Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paranormal romance. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paranormal romance. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 października 2017

Wieczna prawda, czyli Mission Impossible w Podziemiu

0
Podwieczność to jedna z tych trylogii, która jest przejawem mojego masochizmu. Elementy, które mi się w niej podobają, można policzyć na palcach jednej ręki, podczas gdy lista wad ciągnie się w nieskończoność. Mimo to uparłam się, że dokończę tę serię i oto przybywam z recenzją ostatniego tomu, Wiecznej prawdy. Czy autorka po raz kolejny mnie zawiodła, czy może w końcu udało jej się czymś mnie zaciekawić?

Teraz, kiedy Nikki uratowała Jacka, jedyne czego chce, to być z nim i ukończyć szkołę. Lecz Cole podstępem nakłonił Nikki, by się nim pożywiła, przez co sama rozpoczęła proces przemiany w Wiecznie żywą... co oznacza, że sama niedługo musi pożywić się Dawcą… albo umrze. Ogarnięta strachem o własne przetrwanie, Nikki i Jack podejmują rozpaczliwą próbę odwrócenia tego procesu za pomocą wszelkich możliwych środków. Nawet Cole, z którym na każdym kroku oczekiwali walki, stał się ich nieoczekiwanym sojusznikiem. Lecz jak długo może to trwać? Żeby przeżyć, Nikki potrzebuje żywić się Cole’em, Cole potrzebuje Nikki, by przejąć tron Podwieczności, a Jack potrzebuje Nikki, która jest dla niego wszystkim… Razem muszą powrócić do Podziemia, by zmienić przeznaczenie Nikki i ponownie uczynić ją śmiertelną. Lecz nie tylko Cole ma plan wobec Nikki: Królowa nie zapomniała o jej zdradzie i pragnie ją zabić. Czy Nikki będzie zmuszona spędzić wieczność w Podziemiu, czy ma w sobie to, czego potrzeba, by raz na zawsze zniszczyć Podwieczność?
Opis z LubimyCzytać

Wieczna prawda to dla mnie ogromnie pozytywne zaskoczenie, zwłaszcza gdy popatrzę na niezbyt pochlebne recenzje dwóch poprzednich tomów, w których doszukanie się jakichkolwiek zalet było ogromną sztuką. Nie wiem, czy po dwóch częściach przyzwyczaiłam się już do absurdalnych pomysłów autorki i przestały we mnie wywoływać taki niesmak, czy po prostu ostatni tom był bardziej stonowany niż poprzednie, ale jedno jest pewne – Wieczną prawdę czytało mi się najprzyjemniej. Ba!, nawet całkiem dobrze się przy niej bawiłam, nie zmordowała mnie i po przeczytaniu nie mam wrażenia, jakbym zmarnowała kilka godzin mojego życia na beznadziejną lekturę, jak to miało miejsce w przypadku Podwieczności oraz Wiecznej Więzi. Do najlepszych trylogii młodzieżowych na pewno tej serii nie zaliczę, jednak Wieczna prawda rzutem na taśmę ocaliła Brodi Ashton przed okryciem hańbą w moich oczach, a całą Podwieczność przed kompletną klęską.

Wydaje mi się, że przede wszystkim akcja w tej powieści została o wiele lepiej rozłożona niż wcześniej. W dwóch poprzednich częściach przez baaardzo długi okres czasu kompletnie nic się nie działo, a potem pod koniec następowało nagromadzenie ogromnej ilości wydarzeń mających jakoś domknąć historię. W Wiecznej prawdzie akcja była bardziej płynna, jeden wątek logicznie przechodził w drugi, nie było tutaj długich okresów stagnacji, podczas których odczuwałabym znużenie, wszystko w miarę ładnie się układało. Momentami nawet odczuwałam napięcie związane z niebezpiecznymi planami Nikki oraz Jacka! Co prawda mam zastrzeżenia do finału, bo według mnie Brodi Ashton stanowczo zbyt mocno ułatwiła swoim postaciom zadanie, idąc na skróty i nie stawiając na ich drodze właściwie żadnych przeszkód, coś, co wydawało się być niemożliwe oraz awykonalne, okazało się być dziecinną igraszką i strasznie mnie to zirytowało, bo mimo mojej niechęci do Podwieczności wydaje mi się, że autorkę stać na więcej i mogła przygotować coś bardziej... epickiego? Szkoda też, że zupełnie odeszła od nawiązań do mitologii, bo to był jeden z mocniejszych punktów fabuły.

Od pierwszego tomu nie polubiłam się z Nikki i... nie, nic się nie zmieniło. Co prawda pokazała swoje inne oblicze w Wiecznej prawdzie – ale ta nowa twarz okazała się być twarzą nieczułej intrygantki, manipulatorki, która wykorzystuje naiwność i ufność drugiego człowieka do własnych celów. To już chyba wolałam ją w wersji rozpuszczonej, głupiutkiej pięciolatki... Gdzieś w tle przewija się też Jack, lecz nie ma on własnego charakteru, jego rola polega na byciu pomagierem i wyznawaniu Nikki co pięć minut swojej ogromnej, nieskończonej miłości z przerwami na agresywne napady zazdrości. Najbardziej jednak ubolewam nad zmianą, która zaszła w Cole'u. Cole, mój cudowny Cole, co oni ci zrobili?! To była jedyna postać w całej trylogii, która miała w sobie jakąś iskrę, nie była jednowymiarowa i mdła, tymczasem w Wiecznej prawdzie Brodi Ashton kompletnie pozbawiła Cole'a jego charakteru, robiąc z niego sierotkę Marysię, co strasznie mnie boli, bo gdyby nie on, moja przygoda z Podwiecznością pewnie zakończyłaby się w połowie pierwszej części. 

Moja podróż z tą trylogią była długa i wyboista. Wieczna prawda nieco zrekompensowała mi męczarnie, jakie przeżyłam z poprzednimi tomami, bo okazała się być całkiem zgrabnym, interesującym zakończeniem. Cieszę się, że w końcu mam tę serię za sobą i planuję o niej jak najszybciej zapomnieć. Wiem, że ma wielu fanów, ale według mnie istnieje o wiele więcej lepszych powieści z gatunku paranormal romance, a przynajmniej bardziej wciągających i napisanych z większym rozmachem. Ciężko było mi przebrnąć przez Podwieczność, chyba jeszcze ciężej przez Wieczną Więź, więc absolutnie nie polecam wam tej trylogii, mimo że trzecia część wypadła nieźle. W mojej ocenie po prostu nie warto zabierać się za tę serię.

★★★★★★☆☆☆☆

Trylogia Podwieczność:
Podwieczność // Wieczna więź // Wieczna prawda

Za możliwość przeczytania Wiecznej więzi serdecznie dziękuję Wydawnictwu Papierowy Księżyc!
Czytaj dalej »

czwartek, 16 marca 2017

Ostatnie tchnienie, czyli czas uratować świat przed apokalipsą

0
Dark Elements to trylogia, którą w zeszłym roku wciskałam wam na każdym kroku. Kiedy już wydawało mi się, że żadna powieść z gatunku paranormal romance nie jest w stanie mnie zaskoczyć, a co dopiero w sobie rozkochać, pojawił się Ognisty pocałunek Jennifer L. Armentrout i zmusił do zrewidowania tego poglądu. Nic więc dziwnego, że byłam niezwykle podekscytowana finałem całej tej historii i kiedy tylko Ostatnie tchnienie wpadło w moje ręce, zabrałam się za czytanie. 

Niekiedy miłość trwa aż do ostatniego tchnienia.
Każda decyzja niesie ze sobą konsekwencje, a siedemnastoletnia Layla musi stawić czoła najtrudniejszym wyborom. Co wybierze, światło czy mrok? Z jednej strony grzeszny, seksowny, demoniczny książę Roth, z drugiej Zayne – wspaniały, troskliwy strażnik, z którym jednak nigdy nie wyobrażała sobie związku. Najtrudniejsza decyzja dotyczy jednak tego, której połowie swojej natury powinna zaufać.
Dziewczyna ma też nowy problem. Najniebezpieczniejszy z demonów, lilin, został uwolniony, by siać spustoszenie wokół niej, włączając w to jej przyjaciół. Aby uchronić Sama przed losem dużo gorszym niż śmierć, Layla musi paktować z wrogiem, jednocześnie chroniąc miasto – i swoją rasę – przed zniszczeniem.
Rozdarta między dwoma światami i dwoma różnymi chłopakami, niczego nie jest pewna, a już najmniej tego, czy przeżyje, zwłaszcza kiedy dają o sobie znać stare kłopoty. Czasami jednak, gdy tajemnica goni tajemnicę, a prawda wydaje się niemożliwa do odkrycia, trzeba posłuchać głosu serca, wybrać stronę i walczyć do utraty tchu…
Opis z LubimyCzytać

Seria Dark Elements rozkochała mnie w sobie jak żaden paranormalny romans przedtem, stąd moje oczekiwania względem finału były ogromne. Poprzednie dwa tomy dostarczyły mi mnóstwa emocji, akcja pędziła jak szalona do przodu, a kolejne problemy tylko się nawarstwiały, tworząc wciągającą powieść, którą czytało się z wypiekami na twarzy. Ostatnie tchnienie miało być idealnym zwieńczeniem całej historii, ale... coś nie zagrało. Być może z ostatnim tomem wiązałam zbyt wielkie nadzieje i z tego powodu ostatecznie czuję się nieusatysfakcjonowana zakończeniem trylogii, jednak mam wrażenie, jakby fabuła w tym tomie nie posunęła się za bardzo do przodu. Brakowało mi dreszczyku emocji, bo na próżno w tej książce szukać zaskakujących zwrotów akcji; wielkimi krokami zbliżała się apokalipsa, a tempo pozostawało ospałe i dość monotonne. Layla nie robiła nic, by zapobiec pogorszeniu się ich sytuacji, zamiast tego skupiała się na miłosnych rozterkach i rozpaczy po niespodziewanej śmierci kogoś z jej bliskich. Przez jej bierność oraz niezdecydowanie cała historia po raz pierwszy utknęła w miejscu, a zamiast zapowiadanej epickiej potyczki dostaliśmy ze trzy mało wciągające sceny walki.

W Ostatnim tchnieniu po raz kolejny powraca problem pochodzenia Layli. Jej umiejętności wciąż ewoluują, stąd Jennifer L. Armentrout pokusiła się o ponowną próbę rozwiania wszelkich wątpliwości dotyczących mocy dziewczyny, jednak wytłumaczenie nieszczególnie mnie przekonało. Może nie było naciągane, bo w jakiś dziwny sposób wszystko się ze sobą kleiło, ale jak dla mnie było dość słabe. O wiele lepiej by to wypadło, gdyby autorka poprzestała na wyjaśnieniu umiejętności Layli, które zaprezentowała w drugim tomie. Ogólnie Ostatnie tchnienie obfitowało w kilka zupełnie absurdalnych pomysłów, naprawdę nie wiem, co się działo w głowie autorki, gdy pisała poszczególne sceny, które wywołały u mnie ogólne zażenowanie. W zamierzeniu miały być chyba zabawne, jednak ostatecznie spowodowały raczej niesmak. Wydaje mi się, że humor Jennifer L. Armentrout, który tak genialnie prezentował się w poprzednich dwóch częściach (a tutaj był właściwie niewidoczny), był wymuszony i nie do końca mi pasował.

Wiem, że na razie tylko narzekam na Ostatnie tchnienie, ale ta powieść naprawdę nie była zła! Widać wyraźną poprawę w postawie bohaterów (a może to zasługa faktu, że jest o wiele mniej Zayne'a, którego nie znoszę), przestali być tak irytujący i zaczęli podejmować w miarę logiczne decyzje, co naprawdę im się chwali po tym wszystkim, co odstawiali wcześniej! Wątek miłosny, którego byłam tak ogromną fanką, może w tym tomie aż tak bardzo mnie nie kupił, bo ta relacja straciła trochę na swojej zadziorności. Mój ukochany Roth nie wydawał mi się dłużej aż tak cudowny, ale winę za to zrzucam na Rhysanda, bo Ostatnie tchnienie czytałam niedługo po Dworze mgieł i furii, a wiadomo, że z moim mężem numer jeden i jego urokiem osobistym nie da się konkurować.

Ostatnie tchnienie dostarczyło mi mnóstwa rozrywki i pozwoliło zapomnieć o otaczającej mnie rzeczywistości na kilka cudownych godzin, zdecydowanie się nie nudziłam podczas czytania tej historii, ale... to już nie było to samo, co w wypadku pierwszej części. Cała trylogia rozpoczęła się od mocnego uderzenia, jednak z czasem straciła rozpęd i siłę przebicia wśród innych, podobnych powieści, choć i tak będę gorąco zalecała zapoznanie się z nią. Ostatnie tchnienie nie miało już tej samej iskry co poprzednie tomy, a samo zakończenie, choć jest zamknięte i rozwiewa wszelkie wątpliwości, mnie osobiście nie zadowoliło. Nie mogę jednak powiedzieć, że źle się bawiłam podczas czytania ostatniej części, to wciąż była dla mnie ogromna przyjemność, rozpływam się nad Rothem i cieszę się, że zapoznałam się z tą historią. Całej trylogii daję mocne siedem na dziesięć i polecam!

★★★★★★★☆☆☆

Trylogia Dark Elements:
Ognisty pocałunek // Arktyczny dotyk // Ostatnie tchnienie
Czytaj dalej »

piątek, 10 marca 2017

Wieczna więź, czyli uczucie zdolne przezwyciężyć śmierć

0
Z reguły mam duże problemy z zabraniem się za kolejny tom serii, jednak w przypadku Podwieczności postanowiłam pójść za ciosem. Emocje po pierwszej części zdążyły już opaść, ale wciąż miałam je świeżo w pamięci, gdy zabierałam się za Wieczną więź, licząc na to, że kontynuacja okaże się być chociaż minimalnie lepsza od Podwieczności, choć szczerze mówiąc, nie miałam zbyt wysokich oczekiwań. I dobrze, bo moja recenzja wtedy byłaby o wiele bardziej krytyczna.  

Nikki Beckett dopiero co udało się uwolnić od długu zaciągniętego wobec Podwieczności, a mimo to postanawia tam wrócić dla swojego ukochanego, Jacka. Chłopak każdej nocy pojawia się w jej snach, jednak wraz z upływem czasu staje się coraz bardziej zdezorientowany i osłabiony. Jedyną osobą zdolną pomóc Nikki w ocaleniu miłości jej życia jest Cole, nieśmiertelny pragnący uczynić ją swoją królową, ale raz już ją oszukał. Choć dziewczyna wie, że nie powinna ufać Wiecznie Żywemu, jest gotowa pokonać wszelkie niebezpieczne pułapki i zmierzyć się z dziwnym światem Podwieczności, by odzyskać Jacka. 

To, co naprawdę podobało mi się w Wiecznej więzi, to głębsze nawiązanie do mitologii! Uwielbiam wszelkie wierzenia sięgające swoimi korzeniami do starożytności, więc z oczywistych względów byłam mocno podekscytowana tą trylogią, ale pierwsza część nie obfitowała specjalnie w nawiązania do opowieści o herosach. Wieczna więź była za to pełna mitów, które zostały bardzo zgrabnie przemycone do fabuły i przedstawione w nowy, odmienny sposób. Pod tym względem Brodi Ashton stanęła na wysokości zadania, wykorzystała mitologię w sposób, który wzbudził we mnie zachwyt. Mimo to nie udało jej się wykorzystać całego potencjału leżącego w wykreowanym przez nią świecie. Z jednej strony Podwieczność jest czymś niespotykanym, nie przypomina żadnej innej krainy z książek w gatunku paranormal romance, ale z drugiej jest ona dość płaska, bez życia i momentami po prostu nudna. W pierwszej chwili jest się urzeczonym, jednak im więcej czasu spędzałam wraz z główną bohaterką w Podwieczności, tym więcej wad i nieprawidłowości dostrzegałam. Nie dość, że poszczególne elementy nie tworzyły całości, to jeszcze większość z nich została oparta o ten sam schemat. A przecież kraina nieśmiertelnych posiadała taki potencjał!

Muszę też przyznać, że ta powieść była wypełniona po brzegi zwrotami akcji, których w ogóle się nie spodziewałam. Nie wiedziałam, czego mam oczekiwać po tej części, a autorce udało się mnie kilka razy porządnie zaskoczyć. Nawet jeśli przeczuwałam, że właśnie taki kierunek ostatecznie obierze fabuła drugiego tomu, nie miałam pojęcia, co może wydarzyć się po drodze. Nie zżyłam się jednak z tą historią na tyle, by odczuwać w związku z tym jakieś emocje, a momentami pojawiało się u mnie duże znużenie całym tematem. Żałuję, że Wieczna więź bardziej mnie nie zainteresowała, ale takie są fakty. Zabrakło jakiegoś urozmaicenia, całość przebiegła w dość jednakowym, niezmiennym tempie.

To chyba nie jest normalne, że przez całą książkę miałam ochotę zamordować główną bohaterkę. Ta dziewczyna kompletnie nie potrafiła wziąć się w garść, nic tylko użalała się nad sobą, podejmowała beznadziejne decyzje, a w dodatku okazało się, że nie ma w niej za grosz inteligencji czy sprytu, choć to jest już zdecydowanie wina świadomego przedstawienia sytuacji przez autorkę. Nikki po kilka razy pytała o to samo zagadnienie i otrzymywała to samo wyjaśnienie, niemal słowo w słowo. Coś, co rozumiało się samo przez się, było dokładnie tłumaczone dziewczynie, jakby była pięciolatką, która nie potrafi wyciągnąć żadnych wniosków czy połączyć ze sobą oczywistych faktów. Był to niezwykle irytujący zabieg, bo cała sytuacja była jasna i klarowna dla wszystkich, czytelnik już wiedział, co się dzieje, ale autorka i tak uparła się, by kilka razy od nowa pisać w dialogach o tych samych zasadach panujących w Podwieczności czy działaniach bohaterów, które byłby wcześniej już wałkowane.

O ile za Nikki nie przepadałam już w pierwszym tomie, choć według mnie tutaj wypada jeszcze gorzej, to zmieniło się moje postrzeganie innych postaci. W poprzedniej części dość mocno polubiłam Jacka i to jemu kibicowałam, ale w Wiecznej więzi autorka przedstawiła wiele retrospekcji ze związku Nikki oraz Jacka, które według mnie były zupełnie nieudane. Nie potrafiłam zrozumieć tej teoretycznie wielkiej miłości między nimi, jak dla mnie cała ich relacja w tej części była mocno naciągana i rozdmuchana. O wiele bardziej podobało mi się postępowanie Cole'a i nie byłam w stanie zrozumieć decyzji głównej bohaterki, która była względem niego strasznie niesprawiedliwa, zachowywała się jak ostatnia hipokrytka i miałam ochotę naprawdę porządnie nią potrząsnąć.

Przy Podwieczności nudziłam się chyba trochę mniej, ale zakończenie zdecydowanie ratuje Wieczną więź w moich oczach. Co się tam wydarzyło... Brodi Ashton genialnie uknuła tę intrygę i głównie z tego powodu oceniam pierwszy i drugi tom jako równe sobie, jednak wciąż mam bardzo mieszane uczucia względem tej trylogii. Są momenty, kiedy naprawdę mi się podoba i widzę jej potencjał, ale są też takie chwile, gdy najchętniej wyrzuciłabym ją przez okno i zapomniała, że miałam z nią w ogóle do czynienia. Z jednej strony jest oryginalna, a z drugiej nudna. Wiem, że wiele osób uwielbia tę trylogię, jednak po dwóch pierwszych tomach mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ja nie jestem jej fanką, a decyzję, czy zechcecie po nią sięgnąć, pozostawiam wam..

★★★★★☆☆☆☆☆

Trylogia Podwieczność:
Podwieczność // Wieczna więź // Wieczna prawda

Za możliwość przeczytania Wiecznej więzi serdecznie dziękuję Wydawnictwu Papierowy Księżyc!

Czytaj dalej »

sobota, 14 stycznia 2017

Podwieczność, czyli oryginalne podejście do mitu o Eurydyce i Orfeuszu

0
Czasami zdarzają się takie dni, kiedy po prostu muszę sięgnąć po książkę z gatunku paranormal romance. Uwierzcie mi, nie ma lepszego sposobu na walkę z kacem książkowym niż wciągająca, niezobowiązująca historia o miłości w nadnaturalnym klimacie. O Podwieczności nie wiedziałam wiele, ale nawiązanie do mitologii było dla mnie tak kuszące, że nie potrafiłam się powstrzymać przed sięgnięciem po tę powieść. 

Zeszłej wiosny Nikki Beckett zniknęła w podziemiu zwanym Podwiecznością.
Teraz wróciła do swojego dawnego życia, do rodziny i chłopaka. Ma tylko sześć miesięcy na to, by pożegnać się, nim Podwieczność upomni się o nią – tym razem już na zawsze.
Sześć miesięcy na to, aby znaleźć odkupienie, jeśli ono w ogóle istnieje.
Nikki pragnie spędzić te cenne miesiące, zapominając o podziemiu, a jednocześnie próbuje ponownie zbliżyć się do swojego chłopaka, Jacka, którego kocha najbardziej na świecie. Istnieje tylko jeden problem: Cole, który śledzi Nikki z Podwieczności aż na Powierzchnię. Cole chce przejąć tron w podziemiach i jest przekonany, że to Nikki jest kluczem do jego sukcesu. I zrobi wszystko, aby ją ściągnąć do podziemi, jako swoją królową.
Czas Nikki na powierzchni zbliża się ku końcowi, a jej sytuacja wymyka się spod kontroli. Dziewczyna pragnie znaleźć sposób na oszukanie losu i uniknięcie powrotu do Podwieczności, gdzie czeka ją nieśmiertelność u boku Cole’a…
Opis z LubimyCzytać

Podwieczność to przede wszystkim bardzo nietypowy pomysł. Sama fabuła biegnie dość utartymi ścieżkami wyznaczonymi już wcześniej w gatunku paranormal romance, ale całe tło historii jest niewątpliwie oryginalne, choć jak na mój gust momentami zbyt dziwaczne. Bardzo luźno powiązane z mitologią, ale na pewno nie w sposób, w jaki się tego spodziewacie i może właśnie dlatego jestem odrobinę rozczarowana tą powieścią, bo według mnie autorka mogła wyciągnąć o wiele więcej z greckich oraz egipskich mitów, by uczynić tę powieść pełniejszą i bardziej intrygującą. Nigdy nie spotkałam się z czymś, co przypominałoby koncept Podwieczności, czyli krainy przypominającą Podziemie Hadesa, zamieszkiwanej przez Wiecznych, którzy odkryli sekret nieśmiertelności oraz tymczasowo przez Dawców, czyli osoby, które oddają swoją energię życiową Wiecznym przez stulecie. Istnieją także Tuneli, w których to, co zostało z Dawców po Karmieniu Wiecznych staje się bateriami zasilającymi Podwieczność (przypomina mi to trochę scenę z Matrixa, lecz o ile pasowało to do filmu sci-fi, o tyle w paranormalu nie sprawdza się tak dobrze), ale choć pomysł jest bez wątpienia nietypowy, odczuwam niedosyt, bo Brodi Ashton bardzo pobieżnie zaznajomiła nas z kolejnymi faktami, nie zagłębiając się w walkę o władzę toczącą się w Podwieczności czy nie przedstawiając dokładniej prawdy o życiu Wiecznych, a to właśnie te aspekty były najbardziej interesujące.

Również relacje między bohaterami wręcz prosiły się o dalsze rozwinięcie. Według mnie podstawa była świetna i potencjał w poszczególnych wątkach był ogromny, więc żałuję, że autorka nie zdecydowała się poświęcić więcej czasu na dopracowanie swoich postaci oraz ich relacji. Głównym powodem, dla którego Nikki zdecydowała się Powrócić do swojego świata była potrzeba naprawienia swoich kontaktów z rodziną, chłopakiem oraz najlepszą przyjaciółką, ale kiedy już pojawiła się na Powierzchni, tak naprawdę nie zrobiła nic, by zacieśnić swoje więzi z bliskimi. Wątek ojca oraz brata Nikki czy Jules, jej najlepszej przyjaciółki, powinny zostać bardziej rozwinięte i według mnie byłoby to tylko z pożytkiem dla fabuły, która wydaje się być dość płytka i jednotorowa, zwłaszcza że przez długi okres nic się nie działo. Główna bohaterka zmarnowała mnóstwo czasu na bezsensowne rozmyślania, zamiast wziąć sprawy w swoje ręce.

Nikki zupełnie mnie nie zachwyciła swoją postacią, była typowo naiwną, niezdecydowaną bohaterką tego gatunku, której myśli kręciły się głównie wokół porzuconego przez nią chłopaka. Sam Jack jednak zupełnie niespodziewanie mi się spodobał, autorce idealnie udało się uchwycić ich uczucie, które powstało na bazie solidnej przyjaźni. Nie było ono przerysowane ani sztuczne, co z reguły charakteryzuje romanse paranormalne. Polubiłam Jacka chyba nawet bardziej od niegrzecznego Cole'a, chociaż trudno mi w to uwierzyć. Najbardziej podoba mi się jednak przedstawienie tych dwóch bohaterów jako Orfeusza oraz Hadesa. Jack ujął mnie swoim poświęceniem, odwagą oraz bezinteresowną miłością, odwzorowując postać Orfeusza, a Cole niezaprzeczalnie ma w sobie coś pociągającego, bo pod egoistycznym mrokiem skrywa się także wrażliwe, cierpliwe serce Hadesa tęskniącego za Persefoną, która ciągle od niego odchodzi.

Podwieczność jest książką, która czyta się w błyskawicznym tempie. Zanim się obejrzałam, pochłonęłam już połowę i wciąż było mi mało, po prostu musiałam się dowiedzieć, jak dalej potoczy się ta powieść. Kiedy cała historia nabrała już odpowiedniego rytmu, akcja zaczęła w końcu gnać do przodu, przez co trudno było się od niej oderwać. Może nie jest to zbyt wymagająca lektura, jednak zdecydowanie czyta się ją z wypiekami na twarzy i palącą potrzebą poznania zakończenia. Podwieczność to wciągająca książka, która mimo mankamentów, jest w stanie tak zaangażować czytelnika, że nie będzie w stanie jej odłożyć aż do ostatniej strony.

★★★★★☆☆☆☆☆

Trylogia Podwieczność:
Podwieczność // Wieczna więź // Evertrue

Za możliwość przeczytania Podwieczności serdecznie dziękuję Wydawnictwu Papierowy Księżyc!


Czytaj dalej »

poniedziałek, 10 października 2016

Bezduszna, czyli nadnaturalne stworzenia panoszą się w XIX-wiecznej Anglii

0
Co jest największym z największych guilty pleasures książkoholików? Niezaprzeczalnie paranormal romance! Jest to taki gatunek, że nierzadko wstydzimy się przyznać do pochłaniania podobnych historii, bo nie ukrywajmy – są one głupiutkie, płytkie i odmóżdżające – ale i tak od czasu do czasu kochamy się w nich zanurzyć. Ponieważ październik obwołałam miesiącem guilty pleasures, uznałam, że jestem w pełni usprawiedliwiona, by pozwolić sobie na szaleństwo z tym gatunkiem i dzisiaj przychodzę do Was z recenzją Bezdusznej Gail Carriger. 

Alexia Tarabotti to pół-Włoszka, stara panna, a na dodatek nie ma w sobie ani grama duszy – oznacza to, że jest w stanie neutralizować właściwości nadnaturalnych stworzeń, które ogłosiły swoje istnienie za czasów panowania królowej Wiktorii. Jej życie jest już wystarczająco skomplikowane z powodu tych trzech elementów, ale jak na złość sprawy przyjmują nieoczekiwany obrót, gdy Alexia zostaje zaatakowana przez wygłodzonego, nieznającego zasad wampira i przypadkowo go zabija. Lord Maccon, czyli wyjątkowo gburowaty i zabójczo przystojny wilkołak, z którym panna Tarabotti od dawna ma na pieńku, wszczyna śledztwo na rozkaz królowej. Jedne wampiry znikają, inne pojawiają się znienacka, a Alexia zostaje wciągnięta w sam środek zamieszania, stając się celem nieznanych napastników. Czy uda jej się rozwikłać tę dziwną zagadkę, która wstrząsnęła życiem londyńskiej socjety?

Bezduszna nie jest typowym paranormalnym romansem, co niezwykle mnie ucieszyło. Po pierwsze, nie mamy do czynienia z nastolatkami, a z dojrzałymi już ludźmi. Główna bohaterka ma dwadzieścia siedem lat, a lord Maccon liczy sobie kilka stuleci, przez co ich relacja nie przypomina kolejnej słodkiej, głupiutkiej miłości. Po drugie, autorka dużo czasu poświęciła na wykreowanie świata, co rzadko się zdarza w tego typu historiach. Bardzo zgrabnie połączyła ona realia XIX-wiecznej Anglii z istnieniem wampirów, wilkołaków, duchów oraz innych nadnaturalnych stworzeń, przez co samo tło było już niebanalne i warte uwagi. To niezwykłe połączenie miało prawo nie zagrać, jednak jakimś sposobem Gail Carriger wyciągnęła z tych dwóch światów to, co najlepsze, połączyła w jedną, zaskakująco ciekawą rzeczywistość, dodając jeszcze coś od siebie do kreacji i zachowań różnych bestii! Po trzecie, to nie miłość jest głównym wątkiem Bezdusznej, a kryminalna tajemnica związana ze znikaniem samotników wśród wampirów i wilkołaków, przez co ta książka nie jest ani mdła, ani nudna. Na pierwszy plan wysuwa się także niesamowita zdolność Alexii, która nieustannie pakuje ją w coraz większe tarapaty.

Jednak mimo iż Bezduszna nie jest typowym przedstawicielem paranormal romance, nie znaczy to, że jest książką dobrą. W pewnym momencie to wszystko zupełnie się rozjechało, zapanował totalny chaos, a końcówka to po prostu miszmasz wszystkiego. Kryminał, komedia, miłość, nadnaturalność, oszustwa, wszystko nałożyło się na siebie w przeciągu kilku kartek, co zepsuło cały efekt. Przede wszystkim najbardziej przeszkadzał mi język, jakim została napisana cała powieść – jest on bardziej dziewiętnastowieczny niż styl, jakim zostały napisane książki pochodzące z tego okresu. Autorka postawiła również na dowcipną narrację, przez co całość wypadła sztucznie, wydawało się to być nadmiernie wymuszone i uniemożliwiało całkowite wciągnięcie się w fabułę, chociaż na pewno tworzyło niepowtarzalny klimat. Również romans nie do końca wyszedł autorce – odbiegł on od standardów dotyczących tego gatunku, ale za to Gail Carriger przesadziła w drugą stronę. Była to przysłowiowa relacja kto się czubi, ten się lubi, które wprost uwielbiam, jednak w wykonaniu Alexii i Maccona wypadło to naprawdę kiepsko. Te ich przepychanki były zupełnie niedorzeczne, wzbudzały raczej politowanie. W jednej chwili skakali sobie do gardeł, w drugiej się całowali, a ja zupełnie przeoczyłam moment, w którym pojawiło się głębsze uczucie. Że nie wspomnę o tym, że przybrało ono bardzo fizyczną formę.

Bezduszna to niebanalny przedstawiciel paranormal romance, ale mimo wszystko spełnia tę samą rolę, co pozostałe powieści z tego gatunku – bawi, wciąga, lecz nie zostawi po sobie w pamięci trwałego śladu. Alexia to pyskata, nieprzejmująca się konwenansami stara panna, Maccon przystojny, gburowaty, nieokrzesany wilkołak, znalazło się też miejsce dla dystyngowanego wampira, więc bohaterowie wpisują się w znany schemat. Nie da się ich nie polubić, jednak patrzy się na nich z politowaniem. Tło historii zostało naprawdę dobrze wykreowane, ale samej fabule brak proporcjonalności – przez bardzo długi czas większość kręci się wokół podchodów Alexii oraz Maccona, podczas gdy końcówka jest pełna szokujących wydarzeń i wyjaśnień, które nawarstwiły się na siebie. Bezduszna jest przyjemnym, trochę dziwacznym tworem, który czyta się szybko, a zapomina jeszcze szybciej przez niewykorzystany potencjał. Raczej nie sięgnę po kolejne tomy, jeden mi w zupełności wystarczy.

★★★★★☆☆☆☆☆

Cykl Protektorat parasola:
Bezduszna // Bezzmienna // Bezgrzeszna // Bezwzględna // Timeless
Czytaj dalej »

wtorek, 4 października 2016

Arktyczny dotyk, czyli pół-demon, pół-strażnik kontra reszta świata

0
Ognisty pocałunek, wbrew zdrowemu rozsądkowi oraz logice, zupełnie mnie oczarował i sprawił, że jedyne, o czym mogłam myśleć, to dalsze losy moich ulubionych bohaterów z tej serii. Ta trylogia w ostatnim czasie stała się moją największą guilty pleasure i nie boję się do tego przyznać. Mimo to przez bardzo długi czas nie mogłam się przełamać do sięgnięcia po Arktyczny dotyk – strasznie się bałam tego, co zastanę w środku po zaskakującym, bolesnym zakończeniu poprzedniego tomu. I chociaż ta powieść nie doskoczyła do wysoko ustawionej przez Ognisty pocałunek poprzeczki, była wspaniałą, emocjonującą przygodą.

Layla Shaw próbuje pozbierać kawałki swojego roztrzaskanego życia. Nie jest to łatwe w przypadku siedemnastolatki święcie przekonanej, że gorzej już być nie może. Co gorsza, z uwagi na tajemniczą moc, jaką włada dziewczyna, jej niewiarygodnie przystojny przyjaciel, Zayne, na zawsze pozostanie dla niej nieosiągalny.
Klan strażników, który od zawsze chronił Laylę, nagle zaczyna skrywać przed nią niebezpieczne sekrety. Do tego dziewczyna nie potrafi przestać myśleć o Rocie – grzesznym, seksownym, demonicznym księciu, który rozumie ją lepiej niż ktokolwiek.
Nagle moc Layli zaczyna się przekształcać, przez co może ona poznać smak zakazanego do tej pory owocu. W najmniej oczekiwanym momencie wraca do niej Roth, przynosząc wieści, które na zawsze mogą odmienić los dziewczyny. W końcu dostaje to, czego pragnęła, jednak na ziemi rozpętuje się piekło, liczba ofiar zaczyna wzrastać, a cena za szczęście może okazać się zbyt wysoka…
Opis z Lubimyczytać

Arktyczny dotyk wrzuca nas na prawdziwy rollercoaster emocji. Podobnie jak w pierwszym tomie akcja gna do przodu i nie można się oderwać od tej książki, chyba że przewróci się ostatnią kartkę, która zostawia nas ze zszokowanym wyrazem twarzy i myślami: co się przed chwilą wydarzyło? Jennifer L. Armentrout zaserwowała nam takiego cliffhangera, że chyba nie będę mogła zasnąć spokojnie do momentu, w którym będę trzymała w dłoniach trzecią część. Lektura tak bardzo mnie zaabsorbowała, że zupełnie nie wiedziałam, co się dzieje dookoła mnie, liczyła się tylko ta niesamowita książka i pytania, które tłukły się przez cały czas po mojej głowie, bo Arktyczny dotyk zawiera w sobie mnóstwo tajemnic, zawiłych intryg oraz narastającego napięcia. Wzorcowo mnie w sobie rozkochał podobnie jak Ognisty pocałunek i trudno było mi przestać o nim myśleć. 

Na niekorzyść Arktycznego dotyku (chociaż to już baaardzo subiektywna kwestia) wpływa nadmiar Zayne'a i niedobór Rotha. Od początku nie ukrywałam swojej niechęci do Kamieniaka, który jest wyidealizowanym, anielskim chłopczykiem – tak mdłym, że już bardziej chyba nie można. Wszystko mnie w nim denerwuje, a jego kolejne decyzje sprawiały, że nie potrafiłam powstrzymać wywracania oczami i na moje nieszczęście w tej powieści było go mnóstwo. Po prostu między nim a Laylą nie ma żadnego iskrzenia, mimo to autorka uparła się na trójkąt miłosny i my, biedni, zdesperowani czytelnicy, musieliśmy znosić kolejne przydługawe wynurzenia Laleczki na temat perfekcyjnego Zayne'a a.k.a rozmemłanej kluchy. Od lukru w tych scenach bolały mnie zęby. Jestem całym sercem za grzesznym demonem, który jest tak cudownie wielowymiarowy, że mogę jedynie wzdychać z zachwytem. Tak, Jennifer L. Armentrout nie uchroniła go do końca przed schematem, ale Roth został tak wspaniale wykreowany i poprowadzony, że zupełnie nie zwraca się na to uwagi. Ze wszystkich bohaterów tej trylogii to właśnie jego charakter jest najbardziej skomplikowany, zawiły i mogłabym się nad nim rozpływać godzinami, dlatego rozumiecie, jak bardzo w moich oczach książka ucierpiała, gdy Rotha było mniej, a Zayne'a o wiele więcej. Skoro jesteśmy przy bohaterach, muszę również wspomnieć o Layli – wydawało mi się, że jest dla tej dziewczyny nadzieja, bo zaczynała akceptować swoją demoniczną stronę, ale później znowu zaczęła użalać się nad sobą, specjalnie izolowała się od innych, a potem narzekała, jaka jest biedna.

Co najlepsze, te wszystkie niedociągnięcia wcale nie sprawiły, że spojrzałam na trylogię Dark Elements inaczej. Wciąż z zawrotną wręcz prędkością pochłaniałam kolejne strony, całą sobą przeżywając to, co działo się z Laylą i nie mogąc się doczekać rozwiązania zagadki. Arktyczny dotyk za szybko się dla mnie skończył i podobnie jak w wypadku Ognistego pocałunku, znowu musiałam mierzyć się z kacem książkowym wywołanym powieścią napisaną przez Jennifer L. Armentrout, która plasuje się w ścisłej czołówce moich ulubionych autorów. Jak we wszystkich swoich książkach, zapewniła nam drugim tomem trylogii mnóstwo zaskakujących zwrotów akcji, dość zawiłą intrygę, ogrom napięcia trzymający na krawędzi fotela, buzujące w żyłach emocje oraz dawkę swojego fantastycznego, uzależniającego stylu. Jeżeli szukacie czegoś, co pochłonie was na długie godziny, które będą wydawały się sekundami i jesteście gotowi na szaloną jazdę bez trzymanki, serdecznie polecam wam Arktyczny dotyk Jennifer L. Armentrout.

★★★★★★★☆☆☆

Trylogia Dark Elements:
Ognisty pocałunek // Arktyczny dotyk // Ostatnie tchnienie
Czytaj dalej »

czwartek, 23 czerwca 2016

Ognisty pocałunek, czyli demoniczny zawrót głowy

18
Ognisty pocałunek Jennifer L. Armentrout kupiłam trochę wbrew sobie. Opis nie do końca mnie zainteresował, wydawało mi się, że to nie są moje klimaty, ale to w końcu Jennifer L. Armentrout! Musiałam się przekonać, jak poradzi sobie w zupełnie nowej serii. Przyznaję, że początek był dla mnie niezbyt przyjemnym przeżyciem i byłam nawet gotowa odłożyć książkę na bok. A potem było wielkie BUM i po prostu nie mogłam się oderwać!

Layla jest pół gargulcem, pół demonem i posiada niezwykłe umiejętności. Wychowana wśród gargulców-strażników, którzy chronią świat przed demonami, nauczyła się ukrywać mroczną część swojej natury, dzięki której jej pocałunek jest w stanie zabić wszystko, co posiada duszę. Okazuje się jednak, że pochodzenie Layli skrywa o wiele więcej tajemnic, niż skłonni byli to przyznać jej opiekunowie. Dziewczyna nie jest pewna, komu może zaufać - Zaynowi, opiekuńczemu, uroczemu gargulcowi, z którym się wychowywała czy aroganckiemu, grzesznemu demonowi Rothowi, który wydaje się wiedzieć o niej więcej, niż ktokolwiek inny. Od decyzji, jakie podejmie Layla, zależy los całego świata, bowiem jeden zły ruch może stać się przyczyną demonicznej apokalipsy. 

Ustalmy na początku fakty – to, co zaraz przeczytacie, trudno nazwać recenzją. Bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że obiektywnie Ognisty pocałunek nie jest dobrą książką. A mimo to, z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów, zakochałam się absolutnie i nieodwracalnie w tej powieści. Tak, sama się sobie dziwię i nie potrafię Wam wytłumaczyć, dlaczego po skończeniu Ognistego pocałunku nie mogłam sięgnąć po żadną inną pozycję, dlaczego nie potrafiłam przestać myśleć o bohaterach, dlaczego czułam ogromną potrzebę sięgnięcia po kolejny tom NATYCHMIAST, ponieważ w przeciwnym razie nie potrafiłabym kontynuować swojej egzystencji. Ja wiem, że Jennifer L. Armentrout w tej książce wykorzystała prawdopodobnie każdy możliwy schemat z literatury młodzieżowej – mamy główną bohaterkę, której rodzice pochodzili z dwóch zwalczających się ras, a ona sama czuje się wyrzutkiem, bo nigdzie do końca nie pasuje; mamy trójkąt miłosny, jeden chłopak jest dobry, opiekuńczy i ciepły, drugi za to jest niebezpieczny i stanowi definicję słowa kłopoty (tak właściwie nie powinniśmy tego nazywać trójkątem miłosnym, bo to oczywiste, którego z panów Layla powinna wybrać, no heloł); mamy dwójkę najlepszych przyjaciół głównej bohaterki, którzy są w sobie zakochani, ale wstydzą się do tego przyznać; i tak dalej, i tak dalej. Kolejną wadą Ognistego pocałunku jest główna bohaterka, aż mnie krew zalewała, gdy raz po raz przepraszała za własną naturę! Layla nie potrafiła wciąż spraw w swoje ręce ani przejrzeć na oczy, przydałby się jej jakiś porządny kopniak. W kółko się nad sobą użalała i nie walczyła o siebie. Pod koniec zaczęła pokazywać pazurki i to, że w rzeczywistości jest silną młodą kobietą, a nie zagubioną dziewczynką, więc mogę mieć tylko nadzieję, że w drugiej części będzie bardziej zdeterminowana, by osiągnąć zamierzone cele. Pozostałych postaci też nie można uznać za przejaw geniuszu pisarskiego Jennifer L. Armentrout (oczywiście z wyjątkiem Rotha, który podstępem skrada serca!<3), denerwował mnie zwłaszcza Zayne, który przez cały czas zwracał się do Layli per Laleczko. Seriously? W dodatku wszyscy byli idealni, mieli nienaganny wygląd supermodeli. Nie do końca podoba mi się również rozwiązanie całej intrygi, bo z epickiego wytłumaczenia autorka przerzuciła się na zupełnie przyziemny powód stojący za całą dywersją.

Teoretycznie w Ognistym pocałunku nic nie powinno mi się podobać. Posiada większość cech, które powodują, że zamieniam się w narzekającego hejtera, ale... jestem oczarowana. Akcja gna do przodu, nie ma miejsca na nudę, a zakończenie wbija w fotel i rozdziera serce. Czytałam tę książkę na jednym tchu i nie mogłam przestać. Po prostu nie potrafiłam się oderwać, moje myśli cały czas wracały do tego, co zaraz stanie się z bohaterami, przez co zarwałam większą część nocy, powtarzając, że przeczytam jeszcze tylko jedną stronę. Tę książkę z czystym sumieniem można odłożyć na bok dopiero w momencie, w którym przerzuci się ostatnią kartkę, na pewno nie wcześniej! Emocje, jakich doświadczyłam podczas czytania, sprawiły, że Ognisty pocałunek był wart każdej spędzonej z nim chwili. Nie wiem, co takiego styl Jennifer L. Armentrout ma w sobie, że po prostu uzależnia. Nigdy nie przepadałam za paranormal romance i sądziłam, że zrobiłam się już trochę za stara, by zakochać się w podobnej powieści, ale co to jest za historia! Płomienna, porywająca, kusząca i odurzająca.

Coś z pozoru nieskomplikowanego, prostego, przewidywalnego i pełnego schematów dostało się do mojego serca i sprawiło, że zapomniałam o całym świecie. Upajałam się każdą chwilą spędzoną na czytaniu Ognistego pocałunku, dlatego zachęcam do zapoznania się z tą powieścią mimo jej mankamentów. Ja jestem urzeczona, zachwycona i zaskoczona tym, jak łatwo przyszło mi stracić głowę dla Ognistego pocałunku. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Mój zachwyt tą pozycją przeczy wszelkiej logice i zdrowemu rozsądkowi, ale zupełnie się tym nie przejmuję. Ta powieść wywróciła do góry nogami moje czytelnicze życie, ale wiecie co? Nie żałuję. To była zachwycająca przygoda i nic nie zmusi mnie do zmiany zdania. Chyba że drugi tom, który może znacząco podnieść stawkę!

8/10

P. S. Kto jeszcze się rozpływał podczas czytania dodatkowego fragmentu z perspektywy Rotha? Potrzebuję o wiele, wiele, wiele więcej scen z tym pociągającym demonem jako narratorem. 
Czytaj dalej »

niedziela, 10 stycznia 2016

Pierwszy grób po prawej, czyli strzeżcie się śmiertelnicy

27
Kiedy zobaczyłam zakrwawioną kosę oraz sandałki z czaszkami, było dla mnie oczywiste, że nie będę w stanie się powstrzymać przed przeczytaniem Pierwszego grobu po prawej Daryndy Jones. Bo kto nie lubi zakapturzonej, przerażającej kostuchy będącej ucieleśnieniem mroku i zła, która została unowocześniona i w dodatku zrobiła się krnąbrna? No właśnie!

Charley Davidson, oprócz wspomagania miejscowej policji, trudni się również fachem kostuchy. Rozwiązuje swoje sprawy skuteczniej niż detektywi, ponieważ za informatorów posiada denatów, którzy z chęcią pomagają w przyskrzynieniu ich zabójców. Tym razem Charley musi zmierzyć się z tajemniczym zabójstwem trójki prawników, co okazuje się być trudne, gdy w tym samym momencie stara się rozwikłać tajemnicę Reyesa Farrowa, który nie przypomina niczego, z czym do tej pory spotkała się w swoim życiu.

Wydaje mi się, że Pierwszy grób po prawej to ten typ książki, w którym każdy znajdzie coś dla siebie - jest to powieść przepełniona nie tylko genialnym poczuciem humoru, ale także zaskakującymi wątkami kryminalnymi oraz skomplikowanym romansem, a wszystko to doprawione szczyptą fantastyki. Nie ukrywam, że jestem ogromną fanką książek, w których główną bohaterką jest Śmierć we własnej osobie, a przebojowa, nadaktywna Charley z ciętym językiem świetnie odświeża wizerunek znanej wszystkim kostuchy. Trudno jej nie polubić, bo łączy w sobie wszystkie cechy, jakie uwielbiam u bohaterek książkowych: jest inteligentna, pełna energii, zdecydowana, pyskata, ale przy tym podatna na zranienia, nie przed wszystkim potrafi się obronić. Przedstawienie kostuchy jako normalnej dziewczyny, która po prostu widzi duchy i pomaga im przejść na drugą stronę było strzałem w dziesiątkę! W dodatku wszystkie jej przygody ubarwiają autoironiczne komentarze lub komiczne wpadki, dlatego w każdym momencie mogliśmy zostać czymś zaskoczeni. 

Nie da się jednak ukryć, że do książki wdarło się nieco zwodniczego chaosu. Pierwszy grób po prawej to historia wielowątkowa, w której Charley próbuje jednocześnie rozwiązać dwie tajemnice, tę paranormalną, związaną z Reyesem i dotyczącą zabójstwa trójki prawników, do tego dochodzą trudne relacje z macochą i nieufnymi policjantami na posterunku czy jej praca jako kostuchy. Ta mieszanka jest wprost wybuchowa i autorka nie do końca sprostała wyzwaniu. Zabrakło spójności. Wygląda to tak, jakby Darynda Jones nie była pewna, na którym wątku powinna się najbardziej skupić, dlatego w różnych scenach pojawia się szalony misz-masz. Początkowo to rozwikłanie zagadki śmierci prawników było najważniejsze i żałuję, że w ostatecznym rozrachunku część kryminalna została nieco zepchnięta na ubocze, bo Charley jako detektyw sprawowała się świetnie. Mimo to akcja toczy się wartko i nie można narzekać na brak zaskakujących wydarzeń. Zakończenie było naprawdę nieoczekiwane i pozostawiło mnie z ogromnym poczuciem niedosytu. Autorka tylko podrzuciła nam szczątkową informację na temat pochodzenia Charley i Reyesa, co okazało się być dla mnie strasznie frustrujące, ponieważ według mnie jest to najciekawszy wątek w książce. Tajemnica okrywająca kostuchę oraz jej nadprzyrodzonego znajomego działa na mnie jak magnes. Nie mogę się doczekać, aż sięgnę po drugą część przygód Charley, aby przekonać się, jak autorka rozwinie ten pomysł, bo na tej płaszczyźnie zupełnie mnie zaskoczyła, co dość rzadko udaje się pisarzom tego gatunku. 

Pierwszy grób po prawej nie jest książką wymagającą. Jest to jednak świetny, nietuzinkowy start nowej serii, która zapewnia kilka przyjemnie spędzonych godzin. Ta powieść jest wprost przepełniona genialnym humorem, barwnymi bohaterami i dynamiczną akcją. Jeżeli szukacie błyskotliwej lektury, przy której chcielibyście się pośmiać, nie mogliście trafić lepiej - seria o Charley Davidson dostarczy Wam inteligentnej rozrywki, która pochłonie Was na cały wieczór. 

6/10

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc!


Czytaj dalej »

czwartek, 3 grudnia 2015

Tajemny ogień, czyli śmiertelna klątwa, wyścig z czasem i walka zprzeznaczeniem

22
C. J. Daugherty to autorka znana w Polsce dzięki Nocnej Szkole, cyklowi, który zyskał ogromne rzesze fanów. Sama nie jestem specjalną entuzjastką tej serii, ponieważ nie mogę przełknąć braku logiki w wielu miejscach, jednak było to coś innowacyjnego, dlatego z chęcią sięgnęłam po Tajemny ogień, by przekonać się, co tym razem autorka przygotowała dla nas w duecie z francuską pisarką Cariną Rozenfeld.

Dwójka nastolatków, których dzielą setki kilometrów, a łączy pradawna klątwa mogąca doprowadzić do zagłady świata. Taylor Montclair to ułożona, inteligentna Angielka, która marzy o studiowaniu na Oksfordzie, dlatego skupia się głównie na nauce. Z kolei Sacha Winters to francuski buntownik, który specjalnie sprowadza na siebie kłopoty. Wydaje się, że nie mają ze sobą nic wspólnego, jednak kiedy zostają zmuszeni do wspólnej nauki, odkrywają, że ich największe tajemnice się ze sobą łączą. Taylor jest bowiem obdarzona niezwykłą mocą przekazywaną z pokolenia na pokolenie, a Sacha jest ostatnim, trzynastym dziedzicem klątwy, przez którą umrze w dzień swoich osiemnastych urodzin. Na świecie istnieje tylko jedna osoba, która może go uratować. Jednak czy uda im się znaleźć rozwiązanie, zanim świat pochłonie ogień?

Przyznam szczerze, że z oceną Tajemnego ognia mam dość duży problem. Nie jest to książka zła, jednak nie mogę zaliczyć jej do tych najlepszych. Plasuje się gdzieś po środku, nie reprezentując sobą niczego nowego i może właśnie dlatego jestem tak bardzo rozczarowana - w serii Wybrani C. J. Daugherty brakowało momentami logiki, ale było to coś świeżego i niespotykanego, podczas gdy Tajemny ogień jest powieścią szablonową, w której wymieszano znane nam i wielokrotnie przerobione schematy. Książka może zawieść czytelnika, bo tak naprawdę jest to dopiero wstęp do tego, co autorki chcą nam zaserwować w przyszłych tomach, dlatego brakowało mi napięcia. Tajemny ogień mną nie wstrząsnął ani nie wzbudził żadnych innych, gwałtownych uczuć, przez większość czasu los bohaterów był mi tak naprawdę obojętny, a kolejne strony przerzucałam bez zaangażowania. Co prawda język jest prosty i przystępny, dzięki czemu czytało mi się tę książkę szybko, jednak nie czułam tej naglącej potrzeby, by przekonać się, jak cała historia się zakończy. Punkt kulminacyjny również nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia, zabrakło tego czegoś, jakiejś iskry, która tchnęłaby w strony trochę życia i sprawiła, że nie mogłabym się od nich oderwać. Jak na mój gust Tajemny ogień był też zbyt przewidywalny i pojawiło się w nim zdecydowanie za dużo zbiegów okoliczności, które miały ułatwić autorkom zadanie, a wypadły sztucznie.

Tajemny ogień ma jednak mocne strony, które niestety nie zostały w pełni wykorzystane. Plusem książki są zdecydowanie bohaterowie - najbardziej polubiłam Sachę, który zgrywa aroganckiego buntownika, ale tak naprawdę nie wie, jak ma sobie poradzić z wiadomością, że za siedem tygodni umrze oraz Louisę, czyli twardą, niebieskowłosą mentorkę Taylor, która nigdy nie owija w bawełnę i jest gotowa zmierzyć się z każdą przeciwnością losu. Podoba mi się również wykorzystanie motywu czarownic palonych na stosie, rzuconej przed wiekami klątwy oraz alchemii, dostajemy jednak na ten temat tylko szczątkowe okruchy informacji. Podobnie jak Taylor i Sacha poruszamy się po omacku w tym świecie, który ma prawdziwy potencjał. Zwiastuni, Mroczni wyznawcy, przenoszenie energii i tajemnicza przepowiednia - uwielbiam podobne klimaty, ale jest tego stanowczo za mało. Tak jak wspólnych scen Taylor i Sachy, które wypadły tak dobrze, że nie mogłam się doczekać ich kolejnego spotkania. 

Tajemny ogień jest książką poprawną. Zawiera w sobie elementy, które powinna posiadać każda młodzieżówka z elementami paranormal romance, ale brakuje czegoś, co odróżniłoby tę historię od innych. Nie da się jednak ukryć, że Tajemny ogień ma duży potencjał i może stać się naprawdę interesującym cyklem, dlatego nie przekreślam całkowicie tej serii i spokojnie czekam na kolejny tom. 
6/10

Książkę dostałam w jako osoba wchodząca w skład #KajaTeam w ramach Book Tour organizowanego przez fanpage Wybrani. Przy okazji zaproszę Was na swojego fanpage'a - obiecuję, że warto! :)
Czytaj dalej »

poniedziałek, 21 września 2015

Między teraz a wiecznością, czyli jak nie pisać książki o duchach

34

Na Między teraz a wiecznością polowałam od dawna, ponieważ spodobały mi się inne książki należące do serii Poza czasem. Liczyłam na to, że ta powieść również mnie nie zawiedzie, zwłaszcza że wiadomości zza grobu brzmiały nieco upiornie, a ostatnio trzymam się takich klimatów. Zrozumiałe więc, że do lektury podchodziłam z dość dużymi oczekiwaniami. 

Szesnastoletnia Julia najchętniej zapomniałaby o swojej przeszłości, dlatego w nowej szkole udaje radosną dziewczynę z zamożnej rodziny. Znajduje sobie nieskomplikowanego, popularnego chłopaka - Feliksa i przyłącza się do grona jego znajomych, którzy są tak zajęci sobą, że nie zadają trudnych dla niej pytań. Wszystko jednak ulega zmianie, gdy Julię zagaduje Niki, tajemniczy chłopak, do którego nikt się nie zbliża, a pytania o niego są szybko zbywane. Niki ma wiadomość dla Julii od dziadka. Problem w tym, że jej dziadek niedawno umarł...

Między teraz a wiecznością było reklamowane jako cudowna, wywołująca gęsią skórkę historia o miłości. Jest to tak fałszywe stwierdzenie, że to aż boli, bo w tej książce nie ma nic cudownego ani przerażającego, trudno też nazwać ją historią o miłości, ponieważ Julia na ostatniej stronie wciąż nie jest pewna swoich uczuć.

Tym razem zacznę od bohaterów, którzy byli tak irytujący i płascy, że wielokrotnie miałam ochotę nimi potrząsnąć albo porządnie ich ochrzanić, chociaż to najłagodniejsza wersja. Historia została przedstawiona z punktu widzenia Julii i chyba nigdy w życiu bardziej nie żałowałam, że ktoś ma takie samo imię jak ja. Naprawdę. Nie było momentu, w którym Julia wykazałaby się odrobiną rozsądku, dojrzałością czy postąpiła logicznie. Może ten brak jakiejkolwiek niedenerwującej cechy charakteru dałoby się uznać za jakieś osiągnięcie, gdyby nie fakt, że z trudem czytałam o jej kolejnych wybrykach. Nie rozumiem, jak można być tak płytkim: jej największe problemy opierały się na braku funduszy, bo to wstyd nosić ze sobą telefon z przyciskami, a nie dotykowy, nie wspominając nawet o hańbiącym mieszkaniu w bloku! Przez cały czas podkreślała również brak markowych ciuchów, kłamała na potęgę i przeczyła sama sobie. Od dawna nie miałam do czynienia z tak irytującą główną bohaterką, a Julia obudziła we mnie wręcz mordercze instynkty.

Na tym jednak nie koniec. W książce pojawił się również miłosny trójkąt i był on po prostu słaby. Między Julią i Feliksem nie było kompletnie żadnego uczucia, a fundament ich związku opierał się na kłamstwach. Feliks został chłopakiem naszej głównej bohaterki zaledwie po trzech tygodniach znajomości, zrywając ze swoją wcześniejszą dziewczyną niemal od razu, gdy tylko zobaczył Julię (ktoś potrafi mi to wytłumaczyć?). Wydaje mi się, że autorka podtrzymywała niepewność Julii odnośnie swoich uczuć i tego, którego chłopaka wybrać, tylko po to, by główna bohaterka nie wyszła na wyrachowaną zołzę, która spotykała się z Feliksem, bo był to prosty sposób na zaaklimatyzowanie się. Zniesmaczyło mnie również to, jak seks został przedstawiony w tej książce, pozbawiony całej intymności i uczucia, bo Julia chciała mieć to po prostu za sobą i to z chłopakiem, którego w tamtej chwili nawet nie wierzyła, że kocha. Z Nikim i Julią było nieco lepiej, bo pojawiła się między nimi chemia i ta znajomość opierała się nie tylko na szczerości, ale również wsparciu i wzajemnym rozumieniu się. Mimo to autorka do końca książki utrzymywała, że Julia jest rozdarta i mimo że ostatecznie dokonała wyboru, wciąż wspominała tego drugiego. Rozdrażnienie gwarantowane. Poza tym, że chłopcy byli potrzebni do trójkącika, nie reprezentowali sobą niczego i trudno ułożyć choćby jedno zdanie o ich cechach charakteru. Wszystkie postaci były po prostu mdłe.

Chciałabym Wam powiedzieć, że z fabułą jest lepiej, że można pomęczyć się z bohaterami po to, by zachwycić się grozą, światem duchów, tajemniczą wiadomością i zaginionym, rodzinnym testamentem, ale nie będę Was okłamywać. Zapowiadało się naprawdę dobrze. Liczyłam na intrygę, która okaże się ekscytująca i początkowo nawet przykuła moją uwagę, ale szybko zmieniłam zdanie. Im więcej przerzuconych kartek, tym bardziej wydarzenia stawały się absurdalne i nieciekawe. Zero logiki, nic się nie kleiło, a historia stawała się przez to coraz nudniejsza i z utęsknieniem czekałam na chwilę, w której będę mogła ją zamknąć i odłożyć na półkę.

Między teraz a wiecznością to książka, przez którą przebrnęłam z trudem. Bohaterowie są sztuczni, przedstawiona historia nie wciąga i nie sądzę, by komukolwiek mogła przypaść do gustu. To zdecydowanie najgorsza pozycja z serii Poza czasem, jaką na razie przeczytałam i nikomu jej nie polecam.

2/10
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia