sobota, 19 stycznia 2019

Cuda za rogiem, czyli historia o potrzebie rozmowy i empatii

Cuda za rogiem były całkiem spontanicznym zakupem. Wiele osób zachwycało się lekturą tej książki na bookstagramie, ale wtedy nie byłam jeszcze do końca przekonana, potem zobaczyłam okładkę na żywo i absolutnie się w niej zakochałam, jednak dopiero korzystna cena zachęciła mnie do zakupu. Nie mówiłam wam tego jeszcze, ale bardzo rzadko sięgam po stricte świąteczne książki, ale Cuda za rogiem ma taką ciepłą, rodzinną, życzliwą atmosferę, że idealnie wpasowuje się w klimat świąt i właśnie wtedy postanowiłam sięgnąć po tę historię.  

Witaj w sklepie wielobranżowym, dzięki któremu rozwiążesz wszystkie swoje problemy!
Yūji Namiya przez wiele lat prowadził mały sklep osiedlowy. Ludzie przychodzili do niego nie tylko po to, żeby zrobić zakupy, ale też po radę w trudnych sytuacjach życiowych. Odbywało się to w dość nietypowy sposób. Listy z pytaniami wrzucali do sklepu przez otwór w rolecie, a odpowiedzi odbierali z pojemnika na mleko. Po śmierci właściciela budynek opustoszał, a o panu Namiya zapomniano. 
Kilkadziesiąt lat później troje złodziei – Shōta, Atsuya i Kōhei – trafia do dawnego sklepu, szukając kryjówki. Kiedy zmęczeni i głodni przeszukują stare półki sklepowe, wydarza się coś niespodziewanego: ktoś wrzuca do sklepu list. Okazuje się, że młoda kobieta prosi w nim o poradę. Kiedy zaskoczeni rabusie próbują zrozumieć sytuację, odkrywają, że list przyszedł do nich z przeszłości…
Opis z LubimyCzytać

Spodziewałam się, że Cuda za rogiem skupią się na opowiadaniu historii trójki złodziei, tymczasem można tę książkę określić jako zbiór krótkich opowiadań o ludziach, których łączy wysłanie listu do sklepu pana Namiyi. Za pomocą każdej z tych osób Keigo Higashino próbuje przekazać nam inną życiową lekcję, a przy tym nie próbuje piętnować żadnego z zachowań, które mogłyby się spotkać z oburzeniem i niezrozumieniem ze strony społeczeństwa. Podobało mi się to, że autor z niebywałą lekkością pokazuje to, co jest najważniejsze, ale w obecnych czasach wcale nie takie oczywiste – po prostu bycie dla siebie nawzajem. Pokazywanie osobie, która przechodzi trudny okres, że jest ktoś, kto bezwarunkowo ją wspiera, lecz to, co jest w tym kluczowe, to obiektywizm, nie ocenianie wyborów, jakie są podejmowane, bo każdy z nas jest inny, ma inne wartości, inne cele w życiu i to, co dla kogoś może być głupotą, dla kogoś innego jest sensem istnienia, dlatego Keigo Higashino wskazuje po prostu na potrzebę rozmowy i bliskości, którą każdy z nas w sobie ma, ale niekoniecznie potrafi ją pokazać. Cuda za rogiem to bezinteresowność w najczystszej postaci pod tym względem jest to cudowna historia. 

Podczas czytania nie mogłam się jednak pozbyć wrażenia, że to, co czytam, jest zbyt proste. Oczywiście poszczególne opowieści naszych bohaterów były niezwykle zajmujące, ale cały czas łapałam się na tym, że styl, w jakim zostały opisane, jest po prostu zbyt banalny. Być może siła tej książki miała tkwić właśnie w prostolinijności, bezpretensjonalności, lecz już sam język był tak zwyczajny i przeciętny, że momentami miałam wrażenie, jakbym przeczytała wypracowanie napisane przez ucznia podstawówki (choć pewnie niektóre dzieci w tym wieku i tak lepiej posługują się bardziej kwiecistym słownictwem). Tutaj pojawia się z kolei pytanie, czy jest to wina tłumaczenia, bo jednak polski i japoński znacząco różnią się od siebie i jakieś niuanse mogły uciec w trakcie przekładu powieści, czy może przyczyna leży już w samym oryginale i bardzo oszczędnym stylu pisania Keigo Higashino. Zdania są bardzo krótkie, proste, co nadaje akcji szybkiego tempa, ale jednocześnie utrudnia rozsmakowanie się w treści, zżycie z całą historią, taka forma wcale nie zachęcała do głębszych przemyśleń, ponieważ wszystkie wątki było mocno skumulowane i szybko dobiegały końca.

To prawda, że Cuda za rogiem to przyjemna, lekka lektura z mądrym przesłaniem, ale osobiście nie jestem nią usatysfakcjonowana. Bardzo szybko się ją czyta, lecz na pewno nie zostaje w pamięci na dłużej. Można ją przeczytać ku pokrzepieniu serc, jednak nie ma tutaj żadnych fajerwerków, morał jest oczywisty, przemiana bohaterów natychmiastowa i mało wiarygodna. Nie ma tutaj niczego odkrywczego czy wyróżniającego się, ale ma przekaz, który warto wcielić w życie.

0 Czytaj dalej »

środa, 16 stycznia 2019

Postanowienia czytelnicze na 2019 rok

0
Jak już wiecie, w zeszłym roku przeczytałam niewiele, bo zaledwie 28 książek. Jak na osobę, która średnio co roku czytała ok. 70 książek, jest to zatrważająco słaby wynik, przynajmniej ja tak czuję. A to oznacza, że mam w sobie mnóstwo motywacji i chęci, by w 2019 roku przeczytać jak najwięcej, więc dlaczego by nie wykorzystać mojego zapału i przekuć go w coś dobrego? Dlatego chcę postawić przed sobą pewne czytelnicze cele i dążyć do nich w tym roku. Jest ich co prawda całkiem sporo i istnieje duża szansa, że nie uda mi się ich wszystkich spełnić, ale chcę chociaż spróbować i przekonać się, jak mi pójdzie. W 2018 roku postawiłam na wyczytywanie swoich zapasów z domowej biblioteczki i poszło mi naprawdę dobrze, dlatego jestem pełna optymizmu co do moich postanowień na 2019 rok.


Przeczytać 100 książek
To cel, którego nigdy nie udało mi się osiągnąć. Najbliżej byłam, gdy przeczytałam 97 książek w rok i gdzieś z tyłu głowy wciąż mam to niezmienne pragnienie, by odznaczyć setną powieść przeczytaną w danym roku. Zawsze byłam osobą, która czyta stosunkowo dużo, a teraz, gdy powoli odnajduję równowagę między obowiązkami i różnymi przyjemnościami, naprawdę chciałabym w końcu osiągnąć ten cel, który ciągnie się za mną już od lat. 

Kończyć więcej serii
Jak sami mogliście się przekonać w moim podsumowaniu zeszłego roku (Rok 2018 w książkach), jestem beznadziejnym przypadkiem, jeśli chodzi o kończenie serii. Ten sam wniosek mogliście wyciągnąć z mojej Półki wstydu na 2019 rok. Moim zadaniem na ten rok jest ukończenie co najmniej 10 rozpoczętych serii, do których wliczamy zarówno te, które już zaczęłam, jak i te, które dopiero zacznę czytać w tym roku. To oznacza, że muszę przeczytać co najmniej 10 finałowych tomów i nie ma, że boli i nie chcę się rozstawać z lubianymi historiami. Niekończenie serii to naprawdę moja pięta achillesowa, jednak wydaje mi się, że kiedy postawiłam przed sobą jasny cel 10 zakończeń, będzie mi łatwiej go osiągnąć.

Więcej różnorodności
Nie jestem z tego dumna, ale jestem dość hermetycznym czytelnikiem. Moja strefa komfortu opiera się na powieściach skierowanych do młodzieży, czyli główne na young adult i New Adult. Pod koniec zeszłego roku zaczęłam to zmieniać, tutaj jakiś kryminał, tutaj jakaś powieść obyczajowa, ale zdecydowanie nie chcę na tym poprzestać. Czas najwyższy wyjść ze swojej strefy komfortu i sięgnąć po tytuły, po które normalnie z wygody bym nie sięgnęła, czyli choćby reportaże albo po twórców z egzotycznych krajów, w końcu nie tylko Stany Zjednoczone i Wielka Brytania mają monopol na wydawanie książek. Zawsze ważny był dla mnie osobisty rozwój, a rozwijać mogę się tylko wtedy, gdy ciągle będę próbowała nowych rzeczy. Nie mam zamiaru rezygnować z moich ulubionych gatunków, ale chcę stopniowo zacząć wprowadzać zupełnie nową tematykę do swoich lektur i wierzę, że jestem na to jak najbardziej gotowa.

Sięgamy po klasyki!
A skoro jesteśmy już przy różnorodności to wypadałoby też wspomnieć o powieściach wliczanych do kanonu literatury. Lista BBC od dawna nie doczekała się z mojej strony kolejnych skreśleń i najwyższy czas to zmienić. Może w przyszłości do tej kategorii dodamy też laureatów różnych nagród, ale na razie chcę wykreślić co najmniej pięć tytułów z przygotowanej przez BBC listy. Myślę, że ten cel jest jak najbardziej osiągalny i możliwy do zrealizowania, a jeśli uda mi się przeczytać ich więcej, będę naprawdę zadowolona.

Więcej polskich autorów
W zeszłym roku zaczęłam częściej sięgać po twórczość polskich autorów i okazuje się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Przeczytałam 5 książek polskich autorów na ogólnie 28, więc prawie 20% przeczytanych przeze mnie powieści wyszło spod pióra naszych rodzimych twórców, a zdarzało się, że w poprzednich latach na kilkadziesiąt książek żadna nie była polskiego autora, dlatego uważam, że jest to duży postęp. W 2019 roku podniesiemy poprzeczkę wyżej i powiedzmy, że przeczytam osiem książek naszych pisarzy! Dajmy im szansę.

Pisać regularnie bloga
Rok 2018 był mocno nierówny pod tym względem. W pierwszych dwóch miesiącach pojawiły się łącznie cztery posty, potem długo, długo nic i we wrześniu wróciłam do regularnej publikacji, tygodniowo pojawiają się dwie publikacje – w środę i sobotę o 16:30. Jestem zadowolona z tego systemu i przez ostatnie cztery miesiące, mimo powrotu na drugi rok medycyny, udawało mi się utrzymać systematyczność w pisaniu recenzji. Podobno kolejny semestr jest trudniejszy, więc zobaczymy, ale przypomniałam sobie, jak bardzo kocham blogowanie i nie chciałabym znowu z niego zrezygnować ani pozwolić na to, żeby na blogu zapadła taka cisza. Jeden post w tygodniu to absolutne minimum. Regularność dotyczy także publikowania zdjęć na moim bookstagramie (@booksbygeekgirl). Za każdym razem coraz bardziej się rozwijam i nie mogę się doczekać tego, co przyniesie rok 2019.


Jestem ciekawa, jak mają się wasze postanowienia na ten rok. Zrezygnowaliście z nich kompletnie czy postawiliście przed sobą jakieś cele do osiągnięcia? Znalazło się wśród nich miejsce dla czytelniczych postanowień czy dotyczą one innych sfer życia? Koniecznie dajcie znać!
Czytaj dalej »

sobota, 12 stycznia 2019

Szeptucha, czyli rozczarowanie słowiańskimi wierzeniami

0
Szeptucha nie jest moim pierwszym spotkaniem z twórczością Katarzyny Bereniki Miszczuk. Czytałam już trylogię Ja, diablica bardzo dawno temu i świetnie się przy niej bawiłam, potem sięgnęłam po Drugą szansę, która odrobinę mnie zawiodła wykonaniem, ale wciąż uważam, że pomysł był genialny, a finał niesamowicie mnie zaskoczył. Przez to i przez pozytywne recenzje Szeptuchy wydawało mi się, że wiem, w co się pakuje. Tymczasem, jak się okazuje, kompletnie nie byłam przygotowana na to, co dostałam. 

A wszystko przez to, że Mieszko I zdecydował się nie przyjąć chrztu…
Gosława Brzózka, zwana Gosią, po ukończeniu medyny wybiera się do świętokrzyskiej wsi Bieliny na obowiązkową praktykę u szeptuchy, wiejskiej znachorki. Problem polega na tym, że Gosia – kobieta nowoczesna, przyzwyczajona do życia w wielkim mieście – nie cierpi wsi, przyrody i panicznie boi się kleszczy. W dodatku nie wierzy w te wszystkie słowiańskie zabobony. Bogowie nie istnieją, koniec, kropka!
Pobyt w Bielinach wywróci jednak do góry nogami jej dotychczasowe życie. Na Gosię czeka bowiem miłość. Czy jednak Mieszko, najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego do tej pory widziała, naprawdę jest tym, za kogo go uważa? I co się stanie, gdy słowiańscy bogowie postanowią sprawić, by w nich uwierzyła?
Opis z LubimyCzytać

Szczerze mówiąc, jestem rozczarowana Szeptuchą. Sam pomysł na wykorzystanie motywu słowiańskich bóstw, osadzenie kraju w alternatywnej rzeczywistości, w której Polska nie przyjęła chrztu, przez co wszelkiego rodzaju mityczne stworzenia ze słowiańskiej mitologii biegają sobie wśród niczego nieświadomych ludzi, jest według mnie genialny i oryginalny. Byłam bardzo podekscytowana tym pomysłem, dlatego kiedy zaczęłam czytać, spodziewałam się, że zostaniemy wrzuceni w iście magiczny świat, tymczasem, choć pojawiają się nawiązania do legend, jest ich raczej niewiele, a przynajmniej dla mnie nie było ich wystarczająco dużo, zwłaszcza że po Szeptuchę zdecydowałam się sięgnąć głównie ze względu na ciekawe podejście do naszej historii. Kiedy jednak spojrzymy na tę historię jako na całość, łatwo się zorientować, dlaczego pojawia się nie tylko mało nawiązań, ale także ogólnie akcja swoją prędkością nie powala – wszystko stanowi bowiem jedynie tło dla wątku romantycznego rozwijającego się pomiędzy Gosią a Mieszkiem. Tylko skąd ta miłość się między nimi wzięła... Tego nie rozumiem do tej pory, nie ukrywajmy jednak, że Szeptucha to nie jest lektura najwyższych lotów. Nie spodziewałam się czegoś nie wiadomo jak ambitnego, jednak liczyłam na po prostu dobrą książkę z elementami fantasy, błyskotliwym humorem i wartką akcją, tymczasem cała powieść jest płytka, nijaka, nudna. Wątki są tutaj niezwykle przewidywalnie poprowadzone, a nasza bohaterka, zamiast zmierzyć się z faktem, że została niejako wybrana przez bogów, ciągle robi maślane oczy do Mieszka i myśli jedynie o jego twardych mięśniach.

Przechodząc do bohaterów... Chciałabym powiedzieć o nich coś dobrego, ale to naprawdę ciężkie zadanie. Gosia jest hipochondryczką i paranoiczką, ma fobię na punkcie kleszczy i zarazków, przy każdym, nawet najdrobniejszym zadrapaniu w palec recytuje listę chorób, a do tego cechuje ją brak zdrowego rozsądku i umiejętności logicznego myślenia. Ciągle jest nawiedzana przez bogów i ich wysłanników (którzy, swoją drogą, są płytcy jak kałuża i byli niemal wyraźnie wzorowani na bogach z Percy'ego Jacksona, choć nie ukrywajmy, że Rick Riordan zrobił to tysiąc razy lepiej), ale i tak wciąż w nich nie wierzy, do tego praktycznie niczego nie potrafi zrobić samodzielnie i uparcie ignoruje wszystko, co się dookoła niej dzieje. Gosława zachowuje się jak rozkapryszone dziecko, nic jej nie odpowiada, ciągle narzeka i praktycznie wszystkiego się boi, a do tego potrzebny jest jej mężczyzna od zaraz, bo kto to widział, żyć samodzielnie i niezależnie?! Skandal! Mieszko z kolei to kolejny silny, odważny mężczyzna... I to tyle. A, jeszcze jest przystojny. Bardzo przystojny. Seksowny. Męski. Gosia właściwie tyle potrafiła zauważyć na jego temat przez całą książkę. Ten wątek romantyczny jest równie głęboki jak brodzik. Jestem z tego powodu zażenowana, bo desperacja naszej głównej bohaterki jest doskonale wyczuwalna i tylko z politowaniem czytałam po raz kolejny o tym, jak to dostaje ślinotoku na widok umięśnionego Mieszko. Poza tym bliżej zapoznajemy się jedynie z wiejską szeptuchą, u której Gosława terminuje, o reszcie właściwie nie ma co wspominać.

Nie rozumiem, dlaczego Szeptucha zbiera tak pozytywne recenzje. Dla mnie ta powieść jest pełna niedociągnięć, słabo zarysowanych bohaterów i nie przedstawia sobą niczego wartościowego. Świat stworzony przez Miszczuk miał tak wiele do zaoferowania, tymczasem został spłycony i pozbawiony interesujących niuansów, różne święta jak Jare Święto czy Zielone Świątki zostały przedstawione jako okazja do picia na umór, odurzania się narkotykami i urządzania dzikich orgii. Książka jest przepełniona humorem, ale niestety kompletnie nie trafia on w mój gust, miało być zabawnie, a ja czułam głównie zażenowanie. O bohaterach wolę się więcej nie wypowiadać, bo brakuje mi już dyplomatycznych sformułowań. Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej uświadamiam sobie to, że praktycznie nic ciekawego nie wydarzyło się w tej książce, czytałam ją z nadzieją na jakieś bum, tymczasem nic takiego nie nastąpiło, a powieść urywa się jakby w połowie. Chociaż nie lubię zaczynać i nie kończyć serii, z czystym sumieniem odpuszczam sobie kontynuację cyklu Kwiatu paproci, bo nie zdzierżę więcej Gosławy. Miało być intrygująco, pomysłowo i zabawnie... A wyszło jak wyszło.


Seria Kwiat paproci:
Szeptucha // Noc Kupały // Żerca // Przesilenie
Czytaj dalej »

środa, 9 stycznia 2019

Stosik #17

0
Przez większość 2018 roku nie kupowałam książek. Nie miałam za bardzo ochoty czytać, więc nie widziałam sensu w powiększaniu mojego stosu hańby, a kiedy już sięgałam po jakiś tytuł, decydowałam się na powieści od dawna zalegające na moich półkach i tym sposobem znacząco zmniejszyłam liczbę nieprzeczytanych książek w mojej biblioteczce, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jednak pod koniec roku, głównie w listopadzie, gdy wróciła mi ochota na czytanie i trafiłam na kilka naprawdę dobrych promocji, postanowiłam się obkupić w nowe pozycje, a dzisiaj nie prezentuję wam nawet połowy tego stosiku, bo dużo książek zostało we Wrocławiu. Będzie co czytać przed sesją, bo kto by się tam uczył ;)

  • OKRUTNY KSIĄŻĘ, Holly Black – tym razem dałam się porwać fali hype'u, wszyscy rozpisywali się na temat Okrutnego księcia w samych superlatywach, a że w ostatnim czasie brakowało mi dobrej książki ya fantasy, postawiłam na tę powieść. I może tragedii nie ma, ale porywające arcydzieło to też nie jest. Całkiem poprawna historia, jednak brakowało mi w niej akcji, w dodatku zupełnie nie potrafiłam zrozumieć motywacji postaci, zwłaszcza naszej głównej bohaterki, a kiedy nie rozumiesz, co kieruje bohaterami, zaczynasz kwestionować cały sens fabuły, a przynajmniej tak było w moim wypadku. Chętnie jednak sięgnę po kolejny tom, bo końcówka była obiecująca. Recenzja wkrótce!
  • KONTAKT ALARMOWY, Mary H.K. Choi – wygrana w konkursie na bookstagramie; 
  • IT ENDS WITH US, Colleen Hoover – zdobycz z Targów Książki w Krakowie; to już chyba tradycja, że na targach kupuję książkę tej autorki. Trochę żałuję, że nie zdecydowałam się również na Wszystkie nasze obietnice, ale na pewno to nadrobię w niedalekiej przyszłości! Jak wielokrotnie powtarzałam, łączy mnie z Colleen Hoover love-hate relationship, stąd często po jej książki sięgam z niejakimi obawami, ale It ends with us chciałam przeczytać bardzo. Tak bardzo, że nawet sobie nie wyobrażacie. Moje pozytywne przeczucia się sprawdziły, od dawna nie miałam okazji przeczytać równie wzruszającej historii. It ends with us to niesamowicie ważna książka, o czym pisałam choćby w TOP 5: Najlepsze książki 2018 roku. Recenzja wkrótce!
  • POWIEDZ, ŻE ZOSTANIESZ, Corinne Michaels – egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Papierowy Księżyc; 
  • LUONTO, Melissa Darwood – Luonto to jedna z najdziwniejszych książek zeszłego roku. Pierwsza połowa była świetna, druga stanowczo obniżyła loty i w zasadzie wciąż nie wiem, co powinnam o niej myśleć. Okładka jest przepiękna, skusiło mnie wiele pozytywnych opinii, a chociaż ostatecznie nie do końca podobał mi się ten tytuł, chętnie sięgnę po inne powieści spod pióra tej autorki.
  • KONKURS, Julie Murphy – Konkurs chciałam przeczytać od dawna, więc cieszę się, że w końcu udało mi się zdobyć tę powieść. Była zaskakująco dobra, co prawda trochę żałuję, że niektóre wątki nie zostały bardziej rozwinięte, ale jest to świetna, nieskomplikowana historia o odnajdywaniu siebie, akceptacji i przyjaźni.
  • OKRUTNA PIEŚŃ, Victoria Schwab – jeden z moich ostatnich zakupów, na tę duologię czaiłam się od dawna, właściwie odkąd została wydana w Ameryce, bo słyszałam o niej mnóstwo dobrego na zagranicznym booktubie. Co prawda Mroczniejszy odcień magii tej autorki nie zainteresował mnie jakoś specjalnie, ale nauczyłam się dawać autorom drugą szansę, a ogólny zarys fabuły Okrutnej pieśni brzmi niesamowicie oryginalnie. 
  • MROCZNY DUET, Victoria Schwab – j.w.
  • NIBYNOC, Jay Kristoff – książka, która uratowała dla mnie czytelniczo 2018 rok. Podeszłam do niej bez żadnych oczekiwań, a dostałam tak wciągającą, genialną historię, że nie mogę się przestać nią zachwycać. Nibynoc ma wszystko to, co uwielbiam w literaturze young adult – silną, bezkompromisową bohaterkę, zabójców, szczyptę niszczycielskiej magii, niejednoznaczność i zaskakujące tajemnice, mnóstwo akcji, wspaniale zbudowany, oryginalny świat; krew leje się strumieniami, a wszystko to jest opisane w tak błyskotliwy, kunsztowny sposób, że nie mogę przestać zachwycać się stylem Jaya Kristoffa. Kiedy tylko skończyłam czytać Nibynoc, od razu chciałam sięgnąć po kontynuację, w ogóle nie chcę opuszczać stworzonej przez autora historii!
  • CUDA ZA ROGIEM, Keigo Higashino – skusiłam się na tę powieść z trzech powodów: po pierwsze, ma prześliczną okładkę, w której się zakochałam, gdy zobaczyłam ją na żywo, po drugie przemówiła do mnie cena (xD), bo kupiłam ją naprawdę za grosze, a po trzecie słyszałam od wielu osób, że to idealna książka na święta dzięki specyficznemu, ciepłemu klimatowi, ale NIE JEST to powieść świąteczna, bo za takimi nie przepadam i rzadko po nie sięgam. Osobiście nie do końca jestem usatysfakcjonowana lekturą, ponieważ całość wydawała mi się zbyt prosta, ale więcej opowiem wam o tym w recenzji.

To tyle na dzisiaj! Nie pamiętam, kiedy ostatnio prezentowałam wam stosik, w którym większość książek została już przeczytana, ale jestem z tego faktu niezmiernie dumna (chociaż to, ile recenzji mam do napisania, odrobinę mnie przeraża, narobiłam sobie mnóstwo zaległości!). Koniecznie podzielcie się ze mną swoimi ostatnimi zdobyczami albo pochwalcie się, które z tych tytułów macie już za sobą. 
Czytaj dalej »

sobota, 5 stycznia 2019

Hashtag, czyli pierwsze nieudane spotkanie z twórczością Mroza

0
W końcu nadeszła ta wiekopomna chwila! Długo opierałam się książkom tego autora, które dosłownie zalewają rynek i chyba niewiele osób jest w stanie za nim nadążyć. Skoro jednak Hashtag można było przeczytać w ramach akcji czytaj.pl, stwierdziłam, że albo teraz uda mi się w końcu przeczytać coś od Mroza, albo dalej będę to przekładać w nieskończoność. Dzisiaj przychodzę do was z recenzją, więc jak pewnie się domyślacie, nareszcie zabrałam się za jednego z najpopularniejszych polskich autorów. Niestety, nie mam zbyt wiele dobrego do powiedzenia. 

Jedna przesyłka zmieniła jej życie
"Twoja paczka już na ciebie czeka!" – brzmiała wiadomość, która wydawała się zwykłą pomyłką. Tesa nie spodziewała się żadnej przesyłki, niczego nie zamawiała w sieci – a nawet gdyby to zrobiła, z pewnością nie wybrałaby dostawy do paczkomatu. Jeśli nie musiała, nie wychodziła z domu.
Postanowiła jednak sprawdzić tajemniczą przesyłkę – i okazało się to największym błędem, jaki kiedykolwiek popełniła. Wpadła bowiem w spiralę zdarzeń, która miała zupełnie odmienić jej życie…
Gdy Tesa na nowo odkrywa swoją przeszłość, przez media społecznościowe przetacza się nowy trend. Kolejni internauci zamieszczają wpisy z hashtagiem #apsyda. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że osoby te od lat uznawane były za zaginione…
Opis z Lubimyczytać

To, co najbardziej podoba mi się w Hashtagu, to jego niepokojący klimat. Bardzo rzadko sięgam po thrillery, dlatego byłam mocno zaskoczona tym, jak bardzo wsiąkłam w całą atmosferę tej historii, niepokojącą i pełną napięcia. Niestety, właściwie na tym możemy zakończyć moje zachwyty. Pomysł dobry, lecz wykonanie pozostawia wiele do życzenia; treść jest rozlazła i nijaka, pełna niepotrzebnych, nudnych informacji, styl był niezwykle toporny i irytujący, bohaterowie również nie zachęcają do kontynuowania lektury, a choć samo zakończenie okazało się dość niespodziewane i wymagające naszej wcześniejszej, absolutnej uwagi, by odnaleźć podsuwane nam przez autora tropy, nie wywarło na mnie dużego wrażenia, nie poczułam szoku związanego z tym, kto jest sprawcą. Nie mogę też powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowana tym zakończeniem; nawet jeśli znamy imię zbrodniarza i jak dokonał przestępstw, jego motywacja nie została jasno pokazana, przez co czuję niedosyt i wciąż zastanawiam się, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodziło. 

Pióro autora było fatalne. Spodziewałam się naprawdę fajnego, lekkiego stylu pisania, tymczasem to była istna męczarnia. Mało dialogów, za to cała ściana tekstu z nudnymi przemyśleniami głównej bohaterki, niewiele akcji, za to mnóstwo niechcianych informacji, które naprawdę nie były potrzebne mi do szczęścia. Wolałabym, żeby autor bardziej skupił się na intrydze, która naprawdę mnie zafascynowała, zamiast męczyć nas finansowymi terminami i związanymi z nimi pracami naukowymi czy zasadami działania kryptowaluty. Dla mnie to były zapychacze mające za zadanie zwiększyć objętość całej powieści, a do fabuły niewiele wniosły. Hashtag czyta się szybko, ale zdecydowanie nieprzyjemnie, momentami po prostu mnie męczył. Niby jakaś fabuła jest, jakieś postaci się przewijają, pojawia się intryga, lecz ekscytujących wrażeń na próżno tu szukać. Szału nie ma, o. 

Tesa nie jest bohaterką, z której perspektywy dobrze się czyta. Rozumiem, że różnorodność w powieściach jest bardzo ważna, ale to była droga przez mękę. Kobieta jest już niemal chorobliwie otyła, co musiało zostać podkreślone dosłownie w co drugim zdaniu; czytaliśmy albo o jej zbyt dużej masie, albo o tym, że ciągle się poci, albo o tym, że choć nienawidzi swojej powierzchowności, wciąż objada się słodyczami i niezdrowymi przekąskami. Zrozumiałam za drugim, trzecim, dziesiątym razem, ale pisanie o tym bezustannie naprawdę potrafiło zirytować. W dodatku Tesa to zahukana osoba z fobią społeczną, dla której wyjście z domu jest największym osiągnięciem życiowym, ma za sobą kilka prób samobójczych i bardzo niskie poczucie własnej wartości, które uwydatnia się bez przerwy przy kolejnych sytuacjach. Nie ma w niej żadnej cechy, która czyniłaby ją interesującą, a czytanie o kolejnych wydarzeniach w pierwszej osobie z perspektywy takiej bohaterki jest nie tylko denerwujące, lecz także zwyczajnie ciężkie, zwłaszcza że oprócz Tesy, w całej powieści pojawia się właściwie jeszcze tylko jedna postać, która odgrywa większą rolę, reszta właściwie nie istnieje, więc jesteśmy zdani na ciągłe towarzystwo Tesy, której naprawdę nie da się polubić. 

Podsumowując, Hashtag to raczej nieudane pierwsze spotkanie z Remigiuszem Mrozem. Na jego szczęście zawsze daję autorom drugą szansę, dlatego planuję sięgnąć po jego inną książkę, żeby sprawdzić, czy Hashtag był wpadką przy pracy, czy raczej twórczość Mroza nie jest dla mnie. Osobiście odradzam, bo może nie była to najgorsza książka, jaką przeczytałam w 2018 roku, ale niewiele jej brakuje. Rozlazła treść, zapychacze, przez które ciężko przebrnąć, niesatysfakcjonujące zakończenie i główna bohaterka, której nie sposób polubić. Wszystko to składa się na obraz powieści, po którą po prostu nie warto sięgać.

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia