niedziela, 14 lipca 2019

Kiedyś po ciebie wrócę, czyli jak ruszyć do przodu po utracie bliskiej osoby?

Rzadko sięgam po polskich autorów, z reguły jest mi z nimi nie po drodze, ale wciąż staram się dawać rodzimym twórcom szansę od czasu do czasu. Miałam już okazję sięgnąć po powieść Agaty Czykierdy-Grabowskiej i zostałam mile zaskoczona przez Jak powietrze. Kiedyś po ciebie wrócę od razu przykuło moją uwagę swoim opisem, dlatego z chęcią sięgnęłam po ten tytuł. 

Roksana wraca do rodzinnego miasteczka po rocznej nieobecności. Ma jasny cel – musi się dowiedzieć, co spotkało Anię, która pewnej nocy jakby rozpłynęła się w powietrzu. Znajdzie tego, kto od samego początku kłamie. Zrobi to, chociaż w sieci przemilczeń i tajemnic niełatwo odnaleźć ścieżkę prowadzącą do prawdy…
Bartek oddałby wszystko, żeby pomóc Roksanie odnaleźć zaginioną siostrę. Jest jej najwierniejszym przyjacielem od lat, od dawna też ma nadzieję, że dziewczyna poczuje do niego coś więcej. Gdy zaczyna między nimi iskrzyć, Roksana w końcu czuje, że żyje, i na chwilę zapomina o tragedii, która zniszczyła jej rodzinę.
Czy jednak wybaczy mu, kiedy dowie się, co chłopak przed nią ukrywał? Czy można pokochać kogoś, kto ma tak wielką tajemnicę?
Opis z LubimyCzytać

Kiedyś po ciebie wrócę pokazuje, jak ciężko jest się pogodzić ze stratą i niewiedzą najbliższych. Każdy inaczej radzi sobie z zaginięciem – ucieczka przed przeszłością, negowanie rzeczywistości, obwinianie się i rozpamiętywanie – ale wszystkich łączy cierpienie i rozpacz, od których łamie się serce. Autorka w trudny, lecz piękny sposób ukazuje życie ludzi, którzy zmagają się z pustką, jaką zostawia po sobie zaginiona osoba. Jest pełna surowych emocji, nostalgii i brzydkich prawd, z którymi bohaterowie muszą się zmierzyć. Trochę żałuję, że we mnie nie wzbudziła żadnych głębszych uczuć, ale dzięki przystępnemu stylowi pisania Agaty Czykierdy-Grabowskiej przez książkę się płynie, zanim się obejrzałam, byłam już w połowie książki! Pochłonęłam tę powieść w przeciągu kilku godzin, nie dało się jej odłożyć na bok, mimo że wiele elementów mnie rozczarowało, a główna bohaterka strasznie działała mi na nerwy. W wielu sytuacjach nie potrafiłam zrozumieć zachowania Roksany, Bartek też zresztą nie zachwyca swoją kreacją, która była niespójna, jakby autorka sama nie mogła się zdecydować, czy chce z niego robić bad boy'a, czy chłopaka z sąsiedztwa.

Połączenie kryminału z romansem jest bez wątpienia moim ulubionym, dlatego byłam bardzo podekscytowana tą książką, ale wiem też, że taka kombinacja może być problematyczna i podchwytliwa, ponieważ znalezienie złotego środka, który pozwoli ukazać oba wątki w pełni, jest trudne. Niestety, mam wrażenie, że Agacie Czykierdzie-Grabowskiej nie do końca udała się ta sztuka. Romans zdominował całą fabułę, spychając motyw zaginionej siostry i jej porywacza na dalszy plan, autorka raz na kilkadziesiąt stron przypominała sobie, że istnieje podobny wątek i wtedy wrzucała fragment przemyśleń głównej bohaterki czy wskazówkę, a później znowu następowała cisza. Dla mnie cała intryga kryminalna została przedstawiona po macoszemu, prawie nic się w niej nie kleiło, wytłumaczenie, dlaczego anonimowy nadawca postanowił ściągnąć Roksanę do miasta również do mnie nie przemówiło, było zupełnie pozbawione logiki. Nie czułam żadnego napięcia związanego z mroczną zagadką zaginięcia Ani, miałam też przeczucie, jak do niego doszło, dlatego zabrakło mi elementu zaskoczenia. Skoro zawiódł mnie wątek kryminalny, miałam nadzieję, że chociaż romans mnie zauroczy, tymczasem mam dość mieszane uczucia względem relacji Bartka i Roksany. Na pewno na plus zaliczam to, że był pełen burzliwych emocji – to nie jest typowy, słodki wątek romantyczny, związek tej dwójki jest pełny iskrzenia, ale też niedopowiedzeń, tajemnic i żalu. Nie jestem jednak jego fanką; wyraźnie widać pomiędzy nimi pociąg seksualny, jednak zabrakło szczerego uczucia, nie czułam żadnej miłości w ich gestach czy słowach, cała relacja była według mnie toksyczna i przepełniona wulgaryzmem. 

Mam mieszane uczucia względem Kiedyś po ciebie wrócę. Powieść czyta się naprawdę szybko i przyjemnie, autorce udało się zbudować ciężki, mroczny klimat, podobał mi się także zamysł na tę powieść, ale wykonanie już mnie zawiodło. Książka nie wzbudziła we mnie większych emocji, może z wyjątkiem irytacji wywołanej przez irracjonalne zachowanie Roksany; nie kupił mnie ani romans, ani kryminał, chociaż oba te wątki na początku zapowiadały się naprawdę dobrze. Myślę, że Kiedyś po ciebie wrócę ma szansę spodobać się wielu czytelnikom, ale to nie była powieść dla mnie.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu OMGBooks!
0 Czytaj dalej »

sobota, 6 lipca 2019

Geniusz. Rewolucja, czyli ostateczna rozgrywka

0

To moje ostatnie spotkanie z Rexem, Likaonem oraz Tunde, dlatego miałam ogromne oczekiwania względem fabuły. Byłam zachwycona poprzednimi tomami, zawsze miałam słabość do motywu nastoletnich geniuszy, a Leopoldo Gout ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Recenzja nie zawiera spoilerów z poprzednich części.

Troje przyjaciół. Jeden cel: uratować świat.
Decydujący pojedynek dobra ze złem. Ostatnia runda.
Troje geniuszy. Blogerka z Chin, inżynier samouk z Nigerii, programista z Meksyku. Każdy ma inny talent. Wszyscy mają wspólny cel. Jaki? Zatrzymać zło. Uratować świat.
Misja 1: rozbić gang cyberterrorystów
Misja 2: uwolnić niesłusznie aresztowanego ojca Likaona
Misja 3: przygotować się na decydujące starcie z szalonym geniuszem zła
Opis z LubimyCzytać

Pod względem tempa Rewolucja dotrzymuje kroku poprzednim tomom; jest szybciej, więcej, lepiej. Akcja gna na złamanie karku, nie ma chwili na złapanie oddechu, autor ciągle nas zaskakuje, sprawiając, że nie da się odłożyć książki na bok. Już od pierwszych stron dużo się dzieje, sytuacja zmienia się w mgnieniu oka, wraz z kolejnymi kartkami staje się coraz bardziej skomplikowana, a atmosfera gęstnieje, bo stawka tym razem jest naprawdę wysoka. Nie ma nawet chwili na nudę, bohaterowie muszą się mierzyć z wyzwaniami, które zdają się ich przerastać, a czytelnik po prostu nie jest w stanie oderwać się od tej historii, która po raz kolejny zachwyca dbałością o szczegóły. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że tym razem naszej uzdolnionej trójce wszystko poszło... zbyt łatwo. Co prawda spotykają się z różnymi przeszkodami na swojej drodze, ale każdy ich plan jest zwieńczony sukcesem, przez co nie odczuwałam żadnego napięcia. Każdy problem udawało im się gładko rozwiązać i dlatego brakowało mi elementu zaskoczenia, tej ekscytującej niepewności, która sprawia, że serce bije szybciej w oczekiwaniu na rezultat. Po prostu wiedziałam, że niezależnie od sytuacji, Rex, Cai i Tunde wyjdą z niej obronną ręką, dlatego byłam odrobinę zawiedziona. Liczyłam na epicki finał, tymczasem zabrakło mi mocniejszego uderzenia na sam koniec, które wbiłoby mnie w fotel.

Leopoldo Gout po raz kolejny wplata do fabuły ważne społecznie treści, ukazując ogromną wartość rodziny, ale także poruszając globalne problemy czy moralne kwestie. Uwielbiam sposób, w jaki autor przedstawia różne kultury; pierwszy tom był poświęcony latynosko-amerykańskiemu pochodzeniu Rexa, w drugiej części przenieśliśmy się do wioski Tundego w Nigerii, tymczasem Geniusz. Rewolucja jest swojego rodzaju hołdem dla kultury chińskiej i cieszę się, że nawet przy tak dużej ilości akcji, Leopoldo Goutowi udało się w piękny sposób przedstawić aspekty azjatyckiej tradycji. Rex, Tunde i Likaon są specjalistami wykorzystującymi technologię na co dzień, ale nie pozwolili, by sieć ich zniewoliła; dostrzegają siłę w rzeczywistych relacjach międzyludzkich, widzą urodę otaczającego ich świata i cieszą się z najmniejszych rzeczy, jednocześnie przekazując nam swoją postawą wartości, które zdają się zanikać w obecnych czasach. Niezmiennie jednak w Rewolucji można znaleźć naukowe ciekawostki, genialne pomysły i logiczne zagadki, które tak bardzo urzekły mnie w poprzednich tomach. Autor wprowadził też wielu nowych bohaterów, ale akurat z tego zabiegu jestem średnio zadowolona, w moim odczuciu byli zbędnym elementem, niewiele wnieśli do fabuły.

Geniusz to seria, którą bardzo gorąco wam polecam. Czyta się ją niesamowicie szybko, akcja nie zwalnia nawet na sekundę, a stawka rośnie wraz z kolejnymi tomami. Piękna szata graficzna, genialni bohaterowie, których nie da się nie polubić, dynamiczna fabuła, która jest pełna nie tylko zaskakujących zwrotów akcji, ale także wartościowych rozważań na temat przyjaźni czy moralnych wartości, rozrywka na najwyższym poziomie, która w dodatku wymaga od nas nieco wysiłku i pełnego skupienia... Czego chcieć więcej? Dla mnie trylogia Geniusz jest niezwykle wartościową serią dla młodzieży i żal mi się rozstawać z Rexem, Cai oraz Tunde, ale w przyszłości na pewno wrócę do ich zapierających dech w piersiach, niebezpiecznych przygód.


Seria Geniusz: 
Gra // Przekręt // Rewolucja

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros!
Czytaj dalej »

środa, 3 lipca 2019

Punk 57, czyli potrzeba akceptacji nawet za cenę utraty siebie

0
Miałam już okazję przeczytać powieść tej autorki i byłam zachwycona sposobem, w jaki ujęła motyw od nienawiści do miłości w Dręczycielu, dlatego miałam dobre przeczucia względem Punk 57. Mam wrażenie, że pod wieloma względami ta książka Penelope Douglas jest bardziej dojrzała, ale też cięższa i mroczniejsza. 

Była dla niego wszystkim. Myślał nawet, że się w niej zakochał. Dziewczyna z listów, jego Ryen. Obiecali sobie, że nigdy się nie spotkają i nie będą siebie szukać w mediach społecznościowych. Żadnych zdjęć, żadnych spotkań. Tylko listy i oni. 
Jednak Misha spotkał ją zupełnie przypadkiem, na imprezie zorganizowanej po to, żeby zebrać fundusze na trasę jego nowo powstałej kapeli. Była tam jego Ryen. I Misha zrozumiał, że dziewczyna z listów go okłamała. Nie była wcale taka, jak to sobie wyobrażał. Była… gorąca. Postanowił, że nie zdradzi jej, kim jest. Jeszcze nie teraz. 
I wydarzyła się tragedia. Tragedia, do której być może by nie doszło… gdyby tamtego wieczoru Ryen nie zawróciła mu w głowie. Teraz Misha już nie chce jej znać. Jedyne, czego chce, to ją znienawidzić i zapomnieć, że kiedyś była jego. 
Ryen nie wie, czemu Misha nie odpisuje. Za to do jej poukładanego życia wkracza chłopak, który wyraźnie ma zamiar je zniszczyć. Tylko czemu Ryen nie potrafi przestać o nim myśleć?
Opis z LubimyCzytać

Kiedy sięgałam po Punk 57, spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Penelope Douglas udało się mnie zaskoczyć, nie tylko rozwiązaniem niektórych wątków, ale także ogólnym klimatem, jaki wykreowała dla tej historii. Co prawda początki były dość ciężkie, dopiero po 120 stronie książka zaczęła nabierać tempa, jednak później nie było już ani chwili na odpoczynek, bo Punk 57 jest intensywną powieścią. Misha i Ryen to silne osobowości, a każde ich spotkanie jest burzliwe i przepełnione iskrzeniem. Łączące ich uczucie jest gwałtowne, przesycone namiętnością, ale także głęboką niechęcią, która nadaje ich interakcjom pazura. Nie boją się sobie nawzajem powiedzieć brzydkiej prawdy, rzucają sobie nawzajem wyzwanie, jednak dzięki temu wyciągają z siebie to, co najlepsze. Uwielbiam to, że Misha i Ryen znali się nawzajem na wylot, w końcu przez siedem lat poprzez listy ujawniali przed sobą te najbardziej skryte myśli, ale trochę żałuję, że ten wątek nie został bardziej uwidoczniony w powieści. Myślę, że Penelope Douglas mogła poświęcić też więcej miejsca na opisanie relacji Ryen oraz Mishy z ich rodzinami, zwłaszcza w przypadku chłopaka, bo był to interesujący motyw. Akcja w Punk 57 została przedstawiona z dwóch perspektyw, dzięki czemu mieliśmy wgląd w myśli i uczucia naszej dwójki bohaterów i myślę, że to był bardzo dobry zabieg ze strony autorki. Ryen jest postacią, którą bardzo trudno polubić ze względu na decyzje, jakie podejmuje i jej niedopuszczalne zachowanie, ale z czasem przechodzi znaczącą przemianę. Misha z kolei już od pierwszych stron mnie zauroczył. 

Jeżeli wydaje wam się, że Punk 57 jest kolejnym romansem mającym umilić wam wieczór, to jesteście w błędzie, bo ta książka dotyka wielu trudnych tematów. rozprawiając się ze społecznymi kwestiami w najbardziej bezkompromisowy sposób. Na pierwszy plan wysuwa się potrzeba bycia akceptowanym nawet za cenę utraty własnego "ja", strach przed odrzuceniem i samotnością, gdy nie potrafimy dopasować się do oczekiwań grupy. Ryen nienawidziła tego, kim się stała, zgubiła swoją siłę i umiejętność wyrażania własnego zdania, udawała, że nie dostrzega złych postępków i fałszywości swoich znajomych, byle tylko zyskać aprobatę otaczających ją rówieśników, ponieważ odtrącenie i izolacja przerażały ją bardziej od świadomości, że staje się płytką, wredną dziewczyną. Punk 57 jasno pokazuje presję grupy, która zabija w jednostkach to, co najlepsze i to, jak ciężko jest zacząć iść pod prąd. Powieść zawiera także trudne relacje rodzinne, ogromny ból po stracie bliskiej osoby, szkolne prześladowania, bezkarność dręczycieli przy obojętności grona pedagogicznego, zmagania osób homoseksualnych czy uzależnienia... Momentami miałam wrażenie, jakby było tego za dużo, bo autorce nie udało się pogłębić żadnego z tych wątków w satysfakcjonującym dla mnie stopniu, ale doceniam to, że Penelope Douglas starała się za pomocą swojej książki uwidocznić wiele problemów, które wciąż są objęte społecznym tabu. 

Punk 57 to książka, w którą na początku ciężko było mi się wciągnąć, jednak później już z zapartym tchem śledziłam losy bohaterów. Relacja Ryen i Mishy jest skomplikowana, burzliwa i gwałtowna, ale nie można odmówić jej pasji i ukrytego uroku. Dla mnie Punk 57 jest jednak głównie powieścią o odnajdywaniu w sobie odwagi, by być sobą, by nie wstydzić się swoich pasji i swojego prawdziwego ja, by zamiast iść z tłumem i za wszelką cenę dopasowywać się do reszty, gubiąc po drodze poczucie własnej wartości, tworzyć własną ścieżkę, która nie zawsze jest prosta i przyjemna, ale jest właściwa. To opowieść o tym, że słowa mają ogromną moc, a jeden mały kamyczek jest w stanie wywołać lawinę. Przyłączycie się do tej rewolucji? 


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe!
Czytaj dalej »

niedziela, 2 czerwca 2019

Inna Blue, czyli droga ku odkupieniu

0
Amy Harmon to autorka, z którą miałam okazję się już zapoznać dzięki cudownemu Prawu Mojżesza i Pieśni Dawida. Na własnej skórze przekonałam się, że choć jej powieści mogą brzmieć niepozornie, w rzeczywistości są pięknymi historiami, od których nie sposób się oderwać i które zostają z nami na dłużej, dlatego byłam bardzo podekscytowana perspektywą przeczytania Innej Blue.

Blue Echohawk nie ma własnej historii. Poznała jedynie skrawki swojej przeszłości: została porzucona jako dwulatka, a jej matka nie żyje. Blue nawet nie wie, jak rzeczywiście się nazywa i kiedy się urodziła. Ma około dziewiętnastu lat, jest twarda, surowa i onieśmielająca. Nie wierzy w damskie przyjaźnie, a od mężczyzn oczekuje tylko krótkiego ukojenia. Jest nikim, a tak bardzo chciałaby być kimś. Blue musi się zbudować od nowa. To niezwykle trudne dla rozpaczliwie samotnej nastolatki. Tymczasem do jej szkoły trafia młody nauczyciel, pan Wilson. Od razu zauważa demonstracyjnie arogancką Blue, bez trudu dostrzega pod wyzywającym makijażem zagubioną dziewczynę, która bardzo potrzebuje pomocy. Jest zdecydowanie trudną uczennicą, a przy tym stanowi jego kompletne przeciwieństwo. Oboje nie mają najmniejszego pojęcia, dokąd zaprowadzi ich ta przedziwna, niecodzienna relacja.
To przejmująca historia o poszukiwaniu siebie — wbrew wszystkim i wbrew sobie. Mówi o wielkiej mocy przyjaźni, która potrafi rozkwitnąć w najbardziej nieprawdopodobnej sytuacji. O tym, że nadzieja pomaga w leczeniu źle zabliźnionych ran, a życie bez wiary jest tragiczniejsze od śmierci. A także o tym, jak trudno o zaufanie i jak niepostrzeżenie rodzi się miłość. I że tu zaczyna się droga do katastrofy.
Bez wiary i przeszłości. Inna niż wszyscy…
Opis z LubimyCzytać

Tym razem zacznę moją recenzją od bohaterów, co nie zdarza się u mnie zbyt często, ale Blue jest tak fascynującą postacią, że po prostu nie mogę postąpić inaczej. W literaturze skierowanej do młodzieży czy młodych dorosłych rzadko pojawia się kobieca bohaterka taka jak Blue – pewna siebie i swojej cielesności, odpychająca wulgarnymi złośliwościami, ale jednocześnie intrygująca otaczającą ją, charyzmatyczną i tajemniczą aurą. Blue sprawia wrażenie, jakby na niczym jej nie zależało, jakby cały świat mógł spłonąć, a jej zupełnie by to nie obeszło, lecz za maską arogancji oraz seksapilu skrywa się zagubiona, niepewna dziewczyna, która po prostu straciła nadzieję i wolę walki o lepszą przyszłość. Cała ta historia, choć porusza wiele różnorodnych, skomplikowanych wątków, jest tak naprawdę opowieścią o poszukiwaniu przez Blue odpowiedzi na pytanie kim ja tak naprawdę jestem?
Ta bohaterka dojrzewa na naszych oczach, przechodzi przemianę ze zbuntowanej nastolatki do niezależnej kobiety i towarzyszymy jej na każdym kroku tej długiej drogi. Blue zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest idealna, a jej postępowanie nie zawsze jest właściwe i choć czytelnik nie może zaakceptować jej przeszłych wyborów to rozumie, co do nich doprowadziło i potrafi sympatyzować z główną bohaterką. Życie mocno naznaczyło Blue, jednak dziewczyna nie dramatyzuje ani nie szuka winnych, których mogłaby obarczyć wyrzutami; zamiast tego bierze swój los we własne ręce i kształtuje go tak jak tworzy rzeźby w drewnie. Kreacja Blue jest naprawdę wyjątkowa – to wyrazista, barwna i fascynująca bohaterka, a jej niedoskonałości czynią ją jeszcze bardziej ludzką. Uwielbiam też to, w jaki sposób została przedstawiona jej pasja, do tej pory nie spotkałam się z rzeźbieniem w drewnie w powieściach i byłam oczarowana tym, jak autorka przedstawiła artystyczny talent Blue.

Inny motyw, którym jestem zachwycona, to nawiązanie do indiańskiej kultury. Blue jest w połowie Indianką, a jej opiekun zadbał o to, by poznała swoje dziedzictwo, stąd w powieści pojawia się wiele legend i opowieści, które nadają całej historii niesamowitego klimatu. Inna Blue jest książką dosadną, ale jednocześnie melancholijną i subtelną. Podoba mi się również to, jak została rozwiązana kwestia utraconej tożsamości Blue, wątek ten rozwinął się naturalnie i nie przytłoczył całej fabuły. Mam jednak wrażenie, że autorka przesadziła z ilością kwestii, które chciała poruszyć, pojawiło się kilka wątków, które zostały rozpoczęte, ale nigdy nie doczekały się swojego zakończenia lub zostały szybko urwane, zostawiając pewien niesmak, bo były to bardzo ważne społecznie tematy tak jak rozprzestrzenianie nagich zdjęć dziewcząt bez ich zgody czy strzelanina w szkole. Nie do końca wpasowują się one w ogólny klimat Innej Blue i zostały potraktowane po macoszemu, nad czym ubolewam. Chciałabym też wspomnieć o relacji głównych bohaterów – jeżeli spodziewacie się zakazanej relacji na linii uczennica-nauczyciel, jak najszybciej wyrzućcie tą wizję z głowy, bo znajomość Blue i Wilsona opiera się na zupełnie innym fundamencie. Szczerze mówiąc, choć książkę przeczytałam miesiąc temu, wciąż nie wiem, co powinnam sądzić o ich związku. Były momenty, kiedy byłam zachwycona, ale były też momenty, kiedy zastanawiałam się, co to za szaleństwo. Doceniam jednak sposób, w jaki odwróciła schematyczne w romansach role – nasza główna bohaterka jest typowym bad boy'em, z kolei męska postać to grzeczny, wspierający dżentelmen. 

Inna Blue jest powieścią równie niejednoznaczną co jej główna bohaterka. Jest trudna, bywa frustrująca i smutna, ale jest przy tym niezwykle hipnotyzująca i intrygująca. Porusza wiele skomplikowanych wątków, o które nie podejrzewałabym tak niepozornej książki i nawet jeśli nie wzbudziła we mnie tak głębokich uczuć, jakich oczekiwałam po Amy Harmon, podróż u boku Blue była niesamowita. To pozycja, która mówi o odkupieniu, poszukiwaniu siebie, nadziei wyłaniającej się z mroku i o tym, że nigdy nie jest za późno, aby się zmienić.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu EditioRed!
Czytaj dalej »

środa, 29 maja 2019

Zapisane w bliznach, czyli utracona miłość, która nigdy nie odeszła

0
Jestem ogromną fanką motywu drugich szans, kiedy byli kochankowie rozstali się w gniewie, ale pod warstwą nienawiści wciąż płonie miłość, dlatego choć wcześniej nie miałam do czynienia z Adrianą Locke i choć okładka nie jest szczególnie trafiona, po przeczytaniu opisu wiedziałam, że muszę dorwać tę książkę i przekonać się, jakie emocjonalne tsunami przygotowała dla nas autorka. Zdecydowanie się nie zawiodłam!

Siniaki znikają. Blizny pozostają jako świadectwo tego, że się żyło. Walczyło. Kochało.
Łatwo jest się zakochać. Z kolei odkochanie to najtrudniejsza rzecz na świecie. Elin i Ty Whitt są w tym beznadziejni…
Gdy lokalna gwiazda koszykówki uśmiechnęła się do Elin, było po niej. Tak łatwo przyszło jej zakochać się w ciemnowłosym bohaterze z czarującym uśmiechem i silnym, atletycznym ciałem. Aż uderza rzeczywistość. I robi to naprawdę mocno. Zakochanie się było zdecydowanie tą łatwą częścią. Patrzenie, jak to wszystko ulega rozpadowi, okazało się nie do zniesienia.
Gdy Ty wraca z nowo odnalezioną determinacją, by odzyskać rodzinę, Elin czuje się rozdarta przez walkę między przeszłością a możliwością nowego startu. To mężczyzna, do którego należy jej serce. A zarazem jedyna osoba, która może sprawić jej niewyobrażalny ból.
Życie nie zawsze jest łatwe. Miłość nie jest dla wrażliwych. Ale życie wciąż czegoś uczy, a Ty i Elin, oboje poznaczeni bliznami, są tego najlepszym dowodem. Jednak w tych bliznach zapisana jest ich miłość, która albo zwiąże ich ze sobą… albo rozdzieli na zawsze.
Opis z LubimyCzytać

Kiedy sięgałam po Zapisane w bliznach, nie spodziewałam się, że ta książka wzbudzi u mnie tak wiele intensywnych emocji! Od szczerego śmiechu przez chwile zadumy po głęboki ból i łzy, znajdziecie tutaj wszelkie możliwe odcienie uczuć, które towarzyszą czytelnikowi już od pierwszej strony. Nie byłam w stanie odłożyć tej książki, która skończyła się dla mnie zbyt szybko, nie mogłam uwierzyć w to, że już przewróciłam ostatnią kartkę i muszę rozstać się z ukochanymi bohaterami. To była tak pasjonująca lektura, że zupełnie nie zauważyłam upływającego czasu, całą sobą przeżywając rozterki, z jakimi przyszło się zmierzyć Elin i Ty'owi. Zapisane w bliznach to dla mnie ogromny powiew świeżości, ponieważ do tej pory nie miałam okazji przeczytać zbyt wielu romansów, które zostały osadzone na tak solidnym fundamencie i które poruszałyby tak różnorodne kwestie, dlatego powieść Adriany Locke tak bardzo mnie zaskoczyła. Elin i Tyler to para z długim stażem, która jest małżeństwem (to chyba mój pierwszy romans, w którym bohaterowie są małżeństwem i jestem zachwycona tym wątkiem) i uwielbiam to, jak autorka przedstawiła głębię tego uczucia, pokazując początki nastoletniego związku tej dwójki oraz to, jak bardzo dojrzeli jako para z biegiem czasu. Mogłoby się wydawać, że z upływem lat żar powoli wygasa, zauroczenie przemija, ale uczucie Elin i Tylera tylko się wzmocniło i to czuć, intensywność ich miłości wprost promieniuje z kartek. Chociaż są małżeństwem i znają się od dawna, iskrzyło między nimi o wiele bardziej niż pomiędzy większością par w romansach, które dopiero zaczynają się ze sobą spotykać i uważam, że to piękne przesłanie. 

Adriana Locke w swojej książce porusza między innymi problem bezpłodności wśród par i ten wątek nie do końca mi się podobał. Rozumiem tę desperację, którą autorka starała się przekazać, ale momentami miałam wrażenie, jakby wszystko kręciło się jedynie wokół niemożności poczęcia dziecka, jakby kobieta czy mężczyzna tracili swoją wartość i to odczucie bardzo mi się nie podobało. Nie jest to jednak jedyna trudna kwestia, jaką Adriana Locke zawarła w Zapisane w bliznach; pojawia się również motyw ciężkiej pracy w kopalni i wypadków dotykających górników, a także przerażającej samotności i adopcji czy przyjaźni. Momentami miałam wrażenie, jakby tego wszystkiego było za dużo, bo choć każdy z tych wątków mnie interesował to autorce wyraźnie brakowało czasu, by wszystkie je ładnie rozwinąć. Zaczynała jakąś kwestię, później jej nie rozwijała, by zaraz wspomnieć o niej mimochodem i ponownie jej nie kontynuować. Trochę szkoda, że bardziej nie wykorzystała potencjału leżącego w tych pomysłach, ale ogólnie na pewno zaliczam je na plus, bo jednak rzadko się zdarza, by w książkach była poruszana podobna tematyka. 

Zapisane w bliznach to poruszająca historia o drugich szansach i o utraconej na pozór miłości, która nigdy tak naprawdę nie odeszła, o błędach i poświęceniu, a także o sile i stracie z doskonale wykreowanymi postaciami, którym nie da się nie kibicować. Mimo drobnych potknięć uważam, że jest to niezwykle wartościowa powieść, która w dodatku wprowadza nieco oryginalności na rynek wydawniczy swoim zaskakującym podejściem. Nie miałam byt wielkich oczekiwań względem Zapisane w bliznach, stąd mój zachwyt jest tym większy. Bardzo cieszę się, że dałam szansę Adrianie Locke i bez wątpienia sięgnę po jej kolejne książki!


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Szósty Zmysł!
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia