poniedziałek, 10 stycznia 2022

Krew i popiół, czyli stare schematy ubrane w nowe szaty

 Jestem ogromną fanką Jennifer L. Armentrout. To jedna z niewielu autorek, których książki nigdy mnie nie rozczarowały, zawsze z ogromną przyjemnością sięgam po kolejne powieści wychodzące spod jej pióra. Niejednokrotnie wyciągała mnie z czytelniczego zastoju za pomocą swoich uzależniających, wartkich historii i cudownego stylu pisania, a względem Krew i popiół miałam ogromne oczekiwania, ponieważ jest to jedna z najpopularniejszych serii za granicą i słyszałam o niej same dobre rzeczy. 

Poppy jest Panną. Jej życie jest pełne samotności. Nikt nie może jej dotknąć. Tylko garstka wybrańców może zobaczyć jej twarz albo z nią porozmawiać. Jej egzystencja jest pozbawiona wszelkiej przyjemności. Poświęcona bogom, ma tylko jedno zadanie - przygotować się do Ascendencji, rytuału, który ma zapoczątkować nową erę.
Jednak Poppy dużo lepiej czuje się w towarzystwie swoich strażników niż dam dworu i kapłanek. Gdyby mogła, mieczem i łukiem broniłaby swoich bliskich przed niebezpieczeństwem zza Zapory. Dobrze wie, jakie potwory kryją się za nią w magicznej mgle. Niestety, nie ma żadnego wpływu na swoją rolę w zbliżającym się obrządku. Mimo to, Poppy jest gotowa podjąć ryzyko.

Tej powieści przypada niechlubny tytuł pierwszej spod pióra Jennifer L. Armentrout, która nie była w stanie mnie wciągnąć od samego początku. Potrzebowałam około dwustu stron, aby wreszcie poczuć klimat i zanurzyć się bezpowrotnie w samej historii. Dlaczego więc ten początek tak bardzo mnie zmęczył? Podejrzewam, że wynika to z dość ciężkiego wprowadzenia do rzeczywistości wykreowanej przez autorkę, dłużących się opisów wewnętrznych przemyśleń Poppy oraz braku konkretów. Pierwsze dwieście stron to przede wszystkim codzienność głównej bohaterki związana z boską otoczką, jaka jest wokół niej kreowana, jednak nie dostajemy odpowiedzi na podstawowe pytanie: kim tak naprawdę jest Panna? Dlaczego otaczana jest taką czcią, obowiązuje ją tak wiele zasad i reguł, skąd wzięła się ta tradycja i dlaczego to właśnie Poppy została wybrana na Pannę, co takiego ją odróżnia? Byłam niesamowicie sfrustrowana tym, że bardzo dużo elementów powieści oraz kreacji świata zostało opartych na funkcji Poppy jako Panny, jednak tak naprawdę brakowało mi uzupełnienia pewnych faktów, przez co czułam, jakby w wizji autorki było za dużo luk. Sytuacja nieco się rozjaśnia pod sam koniec książki, kiedy zostaje nam podrzuconych kilka wyjaśnień, ale mimo wszystko nie jestem nimi w pełni usatysfakcjonowana, niesmak z samego początku pozostał, a do tego brakowało mi podrzucania przez pisarkę odpowiedzi, przez co cała rewelacja wydaje się odrobinę naciągana. 

Z jednej strony wykreowana przez autorkę rzeczywistość zdaje się być czymś zupełnie nowym, a z drugiej mam wrażenie, że powyciągała inspirację z wielu miejsc, tworząc ze zlepków świat, który nie do końca mi odpowiadał. Nie mogłam się wbić w całą tę koncepcję. Sama Poppy jest kreowana na silną wojowniczkę, ale według mnie brakuje jej charakteru. Chęć, żeby zadźgać każdego, kto ośmielił się do niej odezwać, nie jest przejawem siły i dobrze napisanej bohaterki. Hawke był o wiele bardziej interesujący, jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że większość postaci była po prostu jednowymiarowa i nawet kiedy umierali, nie czułam żadnych emocji, byli mi obojętni. Zdecydowanie najlepszą częścią całej książki jest relacja Hawke'a i Poppy, ja po prostu uwielbiam sposób, w jaki Jennifer L. Armentrout prowadzi swoje wątki romantyczne od początku do końca, czyniąc je niesamowicie wiarygodnymi, wypełniając szczyptą humoru, pożądaniem, słodyczą i wzajemnym wsparciem. Naprawdę rozpływałam się pod wpływem tego, jak Hawke dobrze rozumiał Poppy, jak akceptował każdą jej decyzję i pomagał jej walczyć o samą siebie, będąc przy tym nieskończenie opiekuńczym. Wbrew jednak powszechnemu przekonaniu, w moim odczuciu ta książka nie jest aż tak pikantna, jak została wypromowana. W pewnym momencie nawet zaczynałam żałować, że romans nie jest bardziej namacalny. 

Krew i popiół nie jest złą powieścią, jednak ja spodziewałam się o wiele więcej. Po dwusetnej stronie akcja zaczęła nabierać tempa, ostatnie strony to był prawdziwy rollercoaster emocji, wreszcie dostaliśmy też kilka odpowiedzi i szokujących wiadomości. Trochę żałuję, że autorka lepiej nie rozłożyła poszczególnych wydarzeń, bo były momenty przestoju, a później nagle zapierające dech w piersi zrywy. Część zwrotów akcji była zbyt łatwa do przewidzenia, a sama fabuła ostatecznie nie jest wyjątkowa. Możliwe, że dla osoby, która wcześniej nie miała styczności z tym gatunkiem, Krew i popiół będzie czytelniczym objawieniem, natomiast ja sama mam mieszane uczucia. Początek był ciężki, później się wciągnęłam i całkiem przyjemnie mi się ją czytało, pod sam koniec nie umiałam jej już odłożyć, ale znam twórczość Jennifer L. Armentrout i uważam, że stać ją na więcej. 

★★★★★★☆☆☆☆

Seria Blood and Ash:
Krew i popiół // Kingdom of Flesh and Fire // The Crown of Gilded Bones // The War of Two Queens

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu You&Ya!
0 Czytaj dalej »

piątek, 10 grudnia 2021

Upadek ognia, czyli podróż ku przebudzeniu Kroczącej z Wiatrem

0
Upadek ognia to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie kontynuacji serii. Przebudzenie powietrza było fascynującym wstępem do historii Vhalli, a zakończenie obudziło we mnie apetyt na więcej, dlatego byłam przeszczęśliwa, kiedy Wydawnictwo Galeria Książki ogłosiło, że wyda kolejny tom jeszcze w tym roku.

Vhalla Yarl maszeruje na wojnę jako własność Cesarstwa Solaris. Cesarz oczekuje, że da mu zwycięstwo, Senat ma nadzieję, że dziewczyna umrze, a jedynym, czego może oczekiwać ona sama, jest walka o życie. Vhalla musi się zmierzyć z duchami przeszłości, choć wyzwania chwili obecnej grożą jej utratą resztki zdrowych zmysłów. Czy uda jej się zachować człowieczeństwo? A może naprawdę zostanie potworem Cesarstwa?

Druga część znacząco różni się od pierwszej. Podczas gdy Przebudzenie powietrza pozwalało nam na lepsze zrozumienie całego świata, systemu magicznego oraz wprowadziło nas w historię Vhalli, o tyle drugi tom skupił się o wiele mocniej na rozwoju relacji, w tym głównie romansu, oraz na podróży w głąb kraju wraz z przyspieszonym szkoleniem wojskowym głównej bohaterki, która z uczennicy biblioteki musi przeistoczyć się w niebezpieczną broń, unikając także politycznych machinacji toczących się za jej plecami. Szczerze mówiąc, trochę zabrakło mi poczucia, że stawka jest naprawdę wysoka. Vhalla znalazła się w trudnej sytuacji po Nocy Ognia i Wichru, jej życie jest nieustannie zagrożone, nie może ufać nawet własnym sojusznikom, wyruszyła na okrutną wojnę wbrew swojej woli wraz z żołnierzami, sama nie mając najmniejszego doświadczenia w walce... mimo to nie odczuwałam żadnego napięcia związanego z jej położeniem. Na pewno nie uświadczycie tutaj szalonej akcji czy zapierających dech w piersiach starć, jednak jest coś niesamowicie uzależniającego w tej historii, przez co nie umiałam się od niej oderwać. Czyta się ją niezwykle szybko i przyjemnie, nawet nie rejestrując upływającego czasu i ubywających stron, a ja doskonale się przy niej bawiłam, chociaż zachowanie Vhalli potrafiło być frustrujące. 

Moim zarzutem wobec głównej bohaterki jest to, że była zbyt naiwna i posłuszna. Nie próbowała walczyć o swoje, a ślepo podążała za wydanymi jej rozkazami, nie myślała sama, tylko brała za pewnik to, co przekazywali jej inni. Miała przebłyski, w których zachowywała się jak silna wojowniczka, tę przemianę sugerowało zakończenie pierwszego tomu, ale takich momentów było stanowczo za mało w morzu narzekania, użalania się nad sobą i powtarzania, jaka jest bezużyteczna. Na szczęście pod koniec powieści widać jej coraz większą transformację i mam nadzieję, że będzie ona kontynuowana w kolejnych tomach. Aldrik posiada moje serce i duszę, uwielbiam go i cieszę się, że dostaliśmy mnóstwo scen z jego udziałem, a do tego mieliśmy szansę podziwiać, jak relacja Vhalli oraz księcia pięknie rozkwita. To mój ulubiony rodzaj romansu, dlatego zachwycałam się każdą ich wspólną chwilą, przy czym muszę podkreślić, że w tej części wątek miłosny zdominował książkę, przez co zabrakło miejsca na poszerzenie świata i samej magii Vhalli. Również przyjaźnie, jakie dziewczyna zawarła w Przebudzeniu powietrza, są tutaj pogłębione, co bardzo mnie cieszy. Trochę szkoda, że polityczne intygi pojawiły się dopiero na sam koniec Upadku ognia, ponieważ widać w nich ogromny potencjał i na pewno urozmaiciłyby fabułę, która na początku skupiała się głównie na wewnętrznych rozterkach Vhalli. 

Upadek ognia to powieść, która nie jest pozbawiona wad, jednak właściwie nie zwracałam na nie uwagi w trakcie lektury, ponieważ czerpałam mnóstwo przyjemności z czytania. To niezwykle wciągająca historia, a do tego nieskomplikowana, dzięki czemu można ją połknąć w jeden lub dwa wieczory, ciesząc się wspaniałą rozrywką. Może nie jest to najbardziej wyjątkowa seria na rynku, ale taka, do której po prostu pragnie się wracać i ja już nie mogę doczekać się kolejnego tomu, zwłaszcza po tym szokującym zakończeniu! W tej historii tkwi ogromny potencjał i jestem przekonana, że będzie tylko coraz lepiej. 

★★★★★★☆☆☆

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!

Czytaj dalej »

czwartek, 14 października 2021

Lore, czyli boska moc na wyciągnięcie ręki

0

Moja relacja z powieściami Alexandry Bracken jest dość trudna. Podobały mi się jej Mroczne umysły, natomiast duologia Pasażerka okazała się być dla mnie drogą przez mękę. Lore jednak od początku przyciągało mnie motywem greckiej mitologii, który uwielbiam w książkach, więc postanowiłam zaryzykować. 

Współczesny Nowy Jork. Na świecie wciąż żyją greccy bogowie. Co siedem lat Zeus zsyła część z nich na ziemię, gdzie przez siedem dni pozbawieni są nieśmiertelności. W tym czasie polują na nich ludzie i półbogowie, by przejąć ich moce. To kara, na jaką Zeus skazał niepokornych bogów.
Lore pochodzi z rodu Perseusza. Przed siedmiu laty jej rodziców i siostry wymordowali potomkowie Kadmosa. Dziewczyna cudem uniknęła śmierci i ukryła się w Nowym Jorku. Stara się zapomnieć o swoim pochodzeniu, jednak przeszłość nieoczekiwanie pojawia się pod jej drzwiami pod postacią rannej Ateny, która w zamian za pomoc zgadza się wyświadczyć jej wielką przysługę. Lore będzie musiała wiele poświęcić. Czy uda jej się odnaleźć w sobie siłę, by zapobiec upadkowi świata?

Lore to książka, która bardzo mocno opiera się na fabule i pędzącej do przodu akcji, więc jest to historia dla fanów mocnych wrażeń oraz zaskakujących zwrotów, które zapierają dech w piersiach i zostawiają czytelnika z mętlikiem w głowie. Momentami miałam wrażenie, że dzieje się aż za dużo, przez co wkradał się chaos i odrobinę gubiłam się w wątkach, które zaczęły zlewać się ze sobą, ale całość jest tak wciągająca, że nie sposób się od niej oderwać. Jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłu autorki, który jest niezwykle oryginalny i im bardziej zagłębiałam się w świat Lore oraz zasady rządzące Agonem, tym bardziej byłam zachwycona. Co prawda żałuję, że nie dostaliśmy więcej szczegółów, bardzo chętnie poznałabym całą historię Agonu czy tajniki funkcjonowania poszczególnych Domów i ich łowców, jednak przekazanie tylu informacji mogłoby być trudne, biorąc pod uwagę liczne wydarzenia. Alexandra Bracken bardzo sprytnie dawkowała różne wiadomości odnośnie bogów czy zasad rządzących tym światem, dzięki czemu nie czułam się przytłoczona, a niektóre tajemnice udało jej się zachować do samego końca. Zostałam mile zaskoczona, bo często mi się zdarza, że udaje mi się wcześniej przewidzieć kierunek, w jakim zmierza fabuła, tymczasem tutaj nie byłam pewna, jak wszystkie wątki zostaną rozwiązane. Byłam trzymana w napięciu aż do ostatniej strony i chociaż zabrakło mi mocnego uderzenia na sam koniec to podziwiam rozmach, z jakim została poprowadzona cała historia. 

Lore jest przepełnione akcją i przez to zabrakło miejsca na rozwój bohaterów, którzy są dla mnie najsłabszym ogniwem. Nie czułam się związana emocjonalnie z żadną z postaci, momentami wybory Lore mocno mnie irytowały, a ona sama była niezdecydowana, nie została poprowadzona w konsekwentny sposób, ciągle sama sobie zaprzeczała swoimi słowami i działaniami. Generalnie lubiłam większość bohaterów, ale jednocześnie nie czułam potrzeby, by im kibicować, nie zżyłam się z nimi, byli mi obojętni, bo wszyscy wypadają dość płasko. Pojawia się również wątek romantyczny, który jest zepchnięty na dalszy plan, ale i tak wolałabym, gdyby w ogóle go nie było, ponieważ wydawał mi się być wymuszony i zupełnie niepotrzebny, nie uwierzyłam w ten związek, podobnie jak nie uwierzyłam w wiele relacji, które zostały przedstawione w książce. 

Lore w genialny sposób łączy w sobie starożytne, greckie wierzenia ze współczesnością. Mogłoby się wydawać, że połączenie igrzysk śmierci z Percy Jacksonem nie wypali, lecz ta mieszanka okazała się być niezwykle udana. To jedna z najbardziej zaskakujących młodzieżówek tego roku i chociaż niektóre elementy mogłyby zostać lepiej dopracowane to świetnie się przy niej bawiłam! Lore to fenomenalna przygoda, która zabierze was w świat okrutnych bogów, gdzie za chwałę płaci się własnym życiem, a niewłaściwy krok może być tym ostatnim. Cieszę się, że postanowiłam dać tej książce szansę, bo zakochałam się w tej fabule!

★★★★★★☆☆☆
Czytaj dalej »

piątek, 1 października 2021

Pozłacany wąż, czyli same zachwyty, bo to genialna książka

0

 

Nie ukrywam, że jestem ogromną fanką Danielle L. Jensen. Przeczytałam praktycznie każdą powieść, jaka wyszła spod jej pióra i do tej pory jeszcze ani razu się nie rozczarowałam, za każdym razem jest w stanie zaskoczyć mnie czymś nowym, więc nie mogłam sobie odpuścić Pozłacanego węża, który był jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku. 

ICH BITWY ZAKOŃCZYŁY SIĘ ZWYCIĘSTWEM
Lidia powraca do Mudaire, by zacząć naukę w świątyni uzdrowicieli. Jednak zamiast walczyć o ocalenie życia, jest przekonana, że robi więcej złego niż dobrego. Zagłębia się w historię bogów i odkrywa prawdę, która na zawsze zmieni jej życie.
Killianowi w końcu udało się objąć dowództwo królewskiej armii, ale wcale nie czuje się zwycięzcą. Przytłoczony przeszłością, poddaje się mroczniejszemu obliczu swojego znaku – i w ten sposób ryzykuje, że rozpocznie wojnę.
ALE WOJNA DOPIERO SIĘ ZACZĘŁA
Po pokonaniu tyrana Urcona, Marek próbuje zawrzeć trwały sojusz z Arinoquianami. Dręczy go jednak świadomość, że wśród jego przyjaciół kryje się zdrajca i że może utracić wszystko, o co walczył.
Rozdarta między coraz większą lojalnością wobec Trzydziestego Siódmego Legionu a potrzebą uwolnienia rodaków, Teriana tonie w sieci tajemnic. Podejmuje decyzję, która może albo ocalić wszystkich, których kocha – albo posłać ich do grobu.

TA KSIĄŻKA JEST GENIALNA. Wiedziałam, że Pozłacany wąż będzie dobry, jednak nie spodziewałam się, że w moich rękach znajdzie się tak fenomenalna historia, która zawładnie moimi myślami i sercem, nie pozwalając mi na złapanie oddechu. Danielle L. Jensen z powieści na powieść prezentuje coraz wyższy poziom, a ja już boję się tego, co wydarzy się w nadchodzącym finale Mrocznych Wybrzeży, ponieważ autorka posiada niezrównany talent do budowania napięcia i podnoszenia stawek. Dostałam 730 stron perfekcyjnej, dopracowanej w każdym szczególe powieści, która wciągnęła mnie do tego stopnia, że w ogóle nie odczuwałam jej długości, mogłaby być dwa razy dłuższa, a dla mnie nadal byłaby za krótka, ponieważ tak doskonale spędziłam przy niej czas. Danielle L. Jensen niczego nie zostawiła przypadkowi, każdy wątek ma znaczenie i składa się na niesamowitą całość. Kiedy już wydawało mi się, że koniec z zaskakującymi rewelacjami, nagle pojawiała się informacja, po której mój mózg dosłownie eksplodował. Jestem pod wrażeniem tego, jak bardzo złożona i skomplikowana jest fabuła Pozłacanego węża, bogata pod względem politycznych intryg, militarnych taktyk, budowy świata oraz systemu magicznego, a przy tym czyta się ją niezwykle przyjemnie, nie czując obciążenia różnorodnością wątków. 

Po Mrocznym niebie byłam zakochana w Lidii oraz Killianie, nadal pozostają moimi ulubieńcami, ale w tej części obdarzyłam również większą sympatią Terianę i Marka, mimo że w pierwszym tomie niekoniecznie mnie do siebie przekonali. Z reguły nie przepadam za licznymi narracjami, a w Pozłacanym wężu wydarzenia są przedstawione za pomocą czterech perspektyw, jednak każda z tych postaci jest tak dopracowana, wyjątkowa i wnosi coś świeżego do całej historii, że z radością zagłębiałam się w kolejnych rozdziałach. Jedynym minusem jest to, że niektóre rozdziały były krótkie, liczyły sobie zaledwie cztery strony, dlatego czułam się wybita z rytmu, gdy tak szybko przeskakiwałam z perspektywy Lidii do Marka, przy czym oboje znajdują się po przeciwnych stronach globu, ale poza tym nie mam na co narzekać. Wszyscy bohaterowie przechodzą przez kolejne przemiany, zmagają się z własnymi słabościami i pragnieniami, dylematami moralnymi, są tak niesamowicie ludzcy, że niemal czułam ich obecność przy sobie. 

Mroczne Wybrzeża to seria, która mną zawładnęła, a Pozłacany wąż tylko ugruntował jej pozycję wśród moich ulubionych serii fantasy. Brakuje mi słów, by opisać, jak bardzo jestem oczarowana tą powieścią, która zmiażdżyła mnie, złamała mi serce, a jednocześnie dostarczyła ogromnych emocji. Śmiałam się i płakałam, a niektóre momenty były tak epickie, że dostałam gęsiej skórki, co przy książkach zdarzyło mi się dopiero drugi raz w życiu. Pozłacany wąż jest perełką, wybija się na tle innych powieści swoją oryginalnością, genialnymi zwrotami akcji, pięknie wykreowanym światem i bohaterami, którym będziecie kibicować z całych sił. Zaufajcie mi, ta książka jest warta każdej minuty, jaką z nią spędzicie. 

★★★★★★★★★☆

Seria Mroczne Wybrzeża:
Mroczne Wybrzeża // Mroczne niebo // Pozłacany wąż // Scorched Earth

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!

Czytaj dalej »

środa, 29 września 2021

Heartstopper. Tom 1, czyli za dużo słodyczy, za mało fabuły

0

Heartstopper to obecnie jedna z najgłośniejszych powieści graficznych wśród miłośników książek. Już od dawna spotykałam się z tym tytułem na zagranicznym bookstagramie i zupełnie nie spodziewałam się, że zostanie on wydany również w Polsce, ale wydawnictwo Jaguar sprawiło mi niesamowitą niespodziankę. 

Charlie i Nick poznają się w szkole. Charlie był tam prześladowany, ale wreszcie może otwarcie mówić o swojej orientacji. Nick gra w szkolnej drużynie rugby i słyszał trochę o Charliem – chłopaku, który został wyoutowany rok wcześniej – choć nigdy nie miał okazji z nim porozmawiać.
Nick i Charlie trafiają na wspólne zajęcia i siadają w jednej ławce. Szybko stają się przyjaciółmi i wkrótce Charlie zakochuje się w Nicku, choć wydaje mu się, że nie ma najmniejszych szans. Obaj mają wspólne pasje, odwiedzają się w domach. Przyjaciele Charliego nie rozumieją: co on widzi w tym potężnym chłopaku z drużyny sportowej? Sam Nick nie do końca rozumie, co się z nim dzieje, ale czuje, że to przy Charliem może być nareszcie sobą. Wreszcie, podczas urodzinowej imprezy kolegi Nicka, dochodzi do przełomu w ich relacji. Charlie zostaje z pytaniem: co się właściwie wydarzyło i czy Nick odwzajemnia jego uczucie?

Heartstopper to historia, której przeczytanie zajęło mi zaledwie pół godziny. Przez całość się płynie, co wynika z prostolinijności całej fabuły i dla mnie ta prostota jest jednocześnie największą zaletą i wadą komiksu. Uwielbiam to, że rozwój relacji Nicka i Charliego jest niewymuszony, naturalny i swobodny, chłopcy powoli się ze sobą zaprzyjaźniają, mimo że osoby z ich otoczenia nie są w stanie tego zrozumieć przez wzgląd na różnicę w ich charakterach i zainteresowaniach. Jest w tej historii jakaś piękna, subtelna otwartość, miałam wrażenie, jakbym stała z boku i na własne oczy śledziła przyjaźń młodych chłopców. Przy tym mam jednak poczucie, że całość jest... za prosta. Fabuła właściwie nie istnieje, dostajemy jedynie wyrwane z codzienności fragmenty, w których obserwujemy, jak Nick i Charlie się do siebie zbliżają. Poza tym nie dzieje się nic, a całość wypada bardzo przewidywalnie. Przyznaję, że relacja głównych bohaterów jest słodka i na swój sposób czarująca, jednak do mnie nie do końca trafiła, zupełnie nie byłam zainwestowana w kolejne wydarzenia, nie czułam tego ciepła na serduszku, jakie z reguły wywołuje u mnie taki uroczy romans i myślę, że częściowo jest to wina tego, że jestem już na podobne historie za stara. Po prostu wiele rozwiązań fabularnych było dla mnie zbyt dziecinnych i nie używam tego słowa w negatywnym znaczeniu. Jest tutaj taka naiwność, delikatność i prostota, która jest w stanie rozkochać sobie młodszą młodzież, jednak dla mnie brakowało tutaj głębi, zarówno samej relacji, jak i całej fabuły. Nie ma tutaj żadnego napięcia, zaskoczenia, jest tylko słodycz i wrażenie, że nigdzie nie zmierzamy z tą opowieścią. 

Heartstopper w bardzo dużej części opiera się na doskonale znanych schematach. Mamy Charliego, który jest wyrzutkiem, szkolnym prymusem i przeszedł trudne chwile, gdy wszyscy w szkole dowiedzieli się, że jest gejem, a Nick stanowi jego przeciwieństwo: złoty chłopiec, popularny gracz rugby, który do tej pory spotykał się jedynie z dziewczynami, ale przy Charliem zaczyna kwestionować swoją seksualność. Pozostałe postaci właściwie nie istnieją, są zlepkiem szybkich kresek i przypadkowych imion. Wydawałoby się, że skoro poboczni bohaterowie niewiele wnoszą do fabuły, Nick oraz Charlie na swoich barkach będą dźwigać całą historię, ale dla mnie oboje są pozbawieni charakteru i iskry, a ich relacja nie miała w sobie żadnego iskrzenia. Autorce należą się jednak brawa za to, jak zdrowa jest ich przyjaźń i odpowiednia do wieku. 

Nie miałam względem Heartstopper wysokich wymagań, nastawiałam się na uroczą i przyjemną lekturę, która stanie się moją comfort read, jednak magia tej historii mi się nie udzieliła. Jestem też trochę rozczarowana bardzo prostą kreską (może kiedyś bym nie narzekała, ale odkąd zaczęłam czytać webtoony, moje podejście się zmieniło). Myślę, że książka znajdzie swoich odbiorców i to wspaniałe, że została wydana, bo w cudowny sposób prezentuje osoby LGBTQIA+, ale mnie nie wciągnęła na tyle, żebym mogła ją z czystym sumieniem polecić.  

Za egzemplarz Heartstopper serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar!

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia