kobiet dostępnych w księgarni Taniaksiazka.pl

Agent specjalny Thomas Maddox jest arogancki, bezlitosny i bezwzględny. Chociaż ocalił już wiele istnień, wybawienie tej jednej osoby ciągle jest poza jego zasięgiem. Kiedy jego młodszemu bratu Travisowi grozi kara więzienia za udział w pożarze piwnicy, w którym zginęli studenci, Thomas próbuje go ratować i zgadza się zwerbować brata do FBI.
Lis Lindy to wyjątkowo zawzięta agentka FBI. Praca jest dla niej najważniejsza, poświęciła dla niej małżeństwo i życie prywatne. Lis jest uparta, wyzywająca, a mimo to w jakiś sposób potrafi nawiązać więź z Thomasem. Co się wydarzy, gdy dwa tak silne charaktery dla dobra sprawy będą musiały współpracować nieco bliżej...?

Brakuje mi słów, by opisać całą gamę emocji, jaką czułam, czytając Piękne odkupienie. Obawiałam się, że autorce nie uda się powtórzyć wyczynu sprzed ośmiu lat, jednak nic się nie zmieniło; Jamie McGuire pisze w taki sposób, żeby nie można pozostać obojętnym na historie wychodzące spod jej palców. Już od pierwszej strony towarzyszyło mi ogromne napięcie, ponieważ z całej siły kibicowałam głównym bohaterom, a jednocześnie wiedziałam, że ich droga nie będzie łatwa. Błyskotliwe dialogi sprawiały, że nie mogłam opanować śmiechu, każda kłótnia łamała mi serce, negatywne przeżycia z przeszłości Thomasa i Liis napawały mnie szczerym smutkiem, a już po chwili wzdychałam z zachwytem i rozczuleniem, gdy okazywali sobie uczucie. Jestem przede wszystkim zaskoczona tym, że autorce udało się wzbudzić we mnie tyle odczuć, a przy tym nie korzystała z żadnych gwałtownych zwrotów akcji, nie tworzyła wymyślnych, ogromnych dramatów, nie starała się na siłę skomplikować fabuły i ta prostolinijność zawarta w historii Thomasa i Liis chyba najbardziej mnie ujęła. Piękne odkupienie to subtelna historia dwójki osób, ich lęków, wątpliwości, zobowiązań, wśród których próbują się odnaleźć, jednocześnie próbując podjąć decyzję, czy są gotowi zaryzykować tym, co tak zaciekle chronią –swoimi sercami.

Piękne odkupienie nie jest książką idealną. Podobało mi się to, że główni bohaterowie są agentami FBI, jestem ogromną fanką połączenia romansu z kryminałem, lecz tutaj sam wątek sensacyjny został rozpisany w taki sposób, że bardziej mnie dezorientował niż wzbudzał ekscytację. Pewne aspekty były wysoce nieprawdopodobne, lecz prawda jest taka, że mi to nie przeszkadzało, bo czerpałam sporo frajdy z osadzenia akcji w siedzibie FBI. Jestem też trochę rozczarowana końcówką, autorka po całej genialnie poprowadzonej, wymykającej się schematom fabule (a przynajmniej ja do tej pory nie spotkałam się z podobną historią) poszła trochę na łatwiznę, lecz jestem w stanie jej to wybaczyć, ponieważ emocje nadal były ogromne. Żałuję, że nie dostaliśmy rozdziałów z perspektywy Thomasa, byłam naprawdę ciekawa, co działo się w jego głowie i sercu przez całą książkę, chciałabym dowiedzieć się o nim więcej, ale zdecydowanie go polubiłam. Liis to ambitna, silna bohaterka, więc zdecydowanie zaliczam ją na plus, jednak to Val skradła całe show, kocham tę kobietę, która jest żywym wykrywaczem kłamstw. 

Piękne odkupienie to książka, po której nie spodziewałam się wiele, a która zawładnęła mną na dwa dni, sprawiając, że w każdej wolnej chwili myślałam tylko o niej. Śmiałam się, płakałam i zakochiwałam razem z naszymi bohaterami, już od dawna nie czułam tak ogromnych emocji w trakcie czytania. Ta książka jest tak dobra, że nie mogłam się skupić na nauce do egzaminów, a rano spóźniłam się na autobus na uczelnię, bo obiecywałam sobie, że przeczytam tylko kilka stron, więc lojalnie uprzedzam, że nie będziecie w stanie się od niej oderwać. Piękne odkupienie to jedna z najcudowniejszych książkowych niespodzianek tego roku i mam nadzieję, że dacie tej powieści szansę!

★★★★★★★☆☆☆

Piękne odkupienie otrzymałam z Taniejksiazki.pl, za co bardzo serdecznie dziękuję!

Czytaj dalej »

wtorek, 1 czerwca 2021

Krew i miód, czyli walka z wewnętrznymi wątpliwościami i mrokiem

1

 

Gołąb i wąż był dla mnie jednym z największych pozytywnych zaskoczeń ubiegłego roku. Zakochałam się zarówno w porywającej fabule, jak i w nietuzinkowych bohaterach, dlatego z ogromnym utęsknieniem wyczekiwałam kolejnego tomu, mając nadzieję, że będzie on prezentował równie dobry, jeśli nie lepszy poziom. Krew i miód wreszcie trafiło w moje ręce, a chociaż książkę czyta się błyskawicznie, po zakończeniu czuję niedosyt. 

Po uniknięciu śmierci z rąk Dames Blanches, Lou, Reid, Coco i Ansel uciekają przed sabatem, królestwem oraz Kościołem. Są teraz zbiegami, którzy nie mają się gdzie ukryć.
Lou i Reid potrzebują sojuszników, aby uratować się przed czarownicami i chasseurami depczącymi im po piętach. Ochrona ma jednak swoją cenę, dlatego zmuszeni są podjąć oddzielne misje, aby odbudować siły. Gdy Lou i Reid próbują przezwyciężyć tworzącą się między nimi przepaść, nikczemna Morgane wciąga ich w zabójczą grę w kotka i myszkę, która w konsekwencji grozi zniszczeniem czegoś, co warte jest więcej niż jakikolwiek sabat.
Opis z LubimyCzytać

Już od pierwszej strony zostałam z powrotem wciągnięta w mroczny świat znany z Gołębia i węża. Pierwsza część była jednym z największych pozytywnych zaskoczeń zeszłego roku, zostałam oczarowana przez historię stworzoną przez Shelby Mahurin, a powrót do jej twórczości uświadomił mi, jak bardzo stęskniłam się za bohaterami. Poczułam się jak w domu już w chwili, w której otworzyłam książkę, znowu spotykając się z bezczelną, niezłomną Lou, nieco zagubionym Reidem oraz z całą spółką: Coco, Anselem, Beau i Madame Labelle. Klimat i postacie zostały te same, lecz czuć, że Krew i miód znacząco różni się od poprzedniczki, przede wszystkim jeśli chodzi o tempo akcji oraz ilość wydarzeń. Cała powieść rozgrywa się na przestrzeni kilku dni, jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że wszystkie wątki toczyły się bardzo leniwie, a dwie wyprawy w celu zdobycia sojuszników wśród Dames Rouges i wilkołaków były mało... imponujące. To była jednak genialna okazja do tego, by Shelby Mahurin pogłębiła wizję swojego świata, byłam szczególnie zaintrygowana magią krwawych czarownic, który rozrasta i pogłębia się na naszych oczach. Musicie być przygotowani na to, że nie dzieje się wiele, a powieść skupia się głównie na wewnętrznych przeżyciach Reida oraz Lou, które nieraz budziły we mnie ogrom frustracji. Mimo tego, że fabuła toczyła się w dość wolnym tempie, samą książkę czyta się wyśmienicie, jest coś niesamowicie uzależniającego w stylu pisania Shelby Mahurin, w tym, jak kreuje całą historię za pomocą słów. Po prostu nie można się oderwać od Krwi i miodu, a w chwilach przerwy nie mogłam przestać myśleć o tej powieści i o tym, co jeszcze się wydarzy. 

W Krwi i miodzie pojawiają się nowi bohaterowie, każdy z nich wnosi do fabuły powiew świeżości, a także nowe zaskoczenia. Thierry, Touluse i mała Gaby zachwycili mnie najbardziej, więc po cichu liczę na to, że będę miała okazję spotkać ich w przyszłej części, za to żałuję, że Ansel, Coco i Beau nie dostali więcej przestrzeni do rozwoju, ponieważ kocham ich całym sercem i mogłabym czytać ich sceny w nieskończoność! Największy problem tkwił... w głównych bohaterach. Nie wiem, co się stało z Lou, która po Gołębiu i wężu stała się jedną z moich ulubionych bohaterek w literaturze young adult. Tutaj nie potrafiłam zrozumieć jej wyborów, irytowała mnie na każdym kroku swoimi wymówkami i zachowaniem. Nawet Reid okazał się być od niej lepszy. Najbardziej boli mnie to, że nie było między nimi żadnej komunikacji, a narastające nieporozumienia doprowadzały mnie do frustracji. Mam wrażenie, jakbyśmy znowu cofnęli się na sam początek pierwszej części, cały rozwój postaci poszedł do kosza, a oni znaleźli się z powrotem w punkcie startowym, od nowa powtarzając te same konflikty znane z pierwszego tomu. Szkoda, że autorka nie zdecydowała się na umocnienie ich relacji, zamiast na tworzenie między nimi coraz większej wyrwy, zwłaszcza że oboje zmagali się z wystarczająco mrocznymi demonami. Bolały mnie ich konflikty i bałam się, że w swojej nienawiści zajdą zbyt daleko, by ich relację mogło się naprawić, a jednocześnie Shelby Mahurin nie nadała ich przemyśleniom odpowiedniej głębi. 

Krew i miód wypada słabiej niż poprzedniczka, jednak wciąż cudownie się bawiłam w trakcie lektury. Drugi tom stanowi wyraźny element przejściowy pomiędzy genialną pierwszą częścią, a (mam nadzieję) równie cudownym zakończeniem, nie znajdziecie tutaj wielu odpowiedzi ani rozwiązań, nawet moment kulminacyjny powieści wypadł dla mnie odrobinę blado, lecz wciąż jest to historia, od której nie umiałam się oderwać i która dostarczyła mi mnóstwo emocji, od złości przez dojmujący smutek aż po radość i głośny śmiech. Krew i miód nie jest idealną kontynuacją, ale wciąż ma w sobie ogrom magii. 

Za możliwość przeczytania Krew i miód serdecznie dziękuję Wydawnictwu We need YA! 

Czytaj dalej »

środa, 12 maja 2021

Wildcard. Dzika karta, czyli walka z technologią kontrolującą umysł

0

Wildcard. Dzika Karta została przeze mnie przeczytana niemal dokładnie dwa lata po skończeniu pierwszej części. Musieliśmy trochę na nią poczekać, ale czy było warto?  

Emika Chen ledwo uszła z życiem z Mistrzostw Warcrossa. Teraz, gdy zna prawdę stojącą za nowym algorytmem Neurołącza stworzonym przez Hideo, nie może już ufać jedynej osobie, której zawsze wierzyła i na którą zawsze liczyła.
Zdeterminowani, by położyć kres ponurym planom Hideo, Emika i Phoenix Riders łączą siły, by odnaleźć nowe zagrożenie czające się na oświetlonych neonami ulicach Tokio. Ktoś wyznaczył nagrodę za głowę Emiki, a jej jedyną szansą na przeżycie są Zero i Czarne Płaszcze, jego bezwzględna ekipa. Wkrótce jednak Emika dowiaduje się, że Zero jest kimś więcej, niż mogłoby się wydawać – a jego ochrona ma swoją cenę.
Jak daleko posunie się Emika, uwikłana w sieć zdrady i obawiająca się o przyszłość wolnej woli, by pokonać mężczyznę, którego kocha?
Opis z LubimyCzytać

Wildcard. Dzika Karta to książka, którą trudno mi ocenić ze względu na ogromną przepaść w tempie akcji. W trakcie pierwszej połowie właściwie nic się nie działo, szczerze mówiąc, to była droga przez mękę i z utęsknieniem wyczekiwałam jakiejkolwiek akcji. Na prawie dwieście stron składały się dialogi, z których nic nie wynikało, spotkania, które donikąd nie prowadziły, tworzenie planów i pozyskiwanie informacji. Przez to bardzo trudno było mi się wciągnąć w fabułę, brakowało mi jakiejś iskry, ekscytacji, mimo że Emika znajdowała się w samym centrum wydarzeń, nie była ich aktywną uczestniczką. Właściwie przez całą książkę była dość bierna, stanowiła łącznik pomiędzy scenami jako bierny obserwator, ale poza tym wypada bardzo blado, brakowało jej charakteru i niemal każdy był w stanie nią manipulować, naginając jej wolę dla własnych korzyści. Jej wewnętrzne monologi w kółko się powtarzają i dotyczą tego samego zagadnienia. Emice brakowało charyzmy głównej bohaterki, przez co była męczącą narratorką i nie udźwignęła tej fabuły. Podobnie mieszane uczucia żywię względem Hideo, który nie prezentuje sobą niczego ciekawego, a ich romans przyprawiał mnie o ból głowy i frustrację. Już w pierwszym tomie był według mnie najsłabszą częścią całej historii i w Wildcard również mnie do siebie nie przekonał. Nie tylko mamy tutaj do czynienia z insta love, ale także z idealizacją partnera, który w rzeczywistości jest mordercą i tyranem pozbawionym moralności (czego oczywiście nasza bohaterka nie dostrzega, wybaczając mu wszystkie jego przestępstwa).  

Na szczęście druga połowa książki okazała się być o wiele bardziej wciągająca, naszpikowana szalonymi zwrotami akcji oraz nieustannie wzrastającą stawką, zaczęłam z zapartym tchem śledzić kolejne wydarzenia! Wreszcie pojawił się Warcross, czyli gra, która miała być od początku główną osią i motywem przewodnim duologii, a w tej części ta niesamowita wirtualna rzeczywistość, jaką stworzyła Marie Lu, została zepchnięta na dalszy plan, nad czym ubolewam. To właśnie rozgrywki Warcrossa i genialnie przemyślana technologia wyróżniały tę serię na tle innych powieści young adult, więc ich brak mocno odbił się na całej książce. Wildcard jest zdecydowanie bardziej mroczny od poprzedniej części, pojawiają się tutaj dojrzalsze motywy oraz o wiele bardziej niebezpieczne, szokujące sytuacje, na które na pewno nie będziecie przygotowani, ponieważ Marie Lu udało się stworzyć skomplikowaną intrygę. Na plus muszę również zaliczyć cały zespół Phoenix Riders - bardzo się cieszę, że autorka zdecydowała się na dokładniejsze przedstawienie przyjaciół Emiki, mają oni moje serducho. Szkoda tylko, że ta sympatia nie została przeniesiona na głównych bohaterów, którzy po prostu nie mieli w sobie takiej głębi jak postacie drugoplanowe. 

Wildcard. Dzika karta to bardzo nierówne zakończenie duologii. Pierwsza połowa była na tyle słaba, że zastanawiałam się nad porzuceniem książki, druga część za to nie pozwalała na złapanie oddechu i obfitowała w zaskakujące wydarzenia. Mam wrażenie, że w kilku sytuacjach Marie Lu poszła na łatwiznę, nie jestem też do końca zadowolona z pewnych wyborów bohaterów, które pod względem moralności były bardzo złe, a nie doczekały się odpowiedniego potępienia. Wildcard. Dziką kartę uznaję za solidny finał, wszystkie wątki doczekały się rozwiązania, bawiłam się całkiem nieźle zwłaszcza w trakcie drugiej połowy, która w moich oczach uratowała tę powieść, lecz nie sądzę, bym kiedykolwiek miała do niej wrócić. 

Za możliwość przeczytania Wildcard serdecznie dziękuję Wydawnictwu Młodzieżówka! 

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia