niedziela, 30 sierpnia 2015

Czerwone jak krew, czyli unowocześniona wersja bajki o Królewnie Śnieżce po fińsku

28


Od chwil, w której zobaczyłam niezwykłą okładkę Czerwonych jak krew, wiedziałam, że muszę mieć tę książkę. W dodatku zagadkowy opis, Finlandia oraz obiecane nawiązanie do baśni sprawiły, że nie potrafiłam oprzeć się pokusie.

Siedemnastoletnia Lumikki Andersson, która wygląda jak Królewna Śnieżka, uczęszcza do renomowanego liceum artystycznego. Specjalnie trzyma się na uboczu, nie ma przyjaciół i mieszka sama z dala od rodziców, od których się odseparowała. Zostaje jednak zmuszona do porzucenia swoich reguł, kiedy w szkolnej ciemni fotograficznej znajduje banknoty pokryte krwią i wbrew sobie zostaje wplątana w intrygę związaną z dużymi pieniędzmi, ważnymi ludźmi i przemytem narkotyków na światową skalę.

Czerwone jak krew to nietypowy kryminał i bardzo się z tego cieszę. Od początku zostajemy wrzuceni w sam środek akcji - zamordowana kobieta i banknoty zamoczone w jej krwi, szantaże, groźby, pogonie. Dostajemy także niepowtarzalną szansę spojrzenia na tę sytuację z perspektywy złoczyńcy, ale mimo tak wielu atrakcji nie byłam specjalnie zainteresowana rozwojem wątku kryminalnego. Nie czułam tego napięcia i potrzeby uzyskania odpowiedzi. Ta część fabuły właściwie mnie nudziła, a była główną osią wydarzeń, dlatego nieco zniszczyło mi to radość czytania. Na szczęście autorka nadrobiła te braki na innych polach - uwielbiam styl pisania Salli Simukki, porwał mnie od pierwszych zdań. Dochodzi do tego wspaniały, fiński krajobraz, który autorka rozpostarła przed naszymi oczami. 

Lumikki Andersson nie jest typową bohaterką literatury młodzieżowej. Jest prawdziwą enigmą, przez całą powieść autorka podrzucała nam okruchy wiadomości, bawiła się z nami, wręcz dręczyła zagadkowymi odniesieniami do przeszłości Lumikki, jednocześnie ich nie tłumacząc i nie przybliżając. Przez cały czas moja wyobraźnia pracowała, próbując rozwiązać przynajmniej część zagadki, którą jest ta postać. Pojawiło się kilka retrospekcji, które tłumaczyły obecną postawę dziewczyny, ale jej największe tajemnice pozostają skryte i było to odświeżające przeżycie, chociaż czasami irytujące, bo chciałabym dowiedzieć się więcej z racji mojego zachwytu jej kreacją. Lumikki jest wyjątkowa nie tylko ze względu na to, że Salla Simukka tak starannie ukryła przed nami jej przeszłość, ukazując tylko skrawki jej historii; wyróżnia się pod wieloma względami. Jest niesamowicie dojrzała jak na swoje siedemnaście lat i bardzo wycofana. Potrafi perfekcyjnie wtapiać się w otoczenie, pozostawać niezauważoną, interesuje się tylko własnymi sprawami i ten spokój całkowicie jej odpowiada. Doskonale zna ludzką psychikę. Indywidualistka z własnymi regułami, których się bezwzględnie trzyma, a jej analityczne przemyślenia nieraz wprawiały mnie w osłupienie. W Lumikki nie ma nic denerwującego, z miejsca wzbudza zainteresowanie czytelnika.

Według mnie nawiązania do baśni o Królewnie Śnieżce są zrobione po mistrzowsku. Pojawiają się w nieoczekiwanych momentach, ale zostały doskonale wplecione w całą fabułę powieści i nadają jej niepowtarzalny klimat dzięki barwnym porównaniom. To jeden z najmocniejszych punktów całej historii i jestem wprost urzeczona sposobem, w jaki Salla Simukka połączyła kryminał z baśnią o Śnieżce, która nadaje książce wręcz poetycki, nostalgiczny charakter. 

Czerwone jak krew to pozycja, którą trudno mi ocenić. Z jednej strony jest niepowtarzalna, genialnie napisana, z intrygującą główną bohaterką i przyciągającym klimatem, zaś z drugiej strony fabuła czasami dłuży się niemiłosiernie, brakuje stopniowania napięcia. Może zmieniłoby się to, gdyby autorka zdecydowała się bardziej pójść w thriller, ta zagadka kryminalna nie była dla mnie wystarczająco wciągająca. Czerwone jak krew mają niesamowity potencjał, ale coś nie zadziałało i mam nadzieję, że zmieni się to w następnych częściach tej baśniowej historii.

6/10
Czytaj dalej »

piątek, 28 sierpnia 2015

Czytelnicze nawyki tag

29

1. Czy masz w domu konkretne miejsce do czytania?
Czytam tylko i wyłącznie na swoim łóżku. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale dla mnie to po prostu najlepsze miejsce na oddanie się lekturze i zanurzenie w nowym świecie. Kilka razy próbowałam czytać gdzieś indziej, ale to po prostu nie jest to, chociaż może to wynikać z moich ogromnych trudności do zmieniania przyzwyczajeń. 

2. Czy w trakcie czytania używasz zakładek czy przypadkowych świstków papieru?
Kiedyś w ogóle nie używałam zakładek. Zapamiętywałam numer strony, na której skończyłam czytanie i nawet po kilku dniach nie miałam problemu z odnalezieniem tego miejsca. Ostatnio jednak na nowo przekonałam się do zakładek, bo uwielbiam dobierać je kolorystycznie do książek. Ot, taki kaprys pedantki.

3. Czy możesz po prostu skończyć czytać książkę? Czy musisz dojść do końca rozdziału lub okrągłej liczby stron?
Kiedyś miałam absolutnego fioła na punkcie kończenia czytania, gdy skończyłam rozdział i nie było zmiłuj. Tak jak lubię zaczynać naukę o godzinach, które mają okrągłą liczbę minut. Później jednak rozpoczął się okres, w którym namiętnie połykałam książki w kilka godzin, w ogóle się od nich nie odrywając i kiedy wyleczyłam się również z tego, skończenie czytania nawet w samym środku rozdziału nie stało się dla mnie problemem. Chyba że akurat mam do czynienia z wyjątkowo wartką akcją, wtedy odkładanie książki, by pomóc w czymś mamie, fizycznie boli.

4. Czy pijesz albo jesz w trakcie czytania?
Nie, nie i jeszcze raz nie. Moje książki są wręcz nieskazitelne, a coś takiego stanowiłoby zagrożenie dla stron. Dlatego herbatę piję przed/po przeczytaniu lub w przerwach.

5. Czy jesteś wielozadaniowa? Czy potrafisz słuchać muzyki lub oglądać film w trakcie czytania?
U mnie to nie do końca tak działa. Potrafię się wyłączyć - to znaczy, gdy dookoła jest wyjątkowo głośno, a ja zabieram się za czytanie, jestem w stanie całkowicie ignorować otoczenie, nie zwracać uwagi na jakiekolwiek bodźce słuchowe, jakby ich w ogóle nie było, bo maksymalnie skupiam się na tym, co mam przed oczami. Więc mogłabym czytać, gdy w tle leciałaby muzyka lub film, ale nie zwracałabym na to najmniejszej uwagi, dlatego mija się to z celem.

6. Czy czytasz jedną książkę czy kilka na raz?
Wzbraniałam się przed czytaniem kilka książek na raz i w zasadzie tego nie robię. Zdarza się jednak, że jakaś książka jest wybitnie nudna, a ja nie chcę jej odłożyć całkiem na bok - wtedy czytam ją na zmianę z jakąś bardziej interesującą powieścią i tak staram się dobić do końca.

7. Czy czytasz w domu czy gdziekolwiek?
W domu. Znajome otoczenie sprawia, że książkę odbieram w inny sposób, chociaż trudno to wytłumaczyć.

8. Czy czytasz na głos czy w myślach?
W myślach. Ale jeżeli jakiś fragment okaże się być dla mnie wyjątkowo trudny do zrozumienia albo zdanie jest długie, złożone i dziwnie skonstruowane, wtedy czytam je na głos, aby ułatwić sobie zrozumienie. 

9. Czy czytasz naprzód, poznając zakończenie? Pomijasz fragment książki?
Wiedziałam, że nadejdzie moment w moim życiu, kiedy będę się musiała wyspowiadać ze swojego okropnego nawyku czytania zakończeń. Zanim rozpocznę daną książkę, zawsze zaglądam na tył i czytam ostatnie zdanie. Oczywiście to ma być tylko ostatnie zdanie, które przemienia się w ostatni akapit, a potem też w przedostatni akapit... Wiele razy zdarzyło mi się później tego żałować, bo znajdowały się tam najważniejsze rozwiązania, a ja chodziłam wściekła przez kilka dni i traciłam ochotę na przeczytanie książki. Mimo to nie potrafię z tego zrezygnować, chociaż teraz bardzo pilnuję, aby to było naprawdę tylko ostatnie zdanie.

10. Czy zaginasz grzbiet książki?
Nie, jestem absolutną pedantką i moje książki wyglądają na nieczytane, są w idealnym stanie. Dbam o to, by nie pojawiło się na nich nawet najmniejsze zagniecenie, ale książki mojego taty wyglądają jak po przejściu huraganu i patrzenie na ich wygięte grzbiety jest dla mnie strasznym przeżyciem.

11. Czy piszesz w książkach?
Nie. Jeżeli mam jakieś uwagi, piszę je na małych, kolorowych karteczkach i wsadzam je pomiędzy strony.

Za nominację dziękuję Wiktorii. To pierwszy tag na blogu, wydawało mi się, że będzie najlepszy na pierwszy ogień. Nikogo nie nominuję, bo jest on tak popularny, że prawdopodobnie wszyscy macie go już za sobą, ale jeśli w Waszym gronie znajdzie się ktoś, kto jeszcze się za niego nie zabrał, niech czuje się przeze mnie nominowany. 
Czytaj dalej »

środa, 26 sierpnia 2015

Mara Dyer. Zemsta, czyli mroczne tajemnice i odrobina psychozy

27

Nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać po finałowym tomie Mary Dyer. Pierwsza część była w porządku, ale nie wzbudziła we mnie specjalnego entuzjazmu. Druga z kolei sprawiła, że zafascynowałam się całą historią, uległam jej czarowi i chciałam od razu dorwać w swoje ręce ostatnią część. Te mieszane uczucia sprawiły, że podchodziłam do Zemsty z cichymi obawami, ale też z dużymi oczekiwaniami.

Mara Dyer została zamknięta w Horyzontach, gdzie została ubezwłasnowolniona i zaczęto na niej przeprowadzać eksperymentalną kurację. Dziewczyna wie, że musi uciekać, ale leki podawane jej przez doktor Kells zmuszają ją do posłuszeństwa i odbierają zdolność zabijania myślami. Mara nie chce się jednak poddać, zwłaszcza, że musi uzyskać odpowiedzi na najważniejsze pytania: kto i dlaczego próbuje zniszczyć jej życie, a także co się dzieje z Noahem?

Wszyscy, którzy znają Marę, wiedzą, że w powieści nie zabraknie trupów i krwi lejącej się strumieniami, chociaż teraz zmieniła taktykę działania - spodobało jej się podrzynanie gardeł. Była przetrzymywana wbrew własnej woli, torturowano ją, przeprowadzano na niej eksperymenty i zastraszano, więc kiedy dostała szansę, by wziąć sprawy we własne ręce, nie zawahała się - nawet mimo chwilowej blokady zdolności jest skuteczna. Mara staje się jeszcze bardziej niestabilna niż wcześniej, zwłaszcza że w pobliżu nie ma Noaha, który łagodziłby jej paranoidalne, mordercze nastroje. Przez to ostatnia część zawiera w sobie najwięcej mroku, balansując na granicy upiornego klimatu i prawdziwego horroru - właśnie to sprawia, że ta historia jest taka dobra, podobnego nastroju na próżno szukać w innych młodzieżówkach i, oprócz niespodziewanego tła fabuły, właśnie on wyróżnia całą trylogię o Marze Dyer. Michelle Hodkin testuje granice wytrzymałości stworzonych przez siebie bohaterów, ale nigdy nie posuwa się za daleko; znalazła równowagę i dzięki temu nie popadła w przesadę, która sprawiłaby, że książka stałaby się po prostu niesmaczna. Jestem absolutnie zakochana w nieziemskim, nieco psychotycznym klimacie tej książki. 

Mara to chyba najbardziej specyficzna główna bohaterka, z jaką przyszło mi się mierzyć. Jest uznawana za wariatkę i nie da się ukryć, że posiada w sobie coś z psychopatki. Nigdy nie była, nie jest i nie będzie wzorem cnót, ale w końcu do niej dotarło, że nie chce się zmieniać, że odpowiada jej to, kim jest, nawet jeśli nie ma w niej nic szlachetnego. Nie żałuje niczego, nie odczuwa wyrzutów sumienia z powodu zadawania bólu innym czy zabójstw, ale przy tym Mara posiada uczucia. I tu pojawia się największy zgrzyt - miłość do Noaha. Nie dziwię się, że dziewczyna się w nim zakochała, to jeden z moich ulubionych męskich bohaterów, więc całkowicie ją rozumiem; jednak to, jak przez większość tomu Mara nie potrafi się ogarnąć i myśli jedynie o odnalezieniu Noaha gryzło mi się z jej wizerunkiem twardej dziewczyny, która potrafi zniszczyć wszystko, co stanie jej na drodze. Zwłaszcza że miała inne poważne kłopoty. Mimo wszystko uwielbiam szaloną Marę, która całkowicie akceptuje znajdującą się w jej duszy ciemność i która nieraz sprawiła, że na moich ramionach pojawiała się gęsia skórka.

Ostatni tom to oczywiście odpowiedzi na nurtujące nas przez poprzednie tomy pytania. Spisek okazał się być bardziej rozbudowany, niż początkowo podejrzewałam i obejmował mnóstwo intryg oraz korporację, przez co można było łatwo się pogubić. Niektóre wyjaśnienia okazały się być po prostu nudne, a te, które najbardziej mnie interesowały, zostały jedynie powierzchownie dotknięte w samej końcówce i autorka nie rozwinęła ich dalej. Wydaje mi się, że pisarka chciała upchnąć w ostatnim tomie wszystkie odpowiedzi, a nagle okazało się, że ma na to za mało stron, dlatego część Zemsty to zbitek informacji oddzielonych niewielkimi odstępami czasu. Może dlatego uzyskane odpowiedzi nie szokują tak bardzo. W dodatku zakończenie, ostatnie kilka stron, było zbyt banalnych jak na całą historię. Jest to bolesne, bo z upiornego klimatu nie zostało właściwie nic, a wiele wątków zostało porzuconych. Wydaje mi się też, że w paru kwestiach Michelle Hodkin poszła po prostu na łatwiznę.

Opowieść o Marze Dyer, mimo potknięć i mankamentów, pozostaje nieszablonowa. Gra na uczuciach, wzbudzając gwałtowne emocje, przez cały czas towarzyszy nam upiorny klimat, który jest głównym atutem całej trylogii, a tutaj jest go pod dostatkiem. Finał serii jest dobry, posiada wiele fascynujących elementów, ale mimo wszystko zabrakło tego czegoś. Polecam wam jednak całą trylogię, bo mimo że nie przepadam za krwawymi horrorami, zakochałam się w lekko psychodelicznych książkach Michelle Hodkin.

7/10 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

LBA #1

13

Za nominację do Liebster Blog Award dziękuję Monice z Papierowej wyobraźni.

1. Gdybyś musiała spalić książkę to jaki miałaby tytuł lub przez kogo byłaby napisana?
Myślałam, że to pytanie będzie dla mnie trudne, bo wpadam w rozpacz, gdy pojawi się choćby najmniejsze zagniecenie na okładce, nie wspominając o paleniu książek, ale od razu w mojej głowie pojawił się pewien doskonale wszystkim znany tytuł, a mianowicie Pięćdziesiąt twarzy Grey'a E. L. James. Nie rozumiem, jak ten gniot może być zaliczany do literatury, nie rozumiem, dlaczego sprzedał się w takiej zatrważającej liczbie egzemplarzy i dlaczego doczekał się ekranizacji. To mnie naprawdę przerasta i wciąż nie mogę się z tym pogodzić, mogłabym tu wymienić cały milion powodów, dla których ta książka jest po prostu zła. Zdecydowanie nie byłoby mi szkoda użyć tej książki jako rozpałki i wydaje mi się, że dobrze by się paliła. 

2. Jaką postać z książki uważasz za tragiczną (w sensie tego, co przeżyła, co ją/jego spotkało)?
Taką postacią dla mnie jest Nastya z książki Katji Millay Morze spokoju. Zacznę od tego, że jestem absolutnie zakochana w całej książce, w sposobie pisania autorki, to jedna z najbardziej niezwykłych historii, z jakimi miałam do tej pory do czynienia. Piekło, przez które przeszła Nastya, zostaje całkowicie odkryte dopiero na sam książki i nie chcę wam niczego zdradzić, ale została naprawdę poważnie doświadczona przez życie, a sposób, w jaki sobie z tym radzi, jest niezwykły i pokazuje, że człowiek może być jednocześnie kruchy i silny.

3. W jakim książkowym świecie żyłoby ci się najlepiej?
Trudno wybrać jeden świat, w którym żyłoby mi się najlepiej. Wydaje mi się, że dobrze odnalazłabym się w realiach stworzonych przez Ricka Riordana, bo uwielbiam grecką mitologię, ale z drugiej strony już zawsze będę marzyła o przyniesionym przez sowę liście z Hogwartu. No bo naprawdę, kto nie chciałby żyć w świecie Harry'ego Pottera?

4. W jaką książkową postać chciałabyś się wcielić, gdybyś mogła zagrać w filmie?
Chętnie zagrałabym Scarlet z książki Marissy Meyer, bo mamy dość podobne charaktery, jest uparta, zawzięta, potrafi zadbać o siebie i zawsze ma coś do powiedzenia. W dodatku na planie filmowym na pewno panowałby niesamowity klimat, bo książki tej autorki mają bardzo ciekawy charakter - odrobinę bajkowy, odrobinę futurystyczny, więc na pewno plan zapierałby dech w piersiach. No i Wilk! 

5. Gdybyś miała możliwość współpracy z pisarzem nad nową powieścią to kogo być wybrała?
Kolejne pytanie, nad którym nie musiałam się długo zastanawiać! Chciałabym pracować razem z Samanthą Shannon, autorką Czasu Żniw i Zakonu Mimów, bo uważam, że wykreowała niesamowity świat, jej pomysły i sposób, w jaki dopracowała każdy detal fabuły wywarły na mnie naprawdę ogromne wrażenie i wydaje mi się, że współpraca z kimś, kto ma tak wielką wyobraźnię, byłaby inspirującym przeżyciem.  

6. Jaki jest twój ulubiony gatunek książek?
Trudno powiedzieć, staram się nie ograniczać do jednego i cały czas próbować nowych rzeczy, aby poszerzać czytelnicze horyzonty. Potrafię zachwycić się powieścią dziejącą się na statku kosmicznym, by po chwili zakochać się w NA (rzadko mi się zdarza, ale zdarza), "czystej" fantastyce lub steampunku. 

7. Kto według ciebie jest najlepszym pisarzem gatunku, który wymieniłaś w pytaniu 6?
Oczywiście musiałam sobie utrudnić życie, bo nie byłabym sobą. Nie wydaje mi się, żebym miała jakiegoś ukochanego autora, na którego książki czekałabym z wielkim zniecierpliwieniem. Co prawda mam grupę pisarzy, po których nową pozycję sięgnęłabym bez zastanowienia, gdyby taka wyszła, ale nie mogę powiedzieć, że mam jednego, w stu procentach uwielbianego autora. Przechodzę raczej coś w rodzaju faz - kiedyś byłam zakochana w Trudi Canavan, później w Ricku Riordanie, następnie w Lauren Oliver i tak dalej, ale w końcu zauroczenie mija, choć sentyment zostaje, a ja znajduję sobie nowego autora. 

8. Jaka jest Twoja ulubiona książka i z jaką piosenką ci się ona kojarzy?
Nigdy nie pyta się mola książkowego o ulubioną pozycję! Wybranie takowej jest po prostu niemożliwe. Istnieje cała masa książek, które zaliczam do swoich ulubionych, ale dopasowanie do nich wszystkich odpowiednich piosenek byłoby ogromnym wyzwaniem, więc podam tylko jedno zestawienie. Jest to Przegląd Końca Świata. Deadline Miry Grant i piosenka zespołu Linkin Park Iridescent.



9. Gdybyś miała stworzyć czasopismo poświęcone książkom, jaki chwytliwy tytuł byś mu nadała?
Nie mam pojęcia. To trudne pytanie, a ja nigdy nie byłam specjalnie dobra w nadawaniu tytułów i to dotyczy wszystkiego - własnych opowiadań czy prezentacji do szkoły. To wymagałoby dłuższego zastanowienia, ale na pewno chciałabym, żeby był zabawny, może sarkastyczny. Kocham sarkazm. Podobno go nadużywam, jednak to najlepsza broń przeciwko wszystkim idiotom.

10. Czy uważasz, że książka elektroniczna wyprze książkę tradycyjną z rynku księgarskiego?
Mam nadzieję, że nie! Co prawda to już się dzieje w niektórych krajach, przykładem jest choćby Wielka Brytania, ale Polska jest sto lat za Murzynami. No może nie do końca, ale mam wrażenie, że nasz kraj jest bardzo przywiązany do tradycji i nie chodzi o to, że nie pragniemy postępu, a po prostu rozumiemy wartość przeszłości, dlatego myślę, że książki tradycyjne jeszcze długo będą królowały na naszym rynku.
Poza tym wszyscy, którzy kochają książki, są zgodni - ebook jest dobry na chwilę, nic nie może się równać zapachowi książki, szelestowi przerzucanych stron, możliwości dotknięcia świata, który tworzy się przed naszymi oczami. Ja nigdy nie zrezygnuję z papierowych książek.

11. W jaki sposób można by polepszyć poziom czytelnictwa w Polsce?
Po pierwsze, nie wprowadzać ustawy o cenie książki, bo jesteśmy nastolatkami, którzy zawsze cierpią na niedobór pieniędzy na książki. Bez możliwości okazyjnego kupowania książek w Internecie, jaki będziemy mieli wybór? Raczej niewielki. Poza tym przydaliby się genialni poloniści, którzy z pasją będą opowiadać o książkach i nie będą kazali nam czytać tylko dzieł, z którymi nie potrafimy się identyfikować. Kiedyś, jeszcze w gimnazjum, kilka dziewczyn z mojej klasy przekonało naszego nauczyciela, aby przeczytał Igrzyska śmierci. Zrobił to, podobało mu się i jako lekturę pod koniec roku szkolnego zadał nam właśnie Igrzyska śmierci. Można? Można.

Moje pytania:
1. Jaką książkę planujesz przeczytać od dawna, ale jakoś nigdy nie było okazji?
2. Gdybyś mogła zmienić zakończenie wybranej książki, jakie by ono było?
3. Jaką książkę polecasz wszystkim za każdym razem, gdy pytają cię o opinię?
4. Czy jest książka, której przeczytania żałujesz?
5. Gdybyś była bohaterką książki, jak w jednym zdaniu opisałby cię autor?
6. Na punkcie jakiej piosenki masz obecnie obsesję?
7. Jakie trzy rzeczy zabrałabyś ze sobą na bezludną wyspę?
8. Gdybyś była kolorem, byłabyś...
9. Jaką nadnaturalną zdolność chciałabyś posiadać?
10. Masz jakieś dziwne nawyki czytelnicze?
11. Masz absolutną władzę nad światem przez jeden dzień. Co zrobisz?

A nominuję: Darię, Demetrię, Agusię, Sarę, Triview, Lunatyczkę, Charlotte Andell, Rosemarie, Matyldę, Anię
Czytaj dalej »

sobota, 22 sierpnia 2015

Nigdy nie gasną, czyli dzieci z zabójczymi zdolnościami kontra cały świat

21

Z reguły staram się nie przekreślać całej trylogii po przeczytaniu pierwszego tomu, licząc na to, że po niezbyt błyskotliwym debiucie dostanę naprawdę ciekawą kontynuację. Ta moja niepisana zasada okazała się być w tym wypadku bardzo pomocna, bo chociaż Mroczne umysły nie wywarły na mnie specjalnie dobrego wrażenia, to druga część, Nigdy nie gasną, zmieniła moje postrzeganie całego cyklu.

Ruby przystąpiła do Ligi Dzieci, gdzie razem z jej członkami wypełnia niebezpieczne zadania, które jednak niewiele mają wspólnego z misją ratowania dzieci. Jest świadoma, że organizacja zboczyła z obranych na samym początku torów i to miejsce nie jest bezpieczne ani dla niej, ani dla innych młodych osób ze zdolnościami. Ruby postawiła sobie za cel uwolnienie wszystkich z obozów rehabilitacyjnych, w których panują nieludzkie warunki, więc gdy dostaje szansę, by przypomnieć Lidze o jej pierwotnych zamierzeniach i zmienić sytuację, bez wahania postanawia ją wykorzystać. Ruby jest gotowa na wszystko, zwłaszcza, że dzięki temu będzie mogła zapewnić bezpieczeństwo tym, których kocha.

Nigdy nie gasną bardzo różni się od pierwszej części. Minęło pół roku od przedstawionych w niej wydarzeniach, a Ruby znajduje się w zupełnie nowym środowisku, otaczają ją nowi bohaterowie, z którymi wcześniej nie mieliśmy styczności, a jej życie polega teraz na czymś zupełnie innym. Nie jest już dłużej uciekinierką, teraz zaczęła działać, chociaż wyznawane przez nią wartości nie uległy zmianie, dzięki czemu nie miałam wrażenia, że mam do czynienia z zupełnie nową historią. 

Druga część Mrocznych umysłów zaskoczyła mnie pozytywnie właściwie w każdym aspekcie - podczas gdy w pierwszej wyraźnie odczuwałam lanie wody, jakby autorka nie była pewna, czym chce zapełnić kolejne strony, w Nigdy nie gasną przez cały czas coś się działo. Jedno szokujące odkrycie goniło drugie i jeśli nie czytało się uważnie, można było z łatwością zgubić się w natłoku akcji, ale wbrew pozorom nie było to męczące. Książka szybko mnie porwała, co nie znaczy, że nie dostrzegłam w niej kilku zgrzytów - chaos i brak spójności staną się prawdopodobnie znakiem rozpoznawczym Bracken, jednak nie było to bardzo odczuwalne, ponieważ autorka dostarczyła mi naprawdę wielu różnych emocji. Nie tylko bazowałam na ciągłej adrenalinie spowodowanej pędzącą do przodu akcją, zdarzały się także momenty, które łamały mi serce, zwłaszcza jeśli chodzi o relację Ruby i Liama, która znalazła się w bardzo trudnym punkcie po zakończeniu pierwszej części. Byłam bardzo ciekawa, jak rozwinie ten wątek, a wypadł on zaskakująco dobrze, chociaż miałam mnóstwo obaw.

Bohaterowie również są na plus. Ruby przeszła przemianę i nagle z ciągle użalającej się nad sobą, słabej dziewczynki powstała w miarę wartościowa postać, która przestała tak bardzo irytować swoimi rozwlekłymi przemyśleniami na temat swojej mrocznej strony. Oczywiście nie udało się tego całkowicie uniknąć, ale mimo wszystko Ruby stała się twardsza i bardziej zdecydowana, przede wszystkim nauczyła się walczyć o swoje, nie wzdrygając się za każdym razem, kiedy musiała użyć swoich umiejętności. Dzięki temu cała książką nabrała na wartości, a główna bohaterka stała się ciekawsza, chociaż przegrywa w przedbiegach z drugoplanowymi postaciami. Moimi faworytami są oczywiście Vida i Pulpet, którzy stworzyli razem wspaniały duet, a każdą ich potyczkę śledziłam z uśmiechem. Autorka naprawdę dużo miejsca poświęciła pozostałym bohaterom Nigdy nie gasną i rozwinęła ich historie często w zaskakujący sposób, sprawiając, że nabierali oni życia. 

Nie mogę powiedzieć, że zakończenie mną wstrząsnęło, ale zdecydowanie spowodowało nieprzyjemne ukłucie w moim zlodowaciałym sercu. Przez cały czas miałam nadzieję, że to wszystko ułoży się inaczej i skończy dobrze, jednak autorzy, a zwłaszcza Alexandra Bracken, mają to do siebie, że pozostają w tej materii nieprzewidywalni.

Z Nigdy nie gasną spędziłam kilka bardzo miłych godzin. Wciągnęłam się szybko w historię, która okazała się być niespodziewanie dobrą kontynuacją i cieszę się, że dałam Mrocznym umysłom drugą szansę.

7/10
Czytaj dalej »

wtorek, 18 sierpnia 2015

Cienie Ziemi, czyli jak nie kolonizować obcej planety

18

W otchłani zalicza się do moich ulubionych trylogii, w dodatku to od niej rozpoczęła się moja miłość do wszystkiego, co ma związek z wszechświatem, podróżami i statkami kosmicznymi. Wykreowana przez Beth Revis historia całkowicie mnie urzekła, niosąc ze sobą tak wyczekiwany powiew świeżości. Pierwsza część była naprawdę dobra, kontynuacja okazała się być jeszcze lepsza, więc poprzednie dwie części zawiesiły wysoko poprzeczkę ostatniemu tomowi - Cieniom Ziemi. Ta książka budziła we mnie tak wiele emocji, że przez cały czas odkładałam jej przeczytanie w czasie, aż dotarłam do momentu, w którym nie mogłam się jej oprzeć. Czy warto było tak długo czekać?

Część mieszkańców Błogosławionego pozostała na statku, podczas gdy reszta z Amy i Starszym na czele lądują na Centauri-Ziemi. Wymarzona planeta okazuje się jednak odbiegać od początkowych wyobrażeń, a pasażerowie statku muszą sprostać niebezpieczeństwom i nowym wyzwaniom, które przed nimi stawia. Uczestnicy misji są otoczeni przez paraliżującą roślinność i krwiożercze bestie, w dodatku spotykają się z technologią, z którą do tej pory nie mieli styczności. Kolejne osoby są okrutnie mordowane, a kolonizatorzy żyją w ciągłym strachu o swoją przyszłość. 

Ta książka porywa od pierwszej strony. Przez cały czas towarzyszyło mi napięcie, bo nawet gdy akcja na chwilę zwalniała, pozwalając na wzięcie głębszego oddechu, moje serce po prostu waliło jak oszalałe w piersi, ponieważ wiedziałam, że zaraz zostanę poważnie zaskoczona. Beth Revis przez cały czas trzymała mnie w niepewności, poddając mnie dreszczom emocji, nad którymi trudno zapanować. Obok tej historii po prostu nie da się przejść obojętnie, byłam w niej całą sobą; razem z bohaterami bałam się i cierpiałam, bo właśnie te uczucia głównie towarzyszyły im podczas poznawania Centauri-Ziemi. Ostatni tom serii wbił mnie w fotel i wessał w swój świat, sprawiając, że nie potrafiłam się od niego uwolnić i pozostawił mnie z pustką, której przez długi czas nie uda mi się zapełnić żadną inną książką.

Stworzenie nowej planety właściwie od zera i opisanie jej jest niezwykle trudną, wymagającą sztuką, ale Beth Revis dokonała tego - wizja Centauri-Ziemi jest zachwycająca. Odpowiednio zbalansowała podobieństwa i różnice w odniesieniu do naszej planety, co sprawiło, że bez trudu wyobraziłam sobie zupełnie nowy świat i okazał się on być piękny, chociaż pozostawał zabójczy. Wydaje mi się, że Cienie Ziemi to najbardziej brutalna część cyklu, ginie w niej dużo osób i to często w sposób bardzo okrutny; autorka musiała pokazać, jak trudne jest kolonizowanie obcej planety. Nie zabrakło również wielu tajemnic i zagadek, do których przyzwyczaiła nas pisarka już w poprzednich tomach.

Beth Revis ponownie zachwyca świetnym pomysłem na fabułę, dopracowała każdy szczegół i przemyślała każde słowo. Ogrom pracy, który włożyła w finał, jest wręcz namacalny i to jeden z wielu powodów, dla których tak bardzo ją cenię. Nieprzewidywalność, szybka akcja, ciekawi bohaterowie, złożoność tajemnic przedstawionych w całej trylogii, a do tego doskonała historia sprawiają, że czytelnik nie zazna znużenia, a będzie wręcz drżał od nadmiaru napięcia, zwłaszcza, że to w tym tomie wszystkie zagadki zostają wyjaśnione.

Nie jestem zwolenniczką prowadzenia narracji z punktu widzenia kilku postaci, ale w wypadku całej trylogii sprawdziło się to doskonale. Amy i Starszy pochodzą z dwóch zupełnie różnych światów, zwracają uwagę na inne rzeczy i wyznają inne wartości, dzięki czemu możemy spojrzeć na historię z dwóch różnych perspektyw i nie czujemy się ograniczeni. Miłość między tą dwójką wciąż wzrasta i rozwija się mimo tak wielu przeciwieństw, a chociaż ten wątek jest subtelny, to sprawia, że Cienie Ziemi nabierają głębi. Pozostali bohaterowie zostali usunięci w cień w obliczu specyficznego rozwoju fabuły, ale ten fakt w ogóle nie uwiera podczas czytania.

Cienie Ziemi to  d o s k o n a ł e  zakończenie trylogii. Niewiele cykli doczekało się tak błyskotliwych, wręcz genialnych finałów. Według mnie jest to najlepsza część, a Beth Revis przeszła samą siebie. Zakończenie sprawiło, że miałam łzy w oczach i przez kilka dobrych godzin snułam się po domu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, bo zostałam wypompowana ze wszystkich emocji. To się nazywa wielki finał, którego na pewno przez długi czas nie zapomnę.

9/10
tylko dlatego, że nigdy nie dają dziesiątek
Czytaj dalej »

piątek, 14 sierpnia 2015

Starter, czyli przerażająca wizja przyszłości nastolatka

17

Początkowo w ogóle nie miałam zamiaru sięgnąć po Starter Lissy Price. Sam pomysł na wypożyczanie swojego ciała starym ludziom na dłuższy okres czasu za pieniądze wydawał mi się być odpychający, w dodatku wszystkie scenariusze, które rodziły mi się w głowie po przeczytaniu enigmatycznego opisu z tyłu okładki, wydawały mi się być mało interesujące. Uległam jednak czarowi licznych recenzji, błyszczącej okładki (która dziewczyna mogłaby się temu oprzeć?) i wyprzedaży, na której zdobyłam książkę za połowę ceny i liczyłam, że mimo mojego braku przekonania Starter okaże się być strzałem w dziesiątkę.

Callie Woodland to nastolatka żyjąca w świecie po wojnie bakteriologicznej, w którym nie ma ludzi między szesnastym a sześćdziesiątym rokiem życia. Młodzi, Starterzy, żyją na ulicy lub trafiają do zakładów dla nieletnich, są pozbawieni niemal wszystkich praw i z trudem walczą o przeżycie w ciężkich warunkach. Starzy, Enderzy, osiągają wiek dwustu lat i mogą sobie kupić wszystko, w tym również drugą młodość w ciele nastolatka dzięki firmie Prime Destinations i jej rewolucyjnemu chipowi. Rodzice Callie umarli, a ona samotnie opiekuje się siedmioletnim braciszkiem, który poważnie choruje. Jest zdeterminowana, aby zapewnić mu lepszą przyszłość oraz wspaniałą opiekę medyczną, dlatego zgłasza się do firmy i zostaje dawcą ciała. Jednak neurochip umieszczony w jej głowie ma awarię i Callie zaczyna odkrywać, że plany Prime Destinations są dużo gorsze, niż początkowo mogła przypuszczać.

Przedstawiona w książce wizja przyszłości jest naprawdę przerażająca. Od początku idea wynajmowania młodego ciała przez Enderów budziła mój sprzeciw, ale podczas czytania on jedynie rósł. Przedstawiony w Starterze świat jest niepokojący, chociaż jednocześnie wciągający, łatwo było się w nim zanurzyć i śledzić losy naszej bohaterki. Niektóre kwestie nie zostały jednak odpowiednio wyjaśnione i przemyślane - podanie szczepionki seniorom z punktu widzenia ich późniejszej przydatności było nielogiczne. W końcu całe społeczeństwo opiera się na ludziach młodych i silnych, zdolnych do pracy, a więc właśnie na tych przynależących do przedziału wiekowego od dwudziestu do sześćdziesięciu lat. Pozbawienie ich szczepionki było bezsensownym posunięciem. Brakuje mi również dokładniejszego przedstawienia tego świata, chętnie poczytałabym o Starterach i życiu na ulicy. Zostało to potraktowane pobieżnie.

Mam wrażenie, że również bohaterowie zostali potraktowani powierzchownie - trudno wyodrębnić w nich poszczególne cechy charakteru. Callie jest odważna, niezależna, zdolna do poświęceń i zawzięcie dąży do wyznaczonego sobie celu, ale brakuje jej tego czegoś, na tle wszystkich wydarzeń wypada blado. Blake również mnie nie zachwycił, chociaż autorka widocznie starała się z niego stworzyć obiekt pożądania. Pozostaje on po prostu mdły, a wątek miłosny między tą dwójką wypada kiepsko i niewiarygodnie. Chociaż Callie wie, że musi wykazać się jak największą ostrożnością, by nikt nie domyślił się, że z wynajmem jej ciała nie wszystko jest w porządku, to jednak niemal od razu rzuca się w ramiona bogatego Blake'a, o którym nic nie wie. Na szczęście romans nie jest głównym trzonem powieści, a dzięki zwrotowi akcji na samym końcu musiałam nieco zmienić swoje zdanie na temat banalności tego wątku, jednak nadal pozostaje on dla mnie widocznie słabym punktem. Zupełnie inne odczucia mam w przypadku Michaela, przyjaciela Callie, który opiekuje się jej bratem pod jej nieobecność i żałuję, że został on przedstawiony w raptem trzech scenach, przez co nie mogłam go bliżej poznać, ale zdecydowanie mu kibicuję. Tak naprawdę najbardziej polubiłam Tylera, młodszego braciszka Callie, który okazał się być kochanym brzdącem i sceny z nim należały zdecydowanie do najjaśniejszych punktów książki.

Pierwsza połowa Startera jest dość przewidywalna, ale w dalszej części akcja przyśpiesza i pojawia się wiele ciekawych zwrotów akcji, które niejednokrotnie mnie zaskoczyły. Wydawało mi się, że wszystko wiem i to już koniec, ale wtedy działo się coś nieoczekiwanego. Książkę czytało mi się naprawdę szybko, chociaż jakoś specjalnie mnie nie porwała. Lissa Price usnuła zaskakującą opowieść o świecie, w którym ludzkość zmierza w złym kierunku i chociaż ostatecznie przekonałam się do tego pomysłu, który jest powiewem świeżości wśród książek dystopicznych, nie mogę powiedzieć, że jego potencjał został w pełni wykorzystany.

5/10
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia