środa, 19 września 2018

Jak powietrze, czyli dałam szansę polskiemu New Adult i nie było aż tak źle

Rzadko sięgam po rodzimych autorów. Podejrzewam, że nie jestem w tym osamotniona, tym razem jednak postanowiłam skorzystać z nadarzającej się okazji i przekonać się, jak książka górnolotnie określana jako pierwsze polskie New Adult poradzi sobie w zderzeniu z zagranicznymi tytułami. NA jest to tak specyficzny gatunek, że dość trudno zepsuć historię wpasowującą się w standardy, dlatego do Jak powietrze Agaty Czykierdy-Grabowskiej podchodziłam nawet pozytywnie. Sami sprawdźcie, czy słusznie. 

Zwykła dziewczyna, zwykły chłopak, niezwykła miłość.
Niektórym może się wydawać, że Oliwii niczego nie brakuje – przystojny chłopak, świetne studia, wieczory spędzane w warszawskich klubach. Ale gdy los stawia na jej drodze Dominika, w jego bursztynowych oczach dziewczyna dostrzega coś, czego nie dał jej wcześniej nikt inny.
Dominik mieszka w obskurnej kamienicy na Pradze i musi zajmować się młodszym rodzeństwem. W jego życiu nie ma miejsca na rozrywki ani nawet na marzenia.
Choć pochodzą z dwóch różnych światów, wkrótce okazuje się, że nie mogą bez siebie żyć. On przynosi jej długo oczekiwany spokój, ona jest dla niego jak powietrze.
Ale czy taka miłość ma szanse przetrwać?
Czy Dominik potrafi odciąć się od bolesnej przeszłości?
Czy da się żyć bez powietrza?

Opis z LubimyCzytać


Jak powietrze to książka, która rozpoczęła się zaskakująco dobrze. Nie spodziewałam się, że aż tak wciągnę się w powieść polskiej autorki, w dodatku obawiałam się, że pisarka mogłaby sugerować się zagraniczną, popularną twórczością New Adult, ale okazało się, że stworzyła kompletnie nową fabułę, która nie kojarzyła mi się z żadną poznaną do tej pory książką z tego gatunku. Jest to nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę fakt, że New Adult niejako opiera się na utartych schematach, dlatego Agacie Czykierdzie-Grabowskiej należą się ogromne brawa. Jak powietrze ma naprawdę wyjątkowy klimat, z tej powieści emanował jakiś taki głęboki spokój, fabuła była prostolinijna, subtelna, jednocześnie przyziemna i wyjątkowa. Niestety z czasem coś, co było ogromną zaletą książki, przekształciło się w jej wadę, bo kolejne wątki okazały się być zbyt statyczne, około dwusetnej strony zapragnęłam jakiejś odmiany, która wyrwałaby bohaterów z ich idyllicznej, monotonnej rzeczywistości. Kiedy jednak w końcu pojawiła się jakaś akcja – która notabene nie wprowadziła zmiany do tempa powieści, więc nie spełniła swojego zadania – kompletnie nie pasowała do całej historii, gryzła się z realizmem Jak powietrze, jakby sama autorka wiedziała, że potrzebuje urozmaicenia fabuły, ale nie wiedziała, jak to zrobić, więc sięgnęła po pierwszy lepszy, tym razem już schematyczny pomysł. Podobnie sprawa się ma z niepotrzebnym, wydumanym dramatem na same zakończenie, było to według mnie strasznie naciągane i bezsensowne. 

Jak powietrze skupia się na relacji głównych bohaterów, a także ich własnych demonach z przeszłości. Ironicznie, miłość Dominika oraz Oliwii jest jednocześnie uzdrawiającą, jak i toksyczna, przynajmniej w moim odczuciu. Chociaż dzięki sobie nawzajem przestali być tak samotni, a ich rany zaczynały się zasklepiać, to, że byli właściwie uzależnieni od swojej obecności, nie potrafili wytrzymać nawet kilku godzin z daleka od siebie, nie posiadali własnego życia... Według mnie nie tak powinien wyglądać zdrowy związek i strasznie mnie zirytowało, gdy Dominik strzelił focha, bo przez kilka godzin Oliwia się do niego nie odzywała. Jeżeli zaś chodzi o samych bohaterów, nie znalazłam w nich nic szczególnego. Nie jestem pewna, czy autorka nawet starała się nadać im indywidualny rys, może z wyjątkiem ciężkiej przeszłości, choć w tym wypadku nie domknęła także wszystkich wątków. Największa tajemnica Dominika, która jest niezwykle bolesna, nie wywołała na mnie aż tak szokującego wrażenia, choć powinna i wydaje mi się, że jest to wina przedstawienia tego wątku, który został zlekceważony i wciśnięty na siłę, by zwiększyć końcowy dramat. Gdzieś zostało także wspomniane o jego traumie związanej z wypadkiem, jednak nigdy nie dowiadujemy się, co to za incydent. Oliwia ma ogromny żal do ojca przez to, jak się zachowywał po śmierci jej matki, lecz nigdzie nie zostało uściślone, co tak naprawdę się między nimi wydarzyło. Strasznie żałuję, że pewnych wątków Agata Czykierda-Grabowska nie dopracowała. 

Najjaśniejszym punktem Jak powietrze jest młodsze rodzeństwo Dominika i motyw rodzinny. Po śmierci nieodpowiedzialnej matki chłopak musiał przejąć rolę opiekuna nad pięcioletnimi bliźniakami i stać się głową rodziny. Dla Kacpra oraz Hani Dominik jest gotowy poświęcić wszystko, byle tylko zapewnić im miłość oraz poczucie bezpieczeństwa. Oliwia również z miejsca pokochała dzieciaki, którymi przyszło jej się opiekować po spowodowaniu niefortunnego wypadku Dominika, dlatego rodzinne ciepło niemalże promieniowało z kartek, gdy we czwórkę poddawali się wydawałoby się przyziemnym czynnościom, które jednak sprawiały im mnóstwo frajdy, dzięki czemu czytelnik nie czuł się nawet przez chwilę znudzony tymi codziennymi aktywnościami. Jak powietrze jest silnie nastawione na wątek rodzinny, który dotyczy nie tylko bliźniąt i Dominika, ale także Oliwii i jej skomplikowanej relacji z ojcem. Do tej pory nie miałam okazji przeczytać zbyt wielu książek, które tak mocno skupiałyby się na ognisku domowym, więc muszę przyznać, że jestem zachwycona tym aspektem powieści Agaty Czykierdy-Grabowskiej. 

Jak powietrze zaczęło się naprawdę dobrze, ale z czasem coraz bardziej traciłam zainteresowanie fabułą, cała historia popadła w marazm oraz repetytywność, brakowało mi zmian tempa akcji i ogólnie jakiegoś przełamania schematu powtarzających się wydarzeń. Niestety, bohaterowie nie byli na tyle oryginalni, by ukryć wady rozpisania treści, sam romans również nie był na tyle fascynujący. O ironio, o wiele bardziej czułam chemię między Dominikiem i Oliwią, gdy dopiero byli na etapie poznawania się, kiedy weszli w etap związku kompletnie straciłam nimi zainteresowanie, w moim odczuciu autorce nie udało się oddać głębi ich uczuć, a przydługie monologi wewnętrzne dotyczące partnera zaczęły strasznie mnie męczyć. Mimo to Jak powietrze nie jest złą powieścią, powiedziałabym, że jak na polską próbę New Adult jest całkiem udana, jednak w ostatecznym rozrachunku nie udało jej się mnie kupić.

Czytaj dalej »

sobota, 15 września 2018

Serial: Cloak&Dagger

Cloak&Dagger to serial, który niejako skorzystał z mojego kaca dramowego. Przez lipiec i sierpień nie miałam ochoty na żadną koreańską produkcję, ale coś oglądać musiałam – tym sposobem zabrałam się za historię o skrajnie różniących się nastolatkach, którzy w wyniku wybuchu platformy zyskali niesamowite moce, stając się jedynymi osobami zdolnymi do uratowania miasta przed zagładą. Cloak&Dagger jest o tyle dziwnym wyborem w moim repertuarze (uwaga, zaraz posypią się hejty), ponieważ nie jestem specjalną miłośniczką Marvela czy DC i jestem chyba najmniej zorientowaną osobą w blogoferze, jeśli chodzi o ekranizacje komiksów. Mniej więcej kojarzę, co się dzieje MCU, ale niewiele z tych filmów widziałam na własne oczy, podobnie sprawa ma się z serialami. Co takiego ma więc w sobie Cloak&Dagger, że co tydzień z niecierpliwością oczekiwałam na kolejne odcinki i na pewno zapoznam się z sezonem drugim?

Tandy (Olivia Holt) i Tyrone (Aubrey Joseph) to dwójka nastolatków, która została połączona przez traumatyczne wydarzenia z przeszłości – tego samego dnia zginęły bliskie im osoby. Tandy straciła ukochanego ojca w wypadku samochodowym, natomiast starszy brat Tyrone'a umarł zastrzelony przez spanikowanego policjanta w trakcie próby ucieczki po tym, jak Ty ukradł samochodowe radio. Oboje znaleźli się w wodzie w momencie, w którym na pobliskiej platformie doszło do eksplozji, tym samym zyskując nadprzyrodzone moce, które ujawniły się w momencie ich ponownego spotkania po latach.


Cloak&Dagger to serial utrzymany na zasadzie kontrastu, który miesza w głowie. Mogłoby się wydawać, że pochodząca z dobrego, bogatego domu Tandy, która w dzieciństwie była przesłodką baletnicą o twarzy aniołka, a teraz zyskała moce związane ze światłem i nadziejami, będzie stanowiła przykład grzecznej, poukładanej dziewczynki. Tymczasem dosypuje nadzianym chłoptasiom narkotyków do drinków, okrada ich, mieszka w starym kościele, niemal nie utrzymując kontaktu z matką-alkoholiczką, sama jest za to uzależniona od prochów i nie potrafi z nikim utrzymać zdrowej relacji. Tandy została przedstawiona jako zdeprawowana, toksyczna i egoistyczna osoba, która myśli tylko o sobie i nie zastanawia się nad przyszłością – ona sama doskonale zdaje sobie z tego sprawę, nie robi jednak nic, żeby wyrwać się z takiego życia. Tyrone natomiast z młodego, aroganckiego złodziejaszka wyrósł na grzecznego, niemal idealnego chłopaka, który dusi w sobie złość i robi wszystko zgodnie z oczekiwaniami innych, starając się wynagrodzić rodzicom stratę starszego syna. Jest reprezentantem szkoły w koszykówkę i nie sprawia żadnych problemów wychowawczych, każdego dnia dając z siebie wszystko. Chociaż jego moc związana jest z mrokiem i potrafi zobaczyć największe lęki innych, jego osobowość wyraźnie wskazuje na protagonistę, podczas gdy Tandy możemy uznać niemal za pogubiony czarny charakter. Bardzo podoba mi się to, jak Cloak&Dagger zmusza nas do wyłamania się spoza ram narzuconych przez społeczeństwo, do szerszego spojrzenia na bohaterów, których nie możemy wepchnąć do wygodnych szufladek. Ich charaktery niejako przekładają się również na posiadane moce – z jasnego światła Tandy powstają zabójcze sztylety, natomiast moc Tyrone'a pozwala mu się teleportować.


Co prawda nasi główni bohaterowie posiadają nadprzyrodzone moce i są określani mianem niebiańskiej pary, która pojawia się raz na kilka stuleci, gdy miastu zagraża niebezpieczeństwo, a ich zadaniem jest obrona mieszkańców, lecz nie jest to typowy przykład superbohaterów. Długo zajmuje im poskromienie własnych zdolności, a jeszcze dłużej uświadomienie sobie, że dzięki nim mogą zdziałać coś dobrego – początkowo skupiają się jedynie na dokonaniu zemsty na osobach, które uważają za winne utraty bliskich. Tak naprawdę Cloak&Dagger bardziej przypomina mi teen dramę, mamy tu do czynienia z wieloma wątkami obyczajowymi, zarówno Tandy, jak i Tyrone muszą sobie poradzić z prześladującymi ich demonami przeszłości oraz trudnymi wyborami dotyczącymi ich teraźniejszości czy zawiłymi relacjami z rodzicami. Dopiero pod koniec pojawiają się motywy znane nieco bardziej z filmów o superbohaterach, choć narracja w Cloak&Dagger jest dość statyczna, niemal leniwa. Nie spodziewajcie się skomplikowanych sekwencji akcji, walki w imię podniosłych ideałów, epickiego ratowania świata czy prawdziwych dylematów moralnych. Nie ma tutaj nacisku na walkę ze złem. To serial o nastolatkach dla nastolatków, choć absolutnie nie ma w tym nic złego i właśnie to, co odróżnia Cloak&Dagger od produkcji typowo superbohaterskich, jest jego atutem.


Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem w pełni zachwycona tym serialem. Bywały odcinki świetne, ale znalazło się kilka takich, zwłaszcza w pierwszej połowie, które niesamowicie mi się dłużyły. Momentami zastanawiałam się, co scenarzysta brał, kiedy pisał ten odcinek, a efekty specjalne zdecydowanie nie powalają. Na to wszystko można jednak przymknąć oko, mimo to jest pewien aspekt, który dość mocno mnie rozczarował. Z reguły odcinek wyglądał tak, że mieliśmy część Tandy, potem mieliśmy część Tyrone'a i dopiero pod sam koniec dochodziło do ich ponownego spotkania. Wolałabym, żeby nasi bohaterowie bardziej ze sobą współpracowali, pomagając sobie nawzajem w rozwiązywaniu problemów, bardzo lubiłam ich wspólne sceny i rozmowy, dlatego tak bardzo boli mnie fakt, że nie dostali zbyt wielu okazji, by wspólnie pojawić się na ekranie. Tyrone stał się dla Tandy kimś, kogo od dawna potrzebowała w swoim życiu – zarówno przyjacielem, jak i głosem rozsądku, który zmusza ją do stawienia czoła własnym błędom; ona z kolei zachęca Tyrone'a do mówienia o swoich emocjach, które do tej pory uparcie w sobie dusił, a także wyrywa go z comfort zone. Byłam nastawiona na romans między tą dwójką, były momenty, kiedy między nimi naprawdę mocno iskrzyło, lecz w pierwszym sezonie niestety nie uświadczyliśmy wątku romantycznego, ponadto Tyrone jest w związku z Evitą, za którą niestety nie przepadam i za każdym razem, gdy widziałam ją na ekranie, nie mogłam powstrzymać frustracji. Nie rozumiem idei jej postaci. Nie do końca podoba mi się również motyw z szamanką i laleczkami voodoo. Scenarzyści wyraźnie chcieli skorzystać z klimatu, jaki daje osadzenie akcji w Nowym Orleanie, lecz mnie ten motyw w ogóle do siebie nie przekonuje.


Podsumowując, Cloak&Dagger to serial, który nieoczekiwanie mnie wciągnął i sprawił, że od początku kibicowałam naszym bohaterom, nawet jeśli czasami ich wybory doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Ścieżka dźwiękowa jest doskonała, cała historia ma w sobie ogromny potencjał i jestem bardzo ciekawa, jak rozwinie się w drugim sezonie, zwłaszcza że finał daje ogromne pole do popisu, zarówno jeśli chodzi o fabułę, jak i relacje bohaterów. Cloak&Dagger nie uciekło od wad i momentami abstrakcyjnych scen, przez które zastanawiałam się, jakim cudem wciąż to oglądam, nie mogłam jednak oderwać wzroku od ekranu i co tydzień z niecierpliwością czekałam na kolejny odcinek. Nie jest to wybitna produkcja, lecz bez wątpienia ma w sobie coś, co odróżnia ją od innych współczesnych seriali. Jeśli nie macie pomysłu na to, co teraz obejrzeć, z czystym sumieniem mogę wam polecić Cloak&Dagger jako mroczną, dojrzałą opowieść o nastolatkach starających się zrozumieć, gdzie jest ich miejsce na ziemi, kim tak naprawdę są i co to znaczy postępować właściwie. A przy okazji zobaczycie kilka ciekawych akcji i przebłyski rozwijających się umiejętności.

Czytaj dalej »

środa, 12 września 2018

Dziewczyna ognia i cierni, czyli tajemne przeznaczenie nadane przez Boga i walka z dzikimi Inviernymi

0
Dziewczyna ognia i cierni to powieść, po którą początkowo nie miałam zamiaru sięgać, głównie z powodu przeczytanych przeze mnie wielu negatywnych recenzji. Kiedy jednak w Polsce pojawiła się Złotowidząca tej samej autorki, zbierająca dla odmiany same pochwały, a Regan z PeruseProject, czyli jedna z najbardziej zaufanych booktuberek w mojej opinii, rozpływała się nad Trylogią ognia i cierni na swoim kanale, postanowiłam dać książce Rae Carson szansę. 

Raz na jeden wiek, jedna osoba jest wybierana do bycia kimś wielkim.
Elisa jest tym wybrańcem. Ale jest także najmłodszą z dwóch księżniczek, tą, która nigdy nie zrobiła nic wyjątkowego. Nie może zobaczyć tego, jaka kiedyś będzie. Teraz, w swoje 16 urodziny, została sekretną żoną przystojnego i światowego króla – króla, którego kraj jest w rozsypce. Króla, który potrzebuje wybrańca, a nie księżniczki-nieudacznika. Ale on nie jest jedynym, który jej poszukuje.
Polują na nią dzicy wrogowie kipiący czarną magią. Odważny i zdeterminowany król myśli, że to ta dziewczyna może być jedynym zbawcą jego ludu. I na dodatek patrzy na nią w sposób, w jaki żaden inny mężczyzna nigdy tego nie robił. Wkrótce nie tylko jej życie, ale i serce, będą zagrożone. Elisa może być wszystkim dla tych, którzy jej potrzebują najbardziej. Jeżeli proroctwo się spełni. Jeżeli znajdzie siłę ukrytą głęboko w sobie samej. Jeżeli nie umrze młodo, co spotkało wielu Wybrańców przed nią...
Opis z LubimyCzytać

Po zakończeniu lektury Dziewczyny ognia i cierni, mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony mam ogromny problem z niekonsekwencją autorki, pośpiesznym zakończeniem obiecujących wątków, kreacją oraz słabym rozwinięciem świata przedstawionego i główną bohaterką; a z drugiej było w tej książce coś takiego, że chciałam ją kontynuować bez odkładania na miejsce. Nie wiem, co Rae Carson chciała tą powieścią osiągnąć – pokazać, że każda dziewczyna może dowieść swojej wartości i coś osiągnąć, jeśli tylko odważy się porzucić bezpieczne schronienie i wiążące ją ograniczenia (co nie do końca się udało, bo Elisa i tak uważała, że jej jedyną wartością był klejnot w jej pępku zesłany przez Boga) czy może wyprać czytelnikom mózgi, bo miałam wrażenie, jakbym czytała o sekcie zaślepionych wyznawców Boga, którzy podążają za Nim bezmyślnie w celu wypełniania Jego woli. Trzy czwarte tej książki polegało na modleniu się Elisy do Boga, a pozostała jedna czwarta na jej użalaniu się nad własną tuszą. Rae Carson stworzyła płaski świat, w dodatku posługując się starymi, krzywdzącymi schematami, w którym ci źli to oczywiście ciemnoskórzy dzikusy z dżungli nieznający woli Boga. Myślę, że większość mojej niechęci do Dziewczyny ognia i cierni jest wywołana właśnie przez problemy natury etycznej i moralnej. 

Główną bohaterką jest szesnastoletnia Elisa, druga księżniczka swojego kraju zmuszona do poślubienia w pośpiechu króla sąsiedniego państwa, którego pierwszy raz na oczy widzi właśnie w dniu swojego ślubu. Elisa w zamierzeniu autorki miała być postacią odróżniającą się od typowych heroin young adult, sympatyczną, ale wzbudzającą przy tym współczuciem. No cóż, na mnie wszystkie te łzawe zagrywki Rae Carson nie wywołały większego wrażenia, jeśli już to tylko bardziej mnie zirytowały, bo Elisa nie robi nic poza użalaniem się nad własną tuszą, by już po chwili opychać się jedzeniem, by zagłuszyć własne troski. Nie przeszkadza mi fakt, że główna bohaterka powieści jest otyła, bardziej irytowało mnie to, jak autorka nie przepuszczała żadnej okazji, by przypomnieć o tym czytelnikom, w co drugim zdaniu podkreślane było, że dziewczyna jest gruba i tak w kółko. Oczywiście Rae Carson nie mogła tak tego zostawić, w połowie Elisa drastycznie schudła i wyładniała, a wszystko to dzięki cudownemu sposobowi – wystarczyło tylko głodować podczas kilkunastodniowej przeprawy przez pustynię, po prostu dieta cud. Była również strasznie niekonsekwentna w swoim postępowaniu. Przez całe życie nienawidziła swojej starszej siostry, z którą nie mogła się porozumieć, ale wystarczyło, by Alodia raz ją przytuliła na pożegnanie i nagle została jej największą sojuszniczką, podobnie było z Alejandrem, mężem Elisy, którego w jednej chwili ślepo uwielbiała, by stronę później stwierdzić, że jednak jest on tchórzliwym głupcem. Nie dość, że Elisa lubiła się nad sobą użalać i narzekać na los, który przypadł jej w udziale, była także niesamowicie naiwna oraz zagubiona, ze swoimi fochami i tempem, w jakim zmieniała zdanie, przypominała raczej sześciolatkę niż nastolatkę mającą zostać królową dużego kraju. Na szczęście w drugiej połowie książki stała się bardziej odpowiedzialna i rezolutna, zaczęła podejmować decyzje i narażała się na ryzyko dla dobra innych, w końcu zyskując odrobinę mojego szacunku. Pod koniec udało jej się wkupić w moje łaski, gdy z przestraszonego, naiwnego dziewczątka przeistoczyła się w pewną siebie, waleczną młodą kobietę

O pozostałych bohaterach niestety niewiele mogę powiedzieć. Siostra Elisy odegrała niewiele znaczącą rolę na samym początku powieści, podobnie jak dama dworu księżniczki, jej niania Ximena była tak irytująca, że wolę o niej nawet nie wspominać, ogólnie przez fabułę przewija się całkiem sporo postaci, lecz żadna z nich nie odegrała dużej roli lub nie wyróżniła się na tle innych. Mąż Elisy, król Alejandro, również dość szybko stracił znaczenie dla fabuły, choć akurat za to należą się autorce ogromne brawa, bo już sądziłam, że wiem, jak potoczy się ich relacja, tymczasem ostatecznie obrała kompletnie inny kierunek, z czego jestem bardzo zadowolona. Rae Carson niesamowicie udało się mnie zaskoczyć wątkiem romantycznym, który zamiast rozegrać się między przystojnym, czarującym małżonkiem Elisy, niejako jej wyśnionym ideałem, miał miejsce pomiędzy księżniczką a skromnym, pełnym ciepła przewodnikiem karawan. Zabawny, opiekuńczy Humberto kupił moje serce i jestem zauroczona subtelnością ich miłości, dlatego jestem odrobinę zła na autorkę za sposób, w jaki zakończyła ten wątek, bo zrobiła to wyjątkowo niechlujnie. Humberto to zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów całej książki.

Wiem, że dużo narzekam na Dziewczynę ognia i cierni. Gdyby jednak przymknąć oko na to, co najbardziej mnie irytowało, a co wynika głównie z moich osobistych preferencji oraz przekonań, otrzymujemy przeciętną powieść fantasy, która co prawda nie porywa, bo zwrotów akcji oraz intryg jest tutaj naprawdę jak na lekarstwo, ale może zająć czas i nawet miejscami zainteresować. Pod kilkoma względami przypominała mi Królową Tearlingu, choć nie ma co ukrywać, że Erika Johansen zrobiła to o wiele lepiej. Jeśli Dziewczyna ognia i cierni wcześniej przykuła waszą uwagę, możecie dać jej szansę. Jeśli niekoniecznie byliście nią zainteresowani, lepiej po nią nie sięgajcie.


Trylogia ognia i cierni:
Dziewczyna ognia i cierni // Płonąca korona // Gorzkie królestwo

P. S. To i wiele innych zdjęć znajdziecie na moim Instagramie: KLIK
Czytaj dalej »

sobota, 8 września 2018

Stosik #15

Dzisiaj przychodzę do was z pierwszym od siedmiu miesięcy stosikiem książkowym. Mogłoby się wydawać, że przez tak długi okres czasu nazbiera się mnóstwo egzemplarzy, które będę mogła wam pokazać, jednak... Na dzień dzisiejszy przeczytałam w 2018 roku zaledwie dziesięć książek, a skoro nie czytałam, to i nie kupowałam, stąd możecie być odrobinę zawiedzeni tymi stosikiem... Ostatnio jednak na poważnie wzięłam się za szukanie niektórym powieściom z mojej biblioteczki nowego domu i już na półce zrobiła mi się dziura, którą będę musiała jak najszybciej zapełnić nowymi egzemplarzami ;)

  • GEMINA, Amie Kaufman, Jay Kristoff – po cudownym Illuminae nie mogłam sobie odmówić przyjemności zakupu drugiej części, zwłaszcza że Gemina przyszła do mnie w pięknym pakiecie od Moondrive Shop <3 Miałam zabrać się za nią już w dzień odebrania paczki, ale jak na razie przeciągam w czasie zabranie się za lekturę, choć podejrzewam, że ten duet pisarski mnie nie rozczaruje. Moja antypatia do zmiany głównych bohaterów w kolejnej części daje o sobie znać, lecz postaram się przeczytać Geminę do końca swoich wakacji (aaaa, jeszcze tylko niecały miesiąc i trzeba wracać na uczelnię!) i jak najszybciej dać wam znać, jakie są moje wrażenia.
  • JĘZYK CIERNI, Leigh Bardugo – prezent urodzinowy od mojej siostry; zbiór bajek opowiadanych w świecie z uniwersum Griszy w cudownym wydaniu. Właściwie wystarczyło mi tylko nazwisko autorki, bym zapragnęła dołączyć ten egzemplarz do swojej biblioteczki, bo wszystko, co wychodzi spod ręki Leigh Bardugo, jest genialne, kreatywne, przepełnione tajemniczą magią z nutką mroku, a takie połączenie to coś, co tygryski lubią najbardziej!
  • MROCZNY TRON, Kendare Blake – w ramach akcji Moondrive po Trzech mrocznych koronach dotarł do mnie także Mroczny tron, nie wiem jednak, czy kiedykolwiek uda mi się sięgnąć po tę powieść. Przeczytałam około trzydzieści pierwszych stron Trzech mrocznych koron i tak strasznie mnie wymęczyły, że od tamtej pory nie byłam w stanie zabrać się za pierwszą część, nie wspominając nawet o drugiej. Ktoś z was czytał już być może tę serię i podpowie mi, czy w ogóle warto się za nią zabierać? Będę bardzo wdzięczna za wasze opinie w komentarzach <3
  • SCARLET, Marissa Meyer – egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Papierowy Księżyc; co prawda z tego, co pamiętam, nie pokochałam Scarlet równie mocno co Cinder, ale Marissa Meyer nie jest w stanie napisać złej powieści (no dobra, może zaliczyła drobną wpadkę z Bez serca, lecz Saga księżycowa jest tak genialna, że do końca życia nie będę w stanie wyrwać się spod jej uroku), a jej Czerwony Kapturek był równie nieszablonowy i pomysłowy jak Kopciuszek. Nawet nie wiecie, jak cudownie te dwie książki się prezentują na półce; już nie mogę się doczekać, aż cała seria znajdzie się w mojej biblioteczce! 
  • SPĘTANI PRZEZNACZENIEM, Veronica Roth – egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Jaguar; pamiętam, że pierwsza część zaskakująco mi się podobała i miałam naprawdę duże oczekiwania względem drugiego tomu, którego nie mogłam się doczekać... Jednak kiedy sięgnęłam po Spętanych przeznaczeniem, okazało się, że niewiele pamiętam z samej fabuły Naznaczonych śmiercią poza ogólnym zarysem głównych bohaterów. Nie wiem, czy przed lekturą nie będę musiała sobie odświeżyć pierwszej części tej duologii; szkoda tylko, że Veronica Roth wykreowała fabułę, która najwyraźniej nie zapada w pamięć, a mam do niej dość duży sentyment, bo w gimnazjum była jedną z moich ulubionych autorek YA.
  • CARAVAL. CHŁOPAK, KTÓRY SMAKOWAŁ JAK PÓŁNOC, Stephanie Garber – książka z wymiany na LC; no dobra, będę szczera, właściwie już nie pamiętam, co mnie podkusiło do zdobycia tej powieści, właściwie nie do końca wiem, o czym ona jest i nie jestem w stanie określić, czy przypadnie mi do gustu, okładka na pewno nie zwiastuje czegoś porywającego, ale chcę dać jej szansę. Czytaliście może Caraval i chcielibyście zdradzić mi swoje wrażenia w komentarzach? 
  • OSTATNI NAMSARA, Kristen Ciccarelli – egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa IUVI; początkowo dość mocno wahałam się, czy sięgnąć po tę powieść, bo opis przypominał mi raczej historię skierowaną do dzieci, ale przepiękna okładka sprawiła, iż dałam się przekonać i... absolutnie tego nie żałuję! Ostatni Namsara jest wprost cudowny, zauroczył mnie przede wszystkim silną, choć niepozbawioną wrażliwości bohaterką i zakazanym uczuciem powoli rozwijającym się pomiędzy członkinią rodziny królewskiej a niewolnikiem. Więcej zdradzę wam w recenzji, jednak do tej pory jest to najlepsza powieść, jaką przeczytałam w tym roku!
  • ZAGUBIONY HEROS, Rick Riordan – właśnie poczułam się staro, bo uświadomiłam sobie, że Zagubionego herosa czytałam... jeszcze w 2012 roku! Naprawdę aż tak bardzo jestem do tyłu z przygodami mojego ukochanego Percy'ego Jacksona?! To naprawdę duży wstyd i skandal, zwłaszcza że Rick Riordan ma w mojej biblioteczce jedną półkę dedykowaną tylko sobie, ale w tym przypadku pokonała mnie mnogość bohaterów. Co prawda Szóstka Wron już trochę uleczyła moją awersję do licznych perspektyw, stąd mam nadzieję, że tym razem zabranie się za kolejne tomy zajmie mi mniej czasu niż sześć lat ;)
  • SYN NEPTUNA, Rick Riordan – j.w.; przy okazji recenzję znajdziecie już na blogu.
  • ZNAK ATENY, Rick Riordan – j.w.
  • DOM HADESA, Rick Riordan – j.w.
  • KREW OLIMPU, Rick Riordan – j.w.
  • SŁOŃCE TEŻ JEST GWIAZDĄ, Nicola Yoon – książka z wymiany na LC; nie miałam okazji przeczytać Ponad wszystko tej autorki, widziałam jedynie film, który niestety mnie nie zachwycił, ale Słońce też jest gwiazdą wydaje się poruszać temat, który do tej pory nie występował w innych powieściach dla młodzieży, dlatego mam duże oczekiwania względem tej książki. 
To wszystkie powieści, jakie miałam wam dzisiaj do pokazania. Jak zawsze czekam na wasze opinie w komentarzach, którą z tych książek polecacie na pierwszy ogień, a które okazały się zupełnie niewarte waszego czasu!
P. S. W związku z 400 obserwatorami bloga postanowiłam nareszcie założyć Instagrama! Koniecznie wpadajcie: KLIK. Dopiero zaczynamy, ale mam nadzieję, że szybko się rozkręcimy!
Czytaj dalej »

środa, 5 września 2018

Kiedy wszystko się zmienia, czyli najbardziej typowy z typowych romansów

0
Względem Kiedy wszystko się zmienia miałam ogromne oczekiwania. Przede wszystkim były one wywołane moim zachwytem nad pierwszą częścią serii Rain, czyli niezapomnianym Kiedy pada deszcz, ta powieść wstrząsnęła mną do głębi i bezwarunkowo zalicza się do moich ulubieńców gatunku. Właśnie dlatego od dawna polowałam na kontynuację serii, moja cierpliwość w końcu się opłaciła, lecz jeśli mam być szczera, zawarta w Kiedy wszystko się zmienia historia Drake'a i Emery nie zachwyciła mnie nawet w połowie tak bardzo jak opowieść o Kate, Asherze i Beau.

Emery rozpoczyna swój pierwszy rok studiów i jest zdeterminowana, by osiągnąć swój cel. Podczas gdy inni korzystają z uroków studenckiego życia, dziewczyna skupia się na nauce, a bliższe kontakty utrzymuje jedynie ze swoją współlokatorką i jej chłopakiem. Kiedy więc poznaje Drake'a Chambersa, arogancką gwiazdę uczelnianego futbolu, nie wywiera to na niej wielkiego wrażenia, ma w końcu inne priorytety. Z czasem jednak Emery odkrywa, że Drake wcale nie jest taki jak wszyscy i podobnie jak ona walczy z głęboko skrywanymi problemami oraz bólem. Czy Emery w końcu wyjdzie ze swojej skorupy, a Drake odważy się odrzucić swoje postanowienia i razem odnajdą szczęście?

Przede wszystkim Kiedy wszystko się zmienia jest bardzo typowym New Adult. Tak standardowym przedstawicielem swojego gatunku, że to aż boli. Ile książek i filmów już powstało na temat miłości cichej, poukładanej, dobrze się uczącej dziewczyny i czarującego, tajemniczego futbolisty, za którym uganiają się wszystkie dziewczyny na kampusie? Nie mówię, że jest coś złego w tego typu scenariuszach, sama czasami lubię dla odstresowania przeczytać taki tradycyjny, przeciętny romans, bo nie oszukujmy się, przy takich guilty pleasure można przez chwilę bardzo dobrze się bawić, a potem jeszcze szybciej o nich zapomnieć, jednak to nie jest coś, czego oczekiwałabym od Lisy De Jong, autorki, która zmiażdżyła mnie emocjonalnie swoim Kiedy pada deszcz. To prawda, że pierwszy tom także zawierał kilka schematów charakterystycznych dla New Adult, lecz pisarka tak zgrabnie wplotła je w fabułę, że w ogóle się ich nie zauważało, a przynajmniej nie traktowało jako coś wtórnego i jednocześnie nasyciła tę historię taką dojrzałością oraz ładunkiem emocjonalnym, że po jej przeczytaniu czułam się, jakby uderzyła mnie obuchem i przez długi czas nie mogłam się pozbierać. Kiedy wszystko się zmienia ma o wiele lżejszy charakter, bardziej przypominała mi teen dramę z bardzo oczywistym, przewidywalnym przebiegiem.

Mam również wrażenie, jakby nic się w tej książce nie wydarzyło. Najpierw Emery i Drake się nie znosili, potem zaczęli się poznawać, co zajęło im jakieś pół strony, by zaraz przejść do gry push and pull, skończyć razem, ale nie razem, to wszystko ostatecznie do niczego nie prowadziło i przez jakąś połowę książki czytałam w kółko te same, powtarzające się, nudne sceny. W pewnym momencie zaczęłam przeskakiwać po kolejnych stronach, skanując je tylko wzrokiem, by upewnić się, że nic ciekawego tam nie ma. Jakaś akcja pojawiła się dopiero na sam koniec, a ja tym samym zmarnowałam całkiem sporo czasu na powieść, w której nie było właściwie żadnych wydarzeń, Emery w kółko się uczyła i rozmyślała nad tym, jak to Drake miesza jej w głowie swoim zachowaniem, Drake w kółko myślał o tym, jakie to ma ciężkie życie i przez to nie może się rozpraszać, poświęcając czas dla dziewczyny, ale Emery jest inna; w międzyczasie chodził na treningi futbolu i... To tyle.

Tak słabą fabułę mogli uratować jedynie dobrze nakreśleni, wielowarstwowi bohaterowie lub piękny, poetycki styl pisania. W Kiedy wszystko się zmienia nie uświadczyliśmy ani jednego, ani drugiego. Wydaje mi się, że w porównaniu do Kiedy pada deszcz nastąpił duży regres w stylu Lisy De Jong. A może po prostu ta historia była na tyle prosta i nieskomplikowana, że nie dawała jej miejsca na rozłożenie skrzydeł? Najlepiej sprawdzała się we wzruszającym opisie emocji postaci, a w Kiedy wszystko się zmienia praktycznie nie było momentów, w których mogłaby wykorzystać swoje umiejętności. Bohaterowie również nie zachwycają. Nie ma w nic specjalnego, żadnej iskry, czegoś, co sprawiłoby, że na dłużej zagościliby w moim sercu. Emery jest nieśmiałą dziewczyną, skupioną na swoim celu, co jakiś czas pokazywała pazurki w rozmowach z Drakiem, ale daleko jej było do jakiejkolwiek zadziorności. W jej kreacji ujawniła się także straszna niekonsekwencja, a według mnie to najgorsze, co można zrobić dla wiarygodności postaci; Emery była przedstawiana jako bardzo inteligentna dziewczyna, rozsądna, twardo stąpająca po ziemi, a pod koniec stała się bardzo naiwną osobą, krótkowzroczną, nieodpowiedzialną, podejmującą głupie decyzje... Rozumiem, że ta ostatnia część była potrzebna, by popchnąć akcję w wybranym przez Lisę De Jong kierunku, lecz to tak bardzo nie pasowało do bohaterki, że aż kuło po oczach. O Drake'u mogę powiedzieć jeszcze mniej, bo oprócz braku decyzyjności w jego charakterze, żadna inna cecha nie rzuciła mi się w oczy, był po prostu mdły. Podstawą w romansach jest oczywiście wątek romantyczny, ale przedstawienie miłości Emery i Drake'a w ogóle mnie nie przekonało. Zabawka w kotka i myszkę, to ciągłe przyciąganie i odpychanie znudziło mi się już za trzecim razem, a to dalej trwało, sprawiając, że tylko wywracałam oczami na ich kolejne rozstania z błahych powodów i powroty.

Kiedy wszystko się zmienia to typowy przedstawiciel swojego gatunku, jeśli jednak mam być szczera, ta powieść bardziej mnie irytowała niż bawiła, może dlatego nie potrafię przymknąć oka na jej wady. Rozczarowanie boli tym bardziej, że jest wywołane przez Lisę De Jong, autorkę, co do której miałam ogromne oczekiwania, myślałam, że w przyszłości mogłaby się stać jedną z moich ulubionych pisarek New Adult. Podczas czytania towarzyszył mi brak jakichkolwiek emocji, autorce nie udało się mnie wzruszyć, nie udało jej się też mnie zaciekawić, a przewidywalność, słabe rozłożenie akcji oraz płascy bohaterowie tylko pogłębili moje niezadowolenie z lektury. Nie marnujcie czasu na tę powieść.


Trylogia Rain:
Kiedy pada deszcz // Kiedy wszystko się zmienia // Kiedy pozostaje żal
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia