sobota, 16 marca 2019

Zakochany przez przypadek, czyli naszym losem wcale nie kieruje przypadek

Wierzycie w przeznaczenie? Osobiście jestem gdzieś po środku. Mamy w końcu wolną wolę i nie o wszystkim decyduje przypadek, ale czasami niektóre wydarzenia układają się w taki sposób, że trudno nie wierzyć w ingerencję losu. Lubię myśleć, że wszystko ma swoją przyczynę, a ostatecznie znajdujemy się właśnie w tym miejscu, w jakim powinniśmy być. Niezależnie jednak od tego, w co wierzycie, Zakochany przez przypadek sprawi, że zaczniecie zupełnie inaczej postrzegać zbiegi okoliczności.

Emily, Guy i Eric to trójka przyjaciół, która po raz pierwszy spotkała się na kursie dla kreatorów przypadków. Jest to zaszczytna funkcja wymagająca skomplikowanych obliczeń, długich przygotowań i ogromnej dozy wrażliwości, kreator przypadków tworzy bowiem zbiegi okoliczności odmieniające życie zwykłych ludzi. Popychają naukowców w kierunku przełomowych odkryć, dają artystom wenę, dzięki której tworzą niezapomniane dzieła albo przygotowują pozornie przypadkowe spotkanie przyszłych kochanków. Co jeśli przewrócona filiżanka z kawą, zalanie mieszkania czy spóźnienie na pociąg nie jest przypadkiem? Co jeśli to część większego planu? Co jeśli ludzie, których nie znamy, zza kulis kierują naszym życiem, a nawet losami całego świata? 

Zakochany przez przypadek to książka z pogranicza realizmu magicznego, w której autor bardzo zgrabnie bawi się gatunkami i motywami, które przenikają się wzajemnie i łączą się ze sobą, tworząc oryginalną, ale przy tym spójną całość. Yoav Blum już na samym początku skutecznie przykuł moją uwagę, tworząc rzeczywistość, w której nie potrafiłam do końca stwierdzić, co jest prawdą, a co magicznym dodatkiem. Autor sprytnie dawkuje nam informacje, powoli odkrywając kolejne karty, dzięki czemu z każdą stroną byłam coraz bardziej zaintrygowana, a Yoav Blum tylko podsycał to zainteresowanie poprzez podrzucanie subtelnych wskazówek. Zakochany przez przypadek charakteryzuje się dość leniwym, powolnym tempem, na pewno nie jest to historia, w której akcja trzyma czytelnika na krawędzi fotela, ale osobiście mi to nie przeszkadzało, bo ta nieśpieszna narracja pozwoliła skupić się na tym, co autor miał nam do przekazania, Zakochany przez przypadek nakłania bowiem do rozmyślania nad wieloma filozoficznymi kwestiami, które dotyczą nie tylko przeznaczenia, zbiegów okoliczności i losu, ale także tego, czy warto poświęcić jednostkę dla dobra całej ludzkości czy tego, jak bardzo miłość potrafi być ślepa i jak szkodliwe może być trzymanie się wspomnienia o kimś, kogo z czasem idealizujemy w naszych myślach i zakochujemy się w jego wyobrażeniu, a nie w jego rzeczywistym obrazie. Dlatego choć okładka i tytuł mogą sugerować prostą, słodką i przyjemną powieść o miłości, tak naprawdę Zakochany przez przypadek to o wiele głębsza historia. 

Zakochanego przez przypadek trudno jednoznacznie ocenić. Posiada wiele elementów, które były w stanie mnie zaciekawić i bez wątpienia zamysł autora na całą fabułę jest jednym z najbardziej niepowtarzalnych, z jakimi do tej pory się zetknęłam, ale nie czułam się emocjonalnie związana z lekturą. Bohaterowie byli mi obojętni, a kolejne strony przerzucałam bez większego zaangażowania, po prostu nie poczułam tego czegoś. Zakochanego przez przypadek czytało mi się przyjemnie, ale na tym koniec, nie udało mu się we mnie wzbudzić głębszych uczuć, nad czym bardzo ubolewam. Emily i Guy również nie byli specjalnie charyzmatycznymi, brakowało im jakiejś iskry, momentami oboje mnie irytowali, nie rozumiałam zwłaszcza postępowania Emily, bo jednak o wiele bardziej cenię sobie silne kobiece postaci. Żałuję, że autor nie rozwinął bardziej historii Erica, bo według mnie był on najbardziej intrygującym bohaterem, a zakończenie tylko to potwierdziło. Mam wrażenie, że Yoav Blum odrobinę za bardzo skupił się na filozoficznych i psychologicznych zagadnieniach, bawiąc się w udany sposób konwencją przypadku, ale ucierpiała na tym kreacja bohaterów, którzy zostali pozbawieni jakichkolwiek cech charakterystycznych czy temperamentu. 

Zakochany przez przypadek to powieść, której oryginalnie planowałam dać niższą ocenę, ale zakończenie sprawiło, że szczęka opadła mi do podłogi, a cała fabuła nabrała dla mnie zupełnie innego, fascynującego znaczenia. Dlatego właśnie warto kończyć rozpoczęte historie, mój mózg po prostu eksplodował, zakończenie zmieniło wszystko. Nie mogę wam zagwarantować, że pokochacie bohaterów, że fabuła zapisze się w waszych umysłach na dłużej, że nie będziecie spać po nocach z powodu Zakochanego przez przypadek... Ale mogę wam zagwarantować, że nigdzie nie znajdziecie drugiej takiej powieści.


Za możliwość przeczytania powieści serdecznie dziękuję Wydawnictwu Albatros!
0 Czytaj dalej »

środa, 13 marca 2019

Kochając pana Danielsa, czyli romans nauczyciela i uczennicy

0
Brittainy C. Cherry to autorka, po którą sięgam dość chętnie, choć nie mogę powiedzieć, by jej książki wywierały na mnie ogromne wrażenie, zapisując się permanentnie w mojej duszy. Po prostu wiem, że za każdym razem czeka na mnie solidna, wzruszająca powieść z pięknym stylem pisania, którą przeczytam we wręcz zastraszającym tempie, a później o niej zapomnę. Wciąż czekam na ten moment, w którym Brittainy C. Cherry zachwyci mnie tak bardzo, że oddam jej wreszcie cząstkę mojego serca, a wiele osób mówiło, że to właśnie Kochając pana Danielsa będzie dla mnie podobnie przełomową powieścią tej autorki, dlatego byłam bardzo podekscytowana, gdy książka w końcu trafiła w moje ręce. 

Ashlyn rozpoczyna nowe życie, nie oznacza to jednak, że opuszczają ją problemy z tego poprzedniego. Samotność i żałoba towarzyszą jej na każdym kroku, a zmiana otoczenia przypomina jedynie o tym, co utraciła. Dopiero kiedy zakochuje się w Danielu, widząc w nim niejako lustrzane odbicie swojego bólu, ale także pięknej nadziei, zaczyna wierzyć w to, że czeka na nią jeszcze coś dobrego. Okazuje się jednak, że Daniel jest w rzeczywistości panem Danielsem, jej nauczycielem w szkole średniej, a podobny związek obarczony jest zbyt wielkim ryzykiem, by mogli pozwolić ich miłości zakwitnąć. Uczucia rzadko bywają jednak rozsądne i z każdym dniem Ashlyn oraz Daniel zakochują się w sobie coraz bardziej, jednocześnie lecząc swoje złamane serca. 

Względem Kochając pana Danielsa miałam naprawdę duże oczekiwania. Wiele osób w blogosferze podkreśla, że jest to najlepsza powieść Brittainy C. Cherry, więc spodziewałam się historii wzruszającej i emocjonującej, czegoś na poziomie mojego ukochanego Promyczka Kim Holden. Czegoś, co mną wstrząśnie, rozbije mnie na drobniutkie kawałeczki i sprawi, że przez wiele tygodni nie będę mogła zapomnieć o tej powieści. Myślę, że właśnie przez wzgląd na moje ogromne nadzieje, które wiązałam z tą historią, lektura Kochając pana Danielsa może nie o tyle mnie zawiodła, co raczej nie wprawiła w jakiś większy zachwyt? Nie zrozumcie mnie źle, czytało mi się ją naprawdę dobrze i pod wieloma względami jestem zadowolona, ale nie wywołała ona we mnie głębszych emocji, nie wzruszyła mnie tak, jak się tego spodziewałam ani nie poruszyła żadnych strun w moim sercu, sprawiając, że kibicowałabym głównym bohaterom i ich związkowi. Kochając pana Danielsa to książka, którą czyta się naprawdę szybko, dzięki przyjemnemu, lekkiemu stylowi pisania Brittainy C. Cherry, do połknięcia za jednym razem, ale nie zmusza do głębszej refleksji, a zakończenie wydawało mi się zbyt wymuszone i przyspieszone, jakby zostało nakreślone na kolanie. 

Kochając pana Danielsa skupia się na przeżyciach dwóch postaci – Ashlyn oraz Daniela, z perspektywy których poznajemy całą historię. Autorka poruszyła przy tym wiele różnorodnych wątków, skupiając się przede wszystkim na rodzinie i miłości między rodzeństwem, a także wprowadziła wątek homoseksualizmu, nie zostały jednak one specjalnie rozbudowane, gdyż akcja skupia się na zakazanym romansie pomiędzy nauczycielem a uczennicą. Według mnie wątek miłosny rozwinął się zbyt szybko, już sam początek ich relacji wypada dość naiwnie i nienaturalnie, a choć z czasem uwierzyłam w uczucie, jakie ich połączyło, niestety nie sprawiło ono, że miałam motyle w brzuchu. Osobiście uwielbiam motyw szekspirowskich sztuk, który przewija się przez relację Ashlyn i Daniela, ale dla mnie było go zdecydowanie za mało, to były moje ulubione momenty, kiedy ta dwójka przerzucała się cytatami Szekspira, lecz pod koniec autorka jakby o tym zapomniała. Mam też wrażenie, że czasami niektóre dramaty były zbyt rozdmuchane i wyssane z palca, jednak zdecydowanie zachwyciła mnie dojrzałość Ashlyn i sposób ukazania żałoby w tej powieści, a także radzenia sobie z nią. Daniel był mi w zasadzie obojętny, ale bardzo polubiłam naszą główną bohaterkę, która ma głowę na karku, potrafi przyznać się do błędu, kiedy nie ma racji i w każdej sytuacji stara się postąpić słusznie. 

Kochając pana Danielsa to książka, która jednocześnie mnie rozczarowała i zaskoczyła pozytywnie w wielu aspektach. Nie czułam się emocjonalnie związana z bohaterami, również ich relacja specjalnie mnie nie oczarowała, lecz jednocześnie Brittainy C. Cherry znalazła swój własny sposób na przedstawienie dość schematycznego romansu między nauczycielem i uczennicą, uciekając od znanych nam szablonów, podobała mi się także różnorodność wątków. Ogólnie Kochając pana Danielsa czyta się bardzo szybko i przyjemnie, lecz według mnie nie zasługuje na takie zachwyty. 


Inne książki Brittainy C. Cherry zrezencowane na blogu:
Czytaj dalej »

sobota, 9 marca 2019

TOP 10: Książkowe pet peeves

0
Są takie rzeczy, które nas w książkach po prostu drażnią. Nieważne, czy dotyczą one fabuły, budowy świata czy strony technicznej, wydawniczej, bez trudu możemy znaleźć drobne, potencjalnie mało znaczące rzeczy, które jednak w nas wywołują prawdziwą iskrę zapalną, doprowadzając do irytacji. Nie ukrywam, że sama mam całe mnóstwo książkowych pet peeves i uwielbiam o nich dyskutować, dlatego dzisiaj postanowiłam podzielić się z wami listą motywów, które najbardziej denerwują mnie jako czytelnika. 


Zmiana szaty graficznej w środku wydawanej serii

To absolutnie największe pet peeve, jakie posiadam i o ile dla niektórych to nie musi mieć tak dużego znaczenia (moja siostra ciągle się ze mnie śmieje, kiedy wściekam się z powodu zmiany okładki czy niepasującego do reszty serii grzbietu), ja po prostu nie znoszę tego uczucia, kiedy w połowie serii nagle dostaję zupełnie odstającą od reszty części książkę. DLACZEGO?! Dlaczego w trakcie wydawania cyklu komuś nagle przychodzi do głowy myśl hej, zmieńmy styl okładki, czcionkę, ilustrację albo najlepiej cały format! Rozumiem, że wydawnictwom zależy na jak najpiękniejszej oprawie, aby przyciągnąć czytelników, jednak jeśli już wydajecie serię w danej estetyce, to trzymajcie się jej do końca! Inaczej później patrzę na półki i moje serce krwawi za każdym razem, kiedy widzę niepasujący do reszty kolekcji grzbiet. Nie chcę nawet wspominać o nagłych zmianach książek w miękkich oprawach na twarde albo modyfikacja wysokości egzemplarza w połowie serii! PO PROSTU NAM TEGO NIE RÓBCIE.


Naklejki na okładkach

Największe zło. Mam wrażenie, że naklejki na okładkach wymyślił sam diabeł, który w dodatku szepcze ludziom do ucha, żeby przyklejali je w najważniejszym miejscu – albo zasłaniają połowę opisu, albo znajdują się w wyjątkowo niefortunnej części okładki, a każde ściągnięcie takiej naklejki nieuchronnie wiąże się z tym, że zostanie po niej ślad na okładce. Może niekoniecznie uszkodzenie (chociaż to też mi się zdarzyło...), ale choćby resztki kleju. Niezależnie od tego, usuwanie naklejek zawsze wiąże się z ogromnym stresem, a pozostawienie ich na miejscu szpeci piękne okładki...


Złamane grzbiety

Ach, dostaję dreszczy na samą myśl o złamanych grzbietach. Naprawdę uważam, żeby nie zrobić tego swoim książkom, ale to łączy się z tym, że nie mogę zbyt szeroko otwierać książek. Często zdarzają się jednak tak wykonane egzemplarze, że nieważne, jak bardzo będziesz się starać, nie uda ci się uniknąć zagnieceń na grzbietach! Wiem, że wiele osób uważa, iż stare książki ze złamanymi grzbietami mają swoją duszę, ale ja nie potrafię znieść tego widoku, który sprawia, że dosłownie mam ciarki.


Błędy w redakcji

Oczekuję, że książka będzie produktem idealnym. Wydaję w końcu swoje pieniądze i nie chcę mieć w swoich rękach feralnego egzemplarza. To prawda, że jesteśmy tylko ludźmi i błędy się zdarzają, lecz książka przechodzi przez naprawdę wiele dłoni, zanim zostanie oddana do druku. Literówki, błędy ortograficzne czy składniowe, fatalna odmiana niektórych imion czy nazw potrafią wybić z rytmu czytania, a ja czasami łapię się za głowę i zastanawiam się, jak ktoś mógł pozwolić, by książka z takimi błędami trafiła do druku. Jeżeli zdarza się to raz na przestrzeni całej powieści to jestem w stanie na to przymknąć oko, ale kiedy takie kwiatki nagminnie się powtarzają, łatwo wpaść w irytację.


Różnice w wysokości książek

Uwielbiam patrzeć na tęczowe półki, ale kiedy ja zastosowałam ustawienie książek kolorami na swoich półkach, musiałam je zmienić dość szybko. Częściowo rozdzielenie serii miało w tym swój udział, ale głównie różnica w wysokości grzbietów doprowadzała mnie do szału. Po prostu nie jestem w stanie tego przełknąć, chyba odzywa się moja wewnętrzna pedantka ;) Tęczowa biblioteczka bez wątpienia wygląda pięknie, ale nie jestem w stanie zdobyć się na poświęcenie, jakim są straszne różnice w wysokości grzbietów. Swoją drogą, czy ktoś potrafi mi wytłumaczyć, dlaczego format powieści każdego wydawnictwa jest inny, różni się nie tylko wysokość, ale także szerokość? Czasami to naprawdę utrudnia ładne ustawienie powieści na półkach.


Niekonsekwencja

Jeżeli czytacie mojego bloga od dłuższego czasu, mogliście się już przekonać w moich recenzjach, jak bardzo nie znoszę niekonsekwencji. Dotyczy to wszystkiego – zaczynając na budowie świata i jego zasadach, na zachowaniu bohaterów kończąc. Po prostu nie jestem w stanie znieść, kiedy postać myśli jedno, a dwie strony później robi coś zupełnie innego albo kiedy autor opisuje reguły rządzące danym światem, a za chwilę zupełnie zmienia zdanie i wprowadza coś skrajnie przeciwnego. Brak konsekwencji w poprowadzeniu bohaterów równa się braku wiarygodności i czystej hipokryzji, co zawsze podnosi mi ciśnienie.


Brak komunikacji

O rany, jak mnie to drażni! Ten schemat powtarza się zarówno w książkach, jak i serialach czy filmach, jest to najczęściej stosowany, banalny wręcz chwyt, który nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Wielokrotnie mam ochotę potrząsnąć bohaterami i zapytać ich, dlaczego ze sobą po prostu nie porozmawiają?! Ile ja bym dała, żeby wreszcie przeczytać powieść, w której bohaterowie potrafią się ze sobą komunikować i wspólnie stawiają czoła światu, zamiast zatajać przed sobą różne problemy, co nieuchronnie prowadzi do katastrofy i niepotrzebnie rozdmuchanych dramatów! A wystarczyłoby być tylko szczerym w stosunku do siebie!


Szlachetny idiotyzm

Ten motyw również nagminnie występuje w powieściach i produkcjach filmowych. Główny bohater po prostu musi zrobić z siebie męczennika! Ile razy natykaliście się już na schemat kocham ją, ale dla jej własnego dobra muszę ją zostawić i się poświęcić? Po prostu doprowadza mnie to do szału, kiedy po raz kolejny postać uznaje, że wie, co jest najlepsze dla tej drugiej i odrzuca wspólne szczęście, żeby cierpieć w samotności, bo wydaje mu się, że tak będzie lepiej! Chciałabym, żeby chociaż raz bohaterowie współpracowali ze sobą, nie przejmując się przeciwnościami i zamiast się poświęcać, wspólnie szukaliby rozwiązań. Czy ja naprawdę wymagam tak wiele? Szlachetny idiota to motyw, który za każdym razem wyprowadza mnie z równowagi, bo to jest takie oczywiste, że kiedy tylko główny bohater się poświęci, wszystko posypie się jeszcze bardziej i dojdzie do tragedii! A wystarczyło porozmawiać. Patrz punkt wyżej.


Otwarte zakończenia

Osobiście nie jestem fanką otwartych zakończeń. Jedno na dziesięć jest naprawdę dobre i wtedy jestem w stanie je zaakceptować, ale przez większość czasu zamykam powieść wściekła, powtarzając sobie, że książka nie powinna była się kończyć W TAKIM MIEJSCU! Otwarte zakończenia zostawiają mnie z mnóstwem wątpliwości, a najgorzej jest, kiedy mam poczucie zmarnowanego czasu na lekturę, bo ostatecznie nie dostaję satysfakcjonujących odpowiedzi.


Zbyt wiele perspektyw

Co prawda w ostatnim czasie staram się przekonać do większej liczby narratorów (to wszystko zasługa Leigh Bardugo i jej Szóstki Wron, która pokazała mi, że jestem w stanie równie mocno pokochać wszystkich), ale wciąż do powieści z licznymi perspektywami podchodzę jak pies do jeża. O ile całkiem dobrze znoszę dwóch-trzech narratorów, o tyle większa liczba często wzbudza we mnie ogromną niechęć i sprawia, że nie sięgam po książkę albo strasznie się z nią męczę. Podobnie mam ze zmianami perspektyw, kiedy pierwsza część serii była opowiedziana przez jednego bohatera, a w drugiej już zupełnie inna postać prowadzi nas przez historię (tutaj remedium okazało się Illuminae). Wiem, że wielu czytelników nie ma z tym problemu, lecz mnie strasznie to drażni i w przeszłości starałam się unikać podobnych powieści, ale teraz próbuję dawać im szanse.



To teraz pora na Was – wyrzućcie z siebie całą frustrację i napiszcie mi w komentarzach, jakie rzeczy najbardziej Was drażnią w książkach! 
Czytaj dalej »

środa, 6 marca 2019

Geniusz. Przekręt, czyli jak oszukać bezwzględnego wojskowego, uciec przed FBI i uratować świat

0
Jeżeli czytaliście moją recenzję pierwszego tomu Geniusza, wiecie, że osobiście byłam zachwycona fabułą. Nie spodziewałam się, że książka spodoba mi się tak bardzo, ale zostałam niezwykle mile zaskoczona, dlatego z ogromną przyjemnością sięgnęłam po drugą część, nie byłam jednak pewna, czy autorowi uda się przeskoczyć wysoko postawioną poprzeczkę, zwłaszcza że Gra zakończyła się w tak szokującym momencie! Ostatecznie muszę powiedzieć, że Przekręt podobał mi się odrobinę bardziej od pierwszego tomu, stąd moje oczekiwania względem trzeciej części są naprawdę wysokie! Najpierw jednak zapraszam was na recenzję Geniusz. Przekręt.

Rex, Tunde i Likaon wzięli udział w Grze zorganizowanej przez jednego z najmłodszych prezesów firm technologicznych na świecie, ale rozgrywka, zamiast przynieść im sukces, zapewniła im miejsce na liście najbardziej poszukiwanych przestępców. Ścigani przez FBI geniusze nie mogą jednak skupić się na oczyszczeniu swojego dobrego imienia; z USA muszą przedostać się do Nigerii, gdzie Tunde ma przekazać swoją maszynę bezwzględnemu generałowi, w przeciwnym razie jego wioska wraz z mieszkańcami zostanie zmieciona z powierzchni Ziemi. Na miejscu okazuje się jednak, że problem jest o wiele bardziej skomplikowany i niebezpieczny, niż podejrzewali. Tunde, Rex i Likaon po raz kolejny jednoczą siły, by wprowadzić w życie genialny przekręt mający na celu uratowanie świata.

Przekręt rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym zakończyła się Gra, dlatego od początku jesteśmy wrzuceni w sam środek pędzącej do przodu akcji. Jest to jeden z powodów, dla których drugi tom podoba mi się bardziej od pierwszego – mam wrażenie, że tempo całej powieści było szybsze, bardziej dynamiczne, więcej się działo, autor na każdym kroku zaskakiwał nas niespodziewanymi rozwiązaniami, a jednocześnie wątki zostały tak ładnie rozłożone, że nie miało się wrażenia przesytu, choć nasi nastoletni geniusze muszą wygrać nierówny wyścig z czasem. Leopoldo Gout trzyma nas na krawędzi fotela od początku do końca powieści, jednocześnie pozwalając nam na chwile wytchnienia, kiedy po raz kolejny przemyca w swojej powieści ważne wartości i wątki, które zwykle nie występują w podobnych powieściach, a o których jak najbardziej powinniśmy rozmawiać. Autor zachęca do cieszenia się małymi rzeczami i doceniania tego, co mamy, bo często bierzemy coś za pewnik i uświadamiamy sobie, jakie to było dla nas ważne dopiero w momencie, w którym nam tego zabraknie. Jednocześnie wskazuje na to, że zachłanność ludzka nie ma granic i chciwość może doprowadzić nie tylko do upadku człowieka, ale także do zniszczenia świata. Jestem zachwycona tym, że po raz kolejny Leopoldo Gout wplótł tak ważne przesłania do swojej powieści, wskazując na konieczność walczenia o to, w co się wierzy, a także dbania o naszą planetę.

W Przekręcie ponownie mamy narrację poprowadzoną z perspektywy trzech bohaterów, lecz mam wrażenie, że tym razem naprzód nieznacznie wysunął się Tunde, ponieważ to wokół jego wątku kręci się fabuła drugiej części, pozwoliło mi to jednak docenić go bardziej niż w pierwszym tomie. W dynamice grupy Likaona, Rexa i Tundego doszło do pewnych subtelnych zmian i osobiście jestem zachwycona kierunkiem, w którym podążyły poszczególne relacje. Dotyczy to nie tylko subtelnie zarysowanego wątku romantycznego (shippuję Rexa i Likaona całym serduchem!), ale także przyjaźni Likaona i Tundego, która została pełniej ukazana w tej części. Sami bohaterowie również się rozwijają, dostrzegają więcej i uczą się podejmowania słusznych, choć trudnych decyzji. Likaon wciąż niesamowicie mi imponuje, ale Rex i Tunde także urośli w moich oczach. Ich intelekt wywołuje podziw, a praca zespołowa fascynuje i jeżeli byliście zachwyceni naukowymi zagadkami w pierwszej części, to w drugiej będziecie równie usatysfakcjonowani technologicznymi nowinkami i sprytnymi zagraniami. Szata graficzna jest równie piękna i zajmująca, została wykonana na najwyższym poziomie i cudownie urozmaica treść, ułatwiając także zrozumienie naukowych zagadnień dzięki rysunkom, schematom i wykresom.

Geniusz. Przekręt to historia, która wciąga od pierwszej strony i trzyma w napięciu aż do ostatniej. Wydawało mi się, że Leopoldo Gout nie jest w stanie napisać jeszcze lepszej książki, tymczasem bardzo mile mnie zaskoczył, tworząc powieść pełną zwrotów akcji, pięknych wartości i przyjaźni. Jeżeli uwielbiacie dynamiczne historie, w których główni bohaterowie zmagają się z niemal niemożliwym do wykonania zadaniem uratowania całego świata, a jednocześnie nie zapominają o tym, co dla nich najważniejsze w życiu, to seria Geniusz jest zdecydowanie dla was. To niesamowita książka, w której urok technologii łączy się z magią otaczającego nas świata, a więzy rodzinne są ważniejsze niż sława czy władza.


Seria Geniusz: 
Gra // Przekręt // Rewolucja

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros!
Czytaj dalej »

sobota, 2 marca 2019

Weteran, czyli współczesne nawiązanie do Pięknej i Bestii

0
Uwielbiam retellingi. W każdej możliwej postaci, nieważne, czy skierowanej do młodzieży, czy z elementami fantasy, jeżeli tylko wiem, że książka nawiązuje do moich ukochanych baśni, na pewno po nią sięgnę. Nie inaczej było z Weteranem Katy Regnery, który nie dość, że mnie zaintrygował, bo nie miałam jeszcze do czynienia z retellingiem w wersji erotyku, to jeszcze zebrał mnóstwo pozytywnych opinii, stąd wiedziałam, że muszę go przeczytać.

Savannah Carmichael, zdradzona i porzucona przez mężczyznę, któremu zaufała, traci wymarzoną karierę dziennikarki w Nowym Jorku i musi wrócić do Danvers, swojego rodzinnego miasteczka w Wirginii. Gdy otrzymuje propozycję powrotu do branży i napisania reportażu o interesującym człowieku, nie waha się ani chwili – w jej mieście mieszka idealny kandydat: Asher Lee, okaleczony weteran wojenny, który wrócił do Danvers osiem lat temu i od tego czasu nie opuścił swojego domu.
Mieszkańcy szanowali prywatność miejskiego samotnika, który stracił rękę i pół twarzy podczas wojny w Afganistanie. Jednak wszystko zmieni się w dniu, w którym do jego drzwi zapuka Savannah Carmichael – ubrana w kolorową sukienkę pożyczoną od siostry z talerzem słodkich, domowych pierniczków. Wbrew samemu sobie, Asher zgadza się udzielić wywiadu pięknej dziennikarce – i szybko odkrywa, że zaczyna czuć do niej coś więcej.
Dwójkę niezwykłych bohaterów tej współczesnej wersji klasycznej baśni o Pięknej i Bestii połączy niezwykłe uczucie, które zaskoczy ich oboje. Jednak gdy jedno z nich popełni straszliwy błąd, ich miłość zostanie wystawiona na najcięższą próbę; czy będą w stanie pokonać wszelkie przeszkody i wspólnie dotrzeć do szczęśliwego końca?
Opis z LubimyCzytać

Największą wadą Weterana jest to, że książka jest zbyt... krótka. Mam wrażenie, że kilkadziesiąt dodatkowych stron sprawiłoby, że byłabym o wiele bardziej zauroczona tą historią, a wszystko to z powodu tempa, w jakim rozwija się uczucie między bohaterami. Mamy tutaj niestety do czynienia z natychmiastowym zauroczeniem, które postępuje bardzo szybko i przez to głębia relacji Savanny oraz Ashera bardzo na tym straciła. A koniec powieści nadszedł dla mnie zdecydowanie za szybko, bo z czasem poczułam tak dużą sympatię do tej dwójki bohaterów, że chętnie przeczytałabym więcej! Sam romans jest naprawdę przyjemny, może niezbyt wybitny, jednak mimo szybkiego tempa ostatecznie wypada dość wiarygodnie. Jeśli obawiacie się, że relacja Vanny i Ashera opiera się głównie na seksie, to również muszę wyprowadzić was z błędu – ta dwójka cudownie się wspierała, pomagając sobie nawzajem uporać się z traumatycznymi przeżyciami z przeszłości. Nie da się jednak ukryć, że wątek romantyczny był bardzo przewidywalny; od początku było wiadomo, z jakimi przeszkodami przyjdzie się zmierzyć głównym bohaterom w ich związku i jak to wszystko się rozwinie, część dramatów zupełnie do mnie nie przemówiła i wydawała się nadmiernie rozdmuchana, ale i tak bawiłam się całkiem dobrze.

Myślę, że Katy Regnery miała bardzo fajny pomysł i pierwszy zarys powieści, ale później trochę to wszystko się rozjechało i wykonanie nie zachwyca już tak bardzo. Przede wszystkim nie można nazwać Weterana retellingiem, bo jest to stwierdzenie nad wyraz; pojawia się tutaj motyw Pięknej i Bestii, czyli mamy śliczną dziennikarkę z ambicjami przewyższającymi jej niewielkie miasteczko i pokiereszowanego żołnierza, który stracił rękę i ma okaleczoną twarz, przez co od lat nie opuszcza swojego domu, w wolnych chwilach czytając książki. Na tym podobieństwa do znanej baśni się kończą, była to zaledwie inspiracja, lecz według mnie jak najbardziej udana, bo właśnie motyw powolnego uzdrawiania Ashera jest według mnie najsilniejszym punktem całej książki. Co prawda miałam nadzieję, że Weteran złamie mi serce i zaprezentuje bardziej dojrzałe podejście do tematu, a to się nie wydarzyło, lecz bardzo doceniam tematykę, którą porusza w swojej książce Katy Regnery. Nawet jeśli przemiana Ashera ze zgorzkniałego mężczyzny, który już spisał swoje życie na straty w pełnego motywacji i nadziei bohatera, który leczy swoje rany dzięki miłości była zbyt idealistyczna i nierealistyczna, zdecydowanie wzbudzała ona ciepło w serduchu.

Weteran to historia, która pod wieloma względami jest naiwna, ugłaskana i wręcz do przesady romantyczna. Bohaterowie są trochę zbyt idealni, a fabuła trochę zbyt prosta, lecz czyta się tę powieść błyskawicznie. To lekka i przyjemna lektura z rodzaju grzesznych przyjemności. Można albo ją pokochać z ten romantyzm, albo poczuć się zniechęconym przez naiwność w poprowadzeniu poszczególnych wątków. Jeśli jednak nie będziecie się spodziewać po niej zbyt wiele, na pewno umili wam czas.


Seria Współczesne baśnie:
Weteran // Nigdy nie pozwolę ci odejść // Ginger's Heart // Dark Sexy Knight // Don't Speak // Shear Heaven // Fragments of Ash // Swan Song
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia