Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Geek na tropie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Geek na tropie. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 października 2018

Geek Girl w świecie bookstagrama, czyli wrażenia po pierwszym miesiącu

0
Mojego Instagrama założyłam 7 września i za niedługo będę świętować pierwszy miesiąc, a dzisiaj przychodzę do was z postem podsumowującym moją przygodę z tą aplikacją do tej pory. Mam nadzieję, że dzięki temu ci z was, którzy wciąż się wahają, czy założyć sobie konto, przekonają się, że naprawdę warto dołączyć do cudownej społeczności bookstagrama. Ja sama zastanawiałam się nad tym przez półtorej roku i podchodziłam do Instagrama jak pies do jeża, ale po pierwszym miesiącu mogę z całą pewnością stwierdzić, że zupełnie niepotrzebnie miałam jakiekolwiek obawy i powinnam była dołączyć do bookstagrama już dawno temu! 


PO PIERWSZE, CUDOWNA SPOŁECZNOŚĆ
Według mnie to najważniejsza część całej tej przygody. Spędziłam na tej platformie niecały miesiąc, a już poznałam mnóstwo świetnych osób, z którymi mogłam porozmawiać nie tylko o książkach! Najlepsze w bookstagramie jest to udzielanie się – nie tylko twórców, ale także odbiorców, widać, że to miejsce żyje i prężnie się rozwija! Nigdy nie widziałam podobnej aktywności ani na blogach, ani na fanpage'ach na Facebooku, a tutaj pod zdjęciami można znaleźć naprawdę rozbudowane dyskusje, nieważne, czy dotyczą one powieści, czy tematów raczej okołoksiążkowych i to mnie głównie oczarowało w tej cudownej społeczności, w której każdy zostaje cieplutko przyjęty. Naprawdę obawiałam się swoich początków, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Poznałam też kilka osób, które są zakręcone na punkcie kpopu równie mocno co ja, właśnie dzięki bookstagramowi. Ludzie są tutaj wprost niesamowici i przez ten miesiąc bliżej poznałam więcej osób niż przez trzy lata dzięki blogowi recenzenckiemu i w głowie mi się to nie mieści.  

PO DRUGIE, ROZWÓJ I INSPIRACJA
Zawsze uwielbiałam podziwiać piękne zdjęcia książek, ale do tej pory robiłam to głownie na weheartit. Teraz zyskałam niezmierzenie większą bazę, w której mogę podziwiać zdjęcia innych i się nimi zachwycać. Wiem, że być może nigdy nie osiągnę poziomu niektórych bookstagramerów, których fotografie są nie z tej ziemi, ale to między innymi urok tego miejsca – każdy jest inny, ma inny styl... i dzięki temu od każdego można się czegoś nauczyć. Jestem tutaj zaledwie miesiąc, ale już widzę ogromną różnicę pomiędzy zdjęciami, które robiłam przed dołączeniem do instagrama a zdjęciami, które wykonałam już po zarejestrowaniu się. Wy być może jeszcze tego nie odczuliście, bo najpierw publikuję stare fotografie, ale ja jestem świadoma zmiany i muszę wam powiedzieć, że jestem z siebie cholernie dumna. Nigdy nie osiągnęłabym takiej poprawy w tak krótkim czasie, gdybym nie zaczęła oglądać prac innych i czerpać z nich inspiracji. Zaczęłam eksperymentować choćby z kątami zdjęć, czego wcześniej nigdy nie robiłam, ale teraz dzięki bookstagramowi zaczęłam się rozwijać, szukać nowych pomysłów i rozwiązań. Jasne, nie zawsze wszystko wychodzi tak, jakbym tego chciała i czasami muszę przyznać się sama przed sobą do porażki, jednak ciągle uczę się czegoś nowego i jestem zadowolona z moich postępów, które nie byłyby możliwe, gdybym nie dołączyła do Instagrama.


PO TRZECIE, KSIĄŻKI, KSIĄŻKI I JESZCZE RAZ KSIĄŻKI
To, co się tutaj dzieje, to istne szaleństwo i mówię całkiem poważnie. Nigdzie indziej nie będziecie mogli tak swobodnie komunikować się nie tylko z wydawnictwami, ale także AUTORAMI, którzy nie tylko lajkują zdjęcia, lecz również zostawiają komentarze! Nawet zagraniczni pisarze mogą dotrzeć do naszego polskiego bookstagrama i to jest niesamowite. Ani blog, ani fanpage nie dają takich możliwości w tej kwestii. Do tego dochodzą świetne akcje organizowane przez wydawnictwa, sama brałam już udział w polowaniu na książkę ukrytą w lesie w pobliżu miejsca mojego zamieszkania ;) Na każdym kroku konkursy lub wspaniałe konta z własnoręcznie wykonywanymi gadżetami książkowymi, gdybym nie dołączyła do bookstagrama, nigdy nie dowiedziałabym się o istnieniu Shadow Bookmark, skąd kupiłam już cztery zakładki i na tym zapewne się nie skończy. Do tego oczywiście tytuły książek, o których wcześniej nie słyszałam, a teraz znajdują się na mojej liście must read... I każdy sposób na promowanie czytelnictwa jest dobry! 


Nie mówię, że bookstagram to idealne miejsce, ponieważ jak wszędzie pojawiają się drobne problemy, ale na razie zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona i mam zamiar zostać tutaj na dłużej. Mogę śmiało powiedzieć, że po pierwszym miesiącu uzależniłam się od przeglądania zdjęć, dodawania komentarzy i sprawdzania, co dzieje się na moim profilu. Bardzo długo zastanawiałam się, czy powinnam dołączyć, aż w końcu dostałam motywującego kopniaka od mojej ukochanej Cupcake i absolutnie tego nie żałuję. Teraz ja chcę dać tego samego kopniaka wszystkim tym, którzy nie są pewni, czy powinni założyć konto, bo naprawdę warto ♥ A tutaj znajdziecie mój bookstagram (@booksbygeekgirl), serdecznie zapraszam!
Czytaj dalej »

sobota, 19 sierpnia 2017

5 powodów, dla których k-dramy zniszczyły dla mnie amerykańskie seriale

0
Dramaland to straszne miejsce – kiedy już raz tam wkroczysz, nie będzie dla ciebie odwrotu. Nie da się uciec. Twoje życie zostanie w dużej mierze podporządkowane temu rozwijającemu się wewnątrz ciebie szaleństwu i nie będziesz mógł nic na to poradzić. Próbowałam już kilka razy z powrotem zabrać się za amerykańskie seriale, ale okazało się, że wszystko, co do tej pory mnie w nich zachwycało i skutecznie przykuwało do monitora, teraz straciło swój czar. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do struktury i stylu k-dram, tak bardzo się w nich zakochałam, że produkcje z USA nie mają już czym mnie zaskoczyć. Jestem pewna, że osoby, które podobnie jak ja zostały wciągnięte do Dramalandu, zrozumieją większość moich problemów. 
Kiedy zaczynasz oglądać koreańską dramę i po prostu w nią wsiąkasz. 

1. Rozwój fabuły
Zaczniemy od podstaw, czyli od samej historii. Fabuła w k-dramie przypomina idealnego muffinka. Nie jest zbyt słodka, chrupiąca na wierzchu, mięciutka w środku, z płynnym nadzieniem, zawsze z dodatkiem czegoś niespodziewanego. Radość jest ogromna, a smak utrzymuje się dłużej na języku, dzięki czemu możemy zapamiętać tę przygodę na dłużej. Właśnie takie są k-dramy, a przy tym z reguły nie są ani za długie, ani za krótkie, głównie dzięki temu, że liczba ich odcinków waha się od 16 do 20 odcinków, przy czym każdy z nich trwa mniej więcej cudowną godzinę, podczas której naprawdę wiele może się stać. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że przy tak krótkim i jednym sezonie w fabule nie ma miejsca na niepotrzebne sceny. Każde wydarzenie ma jakiś cel, a przy tym ładnie łączy się z całą historią, nawet jeśli na pierwszy rzut oka widz może tego nie dostrzegać, dopiero później poszczególne sceny mogą nabrać głębszego znaczenia w kontekście pełnego obrazu. Uwielbiam w koreańskich serialach właśnie to, że poszczególne wątki z czasem się ze sobą spajają, a każdy z nich wnosi coś do fabuły. 
Z kolei w amerykańskich produkcjach z reguły każdy odcinek dotyczy czegoś innego. Pojawia się jakiś główny motyw, który przewija się przez całość, ale poszczególne epizody się ze sobą nie łączą. Przez to, że odcinki trwają krócej, w celu opowiedzenia pełnej historii powstają kolejne sezony, co z czasem może stać się niezwykle frustrujące. Scenarzyści rozwlekają całą fabułę, pojawia się mnóstwo nieistotnych wątków, powoli zaciera się główna oś całego serialu, który wraz z kolejnymi sezonami traci rozmach i staje się monotonny. W pewnym momencie nikt już nie pamięta, o co chodziło na samym początku i wszystko się zaciera. 
Nie, po prostu nie. 
Bardzo często zdarza się, że amerykańskie produkcje nie są w stanie utrzymać mojego zainteresowania i po obejrzeniu około trzech sezonów po prostu je porzucam, bo nie znoszę, gdy fabuła ciągnięta jest na siłę, zwłaszcza że brakuje spójności i jakiejś ekscytacji związanej z kolejnymi odcinkami, ponieważ już wszyscy wiedzą, czego można się spodziewać. Oglądanie amerykańskich seriali jest jak patrzenie na skomplikowaną układankę rozkładaną w kółko na czynniki pierwsze, gdzie każdy element wydaje się składać z kolejnych, jeszcze bardziej skomplikowanych kawałeczków, aż zaciera się gdzieś pierwotny obraz. Można powiedzieć, że w k-dramach jest na odwrót: do fabuły dodawany jest kawałek po kawałku, aż ze wszystkich elementów tworzy się perfekcyjnie zgrana całość.


2. Cliffhangers
Powód, dla którego nie wolno oglądać emitowanych dram, chyba że jest się masochistą gotowym czekać cały tydzień na kolejny odcinek w zawieszeniu i stresie. Za każdym razem cliffhanger na końcu odcinka sprawia, że mam ochotę krzyczeć, a jednocześnie zmusza mnie do tego, bym odpaliła następny odcinek. 
Like a boss
Kiedy już raz wsiąkniecie w świat koreańskich dram, nie będziecie mogli się z niego wydostać między innymi dzięki tym strasznym cliffhangerom, które sprawiają, że natychmiast rzucasz się na kolejny epizod, bo niektóre z nich są tak okrutne, że to aż boli. Czy on w końcu pocałuje dziewczynę?! Czy powie jej prawdę?! Czy ten postrzał był na tyle niebezpieczny, by go zabić?! Nawet jeśli jestem dopiero w środku dramy, do końca zostało mi jeszcze aż 10 odcinków, więc to raczej oczywiste, że nie pozbędą się głównego bohatera na tym etapie, to napięcie jest tak ogromne, że po prostu muszę włączyć kolejny odcinek i upewnić się, że mój ulubieniec jest bezpieczny! Koreańczycy to mistrzowie cliffhangerów, biorą z zaskoczenia, a ja za każdym razem się na to łapię. Amerykańskim cliffhangerom sporo brakuje, nie są tak intensywne i nieprzewidywalne. K-dramy to poziom: WOWOWOW, a USA po prostu meh


3. Niemożliwe zdarzenia
Powiedzmy sobie otwarcie: amerykańskie seriale nie mają tego samego dramatycznego rysu, który pojawia się w koreańskich produkcjach. Gdyby Hollywood chciało dorównać pod tym względem Azjatom, musieliby wprowadzić kilka elementów:


Przeznaczenie

Bromance

Jednostronna miłość
Second Lead Syndrome hurts so bad.
Tragedia

Epickie sceny akcji

Po prostu życie w k-dramach jest o wiele bardziej burzliwe i pasjonujące. Wydaje mi się, że między innymi za to tak bardzo je kochamy. Są tak dramatyczne i momentami przerysowane, że stają się wspaniałą rozrywką. Nie ma co ukrywać, w porównaniu telewizja amerykańska wypada blado i raczej niemrawo. To, co dzieje się w koreańskiej dramie w przedziale 16 odcinków, scenarzyści w Ameryce rozciągnęliby na 16 sezonów.


4. Związki
Jeżeli spojrzycie na moje recenzje k-dram, zobaczycie, że w tych postach mnóstwo miejsca poświęcam wątkowi romantycznemu oraz poszczególnym relacjom między bohaterami. Przyczyna jest prosta: UWIELBIAM sposób, w jaki związki są ukazywane w azjatyckich produkcjach. Pod tym względem Koreańczycy są niezrównani, a lista moich OTP nieustannie się rozrasta. Nigdy nie zdarzyło mi się, żebym podczas oglądania amerykańskiego serialu mocno shippowała ze sobą bohaterów, tymczasem rozwój relacji w k-dramach oglądam z wypiekami na twarzy, szczerząc się jak głupia, gdy główne postaci choćby przypadkiem się dotkną i piszcząc z zachwytu, gdy nadchodzi czas wyczekiwanego pocałunku, a każda przeszkoda na drodze do ich szczęścia wywołuje u mnie ogromną złość, frustrację i smutek. Przeżywam te związki całą sobą i nic nie potrafię na to poradzić.

Tak, czasami romans w k-dramie jest totalnie kiczowaty.

Jest też na wskroś prosty

I bywa niezręczny

Ale między innymi za to kocham koreańskie seriale. Miłość stopniowo rozkwita między bohaterami w czasie trwania dramy, ich więź staje się coraz silniejsza mimo przeciwności losu. Romanse ukazane w k-dramie dowodzą, że to właśnie małe rzeczy liczą się najbardziej i nawet jeśli czasami chciałabym dostać więcej, to ta subtelność i delikatność powoli rozwijającej się miłości jest absolutnie urzekająca. Poza tym istnieje szeroki przekrój: są związki dojrzałe i poważne, są młodzieńcze i szalone, są te wypełnione dramatyzmem i te z mnóstwem zabawy. Bohaterowie droczą się ze sobą, wywołując śmiech, ale też wspierają się w najtrudniejszych sytuacjach wzbudzających płacz. Głębia ukazywanych w k-dramach relacji zapiera dech w piersiach.
Wciąż przez nich płaczę, ale to najpiękniejszy romans w historii.
Tymczasem romans w amerykańskich serialach ukazany jest zupełnie inaczej, przynajmniej tak to wynika z mojego doświadczenia. Okres rozwoju uczuć bohaterów jest o wiele krótszy i bardziej gwałtowny. Zbliżają się do siebie w trakcie dwóch czy trzech odcinków, by potem nagle między nimi wszystko stało się bardzo intymne i swobodne. Dzieje się to tak szybko, że przedstawione uczucie wydaje się być fałszywe, między odtwórcami głównych ról brakuje chemii, a wiarygodność gdzieś ucieka. Oglądając k-dramę, nawet jeśli romans mnie nie zachwycał, nigdy nie miałam wątpliwości, że główni bohaterowie coś do siebie czują, choć w tym samym czasie mogłam cierpieć na Second Lead Syndrome. Wszystko jest ukazane w tak stopniowy, a przy tym urzekający sposób, że aktorom po prostu się wierzy, a bohaterom kibicuje z całego serca.

5. Zaangażowanie emocjonalne
Oglądanie koreańskich dram nie jest zdrowe. Tak właściwie można to uznać za niekończące się, wyniszczające emocjonalnie szaleństwo. To jak przejażdżka rollercoasterem bez trzymanki. Pełna podekscytowania wsiadasz do wagonika po długim oczekiwaniu, potem kolejka powoli pnie się do góry, nabierając tempa, a ty do ostatniego momentu nie masz pojęcia, co cię czeka. Nagle z zawrotną prędkością zaczynasz zjeżdżać w dół, wrzeszcząc z całych sił z powodu nagromadzonego napięcia, adrenaliny i emocji... I tak właśnie wygląda oglądanie k-dram.

Przez większość czasu odczuwasz ekscytację

Często nie możesz powstrzymać swoich uczuć
Kiedy emocje stają się zbyt silne.
I prawdopodobnie będziesz nieustannie płakać

Jednak kiedy dobrniesz do końca i wydostaniesz się z wagonika, będziesz kompletnie wycieńczona, ale też dziwnie usatysfakcjonowana.

Amerykańskie seriale z kolei przypominają mniejsze kolejki górskie dla maluchów, które co jakiś czas mają nieco gwałtowniejsze zrywy; wszystkie dzieci ekscytują się, jakby to było coś wielkiego, ale gdy cała jazda się skończy, zaczynasz się zastanawiać nad zmarnowanym właśnie czasem. Większość osób ponownie wsiądzie do wagonika, lecz wiedząc już, jak wygląda przejażdżka prawdziwym rollercoasterem, będziesz chciał się stamtąd jak najszybciej ulotnić, by znowu przeżyć coś niesamowitego i wielkiego. Teraz nie mogę sobie wyobrazić mojego życia bez koreańskich dram i nie sądzę, bym kiedykolwiek miała wyleczyć się z tego uzależnienia, ale kompletnie mi to nie przeszkadza!
K-drama do amerykańskiego serialu.
Czytaj dalej »

środa, 19 października 2016

Guilty pleasures, czyli w ogóle nie czuję się winna

0
źródło
Poznaliście już moje TOP 5: Guilty pleasures. Opublikowanie tego posta było momentem przełomowym, bo podczas wymieniania kolejnych serii, które zajmują specjalne miejsce w moim sercu, mimo że daleko im do ambitnych klasyków literatury, zrozumiałam, że nie mam żadnego powodu, by wstydzić się tego, że uwielbiam te książki. Pojęcie guilty pleasure może odnosić się do wszystkiego, nie tylko do książek (głównie powieści z gatunku YA są określane w ten sposób). Ludzie mówią tak choćby o piosenkach pop. Żaden miłośnik Black Sabbath nie przyzna się, że w ucho wpadła mu piosenka Britney Spears i potajemnie wzniósł jej różowy ołtarzyk w swoim domu. Podobnie jak poważny wykładowca akademicki nie będzie chciał się z nikim podzielić faktem, że wieczorami maniakalnie ogląda kolejne odcinki Jersey Shore. Takie przyjemności ukrywamy starannie przed światem, bojąc się reakcji nie tylko obcych osób, ale także najbliższych znajomych. I wiecie co? Mam tego dość. Dlaczego mam być zażenowana tym, że czytam young adult? Dlaczego mam czuć się źle z tym, że historia uważana przez innych za głupiutką powieść podbiła moje serce? Dlaczego mam przepraszać za to, że ckliwy romans wzbudził we mnie huragan emocji, a młodzieżówka była dla mnie większym arcydziełem niż nudnawy klasyk? Dlaczego mam czuć się gorsza od kogoś, kto chwali się przebrnięciem przez Ulissesa Jamesa Joyce'a?
Dlaczego mam czuć się winna z powodu czegoś, co sprawia mi ogromną radość?


Pięćdziesiąt twarzy Graya jest pod ostrzałem krytyki. Nie jestem w stanie zrozumieć fenomenu tej powieści i popularności, jaką zdobyła, ja sama nigdy nie czytałam tej książki i nie mam zamiaru. Ale to nie znaczy, że piętnuję osoby, dla których ta powieść jest ulubioną lekturą. Ilość krytyki, jaka spada na tych czytelników, jest naprawdę szokująca. A wszystko to w imię czego? Żebyśmy czuli się lepsi, bo mamy bardziej wyrafinowany gust? To niedorzeczne! Podobnie dzieje się w wypadku Zmierzchu. Tak, czytałam całą serię. Podejrzewam, że większość z was również ma ją za sobą. Po tylu latach dostrzegam w niej te wszystkie mankamenty i zdaję sobie sprawę z tego, że Zmierzch nie jest wspaniałym cyklem. Ale dla dwunastolatki to było coś wspaniałego i innowacyjnego. Podejrzewam, że osoby, które teraz najbardziej hejtują (bo na pewno nie krytykują) Stephanie Meyer i jej serię są byłymi największymi fanami Zmierzchu, a teraz po prostu odczuwają z tego powodu zażenowanie, które muszą jakoś ukryć pod płaszczykiem niechęci i odrazy.


Tak naprawdę niemal wszystkie książki, które czytam, można by określić mianem guilty pleasures. Tak to jest, że na powieści young adult z reguły patrzy się z góry. Zdążyłam już parę razy usłyszeć, że ten gatunek jest wręcz rakiem literatury lub ktoś nie potrafił zrozumieć, jak tak inteligentna osoba potrafi czytać coś takiego. Wyśmiewano mnie, bo to, co czytałam, było zbyt dziewczęce lub za mało intelektualne. Przez kilka chwil czułam się źle, ale później przyszedł moment zastanowienia. To, że czytam young adult, nie umniejsza mojej wiedzy. Nie sprawia też, że jako czytelnik czy człowiek jestem gorsza. Całym serduchem kocham powieści młodzieżowe i żadna krytyka nie jest w stanie mnie powstrzymać przed sięganiem po kolejne książki z tego nurtu. Więc dlaczego miałabym się wstydzić? Zdecydowałam się nie przejmować. Mam zamiar korzystać z tego, co oferuje mi gatunek young adult, niezależnie od tego, co myślą inni.
I wierzę, że to jedyny słuszny sposób. Przestań się przejmować. Nie zwracaj uwagi na opinie innych. Liczy się tylko to, co cię uszczęśliwia, a skoro uszczęśliwia cię miłość do Hugh Granta, piosenki Last Christmas Wham! czy oglądanie Pamiętników z wakacji, dlaczego masz czuć się z tego powodu winna?


To samo dotyczy innych guilty pleasures, nie tylko literatury. Będę słuchała i śpiewała na całe gardło piosenki z High School Musical czy Camp Rock, będę chodziła do kina na bajki dla dzieci z podniesioną głową, w zaciszu domowym będę płakała na filmach nakręconych na podstawie powieści Nicholasa Sparksa, mimo że są ckliwe i opierają się na tych samych schematach. Nie będę przejmowała się opiniami innych. Nie będę wstydziła się tego, co kocham. Nie czuję się winna z powodu rzeczy, które dają mi szczęście.


A Wy co sądzicie o guilty pleasures? Uznajecie ich istnienie i odczuwacie z ich powodu wstyd czy może wyrwaliście się z tego błędnego koła i wiecie, że nie warto się przejmować opiniami innych? Dajcie znać w komentarzach! Chętnie też posłucham o nieprzyjemnościach, jakie mieliście z powodu czytanej książki/oglądanego filmu/słuchanej muzyki. Narzekajcie, ile chcecie! Wydaje mi się, że to naprawdę ważny temat, bo takie zachowanie jest po prostu nie fair w stosunku do każdej osoby. Nikt nie powinien się wstydzić tego, co lubi.
Czytaj dalej »

sobota, 17 września 2016

Fantastyczne stworzenia kiedyś i dzisiaj, czyli coś poszło nie tak

36
Większość z nas, stery lub niestety, została wychowana w erze teoretycznie posągowo pięknego Edwarda Cullena i jego błyszczącej na słońcu skóry. Wampir okazał się być nowym wcieleniem Romeo, muchy by nie skrzywdził, nie wspominając nawet o mdłej Belli (chociaż podejrzewam, że jednak trochę go korciło, bo to dziewczę naprawdę irytujące było i nawet wegetarianina mogło ponownie zepchnąć na ścieżkę zUa). Nie chcę się wdawać w dyskusje pod tytułem Zmierzch to gniot lub Przesadzacie, arcydziełem nie jest, ale czytać się da – niewątpliwie jednak wampir wykreowany przez Meyer wpłynął na ugrzecznienie wizerunku nadnaturalnych stworzeń i znacząco różni się od wampirów przedstawionych przez pisarzy w przeszłości. Gdzie się podziały śmiertelnie niebezpieczne osobniki, które nie miały żadnych wyrzutów sumienia z racji bycia dużą pijawką? Co prawda autorzy próbują powoli wracać do wizerunku nieco bardziej mrocznego i niebezpiecznego stworzenia, ale i tak wszyscy robią z nich nadnaturalnych kochanków, co według mnie jest strasznie niesprawiedliwe i samych krwiopijców musi bardzo boleć. Wyobrażacie to sobie? Taki wampir jest nieśmiertelny i przez kolejne setki lat będzie musiał walczyć z reputacją romantycznego gościa, a głupie dziewczyny będą się nieproszone pchały do jego zamczyska i jeszcze wciskały do trumny! Zero spokoju! A potem jeszcze będą sądziły, że wampir tylko skrzy się w słońcu, więc rozsuną zasłony i BUM, po wampirku. Pani Meyer powinna mieć wyrzuty sumienia z powodu drastycznego spadku populacji wampirów.
Widzicie, o czym mówię? Słitaśnie.
Kosmici również ucierpieli. Kiedyś, z mniej lub bardziej logicznych powodów, kosmici przybywali na Ziemię, aby wybić ludzkość w pień i przejąć naszą planetę. Nigdy się z nami nie cackali i od razu przechodzili do ataku. W większości wyglądali również przerażająco, pałali nienawiścią do wszystkiego, co ludzkie i ogólnie robili na naszej planecie wielką rozróbę. Taki Predator to według mnie kiepski materiał na chłopaka, chociaż może znalazłaby się jakaś sadomasochistka, która zapałałaby do niego uczuciem. A teraz? Kosmici są absurdalnie przystojni, posiadają moce, najczęściej związane ze światłem, żeby żadnego człowieka przypadkiem nie wystraszyć i podbijają serca kolejnych kobiet! Wystarczy wymienić serię Lux czy Jestem Numerem Cztery. Mam jednak własną teorię spiskową na ten temat! Kosmici wpłynęli na twórców, aby przedstawili ich w dobrym świetle. W ten sposób osłabiają naszą czujność przed ostatecznym atakiem! Dlatego radzę mieć oczy szeroko otwarte i niech nie zwiodą Was te piękne uśmiechy.
Ten piękniś jest kosmitą. Przerażający, prawda?
Może twórcy oszczędzili chociaż wilkołaki, które i tak w większości przypadków robią za tło? Marzenie ściętej głowy! Wilkołaki z reguły nie mają własnych książek, dostają też bardzo mało czasu antenowego, a jeśli już powstaje jakiś serial, to jest to kiepska produkcja. Mogłoby się więc wydawać, że pozwolą wilkołakom pohasać sobie po lesie, pozabijać kilku człowieków, a tu nic z tego! W niektórych serialach nawet wpływ księżyca na zachowanie wilków został wyparty, więc mamy oswojone zwierzaki, które walczą ze złem i nawet ochraniają ludzi, zamiast porządnie ich pozabijać! Ja się pytam, gdzie są jakieś krwawe masakry z udziałem groźnych bestii? W dodatku mam ogromne zastrzeżenia do wyglądu przeobrażonych wilkołaków. Bliżej im do owłosionych Muminków niż do potworów z prawdziwego zdarzenia. Teen Wolf to niestety naczelny przykład ukazujący udomowione wilkołaczki, które wypadają kiepsko w porównaniu z innymi morderczymi istotami występującymi w tym serialu. 
Owłosiony Muminek! 
Kiedyś bestia była bestią. Wampira, bardziej od twojej cnoty, interesowała ciepła, pulsująca w żyłach krew, wilkołaki nie były posłusznymi pieskami salonowymi, a demon był obrzydliwym, nienaturalnym tworem, nie bóstwem seksu. W pewnym momencie wszystko poszło w złą stronę. Wy również na pewno zauważyliście nowy trend – ci źli są pokazywani jako skrzywdzeni przez los, którzy tak naprawdę mają w sobie ogromne pokłady dobra jedynie przykryte cierpieniem. Nie tylko teoretycznie niebezpieczne fantastyczne stworzenia zostały ugrzecznione, oberwało się też takim złym charakterom jak Maleficent (ten film był straszny, naprawdę)! Jedynymi istotami, które jeszcze nie zostały przerobione na różowe kucyki z tęczowymi kokardkami, są zombie! Najwyraźniej autorzy uznali, że powłóczący nogami, wydający jęczące odgłosy i na wpół gnijący zombie nie mają szansy znaleźć ukochanej nawet po drobnym tuningu. Spierałabym się, ale to już temat na osobny post.

Jak sądzicie, dlaczego tak wielu autorów i filmowych twórców odeszło od wizerunków mrocznych fantastycznych stworzeń na rzecz przystojniaków podbijających serca widowni? Wolicie te stare książki, w których wampir był wampirem, a nie udręczonym Romeem, czy jednak te nowe wersje fantastycznych stworzeń bardziej do Was trafiają? Temat został przeze mnie dotknięty jedynie pobieżnie, dlatego zapraszam do dyskusji!
Czytaj dalej »

piątek, 13 maja 2016

Jak zostać superzłoczyńcą?

16
Bądźmy szczerzy: bycie superbohaterem jest beznadziejne. Wystarczy zacząć od tego, że każdy superbohater jest niesamowicie samotny. Superzłoczyńcy mają więcej przyjaciół. Bruce Wayne jest bogaty, ale ma dwóch przyjaciół, z których jeden jest lokajem, a drugi policjantem. Peter Parker to samotny nerd, który całe życie miał jednego przyjaciela, a ten ostatecznie zdecydował, że będzie złoczyńcą. Clark Kent? Wolverine? Hulk? Prawda jest taka, że bycie superbohaterem to samotna robota. W dodatku policja cały czas cię ściga i oskarża o bycie przestępcą, chociaż jesteś tym dobrym. Media piszą o tobie negatywne historie i uważają cię za zagrożenie publicznie. Nie możesz mieć stałej pracy, a utrzymanie stabilnego życia miłosnego graniczy z cudem, bo cały czas musisz ratować świat, dlatego urywasz się z randki, żeby przebrać się w niewygodne rajstopki i biegać po mieście, jakbyś miał za dużo kofeiny we krwi. Nie możesz pobierać opłat za swoje wysiłki, bo superbohaterowie powinni być bezinteresowni. Nie masz więc przyjaciół, dziewczyny, brak ci ubezpieczenia zdrowotnego (musisz wydawać fortunę na naprawę tych wszystkich połamanych zębów). To nieszczęśliwe, niewdzięczne życie pełne poświęcenia, honoru i poświęcenia. Fuj. Ohyda.

O wiele lepiej zostać superzłoczyńcą. Pomyśl o tych przywilejach! Ogromne bogactwa i władza. Fajne uzbrojenie. Sława. Możliwość mordowania ludzi, którzy krzywo na ciebie spojrzeli w komunikacji miejskiej, nie czując przy tym żadnych wyrzutów sumienia. Nie musisz nawet chować swojej twarzy, a wszyscy wierzą, że i tak przegrasz, co w sumie jest niezłym sposobem na życie. Niskie oczekiwania są łatwe do spełnienia. Tak, bycie superzłoczyńcą to jest to. Tylko jak nim zostać? To już trudniejsza część. Ale nie martwcie się, Geek Girl (która teraz żałuje, że wybrała nick pasujący bardziej na pseudonim superbohaterki niż złoczyńcy) przychodzi do Was z listą 8 niezbędnych etapów do zostania złym gościem!

1. Evil laugh
Nie będę ukrywała, że jest to podstawa, bez której się nie obędziesz w świecie złoczyńców. Musisz opracować maniakalny śmiech, którym będziesz podsumowywał wszystkie swoje straszliwe plany przejęcia władzy nad światem, dlatego powinien on sprawiać, że włoski będą stawały dęba, a pomagierzy uciekali w popłochu. Jeśli opracujesz genialny evil laugh, będziesz mógł przejąć telewizję oraz radio i puszczać go cały dzień, dlatego wypadałoby, żebyś się postarał.

2. W dużej mierze chodzi o twoje podejście
Jeśli jesteś nieśmiałym typem, który nie skrzywdziłby muchy - to nie jest zajęcie dla ciebie. Wszyscy najwięksi złoczyńcy są aroganccy, chciwi, podstępni i inteligentni, a do tego niesamowicie czarujący. Idziesz do celu po trupach (dosłownie) albo w ogóle nie idziesz. Proste? Proste.

3. Potrzebujesz armii popleczników
Superzłoczyńcy z reguły są bardzo lubiani i wiedzą, jak to wykorzystać. Norman Osborne był jednym z najbardziej popularnych dzieciaków. Magneto miał całą armię oddanych towarzyszy. Nawet Victor Van Doom był niesamowicie bogaty i zorganizował wiele spotkań towarzyskich. Takie powiązania na pewno przydadzą ci się przy wprowadzaniu planów przejęcia władzy nad światem w życie. A nawet jeśli skończysz jako superzłoczyńca, który nie ma wielu przyjaciół, możesz zatrudnić do pomocy minionki. Superbohater ma jednego, góra dwóch pomagierów (chyba że zostają superprzyjaciółmi albo Avengersami, ale przymknijmy na to oko). Twoje minionki może nie będą zdolne do zabicia lub skrzywdzenia kogoś, jednak będą niesamowicie lojalne i jestem prawie pewna, że pracują za niskie stawki godzinowe. A jeśli nie, nie musisz im płacić, możesz ich zastraszyć. W końcu jesteś superzłoczyńcą. Chociaż podobno łatwo ich przekupić czekoladą lub pustymi obietnicami władzy i bogactw.
Zacznij od czekolady.
Fanki to też niegłupi pomysł, chociaż ich ciągłe piski i uwielbienie mogą stać się z czasem męczące, dlatego dobrze to przemyśl.

4. Musisz mieć sekretną kryjówkę
Zapraszamy wszystkich architektów z talentem do dramatycznego budowania skomplikowanych siedlisk wszelkiej niesprawiedliwości. Będziesz potrzebował bazy operacyjnej, która jest korzystnie ukryta przed wścibskimi sąsiadkami będącymi piekłem dla twoich niecnych planów destrukcji. Musisz upewnić się, że jesteś otoczony luksusem i wszystkimi najnowszymi gadżetami oraz technologią, bo prawdopodobnie będziesz spędzać wiele czasu w swojej kryjówce, popijając herbatę podczas snucia swoich planów i wysyłania sługusów na przedwczesną śmierć.
Twoja kryjówka w przyszłości posłuży za tło ostatecznego pojedynku z twoim nemezis (superbohaterowie lubią wizyty domowe z powodu swojej uprzejmości), więc upewnij się, że zawsze pod ręką będziesz miał basen pełen piranii.

5. Stwórz super zły plan
Tego punktu chyba nie muszę tłumaczyć? Każdy dobry złoczyńca (lub raczej zły złoczyńca - hehe, łapiecie?) posiada plan zagłady, który realizuje z uporem maniaka. Zdecyduj, co chcesz osiągnąć: przejąć władzę nad światem czy może tylko doprowadzić do walki między dobrem (nimi) a złem (tobą). Każdy detal jest ważny, im bardziej naciągany i szalony, tym lepiej. Zapisz wszystko, zamknij w sejfie i opowiadaj o swoim planie każdemu, kto tylko zechce cię słuchać.

6. Monologi!
Ze złym planem nierozerwalnie połączone są monologi, które musisz opanować do perfekcji, bo to najlepsza broń w twoim arsenale. Najlepiej by było, gdybyś miał przygotowany monolog na każdą okazję, nawet na bitwę taneczną z twoim nemezis. Wyszukaj kilka trudnych słów, których nikt nie zrozumie, żeby na sali sądowej po twojej ewentualnej porażce móc powtarzać, iż to brak zrozumienia zepchnął cię na ścieżkę zbrodni.

7. Znajdź swojego nemezis
Przykro mi to mówić, ale żeby być superzłoczyńcą, potrzebujesz superbohatera, którego będziesz mógł pokonać. Bez niego twoje życie jako czarnego charakteru nie będzie miało sensu, dlatego doradzam znalezienie nemezis już na początku swojej zbrodniczej kariery. To nie będzie trudne - szukaj zębów tak białych, że cię oślepiają, sześciopaku na brzuchu, mocno zarysowanej szczęka, a do tego czynienia dobra.

BONUS: dorastanie z superbohaterem naprawdę pomaga w karierze superzłoczyńcy
Czasami znalezienie nemezis jest dużo łatwiejsze niż się wydaje. Jeśli odczuwasz frustrację z powodu życia w cieniu superbohatera, chyba właśnie znalazłeś swojego śmiertelnego przeciwnika. To ma sens: jest tak przystojny, że dziewczyny mdleją na jego widok, kelnerzy piszą podziękowania za to, że mogli go obsługiwać, a ciebie nikt nie zauważa. Jedyną racjonalną odpowiedzią w obliczu takiego problemu jest przejęcie władzy nad światem. I nikt nie powinien cię za to winić.
No taki Loki z filmów Marvela jest tak cudowny, że nikt nie ma mu za złe tych wszystkich kłamstw i zdrad!



To wszystkie wskazówki. Więc teraz idź, znajdź swoją wymarzoną kryjówkę, zatrudnij bezmózgich sługusów i zacznij planować podbój świata. Pamiętaj, jesteś czarnym charakterem, a tam gdzieś superbohater czeka na swojego największego wroga. Ty nim jesteś?
Czytaj dalej »

piątek, 8 kwietnia 2016

Co by było gdyby powołać do życia Księcia z Bajki?

27
Która z nas chociaż raz nie marzyła o przystojnym, czarującym Księciu mającym przybyć po nas na swoim pięknym rumaku i zabrać w świat na poszukiwanie przygód? Nawet obecnie najbardziej zajadłe feministki muszą przyznać, że kiedy były małe, taka słodka myśl pojawiła się w ich głowach raz czy dwa na skutek różnych bajek. Mój Książę z Bajki nigdy nie był konwencjonalny, bo moimi ulubieńcami po wsze czasy pozostają Piotruś Pan, Flynn Rider z Zaplątanych i Dymitr z Anastazji, czyli niekoniecznie wzorowe towarzystwo, ale zdarzało mi się marzyć o tym, by ktoś taki się pojawił i wierzę, że dotyczy to każdej dziewczynki. Teraz jestem już jednak dorosła (czysto teoretycznie, na to wskazują jedynie cyferki w moim dowodzie, który od kilku miesięcy leży zakurzony gdzieś na dnie szuflady) i mój odbiór postaci Księcia z Bajki drastycznie uległ zmianie, co doprowadziło do jakże głębokich rozmyślań o tym, co by było gdyby Książę z Bajki pojawił się teraz przede mną zupełnie materialny. 
Zacznijmy od tego, że do typa podeszłabym podejrzliwie, upatrując w nim jakiegoś psychopatę próbującego mnie porwać dla okupu. Zastanówcie się: co byście pomyślały, gdyby wyrósł przed Wami dziwnie wyglądający facet twierdzący, że jesteście miłością jego życia i musicie z nim wrócić do fikcyjnego zamku? To musiałby być albo wyjątkowo nieudany żart, albo podstęp odwołujący się do dziecięcych marzeń biednej dziewczyny, dlatego Książę z Bajki zostałby potraktowany jakimś szalonym ruchem podpatrzonymi z filmów kung-fu, a ja rzuciłabym się do ucieczki. Niezbyt wdzięczne przywitanie Księcia, który w dodatku prawdopodobnie nie grzeszy wysokim ilorazem inteligencji. Zresztą, jak on to sobie wyobrażał? Metroseksualni mężczyźni są już od dawna passe, teraz liczy się wygląd drwala z Kanady, dlatego pokazanie się z takim Księciem z Bajki na mieście przynosiłoby mi tylko wstyd i hańbę.
Bardzo profesjonalna analiza stylu księcia Królewny Śnieżki
Nikt już nie nosi rajstopek, przykro mi. Gdyby jednak przymknąć oko na ubranie, którego wyjątkowo złożoną analizę zrobiłam powyżej (Paint rządzi!), pozostaje jeszcze kwestia wyglądu Księcia, przy którym niestety zawsze wyglądałybyśmy tak, jakbyśmy urwały się z zupełnie innej planety, inne dziewczyny tylko czaiłyby się za rogiem, aby sprzątnąć nam Mężczyznę Idealnego w pierwszej chwili, w której odwrócimy wzrok. A ponieważ większość książąt jest wyjątkowo nierozgarnięta (Li Sheng nie miał pojęcia, że Mulan to kobieta; Naveen dał się zamienić w żabę podczas zabawy w voodo; Flynn został obezwładniony przez dziewczynę, która nigdy nie wychodziła z wieży i nic nie wiedziała o życiu, Eryk był strasznie niedomyślny, itd.), zapewne nawet by się nie zorientował, że towarzyszka u jego boku uległa podmiance.
Skoro jesteśmy już przy rozgarnięciu - bez urazy dla książąt, ale większość z nich jest po prostu... Mało inteligentna. Zwłaszcza w pierwszych bajkach Disneya panowie nie mieli własnego zdania i musieli trzymać się stereotypów, aby wpasować się w gusta publiczności i jakoś tak zostało. No bo popatrzcie - nasz Książę z Bajki musi wyglądać nienagannie, posiadać lśniącą zbroję i odpicowanego rumaka, a do tego zwalczać złe smoki czy czarownice, aby w końcu poślubić księżniczkę. Żaden z nich jakoś nigdy specjalnie nie oponował, bo nie posiada własnego rozumu. Wyobrażacie sobie, jak z takim Księciem byłoby nudno? Coś strasznego! W dodatku tacy panowie są niezwykle próżni, tak zapatrzeni w siebie, że chyba nigdy nie dopchałybyśmy się do łazienki, co na dłuższą metę na pewno stałoby się męczące. Podobnie jak zatrzymywanie się przed każdą szybą w mieście, aby sprawdzić ułożenie fryzury. Życie z narcyzem może być trudne, naprawdę. Zwłaszcza, że owy narcyz czasem wpadnie na genialny pomysł śpiewania na środku ulicy, co po którymś razie z kolei będziemy mogły skwitować jedynie facepalmem, zwłaszcza że Książęta znają zazwyczaj aż jeden muzyczny numer. Przynajmniej potrafią tańczyć, może to jakoś uratuje sytuację! 
Wydawałoby się, że Książę z Bajki to ideał, o którym śnią kobiety, ale powyższe gdybania chyba jasno Wam pokazały, że życie z takim facetem to nie bajka! Zwłaszcza, że większość z nich stanowi jedynie ładny dodatek będący nudnym lalusiem. I mają jakieś poważne problemy ze sobą, co widzicie na zamieszczonej poniżej grafice.



Widzicie, o czym mówię? Niby Książę z Bajki, a tu proszę! 
To teraz czas na Was, dziewczyny. Co sądzicie o Księciach z Bajki? Lubicie któregoś z męskich bohaterów bajek Disneya? Z którym twierdzeniem się nie zgadzacie albo co dodałybyście do tej listy? Dajcie znać w komentarzach :)
Czytaj dalej »

czwartek, 17 marca 2016

14 etapów fangirlingu

29
Na blogu pojawił się już post o objawach książkoholizmu, w którym przedstawiałam Wam objawy pozwalające zdiagnozować uzależnienie od książek, ale choć temat fangirlingu wydaje się być pokrewny, tak naprawdę jest to wersja extreme i zwykłemu molowi książkowemu daleko jest do Najprawdziwszej Fanki Numer Jeden. 
Przyznajcie się, każda z Was przeszła przez ten stan chociaż dziesięć razy raz w życiu. Jednak to, jak daleko można się posunąć w swoim fangirlingu to już kompletnie inna sprawa. Ponieważ fangirling jest zjawiskiem najmocniej obserwowanym wśród wielbicieli seriali, głównie wokół tego tematu będę się dzisiaj poruszać.

UWAGA: ten post może się okazać terapią szokową dla fangirls, dlatego czytasz go na własną odpowiedzialność

ETAP PIERWSZY
Zaczyna się od odkrycia i niezobowiązującego fangirlingu. Serial jest interesujący, na pewno obejrzysz kolejny sezon. Aktorzy są przystojni i utalentowani, a ty jesteś zauroczona pomysłami na kolejne odcinki.

ETAP DRUGI
Tak naprawdę ten serial jest genialny! Może ktoś pisze fanfiction? Czas przetrząsnąć odmęty Internetu w poszukiwaniu ciekawostek o aktorach. Na tapecie pojawia się zdjęcie obsady, ale to przecież nic nie znaczy. Już dawno miałaś ochotę ją zmienić.

ETAP TRZECI
Tak, obejrzałaś trailer dziesięć razy, żeby się upewnić, że nie pominęłaś żadnych wskazówek. I może od czasu do czasu zatrzymywałaś filmik i przybliżałaś twarze głównych aktorów, żeby dowiedzieć się, co ich mimika mówi o fabule. Ale nikomu się do tego nie przyznasz.

ETAP CZWARTY
Zaczyna się twoja obsesja. Musisz posiadać wszystko, co ma jakikolwiek związek z aktorami czy serialem. Zmieniasz tapety na wszystkich dostępnych urządzeniach, a także swoje zdjęcia profilowe na wszystkich portalach. Kupujesz mnóstwo koszulek z ulubionymi cytatami lub motywami. A do tego próbujesz dostać idealną replikę przedmiotu, który mógł się okazać kluczowy do rozwiązania zagadki.

ETAP PIĄTY
Twoi przyjaciele mają dość słuchania o twoim fandomie. Wiesz, że powinnaś zacząć rozmawiać na inne tematy, ale nie jesteś w stanie, te wszystkie uczucia cię przytłaczają i musisz się nimi z kimś podzielić, nawet jeśli nikt cię nie rozumie.

ETAP SZÓSTY
Ta historia jest po prostu perfekcyjna: słowa i sposób, w jaki autorzy wypowiadają swoje kwestie i ich głosy! Jakim cudem nikt nie chce o tym rozmawiać?! Żyjesz tym serialem, nie potrafisz przestać o nim myśleć, śnisz o nim i w ogóle to wszystko cię przytłacza.

ETAP SIÓDMY
Zaczynasz sobie wyobrażać swoją przyszłość z danym bohaterem lub grającym go aktorem i nie przeszkadza ci w tym fakt, że on nie wie o twoim istnieniu. On jest tak piękny, że chce ci się płakać.

ETAP ÓSMY
Odkrywasz najwspanialszą na świecie społeczność fangirls, które w końcu rozumieją twoje uczucia. To twoja nowa miłość, a ci ludzie to twoi BFF od pierwszego wejrzenia. Nienawidzisz ich. I kochasz w tym samym momencie. I nienawidzisz. Oni. Cię. Niszczą.

ETAP DZIEWIĄTY
Ogromna niestabilność emocjonalna. Popadasz w skrajne emocje w przeciągu zaledwie kilku sekund, od euforii do rozpaczy, nie możesz oddychać, bo wszystko jest takie doskonałe i prawdopodobnie powinnaś skontaktować się z psychiatrą, ale przecież on tego nie zrozumie. Nikt nie zrozumie.

ETAP DZIESIĄTY
Po oglądnięciu po raz setny pewnej sceny nagle kwestia wypowiedziana dwa sezony później zaczyna mieć sens! Czy ktoś inny zauważył, jak główny bohater powiedział cześć do swojej przyjaciółki? Oni na pewno są zakochani. Teraz wszystko ma sens. O mój borze szumiący, jak ktoś śmie się przyznawać do tego, że nie pamięta nazwy restauracji z odcinka 216? Oceniam was.

ETAP JEDENASTY:
FANDOM TO WSZYSTKO I WSZYSTKO BOLI, A CAPS LOCK TO JEDYNY SPOSÓB, W JAKI MOŻESZ W TEJ CHWILI WYRAZIĆ SWOJE EMOCJE. FANGIRLOWANIE ZABIERA CI ŻYCIE.

ETAP DWUNASTY
Zachowywanie się tak, jakby bohaterowie tak naprawdę potrafili cię usłyszeć. Są ci bliżsi niż twoja rodzina. Nie potrafisz się powstrzymać przed obsesyjnym myśleniem o ukochanym serialu.

ETAP TRZYNASTY
Twój fandom to najlepszy fandom. Twoi bohaterowie to najlepsi bohaterowie. Każdy, kto próbuje się z tobą nie zgodzić, zaczyna dostawać anonimowe groźby. W tej chwili wiesz, że przekroczyłaś limit akceptowalności.
ETAP CZTERNASTY
ZA DALEKO! ZA DALEKO! Interwencja potrzebna natychmiast.

Nieważne na jakim poziomie się znajdujesz - wszystko jest w porządku.
Ludzie offline być może nie rozumieją twojego oddania
Ale Internet rozumie...


P. S. Na punkcie jakiego serialu macie obecnie obsesję? Ja znajduję się na etapie siódmym dzięki koreańskiej dramie (co jest szokujące, bo nigdy bym się nie spodziewała, że tak bardzo wciągnie mnie azjatycka produkcja! Miałam ogromne wątpliwości, ale było warto się przełamać, bo ten serial to teraz moje życie). Polecam Wam gorąco Cheese in the trap <333 A Wy jakie seriale możecie mi polecić? Z góry uprzedzam, że jestem strasznie wybrednym widzem i cud musi się wydarzyć, bym po oglądnięciu trzech odcinków nie porzuciła serialu, ale jak już wsiąknę to na maksa, dlatego jestem ciekawa, czy uda Wam się mi zaproponować coś, co koniecznie muszę zobaczyć, a czego jeszcze nie wypróbowałam. Sugestiami możecie podzielić się też na fanpage'u!
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia