piątek, 29 kwietnia 2016

Podsumowanie kwietnia

24
Nie mogę uwierzyć, że to już kwiecień! Nie wiem, gdzie uciekły mi te wszystkie miesiące. Właśnie zakończyłam pewien etap w swoim życiu, liceum już za mną, a przede mną... jeszcze się okaże co ;) Na razie mam dla Was podsumowanie miesiąca, w którym udało mi się opublikować w sumie  9 postów!
RECENZJE: 5
Ugly Love, Colleen Hoover
Lek na śmierć, James Dashner
Angelfall. Penryn i Kres Dni, Susan Ee
Czarne jak heban, Salla Simukka
Program. Remedium, Suzanne Young
INNE POSTY: 4
Co by było gdyby powołać do życia Księcia z Bajki?
TOP 5+5: Piosenki z bajek Disney'a
Space Book Tag
Moondrive Box
Zgodnie z zapowiedziami w tym miesiącu pojawiło się mniej recenzji i więcej okołoksiążkowych postów. Czarne jak heban Salli Simukki bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły, to najlepszy tom z całej trylogii i to do nich wędruje tytuł najlepszej książki miesiąca, bo nie spodziewałam się, że ta powieść będzie prezentowała sobą tak wysoki poziom i tak bardzo mnie urzeknie. Z kolei najgorszą lekturą miesiąca zostaje Lek na śmierć Jamesa Dashnera, czyli zakończenie trylogii o Streferach. Próby ognia rozbudziły moje nadzieje na dobry finał, tymczasem otrzymałam bardzo średnią, jeśli nie słabą kontynuację przygód Thomasa. W ostatecznym rozrachunku raczej nie polecam tej trylogii. 
W tym miesiącu przyszedł do mnie również Moondrive Box, czyli pudełko subskrypcyjne od jednego z moich ulubionych wydawnictw! Wniósł trochę radości do mojej zestresowanej duszy ;) Serdecznie zapraszam Was również do zapoznania się z tekstem Co by było gdyby powołać do życia Księcia z Bajki?, bo to chyba mój faworyt z cyklu Geek na tropie. 
W maju przynajmniej do połowy posty powinny pojawiać się w tym samym odstępie czasowym, bo przygotowałam je na zapas, ale moja aktywność na blogach będzie minimalna. Pierwszą maturę piszę 4 maja, ostatnia czeka mnie 20 dnia miesiąca. Chciałabym Was prosić, abyście mocno, mocno, mocno trzymali za mnie kciuki, Wasze wsparcie na pewno mi się przyda! Życzę powodzenia również innym maturzystom, bo w tym ciężkim okresie musimy się wspierać :D 
Czytaj dalej »

wtorek, 26 kwietnia 2016

Program. Remedium, czyli perfekcyjna iluzja

12
Program to duologia, którą określiłabym mianem poprawnej. Autorka dobrze poradziła sobie z utrzymywaniem niepokojącego klimatu charakterystycznego dla dystopii, a wykreowane postacie nie wywoływały we mnie żądzy mordu, jednak nie jest to historia, która mnie porwała i sprawiła, że nie mogłam spać po nocach. Ani Plaga samobójców, ani Kuracja samobójców nie wzbudziły we mnie zachwytu, a odczuwane podczas czytania emocje już zdążyły wyblaknąć. Dlaczego więc zdecydowałam się sięgnąć po Remedium, które jest prequelem Programu? Nie mogłam przejść obojętnie obok tak intrygującego opisu, który zapowiadał niesamowitą historię.

Siedemnastoletnia Quinlan McKee pracuje jako sobowtór w wydziale żałoby. Jej zadanie wydaje się być z pozoru łatwe - przez okres nie dłuższy niż tydzień wciela się w postać zmarłej osoby, całkowicie się do niej upodabniając. Przejmuje jej sposób mówienia, uśmiechania się i chodzenia oraz zachowanie, co pozwala rodzicom na pożegnanie się z nieżyjącymi pociechami. Quinn niesie ukojenie w bólu i pomaga przetrwać okres żałoby. Istnieje tylko jeden warunek: nie może zaangażować się emocjonalnie w prowadzoną sprawę. Jednak kiedy Quinlan staje się Cataliną Barnes, zlecenie okazuje się być trudniejsze niż początkowo przypuszczała. Nie tylko między nią a Isaaciem, chłopakiem Cataliny, tworzy się niezdrowa więź, ale także dziwne okoliczności śmierci dziewczyny komplikują sytuację. Czy Quinlan uda się rozwiązać tajemnice, jakie skrywało życie Cataliny i nie zagubi przy tym własnej tożsamości? 

Według mnie Remedium to wisienka na torcie wieńcząca całą serię. Plaga samobójców była średnia, Kuracja samobójców lepsza, ale wciąż nie była rewelacyjna, za to prequel wypada naprawdę, naprawdę dobrze. Sam pomysł jest kontrowersyjny, jak to u Suzanne Young, ale za to jaki interesujący! Autorka bardzo sprytnie manipulowała czytelnikiem przez całą książkę. Niby coś się nie zgadzało, ale podrzucała nam tak delikatne wskazówki, że nie można było się spodziewać takiego uderzenia na koniec. Remedium przypomina tykającą bombę. Napięcie cały czas narastało, tajemnice się nawarstwiały, emocje buzowały, by w końcu wybuchnąć w spektakularnym finale.

Książka została podzielona na trzy części i każda z nich przedstawia nieco inną płaszczyznę pracy sobowtóra. Pierwsza była wprowadzeniem, trochę nudnawym, ale i tak czytało się je bardzo przyjemnie. W drugiej można było obserwować emocjonalne rozterki Quinlan i jej zagubienie, autorka skupiła się na psychice osoby wcielającej się w rolę kogoś innego. Sekrety powoli zaczynały wypływać na światło dzienne, choć w małym natężeniu. Ale to, co się działo w trzeciej części powieści - szok. Tego się nie spodziewałam i szczerze wątpię, by ktokolwiek przewidział takie rozwiązanie! Remedium zostało wspaniale dopracowane pod względem fabularnym, jest bardziej przemyślane niż Plaga i Kuracja samobócjów, Suzanne Young przeszła samą siebie we wplataniu zawiłych komplikacji i mrocznych sekretów w życie Quinlan.

Mam za to mieszane uczucia względem bohaterów. Nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że mam przed Sloane i Jamesa wersja 2.0 Co prawda zarówno Quinn, jak i Deacon wypadają o wiele lepiej niż główni bohaterowie znani z właściwej serii, ale to podobieństwo zadziałało na mnie jak płachta na byka. Wydaje mi się, że tło wydarzeń i sam pomysł były tak mocne, że sylwetki postaci uległy rozmyciu, dla mnie były papierowe. Psychika Quinlan została tak naruszona, że trudno mi wskazać jakiekolwiek cechy jej charakteru, ale nawet jej ciągłe użalanie się nad sobą i brakiem normalnego życia wypada lepiej niż płacz Sloane, który pojawiał się mniej więcej co dwie strony w Pladze samobójców. Deacon również przypadł mi do gustu bardziej niż James, może dlatego, że był bardziej zrównoważony psychicznie i jego motywacja miała sens. Zabrakło mi jednak iskry u nowego duetu Young z Remedium. Quinlan i Deacon jako bohaterowie mnie zawiedli, jednak tak jak mówiłam, pomysł autorki i jego emocjonalne wykonanie są tak dobre, że musiały przysłonić postaci.

Podsumowując, Remedium to według mnie najlepsza książka Suzanne Young, jaką do tej pory miałam okazję czytać. Nie spodziewałam się tego, co dostałam, a otrzymałam interesującą, złożoną historię z niebanalnym pomysłem i mocnym, zaskakującym zakończeniem, które wbija w fotel. Poszukujecie książki, która zapewni Wam dreszczyk emocji i podsunie skomplikowaną zagadkę do rozwiązania? Remedium będzie idealne.

7,5/10


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!


Czytaj dalej »

sobota, 23 kwietnia 2016

Moondrive Box

27
Kiedy Moondrive wydaje książkę, prawdopodobieństwo, że ją kupię, wynosi mniej więcej dziewięćdziesiąt pięć procent. Dlatego chyba nie jesteście zaskoczeni tym, że zostałam szczęśliwą posiadaczką Moondrive Boxa. Byłam naprawdę ciekawa, co może skrywać w sobie pudełko jednego z moich ulubionych wydawnictw. Nie obyło się bez problemów (jak się okazało, poczta nie lubi mnie za bardzo) i po prawie trzech tygodniach zmagań, rozpaczy i (nie)cierpliwego czekania, trzymam box w rękach i mogę się z Wami podzielić jego cudowną zawartością!
Nawet nie wiecie, ile radochy sprawiło mi bawienie się tymi żółtymi sprężynkami, przez które musiałam się przekopać, żeby dostać się do właściwej części pudełka. Po prostu duży ze mnie dzieciak ;)
Magnesy na lodówkę! <3 UWIELBIAM. Przypomina mi to trochę okay? okay z Gwiazd Naszych Wina i już nie mogę się doczekać momentu, w którym się przekonam, jak obiecujesz? zostało wykorzystany w książce. (Ktoś jeszcze ma słabość do dialogowych chmurek?)
Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę z tego DVD! Moja bardzo skromna kolekcja wzbogaciła się o nowy film, który, jeśli wierzyć rozlicznym źródłom, jest wzruszający, mądry i piękny. Ale zanim oglądnę film...
...muszę zapoznać się z książką! Za granicą zebrała ona mnóstwo pozytywnych recenzji, dlatego jestem bardzo pozytywnie nastawiona. Poza tym muszę przyznać wydawnictwu, że bardzo sprytnie to rozegrało - nikt nie podejrzewał, że szykują coś takiego aż do ostatniej chwili, boxy były dużą niespodzianką, a potem aż do dnia premiery nie było sposobu, żeby się domyślić, jaką książkę znajdziemy w środku, bo Earl i ja i umierająca dziewczyna nie znajdowało się w żadnych zapowiedziach na kwiecień. Ogromna niespodzianka! Well played, Moondrive, well played. A kwiecień jest idealną porą na wydanie podobnej obyczajówki, bo z tego, co wiem, mnóstwo osób uwielbia czytać contemporary na wiosnę, ja sama się do nich zaliczam. Chyba coś unosi się wtedy w powietrzu.
Coś do przegryzania w trakcie oglądania filmu, czyli popcorn! Pewnie nie powinnam, ale strasznie się cieszę z tego dodatku, którego w ogóle nie spodziewałam się w boxie. Wystarczy włączyć Earla, zasiąść w fotelu, przegryzać pyszną przekąskę i niech się dzieje magia.
Nigdy za mało tote bags! Muszę jednak przyznać, że ta torba oficjalnie zostaje moją ulubioną. Jest wykonana z trwałego materiału o dobrej jakości. Podoba mi się to, że nadruki znajdują się z dwóch stron, w dodatku sam design mnie urzekł. Na pewno będę w niej dumnie paradowała po ulicy, niosąc książki z biblioteki :)
Tak prezentuje się cała zawartość boxa. Prawda, że razem wygląda to jeszcze piękniej? Uśmiech nie schodził mi z twarzy, kiedy otwierałam pudełko, niby nic wielkiego, a jednak strasznie cieszy! Ja jestem zachwycona i już nie mogę się doczekać kolejnej odsłony, która, mam nadzieję, będzie jeszcze lepsza. Nie ukrywam, że z jednej strony wydawnictwo Moondrive dostarczyło mi mnóstwo radości swoim nowym pomysłem, lecz z drugiej liczyłam na coś lepszego. Filmowy box filmowym boxem, ale ja chcę też książkowe gadżety i będę za nie mocno trzymała kciuki przy okazji następnego pudełka! Dajcie mi znać w komentarzach, co myślicie o Moondrive Boxach, czy już się na nie skusiliście i czy zakupicie kolejne. Uważam, że warto rozważyć ten pomysł, bo wierzę, że wydawnictwo się postara, aby nas zaskoczyć. Bo to nieprzewidywalny Moondrive. Uważnie będę śledziła rozwój tej inicjatywy, ponieważ bez wątpienia jest interesująca.

Za możliwość recenzji Moondrive Boxa serdecznie dziękuję wydawnictwu!


Czytaj dalej »

środa, 20 kwietnia 2016

Space Book Tag

24
Uwielbiam wszystko, co jest związane z kosmosem - mam ogromną słabość do powieści osadzonych na statkach kosmicznych/innych planetach, darzę miłością nieodwzajemnioną kosmitów, lubię patrzeć na gwiazdozbiory... Nie mogłam więc przepuścić tego tagu, który ostatnio stał się dość popularny w blogosferze. Do zabawy zapraszam każdego, kto również uwielbia książki powiązane bardziej lub mniej ze wszechświatem!

SŁOŃCE 
czyli książka z gorącym bohaterem/bohaterką
Ale że tylko jedna?! Jeśli chcecie poznać całą listę moich literackich mężów, zapraszam tutaj. A tymczasem po raz kolejny wspomnę o Rowanie z Dziedzictwa ognia Sary J. Maas. Rowan to ten typ bohatera, który powoduje przyspieszone bicie serca u niemal każdej czytelniczki, bo drzemie w nim ogromna siła, ognisty temperament i dzikość serca. To chyba oczywiste, że kiedy ktoś mówi gorący bohater, przed oczami staje mi waleczny Fae. 

MERKURY 
czyli mała, ale duża książka
Zdecydowanie Oskar i pani Róża Érica-Emmanuela Schmitta. Piękna, wzruszająca, ale zabawna książka o życiu. Tak, zawsze się przy niej rozklejam i się tego nie wstydzę. Cholernie inspirująca. 

WENUS 
czyli książka z dobrą główną bohaterką
Trylogia Niezwyciężona posiada niezwykle dobrą główną bohaterkę. Kestrel to mój własny ideał kreacji postaci, bo uosabia wszystkie cechy, jakie według mnie powinna posiadać intrygująca i niebezpieczna, choć w nieoczywisty sposób, heroina. Za samą bohaterkę Rutkoski już należy się pomnik, bo Kestrel jest naprawdę wspaniała - jej inteligencja oraz spryt zwaliły mnie z nóg już w pierwszej części, a druga jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że to jedna z najlepszych bohaterek YA ostatnich lat.

ZIEMIA
czyli dość duża, ale przyjazna książka
Wiem, że zaczynam się już powtarzać i chyba powinnam znaleźć sobie inny obiekt westchnień, ale Zakon Mimów jest tak cudowną książką, że muszę ją polecić przynajmniej raz w danym tagu (a ostatnio tego nie zrobiłam, więc muszę nadrobić!). Ma pięćset czterdzieści stron, ale przeczytałam ją w mgnieniu oka, bo jest po prostu nie-sa-mo-wi-ta! Trzyma w napięciu do ostatniej strony, jest unikatowa i sprawia, że chcesz więcej i więcej, a na kolejne części trzeba tyle czekać... 

MARS
czyli książka bliska Twojemu sercu
Cały cykl o Harrym Potterze już na zawsze będzie miał swoje specjalne miejsce w moim sercu, bo dorastałam razem z głównym bohaterem i nie potrafię sobie wyobrazić, jak puste byłoby moje życie, gdybym nie zanurzyła się w świecie czarodziejów wykreowanym przez Rowling. Always, always, always. (Chciałam wskazać moją ulubioną część, ale to nie na moje nerwy xD)

JOWISZ
czyli największa cegła w Twojej bibliotece
Największą cegłą od kilku lat pozostaje niezmiennie Dziedzictwo Christophera Paoliniego, czyli ostatnia część przygód Eragona (ale staroć wykopałam na światło dziennie, tak wiem). Co prawda Dziedzictwo zostało wydane w dwóch tomach, ale należy je traktować jako jedną książkę, która w sumie ma 932 strony i jest największym grubaskiem stojącym na mojej półce. A ile wspomnień wiąże się z tą serią!

SATURN
czyli po prostu książka nie z tej Ziemi
Obecnie jestem w trakcie czytania Magonii Marii Headley i ta książka idealnie wpasowuje się w tę kategorię. Wyobraźnia autorki jest bardzo żywa i kolorowa, dopiero zaczynam poznawać wykreowany przez nią świat, ale już mogę powiedzieć, że jest to coś magicznego i zupełnie oderwanego od rzeczywistości, dlatego jeśli pragniecie zapoznać się z nieszablonową, osobliwą i pełną niespodzianek krainą, Magonia to coś dla was.
A ponieważ mogę, przemycę tutaj jeszcze jedną książkę, mianowicie Cienie Ziemi Beth Revis. W trzeciej części kosmicznej odysei, której jestem ogromną fanką, bohaterowie docierają w końcu na egzotyczną Centaurię-Ziemię, którą mają skolonizować. Beth Revis stworzyła wspaniałą wizję nowej planety, a poza tym uwielbiam jej styl pisania (nie z tej ziemi!) i sposób, w jaki poprowadziła całą trylogię, dlatego koniecznie sięgnijcie po W otchłani!

URAN
czyli książka z niebieską okładką
Co najmniej 1/3 moich książek posiada niebieską okładkę, więc wybór wcale nie był łatwy :) Dlatego postanowiłam do tej kategorii dopasować ostatnią przeczytaną przeze mnie książkę z tym kolorem na okładce i jest nią Ugly Love Colleen Hoover. Jak może wiecie (lub nie), mam bardzo mieszane uczucia względem tej autorki - potrafi napisać coś tak wspaniałego, że złamie ci to serce, a potem poskleja na nowo, ale ma również dużo słabsze powieści, które w ogóle do mnie nie trafiają. Ugly Love plasuje się gdzieś po środku, choć ze wskazaniem w tą lepszą stronę. Nie jest to największe arcydzieło tej autorki, moim numerem jeden pozostaje Maybe Someday, ale plasuje się tuż za nią na drugim miejscu! Nie sponiewierało tak bardzo, jednak zdecydowanie pozostawiło po sobie rysę.

NEPTUN
czyli najdłuższa seria z całej kolekcji
Posiadam dwie długaśne serie, które dumnie prezentują się u mnie obok siebie na półce - Jutro + Kroniki Ellie Johna Mardsena oraz Zwiadowców Johna Flanagana. Obie serie zaczęłam czytać, kiedy byłam młodsza i byłam w trakcie rozpoczynania przygody z książkami młodzieżowymi, dlatego mam do nich ogromny sentyment. 


To tyle na dzisiaj! Mam nadzieję, że wybaczycie mi moją mniejszą aktywność, ale obecnie skupiam się głównie na maturze (nawet nie wiecie, jak szybko czas leci! Zostało mi tylko półtorej tygodnia. Z tych dobrych wiadomości - jeszcze nie panikuję xD). Już nie mogę się doczekać momentu, w którym pojawię się na ostatniej maturze i w całości poświęcę się książkom, które patrzą na mnie z wyrzutem z ogromnego stosu. A Wam jak czytelniczo mija kwiecień?
Czytaj dalej »

niedziela, 17 kwietnia 2016

Czarne jak heban, czyli była sobie raz dziewczynka, której nie było

12
Czarne jak heban to zakończenie mojej przygody z trylogią o Lumikki Andersson (recenzje poprzednich tomów: tutaj i tutaj). Chociaż intrygująca, a momentami nawet inspirująca historia młodej Finki przypadła mi do gustu, nie mogę powiedzieć, że wzbudziła we mnie ogromne emocje. Aż do teraz. 

W szkole trwają przygotowania do spektaklu o Królewnie Śnieżce, w którym Lumikki gra główną rolę. Po kilku próbach z partnerem ze sceny zaczyna łączyć ją coraz bardziej skomplikowana relacja. Czyżby to miała być miłość? A może chwilowa fascynacja? W tym samym czasie Lumikki zaczyna dostawać listy od tajemniczego wielbiciela, którego zauroczenie powoli przeradza się w obsesję. Prześladowca grozi dziewczynie krwawą zemstą, jeśli ta nie spełni jego żądań. Lumikki stara się odkryć tożsamość Cienia, ale żeby ją poznać, będzie musiała się zmierzyć ze swoją mroczną przeszłością.

Czarne jak heban to bezapelacyjnie najlepsza część całej trylogii! Salla Simukka przeszła samą siebie, racząc nas mroczną interpretacją baśni o Śnieżce, w której sercu zalęgła się ciemność. Właśnie nawiązań do baśni brakowało mi najbardziej w drugim tomie, w pierwszym było ich niewiele, za to w tym autorka całkowicie rozwinęła skrzydła, racząc nas idealnie wkomponowanymi w fabułę, poetyckimi porównaniami do historii rozpowszechnionej przez braci Grimm. Jestem urzeczona sposobem, w jaki Salla Simukka wykorzystała Śnieżkę do kreacji niepowtarzalnego klimatu Czarnych jak heban (wiem, że ciągle się powtarzam, ale te nawiązania są naprawdę genialne!).

Po zakończeniu lektury jestem jednocześnie zszokowana i zakochana jednocześnie. To niesamowite, jak autorka zgrabnie operuje niedopowiedzeniami i tajemnicami, doprowadzając nas do białej gorączki, kiedy wyciąga kolejne asy z rękawa, a napięcie sięga zenitu. Po raz pierwszy nieustraszona Lumikki zostaje zaszczuta, nie potrafi poradzić sobie z trudną sytuacją, w której się znalazła za sprawą psychologicznych gierek prześladowcy, a to sprawia, że czytelnik, który widział zawsze główną bohaterkę opanowaną, zaczyna odczuwać coraz większy niepokój. Dostawałam ciarek przy każdej wysyłanej przez szalonego wielbiciela wiadomości, nie mogąc się doczekać rozwiązania zagadki. Autorce udało się zupełnie zbić mnie z tropu, a z powodu zaskoczenia szczęka opadła mi chyba aż do podłogi. Salla Simukka dopracowała fabułę w każdym najdrobniejszym szczególe, a ja mogę Was zapewnić, że nikt z Was nie spodziewa się tego, co przyszykowała na wielki finał.

Najbardziej żałuję, że Czarne jak heban to tak krótka książka, bo w tym momencie po głowie krążą mi tylko dwa słowa: chcę więcej! To było coś niesamowitego, poruszającego i uderzającego do głowy, a jak na złość ta część trylogii jest najkrótsza, liczy sobie zaledwie 189 stron. Stąd moje pytanie: jak żyć? Czarne jak heban są dla mnie ogromnie pozytywnym zaskoczeniem, tajemnicze, mroczne i nieprzewidywalne, z niezapomnianą atmosferą i charakterystycznym, porywającym stylem pisania Salli Simukki. Po tę książkę naprawdę warto sięgnąć (nie trzeba znać wydarzeń z dwóch poprzednich tomów)!

8/10
Czytaj dalej »

czwartek, 14 kwietnia 2016

TOP 5+5: Piosenki z bajek Disneya

31
Nie będę ukrywać, że jestem maniaczką bajek Disney'a. Przyjmuje to u mnie różne formy, ale jedną z nich jest śpiewanie moich ulubionych piosenek. Robię to bez żadnego uprzedzenia i właściwie wszędzie, jeśli akurat najdzie mnie na to ochota (więc idealnie nadaję się do obsadzenia w roli disneyowskiej bohaterki, w bajkach wszyscy bez żadnych prób znają kroki i tekst!). Dlatego nie mogłam nie podzielić się z Wami moimi ulubionymi utworami. Jednak wybór tylko 5 piosenek okazał się być niewykonalny i mam dla Was zestawienie tych dziesięciu najlepszych.

10. WHEN YOU WISH UPON A STAR z Pinokia
Zestawienie zaczynamy od chyba najbardziej znanej melodii, która występuje na początku każdego filmu Disneya. Z jakiegoś powodu dużo bardziej lubię ją w wykonaniu kobiecym, ale w zestawieniu postanowiłam pozostać wierna oryginałowi z Pinokia. Przyznaję się, że bajki jeszcze nie widziałam, ale nie mogło tu zabraknąć piosenki, która nieodwołalnie kojarzy się z Disneyem. 


9. PIĘKNA BESTIA z Pięknej i Bestii
Nigdy nie byłam ogromną fanką Pięknej i Bestii. Ta bajka już od małego specjalnie mnie nie zachwycała, chociaż Bella ma ogromnego plusa za książki, a duet Płomyk i Trybik jest wspaniały. Ta scena jest jednak tak kultowa i urocza, że nie mogło jej tutaj zabraknąć!


8. ONCE UPON A DECEMBER z Anastazji
To jedyna piosenka w całym zestawieniu, którą wolę w angielskiej wersji. Tę bajkę oglądałam już jako nastolatka, bo kiedy byłam mała, raczej niewiele było słychać na temat tej produkcji, ale od razu zakochałam się w tej historii, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła - uwielbiam zarówno Anastazję, jak i Dymitra. A piosenka to wspaniały walc, do którego mam ogromną słabość, dlatego nie mogłam nie zwrócić uwagi na tę melodię. Czasami prostota jest najlepsza i niepostrzeżenie potrafi się zakraść do naszego serca.


7. PART OF YOUR WORLD z Małej Syrenki
Chociaż Małą Syrenkę 2 widziałam kilka razy, nigdy nie miałam okazji oglądnąć w całości części pierwszej. Ostatnio, gdy miałam trochę wolnego, postanowiłam to nadrobić i od tamtej pory nie mogę przestać śpiewać tej piosenki, mimo że Ariel nie zalicza się do moich ulubionych disneyowskich bohaterek. Może tekst nie jest aż tak dobry, ale muzyka zdecydowanie wpada w ucho. 


6. JESTEM KIMŚ z Planety Skarbów
Uwielbiam tę piosenkę nie tylko ze względu na zachrypnięty głos wykonawcy i nieco rockowe brzmienie, które tak znacząco odbiega od poprzednich typów, ale także ze względu na przesłanie. Jim chce pozostać w zgodzie ze sobą do samego końca, wierzy w swoje własne możliwości i w to, że uda mu się spełnić marzenia, niezależnie od przeszkód, jakie los stawia mu na drodze. Nigdy się nie złamał, a w piosence wyraża swoje pragnienie wolności. KOCHAM. (Aż mnie serce boli, że wylądowała tak daleko w zestawieniu, Disney ma za dużo dobrych piosenek!)


5. PO RAZ PIERWSZY WIDZĘ BLASK z Zaplątanych
Jest to według mnie nie tylko najlepsza piosenka z tego filmu, ale także najpiękniejsza scena i właściwie tylko dla niej mogłabym oglądać całą bajkę (oraz oczywiście dla Flynna Ridera, który zalicza się do trójki moich disneyowskich męskich ulubieńców). Nie wiem, czy to ta piosenka została idealnie dobrana do sceny, czy może jednak scena doskonale współgra z piosenką, ale nie da się ukryć, że jest coś magicznego w tym momencie. Odkąd pamiętam, jestem miłośniczką duetów, co tylko pogłębia moją miłość, ale wsłuchajcie się w te słowa, w tę melodię, a gwarantuję, że przepadniecie. Nigdy nie byłam romantyczką, lecz za każdym razem, gdy słyszę tę muzykę, robi mi się cieplej na sercu. A przecież o to właśnie chodzi w bajkach Disney'a. 


4. ZROBIĘ MĘŻCZYZN Z WAS z Mulan
Z Mulan pochodzą aż trzy piosenki, które uwielbiam i bardzo długo wahałam się między O tym lekcja ta, Lustro, a właśnie Zrobię mężczyzn z was. Padło na tą ostatnią, bo pewnie wielu z Was potrzebuje motywacji, by przetrwać dalszą część roku szkolnego, a ta piosenka jest wprost idealna - daje takiego powera, takiego kopa, żeby przeć do przodu, że to jest po prostu niesamowite. Za każdym razem podnosi mnie na duchu i sprawia, że wierzę, iż wszystko jest w zasięgu mojej ręki, wszystko może się udać, jeśli tylko będę pracowała wystarczająco mocno. Polecam ją zwłaszcza maturzystom, zalecana dzienna dawka to jakieś 50 odtworzeń ;)


3. ANI SŁOWA z Herkulesa
Zakochałam się w tej piosence jeszcze zanim w ogóle oglądnęłam bajkę, a to już o czymś świadczy. Przez przypadek na nią wpadłam podczas słuchania disneyowskiego zestawienia najlepszych soundtracków i to była miłość od pierwszego wejrzenia. Polska wersja jest bezapelacyjnie najlepsza, nie ma co ukrywać. Ta piosenka również dostarcza mi dużo pozytywnej energii, zwłaszcza za sprawą Muz, które robią za genialny chórek i nie miałabym nic przeciwko, gdyby ktoś zatrudnił je do wyśpiewywania mojej historii. Uwielbiam Gospel Truth i Zero to hero, jak już raz zacznie się tego słuchać, nie można przestać! 


2. KOLOROWY WIATR z Pocahontas
To pierwsza piosenka Disney'a, która spodobała mi się tak bardzo, że nauczyłam się jej słów na pamięć. Ma wspaniałe przesłanie, a Edyta Górniak odwaliła kawał naprawdę dobrej roboty. Pocahontas nigdy nie była moją ulubioną bajką ze względu na fakt, jak szybko się to wszystko potoczyło między Johnem a Pocahontas, ale Kolorowy wiatr jest bezapelacyjnie jedną z najlepszych piosenek disneyowskich, podobnie jak Ten za łukiem rzeki świat. 


1. MAM TĘ MOC z Krainy Lodu
Już czuję na sobie pełne dezaprobaty spojrzenia, ale nie mogło być inaczej. Ta piosenka jest niezwykle bliska mojemu sercu, bo mocno utożsamiam się z Elsą i doskonale wiem, co czuła, śpiewając ten tekst. Uwielbiam tę piosenkę za jej przesłanie, za tę moc drzemiącą w słowach i uczucia, jakich mi dostarcza za każdym razem, gdy ją słyszę. Może to banalne, ale strasznie dużo dla mnie znaczy i dlatego znalazła się na pierwszym miejscu mojego zestawienia.


Wytypowanie pięciu najlepszych piosenek Disney'a nie było łatwe. Wciąż mam wyrzuty, że nie znalazły się tu utwory z Króla Lwa, Tarzana, Aladyna czy innych bajek, ale nic straconego, Wy możecie uzupełnić tę listę! Jaka jest Wasza ulubiona piosenka z bajek Disney'a? Która z nich budzi w Was najwięcej uczuć? 
A wiecie, jak można pogodzić wszystkie ukochane piosenki razem? Stworzyć genialny medley. Udało mi się taki znaleźć i jestem dzięki temu szczęśliwym człowiekiem. Posłuchajcie.

Przy okazji tego TOP 5 mam dla Was kolejny quiz! Tym razem Waszym zadaniem jest odgadnięcie księżniczki na podstawie słów śpiewanej przez nią piosenki. Dajcie znać, jak Wam poszło! KLIK
Czytaj dalej »

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Angelfall. Penryn i kres dni, czyli apokalipsa w anielskim wydaniu

19
Angelfall to trylogia, która na każdym kroku zaskakuje - nie jest idealna, ale jej mrok i podważanie konwencji na każdym kroku są śmiałe i innowacyjne. Pierwsza część była naprawdę dobra, druga już obniżyła poziom i byłam nią zawiedziona, aż w końcu przyszedł czas na finał starcia anioły vs. ludzie.

Po ucieczce z anielskiego gniazda Penryn i Raffe muszą się ukrywać. Oboje za wszelką cenę chcą znaleźć lekarza, który byłby w stanie odwrócić efekty przerażających operacji przeprowadzonych na Rafaelu i siostrze Penryn, Paige. Kiedy oni desperacko poszukują wyjścia z tej sytuacji, anioły sprowadzają do świata ludzi apokaliptyczne bestie. Obie strony szykują się do wojny, zawierając nietypowe sojusze i modyfikując strategie. Kto wyjdzie zwycięsko z tego starcia? Raffe i Penryn zostają zmuszeni do opowiedzenia się po którejś ze stron. Stają przed wyborem: dołączyć do przedstawicieli swoich gatunków albo trzymać się razem.

Angelfall. Penryn i kres dni to ostatnia część trylogii, a więc pożegnanie z niezwykle mrocznym, okrutnym, wręcz upiornym światem wykreowanym przez Susan Ee. Autorka bez wahania wplata w fabułę makabryczne obrazy, które sprawiały, że niejednokrotnie przechodziły mnie dreszcze. Kto by pomyślał, że spotkanie ludzi z aniołami stanowi dobry materiał na horror, który jest bardziej krwawy i obrzydliwy niż książki teoretycznie zaliczane do tego gatunku. Widać, że zwłaszcza w trzeciej części Susan Ee puściła wodze swojej demonicznej fantazji, tworząc świat wyzuty z dobra, nadziei i miłości, którym rządzą kolejne kataklizmy i straszne potwory z najgłębszych czeluści piekieł. Świat w Angelfall. Penryn i kres dni jest odpychający, przerażający i szkaradny, co mocno wyróżnia tę książkę na tle innych postapokaliptycznych powieści.

Trzeci tom rozpoczyna się dokładnie w tym momencie, w którym zakończył się Angelfall. Penryn i Świat Po. Już od pierwszych stron można wyczuć napięcie towarzyszące naszym bohaterom i gęstniejącą atmosferę, bowiem Penryn i Raffe zaczynają przegrywać wyścig z czasem, podczas gdy ostateczna bitwa zbliża się wielkimi krokami. Książka przepełniona jest doskonale wyczuwalną desperacją emanującą z postaci, bo są oni jedyną nadzieją ludzkości na przetrwanie. Czytelnik nie może liczyć nawet na chwilę oddechu, bo akcja gna na złamanie karku, podobnie jak w poprzednich częściach. Do czasu. Zakończenie jest niesatysfakcjonujące, ostatnie rozdziały traciły na prędkości, a ja z niedowierzaniem kręciłam głową, gdy z obiecanej epickiej i krwawej bitwy nie zostało właściwie nic. Finalna potyczka rozegrała się w mgnieniu oka i nie wzbudziła we mnie żadnych emocji, moja ekscytacja spowodowana wielkim starciem aniołów i ludzi natychmiast wyparowała. Autorka poszła po najmniejszej linii oporu, pozostawiając mnie z uczuciem rozczarowania oraz niedosytu, a epilog to jedna wielka pomyłka. Po Susan Ee spodziewałam się o wiele, wiele więcej i może dlatego to zakończenie tak bardzo mnie boli. Upiorny klimat został przytłoczony przez cukierkowy romans, w wartkiej akcji pogubiły się gdzieś odpowiedzi na najważniejsze pytania, a losy uwielbianych przeze mnie postaci drugoplanowych zostały pozostawione bez żadnej wzmianki.

Bohaterowie swoją przemianą również sprawili mi zawód. W pewnym momencie Penryn straciła całą swoją zadziorność i siłę, przeistaczając się w typową nastolatkę rodem z romansu paranormalnego. Ciągle wzdychała do Raffe'a, robiąc do niego maślane oczy i podziwiając jego urodę, zamiast wziąć się w garść, kiedy dookoła niej upadała ludzka cywilizacja. Na szczęście relacja archanioła i dziewczyny nie straciła tego intrygującego iskrzenia, a ich przekomarzanie wywoływało uśmiech na mojej twarzy, jednak przez ich znajomość zaczęła przebijać się mdła słodycz. Do tej pory starali się panować nad własnymi uczuciami, wiedząc, że związek byłby zdradą własnego gatunku, a teraz nagle niepewność spowodowana miłością do śmiertelnego wroga gdzieś wyparowała, przez co ich więź zamieniła się w typową dla młodzieżówki. Zamknięcie wątku romantycznego również wypada dość słabo i, co tu dużo mówić, schematycznie. Susan Ee wybrała najłatwiejsze i najpopularniejsze rozwiązanie. Żałuję też, że autorka nie pozwoliła nam zajrzeć do głowy Rafaela, bo zżera mnie ciekawość, jak wyglądałoby to z jego perspektywy.

Jako kolejny tom serii Angelfall. Penryn i kres dni byłby fantastyczny, ale jako finał wypada średnio. Ostatnia część przygód Penryn nie spełniła moich oczekiwań i, chociaż trylogia stanowi błyskotliwą całość, dla mnie zakończenie jest nieprzekonywujące.

6/10
Czytaj dalej »

piątek, 8 kwietnia 2016

Co by było gdyby powołać do życia Księcia z Bajki?

27
Która z nas chociaż raz nie marzyła o przystojnym, czarującym Księciu mającym przybyć po nas na swoim pięknym rumaku i zabrać w świat na poszukiwanie przygód? Nawet obecnie najbardziej zajadłe feministki muszą przyznać, że kiedy były małe, taka słodka myśl pojawiła się w ich głowach raz czy dwa na skutek różnych bajek. Mój Książę z Bajki nigdy nie był konwencjonalny, bo moimi ulubieńcami po wsze czasy pozostają Piotruś Pan, Flynn Rider z Zaplątanych i Dymitr z Anastazji, czyli niekoniecznie wzorowe towarzystwo, ale zdarzało mi się marzyć o tym, by ktoś taki się pojawił i wierzę, że dotyczy to każdej dziewczynki. Teraz jestem już jednak dorosła (czysto teoretycznie, na to wskazują jedynie cyferki w moim dowodzie, który od kilku miesięcy leży zakurzony gdzieś na dnie szuflady) i mój odbiór postaci Księcia z Bajki drastycznie uległ zmianie, co doprowadziło do jakże głębokich rozmyślań o tym, co by było gdyby Książę z Bajki pojawił się teraz przede mną zupełnie materialny. 
Zacznijmy od tego, że do typa podeszłabym podejrzliwie, upatrując w nim jakiegoś psychopatę próbującego mnie porwać dla okupu. Zastanówcie się: co byście pomyślały, gdyby wyrósł przed Wami dziwnie wyglądający facet twierdzący, że jesteście miłością jego życia i musicie z nim wrócić do fikcyjnego zamku? To musiałby być albo wyjątkowo nieudany żart, albo podstęp odwołujący się do dziecięcych marzeń biednej dziewczyny, dlatego Książę z Bajki zostałby potraktowany jakimś szalonym ruchem podpatrzonymi z filmów kung-fu, a ja rzuciłabym się do ucieczki. Niezbyt wdzięczne przywitanie Księcia, który w dodatku prawdopodobnie nie grzeszy wysokim ilorazem inteligencji. Zresztą, jak on to sobie wyobrażał? Metroseksualni mężczyźni są już od dawna passe, teraz liczy się wygląd drwala z Kanady, dlatego pokazanie się z takim Księciem z Bajki na mieście przynosiłoby mi tylko wstyd i hańbę.
Bardzo profesjonalna analiza stylu księcia Królewny Śnieżki
Nikt już nie nosi rajstopek, przykro mi. Gdyby jednak przymknąć oko na ubranie, którego wyjątkowo złożoną analizę zrobiłam powyżej (Paint rządzi!), pozostaje jeszcze kwestia wyglądu Księcia, przy którym niestety zawsze wyglądałybyśmy tak, jakbyśmy urwały się z zupełnie innej planety, inne dziewczyny tylko czaiłyby się za rogiem, aby sprzątnąć nam Mężczyznę Idealnego w pierwszej chwili, w której odwrócimy wzrok. A ponieważ większość książąt jest wyjątkowo nierozgarnięta (Li Sheng nie miał pojęcia, że Mulan to kobieta; Naveen dał się zamienić w żabę podczas zabawy w voodo; Flynn został obezwładniony przez dziewczynę, która nigdy nie wychodziła z wieży i nic nie wiedziała o życiu, Eryk był strasznie niedomyślny, itd.), zapewne nawet by się nie zorientował, że towarzyszka u jego boku uległa podmiance.
Skoro jesteśmy już przy rozgarnięciu - bez urazy dla książąt, ale większość z nich jest po prostu... Mało inteligentna. Zwłaszcza w pierwszych bajkach Disneya panowie nie mieli własnego zdania i musieli trzymać się stereotypów, aby wpasować się w gusta publiczności i jakoś tak zostało. No bo popatrzcie - nasz Książę z Bajki musi wyglądać nienagannie, posiadać lśniącą zbroję i odpicowanego rumaka, a do tego zwalczać złe smoki czy czarownice, aby w końcu poślubić księżniczkę. Żaden z nich jakoś nigdy specjalnie nie oponował, bo nie posiada własnego rozumu. Wyobrażacie sobie, jak z takim Księciem byłoby nudno? Coś strasznego! W dodatku tacy panowie są niezwykle próżni, tak zapatrzeni w siebie, że chyba nigdy nie dopchałybyśmy się do łazienki, co na dłuższą metę na pewno stałoby się męczące. Podobnie jak zatrzymywanie się przed każdą szybą w mieście, aby sprawdzić ułożenie fryzury. Życie z narcyzem może być trudne, naprawdę. Zwłaszcza, że owy narcyz czasem wpadnie na genialny pomysł śpiewania na środku ulicy, co po którymś razie z kolei będziemy mogły skwitować jedynie facepalmem, zwłaszcza że Książęta znają zazwyczaj aż jeden muzyczny numer. Przynajmniej potrafią tańczyć, może to jakoś uratuje sytuację! 
Wydawałoby się, że Książę z Bajki to ideał, o którym śnią kobiety, ale powyższe gdybania chyba jasno Wam pokazały, że życie z takim facetem to nie bajka! Zwłaszcza, że większość z nich stanowi jedynie ładny dodatek będący nudnym lalusiem. I mają jakieś poważne problemy ze sobą, co widzicie na zamieszczonej poniżej grafice.



Widzicie, o czym mówię? Niby Książę z Bajki, a tu proszę! 
To teraz czas na Was, dziewczyny. Co sądzicie o Księciach z Bajki? Lubicie któregoś z męskich bohaterów bajek Disneya? Z którym twierdzeniem się nie zgadzacie albo co dodałybyście do tej listy? Dajcie znać w komentarzach :)
Czytaj dalej »

wtorek, 5 kwietnia 2016

Lek na śmierć, czyli przeciętne zakończenie historii Streferów

20
Kiedy opublikowałam na blogu recenzję Prób ognia (klik), Wasze komentarze były mniej więcej podobne - przestrzegaliście mnie przed przeczytaniem trzeciego tomu, mówiąc, że śmierć niektórych bohaterów mną wstrząśnie, a James Dashner ustawił sobie poprzeczkę zbyt wysoko i finał nie był zadowalający. Niedawno skończyłam czytać Lek na śmierć i dzisiaj w końcu będę mogła się odnieść do Waszych zarzutów, które w większości okazały się być niestety trafne. 

Thomas wie, że DRESZCZowi nie wolno ufać, ale przedstawiciele organizacji twierdzą, że zakończyli już swoje eksperymenty, a teraz chcą zwrócić Streferom wspomnienia, by ci dobrowolnie pomogli w stworzeniu leku na Pożogę. O ile członkowie jego grupy przyjmują tę wiadomość z ulgą, Thomas nie wierzy w ani jedno słowo. Wiedziony instynktem postanawia odkryć prawdę, która kryje się za zapewnieniami DRESZCZu, jednak jest ona jeszcze bardziej niebezpieczna, niż chłopak mógłby sobie wyobrazić. Czy ktokolwiek przeżyje poszukiwania leku na śmierć?

Po finałowym tomie trylogii Więzień labiryntu spodziewałam się gnającej do przodu akcji, przerażających, brutalnych scen, szokujących informacji wychodzących na jaw, a na sam koniec jakiegoś wielkiego BUM, które zmiotłoby mnie z powierzchni ziemi. Po fenomenalnych w porównaniu z pierwszą częścią Próbach ognia moje nadzieje były ogromne, ale z każdą kolejną stroną mój entuzjazm malał, aż nic z niego nie zostało. Wygląda to tak, jakby James Dashner nie do końca wiedział, jak chce poprowadzić fabułę w ostatnim tomie - rzucał bohaterów z miejsca na miejsce, ale z ich podróży tak naprawdę nic nie wynikało, miały tylko jakoś zapełnić miejsce aż do punktu kulminacyjnego. Streferzy miotają się, nie popychając historii do przodu. Pojawiło się kilka wątków, które miały potencjał, ale autor potraktował je po macoszemu, zamiast porządnie je rozwinąć. Cała akcja została właściwie upchnięta na ostatnich kartkach książki, elektryzujące napięcie, które towarzyszyło mi w trakcie Prób ognia, tutaj gdzieś wyparowało, zwroty akcji są przewidywalne, a bohaterowie, którzy nigdy wybitni nie byli, teraz wydają się jeszcze gorsi. Poprzednie tomy nie były specjalnie dobre, ale James Dashner skutecznie zatuszował w nich mankamenty odpowiednią atmosferą i porywającymi, krwawymi wyzwaniami. Ta sztuczka nie udała się w Leku na śmierć, gdzie uwydatniły się wszystkie słabe punkty całej trylogii.

Mam wrażenie, że autor nie udźwignął ciężaru finalnego tomu. Rozwiązanie największej zagadki, czyli o co naprawdę chodzi z DRESZCZem, jest niezbyt udane, chociaż tak naprawdę nie wiem, czy powinnam uznać to za rozwiązanie, bo nie dostaliśmy żadnej spektakularnej odpowiedzi. Tajemnica okrywająca organizację dodawała wydarzeniom dreszczyku emocji w drugiej części, a tutaj nie udało się Dashnerowi tego pociągnąć. Podobnie było z wątkiem romantycznym, który był tak pieczołowicie budowany przez poprzednie tomy między Thomasem, Teresą i Brendą. Autor chyba sam się pogubił w miłosnych zawiłościach, bo ostatecznie zupełnie porzucił ten wątek, niemal identyczny los spotkał również inne, dużo ważniejsze części fabuły (nie powiem Wam jednak jakie, aby nikomu nie zaspoilerować), w dodatku żegnamy się dość szybko z interesującym bohaterem, inna fascynująca postać zostaje zepchnięta w kąt, a ja usilnie zastanawiałam się, dlaczego James Dashner postanowił sam strzelić sobie w stopę Lekiem na śmierć. Bo inaczej chyba nie da się tego nazwać.

Lek na śmierć to książka przeciętna i nic poza tym. W najlepszym wypadku można ją uznać za nie do końca poprawne zakończenie, w najgorszym za zmarnowany potencjał całej trylogii. Przez cały czas czułam się tak, jakby autor niespecjalnie wiedział, jak to wszystko ostatecznie rozwinąć, dlatego skorzystał z różnego rodzaju zapychaczy i naiwnych rozwiązań fabularnych. Pewnie mogłabym ponarzekać bardziej, ale dla mnie cała trylogia stoi po prostu na średnim poziomie i w ten obraz Więźnia labiryntu wpasowuje się również Lek na śmierć.

5/10
Czytaj dalej »

sobota, 2 kwietnia 2016

Ugly Love, czyli wszystkie odcienie brudnej miłości

17
Colleen Hoover to autorka, z którą teoretycznie powinnam mieć problem - zdarzają jej się takie perełki jak Maybe Someday i takie słabizny jak Hopeless - więc przed sięgnięciem po jej kolejną powieść powinnam mieć duże wątpliwości. Prawda jest jednak taka, że nie mogłam się doczekać kolejnej książki Hoover, a kiedy zaczęłam czytać - przepadłam!

Tate Collins to dwudziestotrzyletnia pielęgniarka, która wprowadza się do mieszkania swojego brata, Corbina, pilota samolotów. Na miejscu okazuje się, że sąsiadem Corbina jest przystojny Miles Archer, który wprowadza w spokojne życie Tate gwałtowne zawirowania. Mężczyzna ustala tylko dwie reguły ich związku: nie pytaj o przeszłość i nie oczekuj przyszłości. Pytania się nawarstwiają, atmosfera gęstnieje, obietnice zostają złamane. Bo miłość nie zawsze jest ładna. Czasami jest brzydka. 

Wiecie, co uwielbiam w książkach Colleen Hoover? To, że wciąż na nowo mnie zaskakuje. Wszyscy wiemy, że New Adult jest do bólu schematyczne i wciąż dostajemy te same historie, choć odrobinę przerobione. To już czwarta książka tej autorki, którą czytałam, a mimo to za każdym razem udaje jej się wprowadzić do fabuły coś innowacyjnego i zarazem intrygującego, co sprawia, że wciąż mam ochotę czytać jej powieści. Nie mogę powiedzieć, że wszystkie przedstawione przez Hoover historie mnie zauroczyły, ale to niesamowite, że w gatunku zdominowanym przez przewidywalność ta autorka cały czas zaskakuje mnie czymś nowym, wyjątkowym, charakterystycznym tylko dla niej. A ponieważ Ugly Love zdecydowanie zalicza się do tych lepszych powieści Colleen Hoover, czytanie jej było czystą przyjemnością. Tak bardzo się wciągnęłam, że w przeciągu kilku godzin dosłownie pochłonęłam całą powieść, nie mogłam się od niej oderwać!

To nie jest piękna miłość. To nie jest słodka miłość. To brzydka i brudna miłość, która potrzebowała przynieść wiele bólu, aby zamienić się w coś pięknego i czystego. Aby zamienić brzydkie w ładne. Ugly Love dostarcza całego spektrum różnych doznań, czasami lekkich niczym mgiełka, czasami potężnych niczym huragan, bo to jednocześnie niewinna i okrutna, delikatna i grająca na uczuciach powieść, której po prostu nie chce się kończyć. Uwielbiam sposób, w jaki Colleen Hoover odpowiednio dobranymi słowami potrafi wzbudzić w czytelniku tysiące odczuć, jak sprawia, że serce mi krwawi i mam ochotę rwać włosy z głowy, bo za każdym razem gwarantuje mi niezapomniane przeżycie. Może nieidealne, ale trwałe, takie, które ze mną zostaną na bardzo długo. Ugly Love to mieszanka bólu i szczęścia, rozkoszy i gniewu, nienawiści i miłości, dramatu i walki. 

Moim największym zastrzeżeniem w kierunku Ugly Love jest brak głębszego zarysowania postaci i łączącej ich relacji. Dzięki retrospekcjom poznajemy bolesną przeszłość Milesa z pierwszej ręki, ale mam wrażenie, że nie udało mi się poznać jego samego. Jest to związane z jedną z jego zasad, ale i tak chciałabym dowiedzieć się więcej na temat tego bohatera. Jego demony sprawiły, że z czułego w gestach mężczyzny potrafił się przeistoczyć w zimnego, odpychającego dupka, co dezorientowało zarówno Tate, jak i czytelnika; autorka poprowadziła Milesa od początku do końca w sposób konsekwentny, utrzymując wokół niego otoczkę tajemnicy, co w żaden sposób mi nie przeszkadzało, ale... naprawdę, naprawdę, naprawdę chciałabym wiedzieć o nim coś więcej! Cechy charakteru, przyzwyczajenia... wszytko to gdzieś autorce umknęło. Colleen Hoover skupiła się na emocjach głównej bohaterki i jak zawsze opisy uczuć są mistrzowskie, ale trudno mi powiedzieć, kiedy relacja Tate i Milesa z czysto fizycznej przerodziła się w głębszą więź, przez co czuję niedosyt. Z drugiej jednak strony ich związek nie miał opierać się na miłości, zrodził się z rozpaczy i poczucia straty, więc chociaż nie do końca rozumiem kierujące Tate powody, muszę przyznać, że całą sobą przeżywałam kolejne wzloty i upadki ich znajomości. 

Ugly Love to niesamowita historia złamanej miłości, która rzuca swój czar na czytelnika od pierwszej strony.Nie udało jej się wzruszyć mnie do łez, nie rozerwała mnie na kawałki, ale sprawiła, że długo nie będę mogła o niej zapomnieć. Dramaty nie są naciągane, prawdziwa nadzieja, że nawet po stracie można odnaleźć szczęście, wypełnia kartki, a uczucia... uczucia stają się brudne.

7/10

Inne powieści Colleen Hoover zrecenzowane na blogu:
Maybe Someday // November 9 // Confess

Za możliwość przedpremierowego przeczytania Ugly Love serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte!


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia