Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Colleen Hoover. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Colleen Hoover. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lutego 2019

It ends with us, czyli nie każda miłość jest dobra

0
To już chyba tradycja, że każdą moją recenzję powieści Colleen Hoover muszę rozpoczynać tymi samymi słowami (albo muszę przynajmniej przemycić je w dalszej części), więc pozwólcie, że tradycji stanie się zadość: z CoHo łączy mnie love-hate relationship. A to oznacza, że każda z jej książek jest dla mnie ogromną niewiadomą – albo spodoba mi się tak, że nie będę w stanie przestać o niej mówić przez kolejne lata (przykład: Maybe Someday), albo będę jej tak nie trawić, że będę o tym przypominać wszystkim na każdym kroku (przykład: Hopeless). It ends with us to pierwsza powieść Colleen Hoover, co do której jeszcze przed jej wydaniem miałam pewność, że ją pokocham. Na szczęście moje przeczucie mnie nie zawiodło.
Uwaga, recenzja zawiera spojlery!

Czasem te osoby, które najmocniej nas kochają, potrafią też najmocniej ranić.
Lily Bloom zawsze płynie pod prąd. Nic dziwnego, że otworzyła kwiaciarnię dla osób, które… nie lubią kwiatów, i prowadzi ją z pasją i sukcesami. Gdy poznaje przystojnego lekarza Ryle’a Kincaida i rodzi się między nimi wzajemna fascynacja, Lily jest przekonana, że jej życie nie może być już lepsze.
Tak mogłaby skończyć się ta historia. Jednak niektóre rzeczy są zbyt piękne, by mogły trwać wiecznie. To, co się kryje za idealnym związkiem Lily i Ryle’a, jest w stanie dostrzec jedynie Atlas Corrigan, dawny przyjaciel Lily. Kiedyś ona była dla niego bezpieczną przystanią, teraz sama potrzebuje takiej pomocy. Nie zawsze jesteśmy bowiem dość odważni, by stanąć twarzą w twarz z prawdą… Szczególnie gdy przynosi ona tylko cierpienie.
Opis z LubimyCzytać

To nie jest moja ulubiona powieść tej autorki, chyba nic nie jest w stanie dla mnie pobić Maybe Someday, ale jest to książka, która wzbudziła we mnie największy szacunek do twórczości Colleen Hoover. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak trudne musiało być dla niej napisanie tak bolesnej historii, którą w dodatku częściowo wyniosła ze swojego życia, ale It ends with us jest niesamowicie ważną lekturą. Bo każdy z nas choć raz w życiu zastanawiał się nad tym, dlaczego maltretowana kobieta nie odchodzi od swojego agresywnego partnera, jak to możliwe, że wciąż potrafi go kochać po tym, jak ją skrzywdził. Oceniamy, choć nie mamy do tego prawa i podkreślamy, że gdyby nas coś takiego spotkało, bez wahania spakowalibyśmy walizki i zerwalibyśmy wszelki kontakt. Lily również sądziła, że będzie wystarczająco silna, by to zrobić, zwłaszcza że była zmuszona do oglądania przemocy w związku swoich rodziców. Była przekonana, że nie pozwoli na to, by jej mąż traktował ją w taki sam sposób, w jaki jej ojciec traktował matkę. A jednak utknęła w tym samym błędnym kole. 

Łatwo byłoby stworzyć główną bohaterkę, która twardo broni swoich przekonań i nie pozwala sobie na żadną chwilę słabości. Łatwo byłoby sprawić, by główny bohater zdał sobie sprawę ze swojego złego postępowania i przeszedł niesamowitą przemianę. Łatwo byłoby napisać happy end, położyć na tę historię warstwę lukru w postaci wspólnego pokonywania przeciwności i dodać kilka wyświechtanych frazesów o tym, że miłość jest zdolna uleczyć każdą złamaną duszę. Ale życie nie jest takie proste. It ends with us jest odarte z tych wszystkich złudzeń, o których tak bardzo lubimy czytać, uciekając od rzeczywistości; jest tak cholernie prawdziwe, że wręcz bolesne, podczas czytania czułam się tak, jakby ogromny ciężar przygniótł moje serce i nie puścił mnie nawet po przewróceniu ostatniej strony. Czułam dosłownie fizyczne cierpienie, gdy byłam zmuszona czytać o tym, przez co przechodziła Lily. Ta historia jest tak bolesna, bo jest szorstka, bezkompromisowa, drastyczna w swoim przekazie... To naga prawda. Nie jest łatwa. Nie jest przyjemna. Nie jest piękna.

Lily to prawdopodobnie najsilniejsza kobieca postać, jaką stworzyła do tej pory Colleen Hoover. Ma w sobie ogromną dozę wrażliwości i jest pełna empatii, co czyni z niej niezwykle sympatyczną dziewczynę, ale przy tym nie boi się podejmowania ryzyka i trudnych decyzji. Jej siła pochodzi z wewnątrz i chyba nie spotkałam się z drugą bohaterką w literaturze, która byłaby tak krucha, a przy tym odporna psychicznie. Ryle'a z kolei nie sposób nie pokochać; jest pewny siebie, charyzmatyczny, zadziorny, ambitny i ma świetne poczucie humoru. I właśnie dlatego, że tak łatwo się w nim zauroczyć, jego postępowanie tak bardzo boli. Uwielbiałam czytać o relacji Lily i Ryle'a, bo jej początek i przebieg zupełnie różnił się od dotychczasowych romansów Hoover, był niezwykle figlarny i lekki, pełny droczenia się. Równie mocno kocham jednak Atlasa, który wprowadza niesamowitą równowagę do całej historii, nawet jeśli "osobiście" nie pojawia się zbyt często na stronach powieści, a raczej we wspomnieniach Lily. Colleen stworzyła również piękną przyjaźń między dwoma silnymi kobietami, czyli właśnie Lily i Allysą. Trochę żałuję, że nie rozwinęła bardziej relacji Lily z jej matką, lecz i tak uważam, że był to piękny wątek, nawet jeśli odrobinę zaniedbany. 

It ends with us to powieść, która najpierw rzuci na ciebie czar swoim błyskotliwym humorem, czułymi słówkami i nieskończoną charyzmą bohaterów, a potem złamie ci serce w najboleśniejszy i jednocześnie najpiękniejszy sposób. Nawet jeśli do tej pory nie polubiliście się z twórczością Colleen Hoover, głęboko wierzę, że i tak powinniście sięgnąć po tę książkę, bo emanuje z niej niesamowita szczerość i autentyczność, a mimo ciężkiego tematu, pojawia się także ciepło oraz nadzieja, które leczą rany zadane przez tę historię. It ends with us to cholernie ważna książka i nie ma w niej nic typowego, schematycznego czy prostego. To historia, która zasługuje na wasz czas i emocje jak żadna inna. Zaufajcie mi.

★★★★★★★☆☆☆

Inne książki Colleen Hoover zrecenzowane na blogu:
Czytaj dalej »

środa, 14 czerwca 2017

Confess, czyli prawda ukazana na płótnie

0
Przyznaję, dałam się skusić. November 9 okazało się być zaskakująco dobrą książką, dzięki której na nowo polubiłam się z Hoover, a Confess miało piękną okładkę, obiecujący opis i wiele osób twierdziło, że to jedna z najlepszych powieści Colleen, więc mimo początkowych wątpliwości, zdecydowałam się na zakup. Najwyraźniej nie potrafię docenić książek tej autorki, które są tak szeroko uwielbiane przez jej fanów – Hopeless nie znoszę, a teraz Confess dołączy do grona tych mniej lubianych przeze mnie powieści Colleen Hoover. Po prostu nie rozumiem, jak tak dobry pomysł mógł zostać tak niewykorzystany, ale zaraz będziecie mieli szansę więcej o tym przeczytać.

Owen czerpie inspiracje z anonimowych wyznań podrzucanych na próg jego malarskiego studia. Bolesne wspomnienia, niewypowiedziane słowa i grzechy innych przenosi na płótno za pomocą pędzla. Nie spodziewa się jednak, że kiedyś w jego galerii pojawi się dziewczyna, na którą czekał od dawna. Auburn z kolei nie może pozwolić sobie na komplikacje, lecz gdy w jej życie wkracza przystojny malarz ukazujący w swoich wzruszających pracach surową prawdę o ludziach, nie jest w stanie powstrzymać uczuć kiełkujących na dnie jej zranionego serca. Jednak teraźniejszość z Owenem może jej zabrać przyszłość z tym, co jest dla niej najważniejsze. Czy oboje będą w stanie wyznać sobie prawdę, zanim będzie za późno? 

Przede wszystkim muszę podkreślić to, że pomysł z połączeniem anonimowych, prawdziwych zwierzeń czytelników, które zostały wysłane do autorki, z obrazami namalowanymi przez prawdziwego artystę jest cudowny. Colleen Hoover w genialny sposób połączyła sztukę z literaturą, nigdy nie wpadłabym na podobny koncept i pozostaję pod ogromnym wrażeniem tego motywu. Niezwykle podoba mi się, że w Confess Owen tworzy swoje malowidła na podstawie wyznań wrzucanych przez szparę w drzwiach jego galerii sztuki, a w dodatku w środku egzemplarza zostały zamieszczone właśnie te kolorowe obrazy, o których była mowa w tekście. Bardzo się cieszę, że na początku ten wątek odgrywał dużą rolę w fabule, bo jestem zauroczona sposobem, w jaki autorka opisała całą ideę z wyznaniami. Niestety, z biegiem czasu Colleen Hoover kompletnie zapomniała o tym intrygującym motywie na rzecz romansu oraz przeszkód stojących na drodze do wielkiej miłości Auburn oraz Owena i tym samym historia straciła na oryginalności.

Może gdyby dwójka głównych bohaterów mnie urzekła, nie narzekałabym tak bardzo na zepchnięcie artystycznego motywu na dalszy plan, jednak Auburn to nieśmiała, wrażliwa szara myszka, która daje sobą pomiatać prawie-teściowej i prawie-szwagrowi, a w pewnym momencie posuwa się nawet do całkowitej uległości. Rozumiem, że znalazła się w trudnej sytuacji i ma związane ręce, jednak dla mnie jej decyzja była niewybaczalna. Mówię tutaj o jednej, konkretnej sytuacji. Może nie jest najbardziej irytującą postacią, z jaką kiedykolwiek się spotkałam, ale nie mogę powiedzieć, że ją polubiłam, a chwilami naprawdę mnie denerwowała. Owen z kolei był całkiem w porządku, lecz niespecjalnie zawrócił mi w głowie. To taka postać, która wzbudza sympatię, jednak nie będzie się o nim pamiętało zbyt długo po zakończeniu lektury. Żałuję za to, że Colleen Hoover nie poświęciła więcej czasu Emory, wścibskiej, ale niezwykle odważnej współlokatorce Auburn czy Harrisonowi, jedynemu przyjacielowi Owena, który wydawał się skrywać ciekawą przeszłość. Oboje mnie zainteresowali, lecz autorka potraktowała ich wątki po macoszemu.

Niestety, romans też wypada dość blado, a to on stał się szybko główną osią fabuły. Między głównymi bohaterami nie czułam żadnego iskrzenia, żadnej więzi, oboje zbyt szybko się w sobie zakochali, choć istniało całe mnóstwo przeciwwskazań, zwłaszcza ze strony Auburn. Ich miłość była dla mnie niewiarygodna i mało emocjonująca, nie doświadczyłam żadnych wzruszeń, niespecjalnie też im kibicowałam. Ogólnie mam wrażenie, że Colleen Hoover na siłę wciskała nam ckliwe teksty o przeznaczeniu, by nadać tej relacji głębi, ale według mnie ich związek był strasznie płytki, w dodatku przewidywalny i niezbyt fascynujący. Choć fabuła została przedstawiona z dwóch punktów widzenia, co w przypadku romansów uwielbiam, nie czułam żadnej różnicy między narracją Owena a narracją Auburn i ten podział niewiele wniósł do historii przedstawionej w tej książce. 

Confess to książka z niesamowitym pomysłem na tło fabularne i niewykorzystanym potencjałem. Jak każdą powieść Colleen Hoover, czytało mi się ją niezwykle szybko oraz lekko, ale nie wzbudziła we mnie żadnych uczuć, nie byłam też specjalnie zaciekawiona rozwojem wypadków czy zakończeniem. Pojawiło się tutaj kilka intrygujących wątków (m. in. uzależnienia od leków czy zagadnienia prawne), lecz zostały one zepchnięte na bardzo daleki plan lub tylko wspomniane mimochodem i autorka niestety już do nich nie wróciła. Confess to powieść poprawna i w zasadzie tyle. Ja żałuję, że skusiłam się na jej zakup, zwłaszcza że ma ledwie trzysta stron i niewiele wniosła do mojego życia. Nie popełniajcie mojego błędu i nie dajcie się skusić informacją, że to jedna z lepszych książek Colleen Hoover, bo ona nawet się nie umywa do Maybe Someday, November 9 czy nieco słabszego od tych dwóch Ugly Love.

★★★★★☆☆☆☆☆ 

Inne książki Colleen Hoover zrecenzowane na blogu:
Czytaj dalej »

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

November 9, czyli poszukiwanie swojego szczęśliwego zakończenia

0
Już wiele razy powtarzałam na tym blogu, że z Colleen Hoover łączy mnie love-hate relationship. Ostatnio jednak zapomniałam o pierwszej części, bardziej skupiając się na mojej niechęci, bo od czasu Maybe Someday nie zdarzyła się powieść tej autorki, która by mnie sobą oczarowała. Ostatnią książkę Hoover czytałam ponad rok temu, więc miałam sporo czasu, by odsapnąć od tak zwanej królowej New Adult. Jak wypadło moje spotkanie z nią po tej przerwie? 

9 listopada to data, która zaważyła na losach Fallon i Bena. Tego dnia spotkali się przypadkiem i od tej chwili zaczynają tworzyć dwie historie: jedna to ich życie, drugą pisze Ben zauroczony swoją nową muzą. Choć los postanawia ich rozdzielić, to wzajemna fascynacja jest na tyle silna, że nie może pokonać jej ani czas, ani odległość. Co roku 9 listopada rozpoczyna kolejny rozdział historii - tej realnej i tej fikcyjnej. Gdy nieubłaganie zbliża się koniec powieści, szczęśliwe zakończenie wydaje się jedynie mrzonką, bo historia na papierze zaczyna różnić się od tej, w którą wierzy Fallon…
Opis z LubimyCzytać

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to styl autorki. Nie wiem, co się stało i dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam, ale Colleen Hoover pisze dobrze. A nawet bardzo dobrze. Może po prostu się stęskniłam, jednak jej styl nagle wydał mi się odświeżający i po prostu ładny. Najbardziej w November 9 doceniam cudowne, dowcipne dialogi, które były wprost genialne! Uwielbiałam obserwować, jak Ben i Fallon wchodzą ze sobą w interakcję, bo ich droczenie się było tak figlarne, pełne miłosnego napięcia i komiczne, że co chwila trafiały się prawdziwe perełki! Naprawdę rzadko mi się zdarza, żebym podczas czytania dochodziła do wniosku, że ktoś posiada piękny styl pisania, ale tym razem Colleen Hoover uwiodła mnie swoją lekkością oraz poczuciem humoru. Bardzo podobało mi się także wykorzystanie przez autorkę motywu ze zniszczoną karierą aktorską Fallon i jej sposobem na zrozumienie nowej siebie oraz znalezieniem nowego marzenia, a także z książką Bena i jego twórczymi zapędami. Świetnie wykorzystała zwłaszcza otoczkę Hollywood i zdecydowanie było to coś odmiennego od jej poprzednich powieści.

Największym atutem November 9 pozostają jednak bohaterowie, nawet jeśli mamy wgląd w ich życie tylko podczas jednego dnia w roku. Nie jesteśmy naocznymi świadkami ich ewolucji, tranformacji zachodzących w ich życiu, lecz Colleen Hoover świetnie uchwyciła zmiany w ich spojrzeniu na świat, w wyznawanych przed nich wartościach, w ich charakterach, jakie zaszły na przestrzeni lat, bo poznajemy Fallon oraz Bena jako nastolatków, a żegnamy się z nimi, gdy mają po dwadzieścia parę lat i są dojrzałymi, ukształtowanymi ludźmi. Mimo że jesteśmy pozbawieni całej tej otoczki i skupiamy się tylko na jednym dniu w roku, właściwie na krótkim wycinku ich życia, nie czułam żadnego niedosytu, a główni bohaterowie, choć nie mieli szansy nabrać odpowiedniej głębi przez ten zabieg autorki, są tak sympatyczni i intrygujący, że nie da się ich nie polubić. Zwłaszcza Fallon udało się zyskać moją aprobatę, bo była cudownie niejednoznaczna, skomplikowana, ale także rzeczywista i w pewnym sensie stała się dla mnie taką samą inspiracją, jak dla Bena. Najważniejsze jest jednak nie to, jak wypadają osobno, a jak wypadają razem i muszę otwarcie powiedzieć, że jak na razie jest to według mnie najlepsza para literacka z książek Hoover! Może nie uciekła od schematów, jeśli chodzi o bieg ich relacji, ale między Benem a Fallon już od pierwszego spotkania niesamowicie iskrzyło i aż dostawałam gęsiej skórki! Muszę też powtórzyć, że ich błyskotliwe przekomarzanki były tak zabawne, że nieustannie się uśmiechałam. Uwielbiam Sydney i Ridge'a z Maybe Someday, jednak to właśnie Fallon oraz Benton zostali moimi ulubieńcami, jeśli chodzi o pary z książek Colleen Hoover i wciąż jestem pod wrażeniem chemii, jaką mieli we wspólnych scenach! Nawet jeśli ich miłość może wydawać się nierzeczywista, bo znają się naprawdę krótko...
O rany, czyżbym wreszcie trafiła na pierwszy przypadek insta love, który mnie nie zdenerwował, a wręcz oczarował?!

Ponieważ jednak jest to Colleen Hoover, a mnie łączy z nią specyficzna relacja, ta recenzja nie mogłaby zostać opublikowana, gdybym trochę sobie nie ponarzekała. Przede wszystkim uderzyła mnie nielogiczność pewnych sytuacji oraz niekonsekwencja w postępowaniu Fallon, która wyraźnie nie wiedziała, czego chce od życia i potrafiła zmienić zdanie w przeciągu dwóch akapitów. Z tego powodu nie potrafiłam zrozumieć niektórych scen i jej absurdalnych zarzutów, zwłaszcza pod koniec. Nie da się także ukryć, że November 9 jest jednocześnie książką przewidywalną i frustrującą. Dość łatwo można było się domyślić, w jakim kierunku cała fabuła podąży i jaki czeka nas dramat na końcu...

Co nie zmienia faktu, że w moich oczach jest to jedna z najlepszych powieści Colleen Hoover. Bo to prawdziwy rollercoaster emocji. Bo ta książka złamała mi serce. Bo zdarzały się momenty, gdy nie mogłam złapać tchu, ponieważ tak mocno mną wstrząsnęła. Bo mocniej przeżywałam jedynie Maybe Someday, gdzie płakałam jak głupia, a choć November 9 aż tak mnie nie zmiażdżyło, zdecydowanie podziałało na mnie mocniej niż pozostałe powieści tej autorki, jakie miałam okazję czytać, z wyjątkiem Maybe Someday. Właśnie dlatego mimo swoich wad, mimo niedociągnięć, mimo faktu, że taka historia nie miałaby racji bytu w realnym świecie (ale kto czytałby książki dla realizmu, to jeden z tych zarzutów blogerów, którego zupełnie nie potrafię zrozumieć), mimo niezdecydowania głównej bohaterki naprawdę wciągnęłam się w November 9 i niesamowicie przeżywałam tę lekturę. Nawet nie potraficie sobie wyobrazić, jak bardzo waliło mi serce w niektórych momentach. Nie jest to powieść idealna. W najlepszej piątce książek New Adult pewnie też się nie znajdzie, ale dla mnie każda historia, która jest w stanie wzbudzić we mnie takie uczucia i sprawić, żebym kibicowała bohaterom z całych sił, posiada niezwykłą wartość i właśnie dlatego gorąco polecam wam zapoznanie się z November 9.

★★★★★★★★☆☆ 

Inne książki Colleen Hoover zrecenzowane na blogu:
Czytaj dalej »

sobota, 2 kwietnia 2016

Ugly Love, czyli wszystkie odcienie brudnej miłości

17
Colleen Hoover to autorka, z którą teoretycznie powinnam mieć problem - zdarzają jej się takie perełki jak Maybe Someday i takie słabizny jak Hopeless - więc przed sięgnięciem po jej kolejną powieść powinnam mieć duże wątpliwości. Prawda jest jednak taka, że nie mogłam się doczekać kolejnej książki Hoover, a kiedy zaczęłam czytać - przepadłam!

Tate Collins to dwudziestotrzyletnia pielęgniarka, która wprowadza się do mieszkania swojego brata, Corbina, pilota samolotów. Na miejscu okazuje się, że sąsiadem Corbina jest przystojny Miles Archer, który wprowadza w spokojne życie Tate gwałtowne zawirowania. Mężczyzna ustala tylko dwie reguły ich związku: nie pytaj o przeszłość i nie oczekuj przyszłości. Pytania się nawarstwiają, atmosfera gęstnieje, obietnice zostają złamane. Bo miłość nie zawsze jest ładna. Czasami jest brzydka. 

Wiecie, co uwielbiam w książkach Colleen Hoover? To, że wciąż na nowo mnie zaskakuje. Wszyscy wiemy, że New Adult jest do bólu schematyczne i wciąż dostajemy te same historie, choć odrobinę przerobione. To już czwarta książka tej autorki, którą czytałam, a mimo to za każdym razem udaje jej się wprowadzić do fabuły coś innowacyjnego i zarazem intrygującego, co sprawia, że wciąż mam ochotę czytać jej powieści. Nie mogę powiedzieć, że wszystkie przedstawione przez Hoover historie mnie zauroczyły, ale to niesamowite, że w gatunku zdominowanym przez przewidywalność ta autorka cały czas zaskakuje mnie czymś nowym, wyjątkowym, charakterystycznym tylko dla niej. A ponieważ Ugly Love zdecydowanie zalicza się do tych lepszych powieści Colleen Hoover, czytanie jej było czystą przyjemnością. Tak bardzo się wciągnęłam, że w przeciągu kilku godzin dosłownie pochłonęłam całą powieść, nie mogłam się od niej oderwać!

To nie jest piękna miłość. To nie jest słodka miłość. To brzydka i brudna miłość, która potrzebowała przynieść wiele bólu, aby zamienić się w coś pięknego i czystego. Aby zamienić brzydkie w ładne. Ugly Love dostarcza całego spektrum różnych doznań, czasami lekkich niczym mgiełka, czasami potężnych niczym huragan, bo to jednocześnie niewinna i okrutna, delikatna i grająca na uczuciach powieść, której po prostu nie chce się kończyć. Uwielbiam sposób, w jaki Colleen Hoover odpowiednio dobranymi słowami potrafi wzbudzić w czytelniku tysiące odczuć, jak sprawia, że serce mi krwawi i mam ochotę rwać włosy z głowy, bo za każdym razem gwarantuje mi niezapomniane przeżycie. Może nieidealne, ale trwałe, takie, które ze mną zostaną na bardzo długo. Ugly Love to mieszanka bólu i szczęścia, rozkoszy i gniewu, nienawiści i miłości, dramatu i walki. 

Moim największym zastrzeżeniem w kierunku Ugly Love jest brak głębszego zarysowania postaci i łączącej ich relacji. Dzięki retrospekcjom poznajemy bolesną przeszłość Milesa z pierwszej ręki, ale mam wrażenie, że nie udało mi się poznać jego samego. Jest to związane z jedną z jego zasad, ale i tak chciałabym dowiedzieć się więcej na temat tego bohatera. Jego demony sprawiły, że z czułego w gestach mężczyzny potrafił się przeistoczyć w zimnego, odpychającego dupka, co dezorientowało zarówno Tate, jak i czytelnika; autorka poprowadziła Milesa od początku do końca w sposób konsekwentny, utrzymując wokół niego otoczkę tajemnicy, co w żaden sposób mi nie przeszkadzało, ale... naprawdę, naprawdę, naprawdę chciałabym wiedzieć o nim coś więcej! Cechy charakteru, przyzwyczajenia... wszytko to gdzieś autorce umknęło. Colleen Hoover skupiła się na emocjach głównej bohaterki i jak zawsze opisy uczuć są mistrzowskie, ale trudno mi powiedzieć, kiedy relacja Tate i Milesa z czysto fizycznej przerodziła się w głębszą więź, przez co czuję niedosyt. Z drugiej jednak strony ich związek nie miał opierać się na miłości, zrodził się z rozpaczy i poczucia straty, więc chociaż nie do końca rozumiem kierujące Tate powody, muszę przyznać, że całą sobą przeżywałam kolejne wzloty i upadki ich znajomości. 

Ugly Love to niesamowita historia złamanej miłości, która rzuca swój czar na czytelnika od pierwszej strony.Nie udało jej się wzruszyć mnie do łez, nie rozerwała mnie na kawałki, ale sprawiła, że długo nie będę mogła o niej zapomnieć. Dramaty nie są naciągane, prawdziwa nadzieja, że nawet po stracie można odnaleźć szczęście, wypełnia kartki, a uczucia... uczucia stają się brudne.

7/10

Inne powieści Colleen Hoover zrecenzowane na blogu:
Maybe Someday // November 9 // Confess

Za możliwość przedpremierowego przeczytania Ugly Love serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte!


Czytaj dalej »

czwartek, 3 września 2015

Maybe Someday, czyli muzyka uczuć

47

Od jakiegoś czasu Colleen Hoover jest najpopularniejszą autorką z kategorii NA. Każda jej kolejna książka nie przechodzi bez echa, a Maybe Someday było reklamowane dosłownie wszędzie. Początkowo nie miałam ochoty po nią sięgać, obawiając się, że to promowanie ma za zadanie ukryć niedoskonałości książki, zwłaszcza że Hopeless tej samej autorki w ogóle mnie nie zachwyciło. Myliłam się. Maybe Someday z każdą przewracaną stroną coraz bardziej zdobywało moje serce. 

Sydney mieszka z najlepszą przyjaciółką, studiuje swój wymarzony kierunek - wychowanie muzyczne, jest samodzielna i pozostaje w związku z chłopakiem, którego wydaje jej się, że kocha. Każdego wieczora wychodzi na balkon, by posłuchać hipnotyzującej muzyki przystojnego chłopaka grającego na gitarze. Słucha jego utworów i pisze do nich teksty z niebywałą łatwością.
Pewnego dnia Sydney traci wszystko: wyrzucono ją z pracy, dowiaduje się, że jej chłopak sypia z jej współlokatorką, wyprowadza się i traci dach nad głową, a to wszystko w dzień jej urodzin. Wtedy właśnie dostaje propozycję od Ridge'a, chłopaka z gitarą - może się wprowadzić do jego mieszkania bez płacenia czynszu pod warunkiem, że napisze teksty do granej przez niego muzyki i pomoże mu przezwyciężyć blokadę twórczą. Wkrótce ta dwójka odkrywa, że łącząca ich pasja do muzyki niebezpiecznie ich do siebie zbliża, tworząc między nimi więź, która jest niewłaściwa; Sydney wciąż zbiera się po rozstaniu, a Ridge od pięciu lat znajduje się w szczęśliwym związku. Wszystkie emocje przekazują sobie w tekstach piosenek i w muzyce, którą czuje się całym ciałem. 

Colleen Hoover opisuje muzykę w tak piękny sposób, że aż trudno w to uwierzyć. To właśnie ona wybija się w książce na pierwszy plan i tworzy najważniejszy, najwspanialszy wątek, wpływając na odbiór całej historii, zwłaszcza gdy stworzony przez autorkę i piosenkarza soundtrack towarzyszy nam przez kolejne strony. Te teksty są naprawdę głębokie i dobrze przemyślane, pokazują także rodzące się między Sydney i Ridge'em uczucie w niezwykle subtelny, niewinny sposób, opowiadają o tym, o czym bohaterowie bali się powiedzieć wprost, a z czym oboje uparcie walczyli. Sytuacja, w której się znaleźli, jest nietypowa i trudna, a za jej pośrednictwem Colleen Hoover stawia nas przed pytaniem: czy można oszukać własne serce? Czy można z nim wygrać, gdy rozsądek i sumienie krzyczą, że to jest złe?

Sydney i Ridge to przeciwieństwa, ale doskonale się uzupełniają. Sydney to prawdziwy wulkan emocji, popada w całkowite skrajności i czasami trudno było nadążyć za zmianami jej nastroju. Kiedy wpadała w złość, była gotowa wybić komuś zęby. Kiedy była smutna, łzy lały się strumieniami. Kiedy była szczęśliwa, no cóż, łzy dalej lały się strumieniami i naprawdę zaczynałam się zastanawiać, czy ta dziewczyna nie ma problemu z kanalikami łzowymi. Co zaskakujące, nie była przy tym irytująca, a obserwowanie, jak jej temperament powoli się wycisza i łagodnieje przy wrażliwym, spokojnym Ridge'u było naprawdę fascynujące i z dwóch perspektyw, które zaprezentowała nam Colleen Hoover, to właśnie perspektywa Sydney podobała mi się bardziej, bo była wyrazista. Ridge był w porządku, zwłaszcza, że przy jego kreacji autorka dotknęła problemu, który wymagał dużo wrażliwości, ale jego niepełnosprawność i wynikający z tego kunszt muzyczny nieco przesłoniły jego charakter.

Hopeless w moich oczach wypadło sztucznie przez to, jak szybko bohaterowie rzucili się sobie w ramiona. W Maybe Someday tego nie ma - uczucie rodzi się powoli, naturalnie nabiera własnego tempa i ma w sobie pewnego rodzaju dojrzałość, której mi brakowało w poprzednio czytanej książce autorki. Maybe Someday wciągnęło mnie w swój świat i już nie wypuściło. Colleen Hoover powoli, ale skutecznie łamała mi serce, bo nie było możliwości, by "może kiedyś" zamieniło się we "właśnie teraz" i bohaterowie doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Wiedzieli, jak cudownie mogłoby być im razem, ale ta przyszłość nie była im pisana i ta świadomość budzi ogromne emocje nie tylko w Sydney i Ridge'u, ale także w czytelnikach. Ta książka to stąpanie po cieniutkim lodzie.

Cudowna, delikatna, pełna magii, niesamowita, smutna i bardzo prawdziwa - taka właśnie jest opowieść zawarta w Maybe someday. Colleen Hoover doskonale wie, jak grać na uczuciach czytelnika i jak sprawić, by zakochał się w książce.

8/10

Inne książki Colleen Hoover zrecenzowane na blogu:

Autorka współpracowała razem z Griffinem Petersonem nad piosenkami, które pojawiają się w książce. Całą playlistę możecie znaleźć na stronie www.maybesomedaysoundtrack.com i chociaż niekoniecznie na co dzień słucham takiej muzyki, muszę przyznać, że kilka kawałków naprawdę mi się podoba i włączanie ich w momencie, w którym pojawiały się w książce, było magicznym przeżyciem. Na punkcie dwóch piosenek mam obsesję i słucham ich w kółko od kilku dni. Posłuchajcie Maybe Someday:

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia