czwartek, 3 września 2015

Maybe Someday, czyli muzyka uczuć


Od jakiegoś czasu Colleen Hoover jest najpopularniejszą autorką z kategorii NA. Każda jej kolejna książka nie przechodzi bez echa, a Maybe Someday było reklamowane dosłownie wszędzie. Początkowo nie miałam ochoty po nią sięgać, obawiając się, że to promowanie ma za zadanie ukryć niedoskonałości książki, zwłaszcza że Hopeless tej samej autorki w ogóle mnie nie zachwyciło. Myliłam się. Maybe Someday z każdą przewracaną stroną coraz bardziej zdobywało moje serce. 

Sydney mieszka z najlepszą przyjaciółką, studiuje swój wymarzony kierunek - wychowanie muzyczne, jest samodzielna i pozostaje w związku z chłopakiem, którego wydaje jej się, że kocha. Każdego wieczora wychodzi na balkon, by posłuchać hipnotyzującej muzyki przystojnego chłopaka grającego na gitarze. Słucha jego utworów i pisze do nich teksty z niebywałą łatwością.
Pewnego dnia Sydney traci wszystko: wyrzucono ją z pracy, dowiaduje się, że jej chłopak sypia z jej współlokatorką, wyprowadza się i traci dach nad głową, a to wszystko w dzień jej urodzin. Wtedy właśnie dostaje propozycję od Ridge'a, chłopaka z gitarą - może się wprowadzić do jego mieszkania bez płacenia czynszu pod warunkiem, że napisze teksty do granej przez niego muzyki i pomoże mu przezwyciężyć blokadę twórczą. Wkrótce ta dwójka odkrywa, że łącząca ich pasja do muzyki niebezpiecznie ich do siebie zbliża, tworząc między nimi więź, która jest niewłaściwa; Sydney wciąż zbiera się po rozstaniu, a Ridge od pięciu lat znajduje się w szczęśliwym związku. Wszystkie emocje przekazują sobie w tekstach piosenek i w muzyce, którą czuje się całym ciałem. 

Colleen Hoover opisuje muzykę w tak piękny sposób, że aż trudno w to uwierzyć. To właśnie ona wybija się w książce na pierwszy plan i tworzy najważniejszy, najwspanialszy wątek, wpływając na odbiór całej historii, zwłaszcza gdy stworzony przez autorkę i piosenkarza soundtrack towarzyszy nam przez kolejne strony. Te teksty są naprawdę głębokie i dobrze przemyślane, pokazują także rodzące się między Sydney i Ridge'em uczucie w niezwykle subtelny, niewinny sposób, opowiadają o tym, o czym bohaterowie bali się powiedzieć wprost, a z czym oboje uparcie walczyli. Sytuacja, w której się znaleźli, jest nietypowa i trudna, a za jej pośrednictwem Colleen Hoover stawia nas przed pytaniem: czy można oszukać własne serce? Czy można z nim wygrać, gdy rozsądek i sumienie krzyczą, że to jest złe?

Sydney i Ridge to przeciwieństwa, ale doskonale się uzupełniają. Sydney to prawdziwy wulkan emocji, popada w całkowite skrajności i czasami trudno było nadążyć za zmianami jej nastroju. Kiedy wpadała w złość, była gotowa wybić komuś zęby. Kiedy była smutna, łzy lały się strumieniami. Kiedy była szczęśliwa, no cóż, łzy dalej lały się strumieniami i naprawdę zaczynałam się zastanawiać, czy ta dziewczyna nie ma problemu z kanalikami łzowymi. Co zaskakujące, nie była przy tym irytująca, a obserwowanie, jak jej temperament powoli się wycisza i łagodnieje przy wrażliwym, spokojnym Ridge'u było naprawdę fascynujące i z dwóch perspektyw, które zaprezentowała nam Colleen Hoover, to właśnie perspektywa Sydney podobała mi się bardziej, bo była wyrazista. Ridge był w porządku, zwłaszcza, że przy jego kreacji autorka dotknęła problemu, który wymagał dużo wrażliwości, ale jego niepełnosprawność i wynikający z tego kunszt muzyczny nieco przesłoniły jego charakter.

Hopeless w moich oczach wypadło sztucznie przez to, jak szybko bohaterowie rzucili się sobie w ramiona. W Maybe Someday tego nie ma - uczucie rodzi się powoli, naturalnie nabiera własnego tempa i ma w sobie pewnego rodzaju dojrzałość, której mi brakowało w poprzednio czytanej książce autorki. Maybe Someday wciągnęło mnie w swój świat i już nie wypuściło. Colleen Hoover powoli, ale skutecznie łamała mi serce, bo nie było możliwości, by "może kiedyś" zamieniło się we "właśnie teraz" i bohaterowie doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Wiedzieli, jak cudownie mogłoby być im razem, ale ta przyszłość nie była im pisana i ta świadomość budzi ogromne emocje nie tylko w Sydney i Ridge'u, ale także w czytelnikach. Ta książka to stąpanie po cieniutkim lodzie.

Cudowna, delikatna, pełna magii, niesamowita, smutna i bardzo prawdziwa - taka właśnie jest opowieść zawarta w Maybe someday. Colleen Hoover doskonale wie, jak grać na uczuciach czytelnika i jak sprawić, by zakochał się w książce.

8/10

Inne książki Colleen Hoover zrecenzowane na blogu:

Autorka współpracowała razem z Griffinem Petersonem nad piosenkami, które pojawiają się w książce. Całą playlistę możecie znaleźć na stronie www.maybesomedaysoundtrack.com i chociaż niekoniecznie na co dzień słucham takiej muzyki, muszę przyznać, że kilka kawałków naprawdę mi się podoba i włączanie ich w momencie, w którym pojawiały się w książce, było magicznym przeżyciem. Na punkcie dwóch piosenek mam obsesję i słucham ich w kółko od kilku dni. Posłuchajcie Maybe Someday:

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia