Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Sine Qua Non. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Sine Qua Non. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 maja 2019

Podróżniczka, czyli szkoda papieru na taki finał

0
Długo wahałam się, czy powinnam sięgnąć po kolejny tom Pasażerki. Pierwszy tom zdecydowanie mnie nie zachwycił, po Alexandrze Bracken, której Mroczne umysły uwielbiam, spodziewałam się więcej, tymczasem zostałam niemile zaskoczona. Wychodzę z założenia, że nie ma sensu na siłę kończyć serii, jeśli nie była w stanie nas ona do siebie przekonać, ale nadarzyła się okazja, by przeczytać Podróżniczkę i postanowiłam z niej korzystać. To był błąd...

Została osierocona przez swój czas. Jej przyszłość przestała istnieć.
Etta Spencer marzyła o karierze skrzypaczki, lecz los miał dla niej inne plany. Zmuszona, by tułać się po najróżniejszych krajach i epokach, cierpiąc z powodu rozłąki z ukochanym Nicholasem, poszukuje tajemniczego astrolabium, które jest najpotężniejszym artefaktem podróżników. Tylko ono pozwoli jej odnaleźć i ocalić tych, których kocha.
Szalona podróż po egzotycznych miejscach, spiski, ciągła walka z czasem, nieoczekiwane sojusze i zdrady. Oto, co czeka na was w ostatnim tomie serii.
Kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem? Czy stawką za uratowanie świata okaże się miłość?
Opis z LubimyCzytać

Lubię pisać negatywne recenzje, bo w pewnym sensie dostarcza mi to frajdy, której nie dała mi sama książka podczas czytania, ale ta lektura była tak okropna, że nawet tworzenie mojej opinii jest dla mnie żmudnym i ciężkim procesem. Podróżniczka jest po prostu zła i nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę o jakiejkolwiek powieści, ale według mnie ta książka to strata papieru, bo nie wnosi absolutnie nic do historii przedstawionej w pierwszym tomie, a to przecież jest finał! Pasażerka może nie urzekła mnie w pełni, jednak tkwił w niej potencjał i trafiło się kilka naprawdę intrygujących wątków, które śledziłam z zainteresowaniem, tymczasem Podróżniczka praktycznie nie posuwa akcji do przodu w żadnym z wcześniej wyznaczonych kierunków, choć sprawia fałszywe wrażenie, jakby dużo się w niej działo. Niby Etta oraz Nicholas znowu są zmuszeni do przeskakiwania pomiędzy różnymi epokami, jednak tak właściwie nie robią niczego poza tymi pozbawionymi celu podróżami w czasie, przy okazji sprawiając, że zasady przeskoków w czasie stają się jeszcze bardziej zagmatwane i pozbawione logiki. Rozległe opisy wewnętrznych rozterek, które w kółko dotyczą tych samych tematów, zupełnie przytłoczyły całą historię, spokojnie można było przerzucić kilka kartek bez czytania, a bohaterowie wciąż tkwili w tym samym miejscu, nie robiąc nic poza użalaniem się nad sobą i swoją sytuacją. W dodatku do Podróżniczki wkradł się niesamowity chaos – Etta i Nicholas zostali rozdzieleni, ich losy toczą się zupełne odrębnymi torami i mam wrażenie, że Alexandrze Bracken nie udało się nad tym zapanować, zwłaszcza że ostatecznie te wątki bardzo słabo się ze sobą splatają, brakuje w tej książce spójności. Wyraźnie brakowało jej też pomysłu na pociągnięcie głównych wątków, nagle zaczęła wprowadzać nowych antagonistów, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, starych spychając zupełnie w cień, niemal usuwając ich z całej fabuły...

Nie tylko akcja nie posuwa się do przodu, również bohaterowie pozostają tacy sami. Henrietta wciąż jest tą pozbawioną charakteru, łatwowierną dziewczyną, która nie potrafi samodzielnie myśleć. Nie rozumiem, jak po tym wszystkim, co przeszła w poprzednim tomie, wciąż może być tak zagubiona i naiwna. Mogłoby się wydawać, że wydarzenia z Pasażerki czegoś jej nauczyły... Nic bardziej mylnego, wciąż jest gotowa zaufać pierwszej osobie, jaka stanie jej na drodze, co dla mnie było zupełnie pozbawione logiki, ale może na tym miał polegać urok tej postaci. Nicholas jest tak samo jednowymiarowy jak w pierwszym tomie, prawie nikt tutaj się nie rozwinął, może z wyjątkiem Sophii, która w zamiarze autorki wyraźnie miała przejść przemianę, lecz zupełnie mnie ona nie przekonała, a sama Sophia według mnie wygrała w plebiscycie na najbardziej irytującą postać Podróżniczki. Jedynym powiewem świeżości jest postać Henry'ego, który był bardzo niejednoznacznym bohaterem, trudno było przewidzieć, czy jego intencje naprawdę są szczere, czy może za tym wszystkim kryją się mniej szlachetne pobudki i aż do samego końca nie byłam pewna, czego po nim się spodziewać, choć bez wątpienia zdobył moją sympatię, podobnie jak Julian, który zdecydowanie zasługiwał na więcej uwagi!

Naprawdę chciałam zachwycić się Podróżniczką. Liczyłam na to, że nawet jeśli nie będzie lepsza od poprzedniczki, to przynajmniej utrzyma poziom Pasażerki i spędzę kilka przyjemnych chwil w towarzystwie tej powieści, tymczasem jest to książka, która w ogóle nie powinna była powstać. Mam wrażenie, że cała historia wypadłaby o wiele lepiej, gdyby autorka zamknęła ją w jednym tomie, zgrabnie rozwiązując wszystkie wątki. Podróżniczka jest dla mnie przegadana i przekombinowana, Alexandra Bracken wyraźnie straciła z oczu cały trzon i cel swojej historii. Finał, który miał uratować tę duologię, tak naprawdę ją pogrążył.


Duologia Passenger:
Pasażerka // Podróżniczka 
Czytaj dalej »

sobota, 20 kwietnia 2019

Marzyciel, czyli cuda i dziwy ożywają na naszych oczach

0
Jestem ogromną fanką Laini Taylor. Zakochałam się w jej twórczości dzięki Córce dymu i kości, która mimo upływu lat pozostaje jedną z najbardziej oryginalnych historii, jakie czytałam, z niesamowicie wykreowanym światem oraz cudownym, poetyckim stylem pisania, dlatego z niecierpliwością oczekiwałam na kolejną powieść spod pióra tej autorki. Hype wokół tej książki dodatkowo sprawił, że miałam naprawdę ogromne nadzieje względem tej lektury... Zaraz się przekonacie, czy Laini udało się mnie zadowolić swoją najnowszą książką. 

To marzenie wybiera marzyciela, a nie odwrotnie.
Lazlo Strange od zawsze marzył, aby poznać tajemnice zaginionego miasta Szloch. Jako sierota, a potem skromny bibliotekarz, nawet nie przypuszczał, że ma szansę na odbycie kosztownej wyprawy przez pustynię Elmuthaleth do miejsca, gdzie mieszkają mityczni wojownicy. Dopóki sami nie przekroczyli bramy Wielkiej Biblioteki i nie zaproponowali wyprawy… komuś innemu. Tu liczy się czas i każda podjęta decyzja. Przed Strange’em pojawią się wybory, których nie sposób dokonać, żal, którego nie da się wyleczyć, oraz magia tak prawdziwa, jakby istniała naprawdę.
Zanurz się w świecie pełnym skrywanych od wieków tajemnic, marzeń niebieskich jak opale, jak skrzydła ważki czy niebo, niezwykłych snów, które dyktują zmysły.
Opis z LubimyCzytać

Autorce nie da się odmówić pomysłowości, jej wyobraźnia nie ma sobie granic i udowodniła to po raz kolejny, tworząc od podstaw niezwykły, skomplikowany świat przepełniony czarującymi opowieściami, fantastycznymi stworzeniami, dziwami i osobliwościami oraz magią ukrytą w najdrobniejszych szczegółach. Styl pisania Laini Taylor jest równie piękny, poetycki i szlachetny jak go zapamiętałam, zachwyca nas swoimi nieprzewidywalnymi metaforami i lirycznością rzadko spotykaną w młodzieżowej literaturze, to prawdziwa, inspirująca uczta słów. Problem w tym, że o ile oddzielnie te elementy wzbudzają mój podziw, o tyle połączone razem stworzyły historię, która jest bogata w obszerne, malownicze opisy, ale jest pozbawiona akcji, przez co czytanie Marzyciela może być momentami żmudnym zajęciem. Tempo całej książki jest bardzo powolne, przez co ciężko było mi się wgryźć w fabułę już na samym początku, a później z wytęsknieniem wyczekiwałam na jakiś zwrot, który jednak nie nadchodził, przez co brakowało mi ożywienia treści, miałam wrażenie, jakbyśmy cały czas tkwili w tym samym miejscu, choć w powieści minęło wiele miesięcy. 

Marzyciel został napisany z perspektywy dwóch postaci, naszego tytułowego Marzyciela, czyli Lazlo Strange'a oraz Sarai. Lazlo nie jest typowym bohaterem young adult, to słodka cynamonowa bułeczka, którą trzeba chronić za wszelką cenę. Nie jest zdystansowanym, niebezpiecznym wojownikiem, jest odrobinę niezgrabnym, miłym i pomocnym miłośnikiem książek, który nie szuka kłopotów, ale ma w sobie jakąś nieodpartą charyzmę, która sprawiała, że z przyjemnością czytałam rozdziały z jego udziałem. Sarai z kolei strasznie mnie męczyła. Zdecydowanie nie mogę nazwać ją najbardziej irytującą bohaterką tego gatunku, ale nie było w niej nic interesującego, jej narracja była nużąca, mam wrażenie, że w kółko myślała tylko o jednym. Nie do końca podoba mi się sposób, w jaki rozwinął się pomiędzy nimi wątek romantyczny, ponieważ przez większość czasu był subtelny i delikatny, a później nagle BUM, wielka miłość do końca życia, nie widzą świata poza sobą, chociaż znali się od trzech dni? 

Marzyciel jest finezyjną opowieścią z baśniową atmosferą, która jest jednak odarta z dziecinnej naiwności. Posiada zaskakującą głębię, potrafi być mroczna i przytłaczająca, by zaraz przeistoczyć się w rzeczywistość uplecioną niczym z najpiękniejszego snu. Nie da się odmówić tej historii magii, ale po tych wszystkich zachwytach spodziewałam się czegoś więcej, bo Marzyciel nie był w stanie chwycić mnie za serce i wywołać emocji, jakich oczekiwałam. Osobliwy i cudowny świat potrafi zawrócić w głowie, a autorka tak pięknie i plastycznie dzieli się z nami skrawkiem swojej wyobraźni, że poszczególne krajobrazy migają przed naszymi oczami w całej swojej okazałości, jednak cała linia opowieści Sarai nie wywarła na mnie pozytywnego wrażenia, dlatego jestem odrobinę rozczarowana. Laini Taylor zakończyła jednak Marzyciela tak szokującym zwrotem akcji, że bez wątpienia sięgnę po kontynuację.


Duologia Strange the Dreamer:
Marzyciel // Muza Koszmarów
Czytaj dalej »

sobota, 24 listopada 2018

Wiatrodziej, czyli pozbądźmy się głównego bohatera i książka będzie dobra

0
Prawdodziejka to książka, która wzbudziła we mnie mieszane uczucia – z jednej strony była całkiem w porządku, ale z drugiej nie zaskoczyła mnie niczym nowym. Tuż po przeczytaniu byłam zadowolona z lektury, lecz wraz z mijającymi miesiącami moja sympatia do niej malała, po czym nagle została rozpalona po wydaniu Wiatrodzieja, którego strasznie chciałam przeczytać. Dzisiaj przychodzę do was z recenzją drugiego tomu Czaroziem i mogę wam powiedzieć, że Susan Dennard znowu wzbudziła we mnie bardzo mieszane odczucia swoją powieścią. 

Życie Merika nie jest łatwe. Niedawno stracił najlepszego przyjaciela, a do tego właśnie spłonął jego okręt. Za wszystkim stoi jego siostra, Vivia, która za wszelką cenę chce się pozbyć młodego księcia i zasiąść na tronie. Czy wiatrodziej wyjdzie z tego starcia cało? Czaroziemie opanowuje wojna. Nubreveni pokładają nadzieję w tajemniczej postaci – Furii, ale Vivia nie ma zamiaru w nią uwierzyć.
Safi i Iseult, więziosiostry, wpadły w nie lepsze kłopoty. Przyjaciółki znowu zostały rozdzielone i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się jeszcze spotkają. Safi towarzyszy cesarzowej, a piekielni bardowie depczą im po piętach. Każdy chce mieć potężną prawdodziejkę po swojej stronie. Jej moc może zdecydować o powodzeniu w politycznych rozgrywkach. Iseult po raz kolejny musi się zmierzyć z krwiodziejem. A może powinna mu zaufać?
Opis z LubimyCzytać

Zauważyłam u siebie pewną prawidłowość, jeśli chodzi o tę serię – za każdym razem najmniej podoba mi się główna narracja. W Prawdodziejce głos przypadał przede wszystkim Safi i najciężej było mi przebrnąć przez rozdziały z jej perspektywy; w Wiatrodzieju naszym pierwszoplanowym narratorem staje się Merik i dla odmiany to jego losy najmniej mnie interesowały, a Safi udało się wkraść w moje łaski. Mam nadzieję, że ta tendencja się nie utrzyma, bo kolejne tomy będą opisywane z perspektywy Iseult i Aeduana, czyli moich ulubieńców, dla których w ogóle mam zamiar dalej czytać tę serię, więc nie zniosę, jeśli ich wątki zaczną mnie nudzić. Ponieważ o ile jeszcze w pierwszej części losy tej czwórki były ze sobą dość mocno związane i przewaga Safi nie była tak wyczuwalna, dzięki czemu całość była dla mnie zachowana na równym poziomie, o tyle w Wiatrodzieju główną osią wszystkich wydarzeń stał się wątek Merika i poświęcono mu najwięcej stron, a historia księcia była nużąca i mało zajmująca. Nie obchodziło mnie, co się z nim stanie i według mnie, w ostatecznym rozrachunku, większość sytuacji, które przytrafiły się Merikowi, były kompletnie niepotrzebne i nie popchnęły fabuły specjalnie do przodu, dopiero sam koniec książki zapewnił jakiś materiał, z którym Dennard będzie mogła pracować w kolejnym tomie. Teraz, patrząc całościowo na historię przedstawioną w Wiatrodzieju, muszę powiedzieć, że tak naprawdę niewiele się tutaj wydarzyło. Przez to, że każdy z naszych bohaterów znajduje się na innym obszarze Czaroziem, autorka mogła sobie pozwolić na kluczenie i lanie wody, przez co zwrotów akcji i znaczących wydarzeń jest stosunkowo niewiele. Dopiero w końcówce Susan Dennard pozwoliła sobie na wprowadzenie, nowych intrygujących wątków, które mają duży potencjał, zostawiły nas jednak z większą ilością pytań niż odpowiedzi.

Co do samych bohaterów, powiem to jeszcze raz – Iseult i Aeduan są moimi faworytami, bo są najbardziej wielowymiarowi, skomplikowani i intrygujący, a w tej części autorka jeszcze bardziej ich rozwinęła, sprawiając, że jestem nimi niezmiennie zachwycona i już nie mogę się doczekać kolejnych książek tylko dlatego, że koniecznie muszę się dowiedzieć, jak rozwinie się ich wątek! Pomiędzy Iseult a Aeduanem pojawiła się tak subtelna, krucha, ale piękna nić porozumienia, że wciąż jestem oczarowana i zafascynowana głębią tej relacji. W ich życiu zaszły też dość poważne zmiany, zwłaszcza jeśli chodzi o Iseult, dlatego jestem bardzo ciekawa, jak wpłynie to na kreację tych bohaterów, wierzę jednak, że może być tylko lepiej, bo są wprost niesamowici! Safiya wreszcie przestała mnie irytować, co stanowczo możemy zaliczyć na plus, ba!, pojawiła się u mnie nawet cień sympatii do prawdodziejki. Natomiast Merik... Merik jest tak nudny, nieogarnięty  i denerwujący, że za każdym razem, gdy pojawiał się rozdział z jego perspektywy, nieprzypadkowo odkładałam książkę na bok, przez co przeczytanie Wiatrodzieja, zamiast dwa, trzy dni, zajęło mi prawie trzy tygodnie. Ktoś powinien nim porządnie potrząsnąć, ale nasz książę ma klapki na oczach i jest tak arogancki, że nie dostrzega oczywistych rzeczy podsuniętych mu pod nos. W tym tomie pojawiło się mnóstwo nowych postaci, które z biegiem wydarzeń udało nam się bliżej poznać i powiem wam, że jak na razie jestem bardzo zainteresowana cesarzową Vanessą czy Rzeźbimieszkiem. Przy okazji mam dobrą wiadomość dla tych, którzy nie przepadają za romansem – w tym tomie właściwie go nie uświadczyliśmy! Pojawiają się jakieś przebłyski, ale są tak niewielkie i subtelne, że można spokojnie uznać, iż Wiatrodziej jest pozbawiony wątku romantycznego.

Na zakończenie nie wiem, co mogę wam powiedzieć. Ta seria nie jest wybitna. Momentami jest nużąca i Wiatrodziej zdecydowanie nie spełnił moich oczekiwań, ale i tak z utęsknieniem wypatruję trzeciej części... Wykreowany przez autorkę świat z każdym tomem staje się coraz ciekawszy, poznajemy coraz większe grono intrygujących bohaterów i spajające ich tajemnice, intrygi stają się coraz bardziej skomplikowane, a Iseult i Aeduan to po prostu cud, miód i orzeszki... Ale czegoś brakuje w tej serii. Nie porywa, nie sprawia, że serce bije mi szybciej z emocji, nie zaskakuje, a choć trup ścieli się gęsto i krew leje się strumieniami, Wiatrodziej nie jest w nawet najmniejszym stopniu ekscytujący. Trudno mi tak naprawdę powiedzieć, czy polecam Wam tę serię; ja sama jestem masochistką i na pewno kolejny tom kupię.


Seria Czaroziemie:
Prawdodziejka // Wiatrodziej // Bloodwitch // ...
Czytaj dalej »

środa, 17 października 2018

Clovis La Fay. Magiczne akta Scotland Yardu, czyli rodzinne tajemnice, cmentarne ghule i magiczne śledztwo

0
Clovis La Fay. Magiczne akta Scotland Yardu to powieść, którą w zeszłym roku zupełnie przypadkiem zakupiłam na Targach Książki we Wrocławiu. Początkowo w ogóle nie miałam zamiaru zabierać się za tę powieść, ale pan na stoisku Wydawnictwa SQN był tak sympatyczny i tak miło mi się z nim rozmawiało, że ostatecznie opuściłam stoisko ze świeżutkim egzemplarzem Clovisa. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że wybór okazał się nadzwyczaj trafny, o czym zaraz sami się przekonacie!

Clovis LaFay ma kłopoty rodzinne. Nieżyjący już ojciec miał reputację czarnego maga, znacznie starszy przyrodni brat jest wrogo nastawiony, a dzieci tego ostatniego… No cóż, na pewne zaburzenia nie ma jeszcze nazw – jest rok 1873 – co nie znaczy, że nie istnieją te zjawiska.
John Dobson, dawny przyjaciel Clovisa i nadinspektor świeżo utworzonej jednostki wydziału detektywistycznego londyńskiej policji metropolitalnej również ma liczne problemy. Z pieniędzmi nie jest najlepiej, z prowincji przyjechała młodsza siostra, podwładni krzywo patrzą na zwierzchnictwo młodego eksporucznika artylerii, a najgorsze, że w Londynie drastycznie brakuje egzorcystów!
Alicja Dobson waha się: zamążpójście czy pielęgniarstwo? Sęk w tym, że konkurenci się nie tłoczą, a zajęcia z magii leczenia na kursie pielęgniarskim okazały się nie całkiem tym, na co miała nadzieję. Clovis LaFay chętnie służy pomocą w tym drugim problemie, a kto wie, może i w pierwszym? Chociaż czegoś się jakby boi…
Opis z LubimyCzytac.pl

Clovis La Fay. Magiczne akta Scotland Yardu to powieść, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Naprawdę nie miałam względem niej większych oczekiwań i myślałam, że będzie to kolejna książka, którą kupiłam niepotrzebnie pod wpływem impulsu, przeleży na półce nieczytana kilka lat, a potem się jej pozbędę, tymczasem pewnego dnia, gdy żaden inny tytuł w mojej biblioteczce mnie nie przekonywał, postanowiłam dać jej szansę i absolutnie tego nie żałuję. Historia Clovisa niesamowicie mnie wciągnęła, do tego stopnia, iż strasznie żałuję, że nie doczekaliśmy się jeszcze drugiej części spod pióra Anny Lange (ktoś wie, czy w ogóle możemy się spodziewać kolejnego tomu przygód młodego nekromanty?). Bardzo urzekł mnie klimat wiktoriańskiego Londynu, subtelny humor powieści, nieco bardziej ambitna fabuła, mimo wyraźnego skierowania w stronę młodzieży oraz połączenie magii z wątkami kryminalnymi. 

Nie obyło się jednak bez wad. Mam wrażenie, że Clovis La Fay. Magiczne akta Scotland Yardu jest trochę za bardzo przegadany, a przez to momentami ciężki w odbiorze – jest to lektura, której absolutnie nie da się przeczytać za jednym zamachem, musiałam rozłożyć czytanie na kilka dni, bo już po kilkudziesięciu stronach czułam znużenie rozległymi opisami. W dodatku akcja toczy się dość leniwym tempem i jest przerywana – teraźniejszość co rozdział przeplata się z przeszłością, ukazując historię Clovisa, Johna czy Alicji jeszcze za czasów szkolnych i choć ten zabieg pozwolił nam spojrzeć na wydarzenia z innej perspektywy, to nie ukrywam, że według mnie rozdziały zostały źle rozłożone. Po prostu o wiele bardziej ciekawiły mnie bieżące wydarzenia, a ten przerywnik po każdym rozdziale strasznie wybijał mnie z rytmem i sprawiał, że najchętniej ominęłabym go bez czytania, wracając do kryminalnej zagadki rozwiązywanej przez naszą trójkę głównych bohaterów. To wszystko sprawiło, że płynność czytania i całej akcji była zachwiana, przez co skończenie Clovisa La Faya zajęło mi więcej niż zwykle i wymagało ode mnie większych nakładów skupienia oraz cierpliwości.

Po powieści, która zawiera w sobie nekromantów, opętania i skomplikowaną, rodzinną przeszłość skrywającą wiele trupów w szafach (dosłownie i w przenośni) spodziewałam się bardziej mrocznego, ciężkiego klimatu, lecz atmosfera jest zaskakująco lekka, a błyskotliwy humor stanowi bez wątpienia ogromną zaletę Magicznych akt Scotland Yardu. Intryga, choć przewidywalna, była dobrze skrojona i dostarczyła dreszczyku emocji, również bohaterowie zasługują na pochwałę. Clovis La Fay jest bardzo nietuzinkowym głównym bohaterem – to wrażliwy introwertyk lubujący się w historii i nauce, który całe godziny mógłby spędzać na dyskusjach i przytaczaniu naukowych dzieł, naprawdę trudno nie polubić tego małego geniusza, który ożywia się w trakcie rozmowy o swoich pasjach. John Dobson mógłby stać się typowym mięśniakiem, a zamiast tego jest porządnym młodym mężczyzną, który mimo powściągliwości, ma w sobie mnóstwo empatii i zawsze postępuje słusznie, a do tego grona dołącza jeszcze jego siostra, Alicja, która pragnie więcej, niż może otrzymać jako kobieta w tych czasach. Wątek romantyczny jest bardzo subtelny i przewija się gdzieś w tle, stanowiąc bardziej dodatkowy smaczek niż główną oś wydarzeń. 

Clovis La Fay. Magiczne akta Scotland Yardu urzekają kreatywnym sposobem na włączenie społeczności magów w krajobraz XIX-wiecznej Anglii, intrygującymi bohaterami, wysublimowanym humorem i ciekawym klimatem. Jest to całkiem udane połączenie fantastyki, powieści historyczno-obyczajowej i kryminału; może nie porywa specjalnie i nie wbija w fotel, ale bez wątpienia pozostawia pozytywne odczucia po lekturze i jestem naprawdę mile zaskoczona tym, że polska autorka stworzyła równie intrygującą historię, która spokojnie mogłaby konkurować z tymi zagranicznymi. Uważam, że warto dać Clovisowi szansę, choćby po to, by się przekonać, że nasi rodzimi pisarze też potrafią napisać ciekawe fantasy young adult!

Czytaj dalej »

sobota, 6 października 2018

Pasażerka, czyli podróż przez dawne epoki i egzotyczne miejsca

0
O Pasażerce było swego czasu bardzo głośno, zwłaszcza na zagranicznym booktubie, a ponieważ zawsze ostatnia zabieram się za popularne książki, dopiero niedawno poczułam chęć zapoznania się z tą historią. Miałam już do czynienia z Alexandrą Bracken przy okazji Mrocznych umysłów i uważam, że ta trylogia była całkiem dobra, dlatego do najnowszej duologii tej autorki podeszłam ze znacznymi oczekiwaniami. Czy udało jej się wywrzeć na mnie równie pozytywne wrażenie co przy pierwszym spotkaniu?

Współczesna nastolatka i XVIII-wieczny pirat w szalonym wyścigu z czasem przez kontynenty i epoki.
Etta Spencer, cudowne dziecko skrzypiec, pewnej nocy traci wszystko, co znała i kochała. W jednej chwili z bezpiecznego Nowego Jorku zostaje przeniesiona do miejsca oddalonego o wiele mil i… lat. Trafia do 1776 roku, a jej los zależy od Nicholasa Cartera, młodego korsarza związanego kontraktem z potężną rodziną Ironwoodów.
Jedynie Etta może odzyskać pewien tajemniczy przedmiot o niewysłowionej wartości. Jeśli jej się powiedzie, zostanie odesłana do XXI wieku. Ona i Nicholas wyruszają w niebezpieczną podróż po egzotycznych miejscach i w poprzek czasu. Im bardziej zbliżają się do prawdy, tym większego tempa nabiera śmiertelna gra Ironwoodów. Etcie grozi nie tylko rozłąka z Nicholasem, ale i zamknięcie drogi powrotnej do domu… na zawsze.
Opis z LubimyCzytać.pl

Pierwszym słowem, jakie przychodzi mi do głowy, gdy myślę o Pasażerce, jest rozczarowanie. Opis powieści brzmi niesamowicie – podróże w czasie do egzotycznych miejsc i odległych epok, piraci, intrygi mające na celu zniszczenie właściwej osi czasu, a przez to nierzadko wymazanie z przyszłości istnienia różnych osób... Mogłoby się wydawać, że podobna historia nie będzie w stanie zawieść czytelnika, bowiem powinna skrywać w sobie całe mnóstwo niespotykanych do tej pory motywów w literaturze young adult. Ostatecznie jednak Alexandra Bracken nie była w stanie niczym mnie zaskoczyć, a tym samym skutecznie przykuć mojej uwagi i sprawić, bym pokochała Pasażerkę, która miała oferować całe bogactwo doznań i emocjonalny rollercoaster, tymczasem okazała się bardzo typową powieścią ograbioną z prawdziwych przygód, zwrotów akcji oraz niesamowitych przeżyć. Razem z Ettą i Nicholasem przenieśliśmy się do Bhutanu w 1910 roku, na Atlantyk i do Nowego Jorku w 1776, do Londynu 1940 roku, Angkoru 1685 roku, Paryżu 1880 i Damaszku 1599 roku, mimo to autorka w żaden sposób nie wykorzystała tej różnorodności miejsc i epok. W ogóle nie czułam, jakby otoczenie naszych bohaterów się zmieniało, jedynym sygnałem, że przenieśli się w czasie była konieczna zmiana ubrania, by wtopić się w tłum, o jakimkolwiek tle historycznym możecie zapomnieć. Etta i Nicholas kilka stron spędzali w nowym miejscu, spotykając nowe osoby – przyjaciół i wrogów – i właściwie na tym koniec. Rozumiem, iż naszych bohaterów ścigał czas, jednak według mnie było to straszne marnotrawstwo, niektóre epoki wręcz prosiły się o dokładniejsze opisanie, co bez wątpienia wzbogaciłoby ich przygody, a w takiej sytuacji Etta i Nicholas równie dobrze nie musieli opuszczać pierwszego roku, w którym się znaleźli, skoro Alexandra Bracken nie skorzystała ze zmieniających się okoliczności. 

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że Pasażerka nie jest książką historyczną, a zwykłą młodzieżówkę, dlatego przymykając oko na ten problem, starałam się doszukać innych pozytywów, problem w tym, że ciężko było jakieś znaleźć. Jak na powieść przygodową dzieje się tutaj zaskakująco mało, nie doczekałam się ani jednego zwrotu akcji, który wbiłby mnie w fotel, Etta ma zaledwie dziewięć dni, na wykonanie pozornie niemożliwego zadania, przez które wielu podróżników umarło w przeszłości na przestrzeni wieków, lecz przebieg wydarzeń był zaskakująco statyczny i mało porywający. Tak naprawdę na większość Pasażerki składają się wewnętrzne rozterki Etty oraz Nicholasa – całość została bowiem napisana z dwóch perspektyw, choć raczej nie odczujecie zmiany w narracji. Dla dziewczyny najważniejszy był debiut, marzyła jedynie o tym, by wrócić do teraźniejszości i stać się światowej sławy skrzypaczką. Pod koniec książki, kiedy jasne się stało, że podobna przyszłość jest dla niej nieosiągalna i wydawało się, że już się z tym pogodziła, że jej poglądy uległy przewartościowaniu podczas niebezpiecznej podróży przez czas, Etta niespodziewanie znowu zaczyna narzekać na to, że nie uda jej się zostać skrzypaczką, mimo że właściwie od początku nie była pewna, czy właśnie to chce robić w życiu. Nie rozumiem, jak Alexandra Bracken mogła uczynić ze swojej protagonistki jednocześnie tak silną i mdłą osobę. Henrietta właściwie nie ma żadnego charakteru, a każdy przebłysk jej zadziorności zostawał szybko ugaszony przez autorkę. Nicholas również nie zachwyca, choć miał zadatki na niesamowitego bohatera – czarnoskóry chłopak pracujący jako niewolnik, który z czasem zdobył wolność, mimo to nie uciekł od szykan i rasizmu, pragnie jednak wybić się poza ramy narzucone mu przez XVIII-wieczne społeczeństwo. Do tej pory nie spotkałam się z podobnym protagonistą w powieściach young adult, szybko się jednak okazało, że nie ma on nic więcej do zaoferowania. Zarówno Nicholas, jak i Henrietta byli jednowymiarowi.

Nie jestem również w stanie do końca zrozumieć relacji w tej książce. Wydawało mi się, że czasy natychmiastowej miłości w młodzieżówkach już przeminęły, ale Alexandra Bracken w Pasażerce udowadnia mi, jak bardzo się myliłam. Wystarczy dziewięć dni, żeby nastolatkowie zakochali się w sobie na zabój, spędzili wspólnie noc i uznali się za bratnie dusze, mimo że pochodzą ze skrajnie odległych od siebie czasów i to ich pierwsze spotkanie. Choćby z tego powodu ich miłość nie do końca mnie przekonuje, lecz wydaje mi się, że główny problem tkwi w Ettcie, bo o ile Nicholas jeszcze okazuje swoje uczucie, mimo iż wie, że nie czeka ich szczęśliwe zakończenie, o tyle Henrietta zdecydowanie nie zachowuje się dla mnie jak zakochana dziewczyna. W ogóle nie rozumiem jej sposobu rozumowania – mimo że jej matka właściwie całe życie była dla niej chłodna, oschła, a potem bez przygotowania wysłała na bez mała misję samobójczą, Etta z miejsca jej wybacza, szybko zapomina także o swojej nauczycielce, która umarła na jej oczach, mimo że właściwie wychowała dziewczynę jak swoją córkę. Im dłużej zastanawiam się nad postępowaniem Henrietty, tym bardziej jej nie lubię, a brak sympatii do głównej bohaterki jest właściwie gwoździem do trumny Pasażerki.

Ta recenzja wyszła bardziej negatywnie, niż początkowo zakładałam, lecz z czasem moja niechęć do Pasażerki tylko rośnie. Ta historia miała tak ogromny potencjał, a mam wrażenie, że został on kompletnie zmarnowany na emocjonalne rozterki dwójki nastolatków. Autorka próbowała jeszcze ratować książkę skomplikowanymi zasadami dotyczącymi podróży w czasie, część z nich została jednak przedstawiona w sposób tak niezrozumiały, że w pewnym momencie przestałam próbować dociec tego, co Alexandra Bracken miała na myśli. Pasażerka bez wątpienia kończy się wydarzeniami, które zachęcają do sięgnięcia po drugi tom, wciąż jednak waham się, czy po niego sięgnąć. Jeżeli Podróżniczka jest na podobnym poziomie co pierwsza część, zdecydowanie podziękuję. Nie polecam – na pewno uda wam się znaleźć powieści z lepszym romansem, bardziej wciągającą akcją czy intrygującym tłem, dlatego nie warto marnować czasu na Pasażerkę, która nie jest w stanie zaoferować wam niczego nowego.


Duologia Passenger:
Pasażerka // Podróżniczka
Czytaj dalej »

sobota, 11 listopada 2017

Moja lady Jane, czyli (niezupełnie) prawdziwa historia lady Jane Grey

0
Ostatnio dość często sięgam po powieści, które wzbudziły niemałe poruszenie na zagranicznym booktubie, choć ciężko mi powiedzieć, z czego to się wzięło, skoro od dawna nie miałam czasu, by obejrzeć jakikolwiek filmik na YouTubie (no może z wyjątkiem nowych teledysków kpopowych, ale ćśśś). Moja lady Jane to kolejna książka, którą mogę spokojnie włączyć do kategorii polecane przez booktube, bo jakiś czas temu było jej w sieci pełno. Jak możecie się spodziewać, hype znacząco przerósł prawdziwą wartość tej historii. 

Prześmieszna, fantastyczna, romantyczna i (niezupełnie) prawdziwa historia Lady Jane Grey. Książka Moja Lady Jane autorstwa Cynthii Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows to jedyna w swoim rodzaju opowieść fantasy osadzona w tradycji ustanowionej przez Narzeczoną dla księcia Williama Goldmana, której bohaterami są król niespecjalnie garnący się do królowania, jeszcze mniej garnąca się królowa i szlachetny rumak, a która nie grzeszy przesadnie nabożnym szacunkiem dla źródeł historycznych. Bo czasem nawet historii trzeba nieco pomóc.
Szesnastoletnia Lady Jane Grey, mająca niebawem wyjść za zupełnie obcego mężczyznę, wplątuje się w konspirację, celem której jest obalenie jej kuzyna, króla Edwarda. Ale Jane nie zawraca sobie głowy takimi błahostkami, skoro ma niebawem zostać królową Anglii.
Opis z LubimyCzytać

Moja lady Jane to powieść pod wieloma względami niezwykła; łączy ze sobą autentyczne wydarzenia historyczne, które zostały jednak odpowiednio absurdalnie zmodyfikowane, nutkę tajemniczej magii i mnóstwo humoru oraz zabawy, można powiedzieć, że gdzieś tam w tle przewija się jeszcze intryga kryminalna, a to wszystko zostało jeszcze doprawione romansem. Trzy autorki wypełniły tę książkę po brzegi miszmaszem różnych gatunków, więc mogłoby się wydawać, że każdy znajdzie coś dla siebie i nie będzie tutaj miejsca na nudę. W rzeczywistości jednak wszystko wypada trochę inaczej. W tym wypadku powiedzenie gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść jest jak najbardziej trafne, bo według mnie Cynthia Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows z jednej strony przedobrzyły, a z drugiej posostawiły mnie z poczuciem niedosytu. Z jednej strony Moja lady Jane jest przepełniona różnymi wątkami i nowatorskimi pomysłami, z drugiej czegoś mi w niej zabrakło. 

Autorki w genialny sposób wplotły wątek magiczny w prawdziwą historię króla Edwarda VI i jego kuzynki, Jane Grey. Spór między katolikami i protestantami został przedstawiony jako walka pomiędzy zwykłymi ludźmi oraz Eodianami, czyli osobami zdolnymi do przemiany w wybraną formę zwierzęcą. Jak więc sami widzicie, odwołania do przeszłości były dość luźne, lecz te najważniejsze elementy jak zamiłowanie Henryka VIII do pozbywania się swoich żon, zmiana sukcesji tronu z Marii, starszej siostry króla na Jane podpisana przez Edwarda na łożu śmierci, małżeństwo Jane z Guifordem zostały zachowane, dzięki czemu książka w przystępny, ale przewrotny sposób przybliża wydarzenia z historii Anglii. Zastosowany przez autorki twist jest niezwykle oryginalny i jestem pod ogromnym wrażeniem, z jaką lekkością wplotły swoje pomysły w czasy panowania króla Edwarda, jednak cała idea Eodianów i Watahy jakoś nie do końca mi podpasowała. 

W Mojej lady Jane pojawia się wiele różnorodnych wątków. Pomijając elementy fantasy, dostajemy także romans, z którego jestem bardzo zadowolona. Dla odmiany rozwijał się dla mnie być może ciutkę zbyt wolno, jednak G i Jane stanowili cudowną parę, choć przez większość czasu nie zdawali sobie z tego sprawy. Podoba mi się to, jak wzajemnie sobie dogryzali, ale przy tym szanowali swoje wzajemne opinie. Byli partnerami, wspólnie podejmowali decyzje, a przy tym doskonale uzupełniali swoje charaktery. W ogóle Jane jest cudowna. Ognistowłosa, odważna i w gorącej wodzie kąpana, z ciętym językiem, walcząca o swoje racje niczym lwica i lojalna do końca. Jest zakochana w książkach, zza których rzadko kiedy wyściubia nosa, interesując się nauką, w szczególności fizyką, historią oraz filozofią. Nie ma drugiej takiej głównej bohaterki jak Jane i jestem nią oczarowana. Gifford z kolei to poeta interesujący się sztuką i teatrem, idealista, który jest bardziej rozważny w swoich działaniach od Jane i który kompletnie stracił dla niej głowę, choć nie potrafi tego okazać. Nie ma w nim zbyt wielu cech, które wyróżniłyby go na tle męskich postaci Young Adult i nie sądzę, bym zapamiętała go na długo. Wciąż jest jednak lepszy od Edwarda, który jest wyjątkowo mdłą postacią. Czytanie z jego perspektywy strasznie mi się dłużyło i tylko czekałam z utęsknieniem na moment, w którym jego fragment dobiegnie końca, bo to chłopak bez żadnej woli walki, maminsynek, kompletnie zagubiony i zależny od innych. To była prawdziwa udręka, a jego działania właściwie nic nie wniosły do całej fabuły, więc nie rozumiem celu, w jakim autorki przedstawiały jego perspektywę. 

Moja lady Jane to także ogromna dawka humoru. To właśnie na zabawnej narracji opiera się cały urok tej powieści, wychwalanej właśnie z tego powodu, tymczasem na mnie to nie zadziałało. We wszystkim trzeba mieć umiar, dla mnie ta współczesny, prześmiewczy styl nie wywarł dobrego wrażenia i budził on we mnie raczej zażenowanie niż wprawiał w dobry nastrój. Od czasu do czasu uśmiechnęłam się pod nosem, lecz przez większość czasu humor wydawał się być wymuszony, bardzo prosty i dość mocno mnie męczył. W pewnym momencie fabuła straciła także na prędkości, utknęliśmy w martwym punkcie i szczerze mówiąc, nie widziałam sensu w dalszym rozwoju historii przedstawionej w Mojej lady Jane.

Książka Cynthii Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows jest całkiem niezła, ale nie wymagajcie od niej zbyt wiele. Pozwoliła mi się odstresować i odmóżdżyć, gdy tego potrzebowałam, lecz nie wniosła zbyt wiele do mojego życia. Nie zapamiętam jej na zbyt długo, już teraz moje wrażenia po lekturze zaczynają się rozmywać i tylko postać Jane płonie jasno w mojej pamięci. Romans jest w porządku, humor ostatecznie można uznać za znośny, choć nie jest zbyt błyskotliwy, fabuła odrobinę kuleje, lecz można przymknąć na to oko. Moja lady Jane to powieść na jeden raz, ani nie polecam, ani nie odradzam. Jeśli macie ochotę na niezobowiązującą lekturę to spróbujcie.


Trylogia Ladyjanistki:
Moja lady Jane // My Plain Jane // My Calamity Jane
Czytaj dalej »

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Pieśń Jutra, czyli rewolucja nabiera rumieńców

0
Na Pieśń Jutra byłam zmuszona czekać dwa długie lata. Dwa długie lata nieustannej ekscytacji tym, co się wydarzy w następnym tomie i nadziei, że będzie równie dobry co niesamowity Czas Żniw i genialny Zakon Mimów. Seria Samanthy Shannon jest jedną z moich ulubionych, a ponieważ kazała nam tyle czekać na kolejną część, moje nadzieje oczywiście rosły wraz z upływającym czasem.

Po krwawych zmaganiach Paige Mahoney osiągnęła swój cel – została Zwierzchniczką podziemnego syndykatu i zjednoczyła londyńskich kryminalistów, by przygotować ich do walki z Refaitami oraz każdym, kto zagraża przyszłości jasnowidzów. Jej panowanie może jednak szybko dobiec końca, odkąd w stolicy pojawiła się Tarcza Czuciowa, zupełnie nowa technologia zdolna do wykrywania kilku kategorii jasnowidzenia. Liczba sojuszników Paige drastycznie spada, a ona sama nie jest pewna, komu powinna zaufać. Jedno jest pewne – świat, który znała, dobiegł końca. Teraz musi zawalczyć o przetrwanie.

Czas Żniw to skomplikowana seria. Mogłoby się wydawać, że w przeciągu dwóch tomów zdążyłam się zadomowić w złożonym świecie wykreowanym przez autorkę, lecz długa przerwa pomiędzy wydaniem drugiej a trzeciej części sprawiła, że znowu kompletnie straciłam orientację i gubiłam się w poszczególnych terminach oraz wydarzeniach. W pewnym momencie trudno było ogarnąć, co się tak naprawdę dzieje, mimo że pierwsza połowa powieści nie dostarcza wielu zwrotów akcji, jest raczej skupiona na planowaniu i taktyce, jaką należy obrać w trakcie nadchodzącej wojny. Zakon Mimów został uformowany z niczego, jakby pomiędzy drugim a trzecim tomem, struktura jego działania była dla mnie niezrozumiała, a całość wypada raczej blado, jakby cały wątek był niepotrzebny. Pieśń Jutra wydaje się być przechodnią książką – zawiera niewiele istotnych informacji z punktu widzenia całej historii, posuwa fabułę do przodu, choć niezbyt mocno i pojawiają się nowi bohaterowie, którzy być może odegrają większą rolę w dalszych wydarzeniach. Jednocześnie nie czuję, by wniosła wiele do całej serii.

Dość sporo narzekam, bo względem Samanthy Shannon mam ogromne oczekiwania, a Pieśń Jutra nie była tak zachwycająca jak poprzednie tomy. Nie znaczy to jednak, że autorka odeszła od początkowych założeń; to wciąż Czas Żniw, to wciąż ta sama Shannon. Nawet jeśli akcja nie pędziła do przodu, to widać, że zarówno fabuła, jak i bohaterowie dojrzewają, a klimat się zmienia, staje się bardziej mroczny, krwawy i rzeczywisty. Intrygi polityczne stają się coraz bardziej zagmatwane, do gry wchodzą nowi zawodnicy, autorka wiele miejsca poświęca także na przedstawienie ucisku i rozwijającego się państwa policyjnego, które coraz bardziej kontroluje obywateli. Choć Pieśń Jutra to dystopia i mogłoby się wydawać, że w tym gatunku już wszystkie możliwe wizje zostały wykorzystane, to autorce udało się znaleźć niszę i zaprezentować walki oraz bunt w sposób, w jaki nie zrobił tego nikt przed nią.

Podoba mi się, że Samantha Shannon nie zrobiła ze swojej głównej bohaterki Mary Sue. Paige przeszła już naprawdę wiele i widać, że powoli zaczyna brakować jej sił, bo nie jest jakąś Superwoman z nieograniczonymi możliwościami oraz wytrwałością. Jest niedoświadczona, zmęczona, wszystko wali jej się na głowę i czuje, że nie ma w nikim stuprocentowego oparcia, więc od czasu do czasu zdarza jej się podjąć głupią decyzję. Stara się robić wszystko zgodnie z własnymi przekonaniami, ale jednocześnie musi zapewnić przetrwanie jasnowidzom w tych ciężkich czasach. Widać, jak Paige dorośleje, lecz przy tym pozostaje także sobą. Cieszę się, że Samantha Shannon nie robi z tej postaci kogoś, kim nie jest. Nie ukrywam jednak, że dość mocno brakowało mi pozostałych bohaterów, jak choćby cudownego Jaxona czy skrytego Naczelnika. Brakowało mi także dalszego rozwijania niesamowitych zdolności Paige, a to jeden z najbardziej intrygujących punktów serii – moce jasnowidzów.

Pieśń Jutra okazała się być przejściowym tomem charakterystycznym dla środka serii. Nie dostarczyła ani zbyt wielu emocji, ani ważnych odpowiedzi, nie czuję też, by specjalnie posunęła fabułę naprzód. Jak na razie jest to najkrótsza część, na którą musieliśmy bardzo długo czekać i według mnie ostateczny efekt nie jest na tyle dobry, by usprawiedliwić odwlekanie tej premiery. Nie czerpałam takiej przyjemności z czytania jak w przypadku dwóch pierwszych tomów, nie odczuwałam tego samego zachwytu związanego z tą historią, ale liczę na to, że kolejna część powali mnie na kolana.


Seria Czas Żniw:
Czas Żniw // Zakon Mimów // Pieśń Jutra // ...
Czytaj dalej »

sobota, 1 lipca 2017

Zakazane życzenie, czyli opowieść o miłości dżina i człowieka

0
Miałam naprawdę wysokie oczekiwania względem Zakazanego życzenia Jessici Khoury. Co prawda moje pierwsze spotkanie z tą autorką nie było zbyt udane, jej powieść Geneza nie przypadła mi do gustu, lecz to było już kilka lat temu, a retelling baśni o Aladynie oczywiście skłonił mnie do dania jej drugiej szansy, zwłaszcza że niemal każda recenzja, którą przeczytałam, mocno wychwalała tę historię. Ostatnio mam chyba jednak pecha, okazało się, że Zakazane życzenie to bardzo średnia powieść, a ja po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że hype na daną historię może być bardzo zdradliwy. 

Przed pięciuset laty Zahra złamała najważniejsze prawo dżinów – pokochała swoją panią, za co przyszło jej zapłacić ogromną cenę. Jej najdroższa przyjaciółka została zabita, a sama Zahra uwięziona w lampie i pogrzebana pod ruinami legendarnego, pięknego miasta, które stworzyła dla swojej habiby. Powoli zaczynała tracić nadzieję na to, że wydostanie się ze swojego więzienia, kiedy przez przypadek odnajduje ją Aladyn, pospolity złodziej z ulicy. Ludzie i dżiny znajdują się w stanie wojny, a Zahra jako jedna z najpotężniejszych przedstawicielek swojego gatunku musi zrobić wszystko, by ukryć swoją tożsamość do czasu, aż Aladyn wypowie swoje trzy życzenia i będzie zmuszona powrócić do lampy. Wszystko się komplikuje, gdy Nardukha, bezwzględny król dżinów, oferuje Zahrze wolność w zamian za wykonanie pewnego zadania. Jednak by wypełnić swoją misję, Zahra będzie musiała zdradzić Aladyna, człowieka, w którym wbrew sobie powoli się zakochuje...

Teoretycznie Zakazane życzenie powinno mi się podobać – to retelling znanej baśni z cudownym, orientalnym klimatem, z ciekawym twistem, bo nasz dżin okazał się być kobietą, z zakazanym romansem, piętrzącymi się przeszkodami i szczyptą magii, więc co takiego się wydarzyło, że w ostatecznym rozrachunku w ogóle nie jestem oczarowana tą historią? Szczerze mówiąc, sama nie wiem. W przypadku Gniewu i świtu duży wpływ na mój zawód miały moje ogromne oczekiwania, ale względem Zakazanego życzenia nie nastawiałam się specjalnie entuzjastycznie. Mimo to sądziłam, że historia Zahry i Aladyna choć trochę mnie wciągnie, tymczasem koło dwusetnej strony musiałam uznać, że najwyraźniej nie jest w stanie mnie porwać. Z bardzo umiarkowanym zainteresowaniem śledziłam kolejne wydarzenia, lecz w ogóle ich nie przeżywałam, nawet nie za bardzo mnie interesowało, co się dzieje z bohaterami i jak to wszystko się zakończy. Nie mogę powiedzieć, żeby Zakazane życzenie jakoś bardzo mi się dłużyło, jednak historia nie posuwała się też gładko do przodu. Mam wrażenie, że akcja była zbyt rozwlekła, za mało się działo, dopiero na sam koniec autorka zdecydowała się na mocne uderzenie i wtedy z kolei działo się zbyt wiele, aż trudno było za tym nadążyć. Budowa świata też nie była specjalnie złożona, Jessica Khoury mogłaby o wiele więcej z niego wycisnąć, a arabski klimat w ogóle mi się nie udzielił, za słabo było go czuć.

Nie mam nic do zarzucenia ani Zahrze, ani Aladynowi. Byli po prostu... w porządku, ale nie udało im się zdobyć mojego serca i nie sądzę, bym zapamiętała ich na długo. Na początku Aladyn był zuchwały i arogancki, lecz potem z biegiem czasu zaczął tracić swoją ikrę. Podobało mi się w nim to, że myśli samodzielnie, nie podąża ślepo za tłumem i nie daje się stłamsić oczekiwaniom innych, lecz nie było żadnej sytuacji, w której by mnie ujął za serce. O Zahrze z kolei nie mogę powiedzieć za wiele, znam jej historię, jednak na temat jej charakteru trudno się wypowiedzieć, nie miała w sobie pod względem temperamentu niczego, co by ją wyróżniło. Niespecjalnie przekonywał mnie także owy zakazany romans między głównymi bohaterami. Nie tylko nie czułam między nimi żadnego iskrzenia, ale także mam wrażenie, że wszystko potoczyło się zbyt szybko. W jednej chwili nic do siebie nie czuli, a w drugiej BAM, nagle się kochają, tylko kiedy to się stało? Na drodze do szczęścia Zahry i Aladyna stało naprawdę wiele dramatycznych przeszkód, ale nie pojawił się u mnie żaden dreszczyk emocji związany z zakazanym uczuciem między potężnym, choć wrażliwym dżinem i nieco szorstkim złodziejem. 

Zakazane życzenie nie jest książką bardzo złą, ale nie jest też wybitnie dobra. Główna intryga była dla mnie zbyt rozwleczona i prosta, bohaterowie nie wywarli na mnie piorunującego wrażenia, romans mnie nie urzekł, a klimatu Baśni tysiąca i jednej nocy w ogóle nie czułam. Nie mogę też powiedzieć, by Jessica Khoury popisała się oryginalnością, bo według mnie Zakazane życzenie było aż zbyt podobne do historii o Aladynie, autorka nie zdecydowała się na wprowadzenie żadnych, głębszych zmian i urozmaiceń. To powieść dobra na chwilę, na jeden raz, wszystkie wątki zostają w miarę dobrze domknięte, choć mnie osobiście Zakazane życzenie nie usatysfakcjonowało. 

Czytaj dalej »

sobota, 22 października 2016

Prawdodziejka, czyli historia o sile przyjaźni

0
Do Prawdodziejki Susan Dennard podchodziłam zaskakująco sceptycznie. Miałam wiele obaw przed sięgnięciem po tę powieść i nawet rekomendacja jednej z moich ulubionych autorek na okładce nie była w stanie mnie zmusić do optymistycznego spojrzenia na tę książkę. Nie jestem pewna, czy w ogóle sięgnęłabym po Prawdodziejkę, gdyby nie pojawiła się w Epikboxie i popełniłabym ogromny błąd, bo okazała się być porywającą lekturą!

Safiya i Iseult to więziosiostry, które często pakują się w tarapaty. Niespodziewanie ich życie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, a one muszą opuścić swój dom, by uciec od przeznaczenia, które czeka je w mieście. Safi jest niezwykle rzadką wiedźmą, która potrafi rozróżnić prawdę od kłamstwa – nikt nie może się o tym dowiedzieć, w przeciwnym razie prawdodziejka zostanie wykorzystana jako narzędzie między walczącymi ze sobą imperiami, gdy dwudziestoletni rozejm dobiegnie końca. Iseult z kolei pochodzi ze znienawidzonego koczowniczego ludu Nomatsów. Odrzucona przez inne nacje z powodu swoich hebanowych włosów oraz skośnych oczu, wygnana z własnego plemienia przez swoje magicznych braki jako więziodziejki, zna jedynie życie u boku Safi. Przyjaciółki nie spodziewają się jednak, jak wielką rolę przyjdzie im odegrać w losie ich upadającego świata. 

Początek był dla mnie naprawdę trudny do przejścia. Nie do końca odpowiadał mi styl pisania Susan Dennard, wszystko wydawało mi się strasznie chaotyczne. Męczyłam się zwłaszcza przez pierwsze pięćdziesiąt stron Prawdodziejki, bo między pędzącą do przodu akcję autorka wplotła dziwne nazwy konieczne do zrozumienia wykreowanego świata bez dokładnych wyjaśnień i wszystko mi się ze sobą mieszało. Nie wiedziałam, czy powinnam skupić się na kolejnych zaskakujących wydarzeniach, czy jednak poświęcić więcej czasu na zrozumienie magicznej rzeczywistości. Według mnie dużym ułatwieniem byłby jakiś słowniczek, który zawierałby odpowiednie wytłumaczenie danego terminu, niestety jednak jesteśmy zdani sami na siebie. Susan Dennard wrzuciła nas na głęboką wodę już od pierwszego zdania, jednak kiedy całe szaleństwo i gorączkowość pierwszych pięćdziesięciu stron poszły w niepamięć, zaczęłam naprawdę mocno ekscytować się lekturą Prawdodziejki. Czytanie tej powieści to jedna, wielka, nieprzewidywalna przygoda, która mocno wciąga.

Opisy akcji były porywające i dynamiczne, a w dodatku z wyczuciem zostały zrównoważone przez informacje dotyczące Czaroziem oraz panujących na nich praw, chociaż nie ukrywam, że obraz świata wydaje mi się być wciąż niepełny. Mimo to pozostaje intrygujący. Rzeczywistość wykreowana przez Susan Dennard kryje w sobie niezrównany potencjał i liczę na to, że z kolejnymi tomami będzie się pięknie rozrastać na naszych oczach. Zostało mnóstwo do odkrycia i wydaje mi się, że autorka doskonale zdaje sobie z tego sprawę, więc czekam na asy, które znajdują się w jej rękawie. Zwłaszcza że ma duże pole do popisu ze względu na cztery perspektywy występujące w powieści. Naszymi narratorami zostały nie tylko Safiya oraz Iseult, ale także Merik, książę-admirał upadającego, cierpiącego głodu królestwa i Aeduan, mnich z zakonu szkolącego w zabijaniu będący krwiodziejem posiadającym przerażającą moc. Z reguły faworyzuję którąś z perspektyw, jednak każda z nich była tak fascynująca, że z przyjemnością oddawałam się danej narracji, bo każdy z bohaterów oferował zupełnie coś innego. 

Prawdodziejka jest reklamowana jako powieść, gdzie głównym wątkiem jest przyjaźń między głównymi bohaterkami i pod tym względem nie zostałam zawiedziona. Więź Safi oraz Iseult została pięknie przedstawiona oraz odpowiednio wyeksponowana na tle innych wątków. Oddzielnie dziewczęta podejmowały głupie decyzje i zdarzało się, że wywoływały u mnie zgrzyt zębów, ale razem stanowiły duet nie do pokonania, wydobywały z siebie nawzajem te najlepsze cechy i od razu sympatia do nich wzrastała nawet dziesięciokrotnie. Bardzo się cieszę, że Susan Dennard uczyniła z ich przyjaźni tak wartościowy wątek, bo zdecydowanie brakowało mi powieści, w której podobnie silna więź grałaby pierwsze skrzypce. Autorce udało się z nich obu uczynić mocne osobowości, choć w zupełnie inny sposób i początkowo sądziłam, że któraś z nich bardziej przypadnie mi do gustu, lecz zostały tak błyskotliwie wykreowane, że każda z nich oczarowała mnie na swój własny sposób. Safi jest nieokiełznana, uparta, ekspresyjna i lekkomyślna, a Iseult niezwykle powściągliwa, rozważna oraz wycofana. Każda z nich ma swoje wady i zalety, każda poszukuje własnej ścieżki i zmaga się z innymi problemami, jednak zawsze może liczyć na swoją więziosiostrę. Są niesamowicie różne, ale priorytetem zawsze jest dla nich przyjaciółka i to było ogromnie inspirujące.

To nie jest nawet ułamek tego, co chciałabym powiedzieć wam o Prawdodziejce. To była tak złożona, skomplikowana, a jednocześnie przyjemna lektura, że trudno mi w krótkim poście zawrzeć wszystkie moje odczucia. Jedno jest pewne – ta powieść ma szansę rozrosnąć się do serii, która na dłużej zadomowi się w moim serduchu. Po przebrnięciu przez trudny początek było już tylko lepiej, a jeśli Susan Dennard utrzyma tę tendencję, spodziewam się naprawdę interesującej, błyskotliwej serii fantasy z natłokiem szalonej akcji, która porwie czytelnika. Prawdodziejka dość niespodziewanie dla mnie stała się jedną z lepszych książek, które przeczytałam tej jesieni i nie mogę się doczekać, by dorwać drugą część w swoje ręce!


Seria Czaroziemie:
Prawdodziejka // Wiatrodziej // ...
Czytaj dalej »

wtorek, 15 września 2015

Endgame. Wezwanie, czyli starożytne cywilizacje, nastoletni zabójcy oraz stawka, którą jest cały świat

33

Endgame. Wezwanie to książka, która od początku mnie ciekawiła, ale jednocześnie wzbudzała wiele obaw. Słyszałam o niej wiele sprzecznych opinii i chociaż złota okładka, a także tematyka kusiły, postanowiłam odczekać i sięgnąć po nią w odpowiednim momencie. Kiedy po długich bojach udało mi się do niej dorwać w bibliotece, nie spodziewałam się, że Endgame. Wezwanie okaże się być jednocześnie wciągającą, jak i trudną lekturą. 

Kiedy w Ziemię uderza seria meteorytów, tylko garstka ludzi jest w pełni świadoma, co to oznacza. To początek Końca Świata - Endgame. Dwanaścioro Graczy wywodzących się ze starożytnych cywilizacji przystępuje do gry, która zdecyduje o przyszłości świata. Są w wieku od trzynastu do dwudziestu lat, różni ich właściwie wszystko, ale łączy jeden cel: wygrać, aby zapewnić przetrwanie swojemu ludowi. Potrafią skutecznie pozbawić życia w kilka sekund, znają kilkanaście języków, posiadają umiejętności maskowania się i przetrwania w każdych warunkach. Jednak Endgame nie opiera się jedynie na walce, choć tylko zwycięzca może przeżyć; Endgame to zagadka, a jedyną regułą jest brak reguł.

Endgame. Wezwanie to jedna wielka tykająca bomba. Trudno przewidzieć, co za chwilę się wydarzy, w jakie miejsce na świecie zaprowadzi nas wraz z Graczami kolejna wskazówka, kto pożegna się z życiem, a kto przetrwa, by dalej walczyć. Dzieje się tu naprawdę dużo; książka została napisana z niespotykanym rozmachem, akcja gna do przodu i czasami miałam wrażenie, że nawet bohaterowie za nią nie nadążają. Jest tu wszystko, dosłownie wszystko: znajdzie się miejsce na tortury, brutalne morderstwa, katastrofę lotniczą, meteoryty zabijające setki ludzi, ale także na opowieść o historii świata, tajemnice przyprawiające o ból głowy, starożytne cywilizacje i wierzenia czy nawet na miłosne trójkąty lub problemy, które dotykają wszystkich nastolatków. Autorzy w ogóle się nie ograniczali podczas kreowania wydarzeń, już od pierwszej sceny wskakując na najwyższe obroty. Nie zwolnili nawet na chwilę, co jest ogromnym wyczynem, zważywszy na ilość stron.

Nie ma co się oszukiwać, Endgame. Wezwanie to naprawdę brutalna książka, ale niestety nie w wyważony sposób. To nie jest lektura dla osób o słabszych nerwach czy młodzieży, chociaż została zakwalifikowana do young adult. Ta brutalność została przedstawiona w swojej najgorszej, najbardziej okrutnej odsłonie i z czasem stało się to naprawdę niesmaczne. Urwane kończyny, postrzały, odcięte palce, poważne rany, a to dopiero początek i wszystko opisane w bardzo obrazowy sposób, bez omijania szczegółów. Na tej płaszczyźnie autorzy nieco przesadzili i sprawili, że czasami trudno było mi kontynuować czytanie.

Obok natłoku akcji pojawia się jeszcze jeden, teoretycznie najważniejszy wątek: czym tak naprawdę jest Endgame? Trudno powiedzieć i nawet bohaterowie, którym została przekazana wiedza nagromadzona przez wieki przez kolejne pokolenia Graczy, nie znają dokładnej odpowiedzi na to pytanie. Razem z nimi odkrywaliśmy powoli kolejne karty podsuwane nam pod nos przez nieludzkich organizatorów Endgame, ale większa część nadal pozostaje dla nas zagadką. Wydaje mi się, że temat starożytnych cywilizacji został zepchnięty na bok i trochę zapomniany, gdzieś się zgubił, czego bardzo żałuję. Fabuła jest tak dynamiczna, że miałam wrażenie, iż ilość wątków przygniotła autorów.

W Endgame startuje dwanaścioro Graczy. Niemal każdy z nich dostaje szansę na wypowiedzenie się w książce oraz przedstawienie Gry z własnej perspektywy. Narratorów jest sporo, co początkowo mnie przerażało. Nie przepadam za książkami, w których mamy do czynienia z większą liczbą perspektyw, bo powoduje to rozwleczenie akcji, trudno też przywiązać się do bohaterów. Nie sądziłam, że autorzy dadzą radę, ale pomyliłam się - wypadło to w miarę dobrze i, przede wszystkim, gładko. Każdy z bohaterów ma coś, co go wyróżnia: mamy tu niepełnosprawnego geniusza komputerowego, amerykańską nastolatkę wprost z okładki magazynu, japońską niemowę-ninję, młodocianego psychopatę i dzięki tej różnorodności zmiany perspektyw były ciekawe. Bohaterowie jednak zaginęli w natłoku akcji i brakowało im jakiejś autentyczności, odrębności. Charaktery Graczy zeszły na drugi plan, autorzy nie mieli zbyt wiele czasu na pogłębianie ich sylwetek, w większości obserwujemy ich działania. Wszystkich łączy fakt, że są wykwalifikowanymi zabójcami, którzy od momentu narodzin byli przygotowywani do spełnienia swojej powinności względem reprezentowanego ludu, przez co podczas czytania łatwo zapomnieć, że bohaterowie to nastolatkowie. Mimo że nie mogliśmy przyjrzeć się bliżej Graczom, to jednak wyłowiłam już swoich ulubieńców, których losy najbardziej mnie interesowały i liczę na to, że w kolejnych częściach autorzy zdecydują się poświęcić nieco więcej uwagi samym postaciom, których na razie traktowali jedynie jak pionki w wielkiej Grze.

Endgame. Wezwanie to niepowtarzalny projekt, ale chociaż obfituje w nieprzewidywalne wydarzenia i zapewnia kilka godzin szalonej rozrywki, czegoś mu brakuje. Autorzy chcieli dobrze, jednak mam nieodparte wrażenie, że przesadzili z rozmachem i trochę zgubili pierwotne zamierzenia. Endgame. Wezwanie nie jest złą książką, ale też specjalnie nie jestem zachwycona, za dużo w niej chaosu i bywały fragmenty, które najchętniej bym pominęła. Mimo wszystko przeczytam kolejne części, aby przekonać się, jak autorzy poradzą sobie z rozwiązaniem zagadki takiego rozmiaru.

5/10
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia