sobota, 18 maja 2019

Warcross, czyli wirtualna rzeczywistość, która odmienia życie

Marie Lu to autorka, która wciąż mnie zaskakuje, czasami pozytywnie, czasami negatywnie, ale jej powieści zawsze są czymś świeżym i niespotykanym na rynku wydawniczym. Jej trylogia (a właściwie już seria, bo została wydłużona) Legenda urzekła mnie niesamowicie, do tej pory przeżywam słodko-gorzkie zakończenie i naprawdę nie mogę się doczekać kolejnego tomu, z kolei Malfetto zupełnie do mnie nie trafiło, choć wszystko wskazywało na to, że pokocham tę historię. Nie wiedziałam, że wydanie Warcross jest w planach, ale kiedy się o tym dowiedziałam, byłam naprawdę szczęśliwa, bo ta powieść wzbudziła naprawdę duże poruszenie za granicą i byłam ciekawa, czym tym razem zaskoczy mnie Marie Lu.

Świat oszalał na punkcie gry o nazwie Warcross, ale tylko jedna dziewczyna-hakerka ma dość odwagi, by zgłębić najmroczniejsze tajemnice gry.
Dla milionów ludzi, którzy codziennie logują się do Warcrossa, nie jest on już tylko grą, lecz stał się sposobem na życie. Emika Chen, nastoletnia hakerka, stale boryka się z kłopotami finansowymi. Pracuje jako łowczyni nagród, namierza i wyłapuje graczy Warcrossa, którzy zaangażowali się w nielegalne zakłady. Licząc na szybki zarobek, Emika, włamuje się do meczu otwarcia Międzynarodowych Mistrzostw Warcrossa. Za sprawą usterki w programie, zostaje przeniesiona do świata gry i błyskawicznie staje się światową sensacją.
Pewna, że wkrótce wyląduje w więzieniu, ku swemu zdziwieniu odkrywa, że kontaktu z nią szuka twórca gry, tajemniczy młody miliarder Hideo Tanaka, który pragnie złożyć jej propozycję nie do odrzucenia… Hideo poszukuje hakera, który w jego imieniu wystąpi jako szpieg w tegorocznych rozgrywkach Warcrossa i zlokalizuje lukę w systemie bezpieczeństwa. Ponieważ sprawa jest pilna, Emika zostaje błyskawicznie przetransportowana do Tokio, gdzie z dnia na dzień staje się gwiazdą i poznaje od środka świat sławy i wielkich pieniędzy, o którym dotychczas mogła tylko marzyć. Wkrótce śledztwo prowadzi ją na trop złowieszczego spisku, który może mieć kolosalne konsekwencje dla całego uniwersum Warcrossa.
Opis z LubimyCzytać

Na uwagę zasługuje przede wszystkim niezwykle barwny świat wykreowany przez autorkę. Stworzyła niesamowitą, wypełnioną żywymi kolorami i nieskończonymi możliwościami rzeczywistość, w którą łatwo się zanurzyć i dać jej się porwać; była tak fascynująca, że sama zapragnęłam zostać graczem w świecie Warcrossa, który stanowi doskonałą odskocznię od ponurej codzienności. Plastyczne opisy przemawiają do wyobraźni, przez cały czas miałam wrażenie, jakbym była we wnętrzu wirtualnej rzeczywistości razem z bohaterami, biorąc udział w pasjonującej, emocjonującej rozgrywce pomiędzy najlepszymi drużynami świata. Ta książka sprawiła, że zaczęłam interesować się e-sportem, o co nigdy samą siebie bym nie podejrzewała, Marie Lu tak genialnie podeszła do tematu, dlatego żałuję, że nie poświęciła więcej czasu na opisanie treningów czy poszczególnych meczy w turnieju, spychając cały świat Warcrossa w cień w drugiej połowie książki. Szczerze mówiąc, główna intryga nie była w stanie zainteresować mnie nawet w połowie tak mocno jak wirtualna gra wykreowana przez Marie Lu, dlatego tak bardzo ubolewam nad tym, że nie dostaliśmy bardziej rozbudowanych fragmentów dotyczących rozgrywek Warcrossa. 

Jestem jednak rozczarowana postaciami. Przywykłam do tego, że Marie Lu kreuje naprawdę wyraziste osobowości, tymczasem ani Emika, ani Hideo nie mają w sobie niczego charakterystycznego. Uwielbiałam czytać o fragmentach z przeszłości Emiki, które wiązały się z jej ojcem, ich więź była przepiękna i słodka, chciałabym, żeby w literaturze młodzieżowej pojawiało się więcej tak pozytywnych wzorców relacji pomiędzy rodzicem a dzieckiem. Sama Emika jednak jest dość jednowymiarowa, a choć autorka wyraźnie włożyła wiele wysiłku w wykreowaniu wielu warstw Hideo, on sam od początku nie przypadł mi do gustu. Nie jestem również zachwycona wątkiem romantycznym w Warcross; według mnie ich relacja potoczyła się stanowczo zbyt szybko, według mnie brakowało jej głębi, nie czułam między nimi żadnego iskrzenia i byłam zirytowana tym, jak cały wątek romantyczny został poprowadzony. Zbyt łatwo przyszło mi także domyślenie się, w jakim kierunku podąży fabuła, od początku spodziewałam się intrygi, którą na sam koniec Marie Lu chciała zszokować czytelnika, więc pod tym względem jestem zawiedziona. 

Warcross jest całkiem dobrym początkiem serii. Może nie wbija w fotel, ale czyta się tę powieść niezwykle przyjemnie. Marie Lu niezmiennie mnie zaskakuje, eksperymentując i rozwijając się, każda jej kolejna książka jest zupełnie inna od poprzedniej i z chęcią sięgnę po kolejną część, by przekonać się, co jeszcze dla nas przygotowała. Warcross to świetna rozrywka na naprawdę wysokim poziomie, która zachwyca dbałością o szczegóły wykreowanego świata i sprawia, że na kilka godzin zupełnie zapominamy o otaczającej nas rzeczywistości. Może nie trzyma w napięciu i pozostawia sporo do życzenia w kwestii bohaterów, ale i tak uważam, że warto ją przeczytać, bo dobrze się przy niej bawiłam. Mam nadzieję, że na naszym rynku wydawniczym pojawi się więcej powieści w stylu cyberpunk sci-fi. 


Za możliwość przeczytania Warcross serdecznie dziękuję Wydawnictwu Młodzieżówka! 
0 Czytaj dalej »

środa, 15 maja 2019

Podróżniczka, czyli szkoda papieru na taki finał

0
Długo wahałam się, czy powinnam sięgnąć po kolejny tom Pasażerki. Pierwszy tom zdecydowanie mnie nie zachwycił, po Alexandrze Bracken, której Mroczne umysły uwielbiam, spodziewałam się więcej, tymczasem zostałam niemile zaskoczona. Wychodzę z założenia, że nie ma sensu na siłę kończyć serii, jeśli nie była w stanie nas ona do siebie przekonać, ale nadarzyła się okazja, by przeczytać Podróżniczkę i postanowiłam z niej korzystać. To był błąd...

Została osierocona przez swój czas. Jej przyszłość przestała istnieć.
Etta Spencer marzyła o karierze skrzypaczki, lecz los miał dla niej inne plany. Zmuszona, by tułać się po najróżniejszych krajach i epokach, cierpiąc z powodu rozłąki z ukochanym Nicholasem, poszukuje tajemniczego astrolabium, które jest najpotężniejszym artefaktem podróżników. Tylko ono pozwoli jej odnaleźć i ocalić tych, których kocha.
Szalona podróż po egzotycznych miejscach, spiski, ciągła walka z czasem, nieoczekiwane sojusze i zdrady. Oto, co czeka na was w ostatnim tomie serii.
Kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem? Czy stawką za uratowanie świata okaże się miłość?
Opis z LubimyCzytać

Lubię pisać negatywne recenzje, bo w pewnym sensie dostarcza mi to frajdy, której nie dała mi sama książka podczas czytania, ale ta lektura była tak okropna, że nawet tworzenie mojej opinii jest dla mnie żmudnym i ciężkim procesem. Podróżniczka jest po prostu zła i nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę o jakiejkolwiek powieści, ale według mnie ta książka to strata papieru, bo nie wnosi absolutnie nic do historii przedstawionej w pierwszym tomie, a to przecież jest finał! Pasażerka może nie urzekła mnie w pełni, jednak tkwił w niej potencjał i trafiło się kilka naprawdę intrygujących wątków, które śledziłam z zainteresowaniem, tymczasem Podróżniczka praktycznie nie posuwa akcji do przodu w żadnym z wcześniej wyznaczonych kierunków, choć sprawia fałszywe wrażenie, jakby dużo się w niej działo. Niby Etta oraz Nicholas znowu są zmuszeni do przeskakiwania pomiędzy różnymi epokami, jednak tak właściwie nie robią niczego poza tymi pozbawionymi celu podróżami w czasie, przy okazji sprawiając, że zasady przeskoków w czasie stają się jeszcze bardziej zagmatwane i pozbawione logiki. Rozległe opisy wewnętrznych rozterek, które w kółko dotyczą tych samych tematów, zupełnie przytłoczyły całą historię, spokojnie można było przerzucić kilka kartek bez czytania, a bohaterowie wciąż tkwili w tym samym miejscu, nie robiąc nic poza użalaniem się nad sobą i swoją sytuacją. W dodatku do Podróżniczki wkradł się niesamowity chaos – Etta i Nicholas zostali rozdzieleni, ich losy toczą się zupełne odrębnymi torami i mam wrażenie, że Alexandrze Bracken nie udało się nad tym zapanować, zwłaszcza że ostatecznie te wątki bardzo słabo się ze sobą splatają, brakuje w tej książce spójności. Wyraźnie brakowało jej też pomysłu na pociągnięcie głównych wątków, nagle zaczęła wprowadzać nowych antagonistów, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, starych spychając zupełnie w cień, niemal usuwając ich z całej fabuły...

Nie tylko akcja nie posuwa się do przodu, również bohaterowie pozostają tacy sami. Henrietta wciąż jest tą pozbawioną charakteru, łatwowierną dziewczyną, która nie potrafi samodzielnie myśleć. Nie rozumiem, jak po tym wszystkim, co przeszła w poprzednim tomie, wciąż może być tak zagubiona i naiwna. Mogłoby się wydawać, że wydarzenia z Pasażerki czegoś jej nauczyły... Nic bardziej mylnego, wciąż jest gotowa zaufać pierwszej osobie, jaka stanie jej na drodze, co dla mnie było zupełnie pozbawione logiki, ale może na tym miał polegać urok tej postaci. Nicholas jest tak samo jednowymiarowy jak w pierwszym tomie, prawie nikt tutaj się nie rozwinął, może z wyjątkiem Sophii, która w zamiarze autorki wyraźnie miała przejść przemianę, lecz zupełnie mnie ona nie przekonała, a sama Sophia według mnie wygrała w plebiscycie na najbardziej irytującą postać Podróżniczki. Jedynym powiewem świeżości jest postać Henry'ego, który był bardzo niejednoznacznym bohaterem, trudno było przewidzieć, czy jego intencje naprawdę są szczere, czy może za tym wszystkim kryją się mniej szlachetne pobudki i aż do samego końca nie byłam pewna, czego po nim się spodziewać, choć bez wątpienia zdobył moją sympatię, podobnie jak Julian, który zdecydowanie zasługiwał na więcej uwagi!

Naprawdę chciałam zachwycić się Podróżniczką. Liczyłam na to, że nawet jeśli nie będzie lepsza od poprzedniczki, to przynajmniej utrzyma poziom Pasażerki i spędzę kilka przyjemnych chwil w towarzystwie tej powieści, tymczasem jest to książka, która w ogóle nie powinna była powstać. Mam wrażenie, że cała historia wypadłaby o wiele lepiej, gdyby autorka zamknęła ją w jednym tomie, zgrabnie rozwiązując wszystkie wątki. Podróżniczka jest dla mnie przegadana i przekombinowana, Alexandra Bracken wyraźnie straciła z oczu cały trzon i cel swojej historii. Finał, który miał uratować tę duologię, tak naprawdę ją pogrążył.


Duologia Passenger:
Pasażerka // Podróżniczka 
Czytaj dalej »

sobota, 11 maja 2019

Stosik #18

0
Ostatni stosik pojawił się w styczniu, więc już najwyższy czas podzielić się z wami moimi najnowszymi zdobyczami! Oczywiście zapomniałam zrobić zdjęcie nowych książek, które do mnie przyszły, a jest ich naprawdę sporo... Dlatego tymczasowo postanowiłam ratować się powieściami, które przyszły do mnie z bookdepository! Od dawna zastanawiałam się nad zamówieniem angielskich książek i w końcu uznałam, że moje urodziny są najlepszą wymówką, aby sprawić sobie ten kosztowny prezent.

  • Stalking Jack the Ripper, Kerri Maniscalco – na tę książkę wpadłam zupełnie przypadkiem. Po tym, jak zakochałam się w Płytkich grobach, szukałam powieści w podobnym stylem i tak trafiłam na Stalking Jack the Ripper, które zapowiada się wprost genialnie. XIX-wieczna Anglia, zbuntowana dama z dobrego domu interesująca się medycyną sądową i Kuba Rozpruwacz? To musi być dobre!
  • The Crown's Game, Evelyn Skye – ta książka została wydana trzy lata temu, a u nas nic o niej słychać, nad czym bardzo ubolewam. Co prawda zebrała ona średnie recenzje za granicą, ale opis przypomina mi Cyrk Nocy, który jest jedną z moich ulubionych książek: Vika Andreyeva potrafi przyzywać śnieg i zamieniać popiół w złoto. Nikolai Karminov potrafi widzieć przez ściany i tworzyć mosty z niczego. Rozpoczyna się Gra o Koronę, starożytny turniej umiejętności magicznych. Zwycięzca staje się Carskim Czarodziejem i jego doradcą. Przegrany zostaje skazany na śmierć. To brzmi niezwykle ekscytująco i poetycko, nie mogę się doczekać, aż zabiorę się za tę książkę!
  • The Winner's Kiss, Marie Rutkoski – nie wiem, czy jeszcze pamiętacie niesamowitą trylogię The Winner's Curse. W Polsce zostały wydane tylko dwa pierwsze tomy: Pojedynek i Zdrada, po czym wydawnictwo nie wydało finału (tak, wciąż tego nie przebolałam Feeria Young!). Według mnie jest to jedna z najlepszych serii young adult, jakie kiedykolwiek zostały napisane, posiada wciągającą, skomplikowaną intrygę polityczną, piękny styl pisania, subtelny, ale pełen emocji i powoli rozwijający się między bohaterami romans, który naznaczony jest cierpieniem, a także niesamowitą główną bohaterkę, która nie jest wojowniczką, ale genialnym strategiem wojskowym o umyśle ostrzejszym niż miecz. Dwa pierwsze tomy mnie zachwyciły, złamały mi serce i totalnie wywróciły moje życie do góry nogami, a teraz wreszcie mam u siebie finał. I... boję się. Strasznie się boję, bo wiem, że ta książka mnie zmiażdży, lecz jest absolutnie tego warta.
  • The City of Brass, S.A. Chakraborty – początkowo zupełnie nie miałam tej książki w planach, ale słyszałam naprawdę wiele dobrego o tej książce na zagranicznym bookstagramie, a żadna z powieści young adult wydawanych w naszym kraju w ostatnim czasie nie przyciągnęła mojej uwagi, dlatego postanowiłam zaryzykować i liczę na to, że The City of Brass kompletnie mną zawładnie. Na razie wiem jedynie, że akcja toczy się w XVIII-wiecznym Kairze i główna bohaterka jest złodziejką... I właściwie nie chcę wiedzieć więcej, czasem sięganie po lekturę w ciemno sprawia najwięcej radości. 
  • Anne of Green Gables, Lucy Maud Montgomery – to oficjalnie najpiękniejsza książka w mojej kolekcji! Na wydanie Puffin in Bloom czaiłam się od dawna, od wielu, wielu lat i w końcu jedno z moich książkowych marzeń się spełniło! Ania z Zielonego Wzgórza jest jedną z moich najukochańszych historii, przeczytałam ją milion razy, ten niepozorny rudzielec razem z Harry'm Potterem niesamowicie ukształtował moje dzieciństwo i jest to jeden z powodów, dla których chciałam mieć tę książkę u siebie, w dodatku to wydanie zauroczyło mnie już od pierwszej chwili. Anne of Green Gables jest w tej chwili moim ulubionym egzemplarzem na moich półkach i nie sądzę, żeby to się miało zmienić w najbliższej przyszłości... Lub kiedykolwiek ;) Jeżeli chcecie zobaczyć więcej zdjęć tego wydania, koniecznie wpadajcie na mojego bookstagrama (@booksbygeekgirl)!

Słyszeliście o którejś z tych książek? Jesteście ciekawi moich wrażeń po lekturze? Czy któryś z tych tytułów zainteresował was szczególnie? Koniecznie dajcie mi znać! 
Czytaj dalej »

sobota, 20 kwietnia 2019

Marzyciel, czyli cuda i dziwy ożywają na naszych oczach

0
Jestem ogromną fanką Laini Taylor. Zakochałam się w jej twórczości dzięki Córce dymu i kości, która mimo upływu lat pozostaje jedną z najbardziej oryginalnych historii, jakie czytałam, z niesamowicie wykreowanym światem oraz cudownym, poetyckim stylem pisania, dlatego z niecierpliwością oczekiwałam na kolejną powieść spod pióra tej autorki. Hype wokół tej książki dodatkowo sprawił, że miałam naprawdę ogromne nadzieje względem tej lektury... Zaraz się przekonacie, czy Laini udało się mnie zadowolić swoją najnowszą książką. 

To marzenie wybiera marzyciela, a nie odwrotnie.
Lazlo Strange od zawsze marzył, aby poznać tajemnice zaginionego miasta Szloch. Jako sierota, a potem skromny bibliotekarz, nawet nie przypuszczał, że ma szansę na odbycie kosztownej wyprawy przez pustynię Elmuthaleth do miejsca, gdzie mieszkają mityczni wojownicy. Dopóki sami nie przekroczyli bramy Wielkiej Biblioteki i nie zaproponowali wyprawy… komuś innemu. Tu liczy się czas i każda podjęta decyzja. Przed Strange’em pojawią się wybory, których nie sposób dokonać, żal, którego nie da się wyleczyć, oraz magia tak prawdziwa, jakby istniała naprawdę.
Zanurz się w świecie pełnym skrywanych od wieków tajemnic, marzeń niebieskich jak opale, jak skrzydła ważki czy niebo, niezwykłych snów, które dyktują zmysły.
Opis z LubimyCzytać

Autorce nie da się odmówić pomysłowości, jej wyobraźnia nie ma sobie granic i udowodniła to po raz kolejny, tworząc od podstaw niezwykły, skomplikowany świat przepełniony czarującymi opowieściami, fantastycznymi stworzeniami, dziwami i osobliwościami oraz magią ukrytą w najdrobniejszych szczegółach. Styl pisania Laini Taylor jest równie piękny, poetycki i szlachetny jak go zapamiętałam, zachwyca nas swoimi nieprzewidywalnymi metaforami i lirycznością rzadko spotykaną w młodzieżowej literaturze, to prawdziwa, inspirująca uczta słów. Problem w tym, że o ile oddzielnie te elementy wzbudzają mój podziw, o tyle połączone razem stworzyły historię, która jest bogata w obszerne, malownicze opisy, ale jest pozbawiona akcji, przez co czytanie Marzyciela może być momentami żmudnym zajęciem. Tempo całej książki jest bardzo powolne, przez co ciężko było mi się wgryźć w fabułę już na samym początku, a później z wytęsknieniem wyczekiwałam na jakiś zwrot, który jednak nie nadchodził, przez co brakowało mi ożywienia treści, miałam wrażenie, jakbyśmy cały czas tkwili w tym samym miejscu, choć w powieści minęło wiele miesięcy. 

Marzyciel został napisany z perspektywy dwóch postaci, naszego tytułowego Marzyciela, czyli Lazlo Strange'a oraz Sarai. Lazlo nie jest typowym bohaterem young adult, to słodka cynamonowa bułeczka, którą trzeba chronić za wszelką cenę. Nie jest zdystansowanym, niebezpiecznym wojownikiem, jest odrobinę niezgrabnym, miłym i pomocnym miłośnikiem książek, który nie szuka kłopotów, ale ma w sobie jakąś nieodpartą charyzmę, która sprawiała, że z przyjemnością czytałam rozdziały z jego udziałem. Sarai z kolei strasznie mnie męczyła. Zdecydowanie nie mogę nazwać ją najbardziej irytującą bohaterką tego gatunku, ale nie było w niej nic interesującego, jej narracja była nużąca, mam wrażenie, że w kółko myślała tylko o jednym. Nie do końca podoba mi się sposób, w jaki rozwinął się pomiędzy nimi wątek romantyczny, ponieważ przez większość czasu był subtelny i delikatny, a później nagle BUM, wielka miłość do końca życia, nie widzą świata poza sobą, chociaż znali się od trzech dni? 

Marzyciel jest finezyjną opowieścią z baśniową atmosferą, która jest jednak odarta z dziecinnej naiwności. Posiada zaskakującą głębię, potrafi być mroczna i przytłaczająca, by zaraz przeistoczyć się w rzeczywistość uplecioną niczym z najpiękniejszego snu. Nie da się odmówić tej historii magii, ale po tych wszystkich zachwytach spodziewałam się czegoś więcej, bo Marzyciel nie był w stanie chwycić mnie za serce i wywołać emocji, jakich oczekiwałam. Osobliwy i cudowny świat potrafi zawrócić w głowie, a autorka tak pięknie i plastycznie dzieli się z nami skrawkiem swojej wyobraźni, że poszczególne krajobrazy migają przed naszymi oczami w całej swojej okazałości, jednak cała linia opowieści Sarai nie wywarła na mnie pozytywnego wrażenia, dlatego jestem odrobinę rozczarowana. Laini Taylor zakończyła jednak Marzyciela tak szokującym zwrotem akcji, że bez wątpienia sięgnę po kontynuację.


Duologia Strange the Dreamer:
Marzyciel // Muza Koszmarów
Czytaj dalej »

środa, 17 kwietnia 2019

Kontakt alarmowy, czyli autentyczność kluczem do serca

0
Kontakt alarmowy nie jest typowym tytułem, po który sięgam w wolnej chwili, ale coś mnie do niego przyciągnęło. Może obietnica niecodziennego, powoli rozwijającego się romansu? Ostatnio stałam się ogromną fanką slowburn, więc niewątpliwie miało to swój udział we wzburzeniu we mnie iskry zainteresowania. Nie spodziewałam się jednak, że Kontakt alarmowy okaże się tak wciągającą lekturą, że nie będę w stanie jej odłożyć. 

Dla Penny liceum było monotonnym i nudnym okresem. Co prawda jej znajomi byli w porządku, uczyła się świetnie i nawet miała chłopaka, to jednak jak się okazuje, niczego o niej nie wiedział. Penny, aspirująca pisarka, wyjeżdża na studia do Austin w Teksasie – trochę ponad sto kilometrów i miliard lat świetlnych od tego wszystkiego, co pragnie zostawić za sobą.
Sam utknął. Dosłownie, w przenośni, emocjonalnie i finansowo. Pracuje w kawiarni i tam też mieszka, sypiając na położonym na podłodze materacu w pustym pokoiku na piętrze lokalu. Choć wie, że gdy już zostanie sławnym reżyserem filmowym, okres ten będzie dla niego źródłem inspiracji, siedemnaście dolarów na koncie w banku i kończący swój żywot laptop wystawiają go na ciężką próbę.
Gdy ścieżki Sama i Penny się skrzyżują, nie będzie to spotkanie jak w typowych romansach, lecz raczej pełne nieporadności zderzenie. A jednak bohaterowie wymieniają się numerami telefonów i piszą do siebie wiadomości. W niedługim czasie stają się „cyfrowo” nierozłączni, dzieląc się swoimi głęboko skrywanymi obawami, traumami i tajemnymi marzeniami. I to wszystko bez upokarzającej dziwaczności, która towarzyszy spotkaniom twarzą w twarz.
Opis z LubimyCzytać

Kontakt alarmowy znacząco różni się klimatem od innych książek z tego gatunku. Nie ma tutaj grubej warstwy lukru pokrywającej kolejne strony, ale brak także nadmiernego dramatyzmu czy szukania sensacji. Jest to zaskakująco realna opowieść, może odrobinę dziwaczna i z nutką ponurego dekadentyzmu, ale dla mnie był w tej atmosferze niezaprzeczalny urok, który mnie przyciągał. Kontakt alarmowy to osobliwa, odrobinę zagmatwana, a przy tym niezwykle subtelna historia o budowaniu zaufania pomiędzy dwiema duszami, które musiały się odnaleźć, nie po to, by ich życie nabrało sensu, ale po to, by pięknie się wypełniło i myślę, że warto to podkreślić. To nie jest romans, który magicznie wszystko odmienia, a opowieść o powolnym procesie, który pomaga odnaleźć zagubione przed laty kawałki siebie i zbudować swoje relacje ze światem na nowo. Tempo książki jest powolne, nieśpiesznie, a wydarzenia są tak rzeczywiste, że mogłyby się przydarzyć każdemu. Co prawda nie wszystko jest idealne, w kilku miejscach autorka poszła na skróty, pozwalając, by problemy rozwiązały się same, jednak Kontakt alarmowy zgrabnie łączy ze sobą młodzieńcze szaleństwo z głębokimi, filozoficznymi rozmyślaniami o życiu i pasji.

Narracja w Kontakcie alarmowym została poprowadzona z perspektywy dwóch bohaterów: Sama i Penny. Uwielbiam ich całym serduchem, z całą ich dziwacznością i pokracznością. Sam i Penny zdecydowanie nie są naszymi typowymi bohaterami young adult. Oboje musieli zbyt szybko dojrzeć, przez co mogą wydawać się zgorzkniali, ale ja jestem fanką ich zgryźliwego, sarkastycznego poczucia humoru i nieco neurotycznych osobowości, które są nie tylko powiewem świeżości w tym gatunku, ale także pozwoliły mi odnaleźć wiele cech wspólnych z głównymi postaciami i się z nimi utożsamiać, cieszę się, że w końcu błyskotliwi, odstający od reszty, wrażliwi introwertycy z niecodziennymi pasjami mieli szansę wybić się na pierwszy plan. Każde z nich zmaga się przy tym ze swoimi demonami i przeszłością, ale robią to w nieoczywisty, pozbawiony podtekstów i dramatyzmu sposób. Uczucie pomiędzy Samem a Penny rozwija się powoli i nieoczekiwanie, są dla siebie podporą i potrzebnym wsparciem, bratnimi duszami, które doskonale się rozumieją. Ich miłość potrzebowała sporo czasu, żeby rozkwitnąć, ale zdecydowanie było warto czekać.

Kontakt alarmowy to dość specyficzna, odrobina melancholijna książka i na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu, ale do mnie pasowała idealnie. Nie znajdziecie tutaj romansowej słodyczy czy wbijających w fotel zwrotów akcji, jest za to mnóstwo subtelności i świetnego, ironicznego czarnego humoru. W odarty ze złudzeń i prawdziwy sposób ukazuje niedoskonałych ludzi, którzy razem tworzą coś mniej niedoskonałego, bo nie zawsze to, czego pragniemy, jest tym, czego potrzebujemy, a przy tym porusza trudny temat więzi rodzinnych, toksycznej miłości czy wykorzystywania seksualnego. Nie spodziewałam się, że Kontakt alarmowy tak mnie urzeknie, ale zdecydowanie warto dać mu szansę. 

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia