Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroboros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroboros. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 października 2018

Dwór skrzydeł i zguby, czyli gdzie jest mój obiecany, epicki finał?!

0
Napisanie tej recenzji nie było dla mnie łatwe. Wręcz przeciwnie, próbowałam napisać ją kilka razy i każde podejście kończyło się fiaskiem, bo z jakiegoś powodu im więcej powieści Sary J. Maas czytam, tym trudniej mi je ocenić. Wiadomo, że każda recenzja jest subiektywna, ale zawsze staram się spojrzeć na książkę z szerszej perspektywy, zachować jakąś odrobinę bezstronności i posłużyć się nią, by rzeczowo wskazać zalety w książkach, które mi się nie podobają i wady w powieściach, które pokochałam. Sarah J. Maas to autorka, która towarzyszy mi od tak dawna, że nie wyobrażam sobie życia bez jej książek. To jedna z naprawdę niewielu autorek, które czytam regularnie, w ciemno sięgając po kolejne tomy i serie, dlatego moje oczekiwania względem jej twórczości są ogromne i bardzo trudno jest mi ją oceniać. Chociaż Dwór skrzydeł i zguby jest dobrą powieścią, którą czyta się niesamowicie szybko mimo jej objętości... To już nie było to.

Feyra musi rozegrać śmiercionośną, przewrotną grę, by zdobyć informacje o planach wroga próbującego zniszczyć świat, który dziewczyna kocha całym sercem. W obliczu wojny, która ogarnia wszystkich, Feyra znów musi decydować, komu może ufać i szukać sojuszników w najmniej oczekiwanych miejscach. Niebawem dwie armie zetrą się w krwawej, nierównej walce o władzę. Kto zwycięży? Czy Feyrze uda się ochronić wszystkich przyjaciół bliskich jej sercu, czy być może będzie zmuszona się z kimś pożegnać? Los ludzkości leży w jej dłoniach.

Dwór mgieł i furii był tak cudowny i tak bardzo zawrócił mi w głowie, że mimo upływu kolejnych miesięcy nie byłam w stanie napisać jego recenzji. Wiedziałam, że bardzo ciężko będzie Sarze przeskoczyć tak wysoko postawioną poprzeczkę, lecz byłam przekonana, że finalna część opowieści o Feyrze i Rhysandzie mnie w sobie rozkocha. A tak się nie stało. Ta powieść miała tak wielki potencjał, Maas niesamowicie stopniowała napięcie w poprzednim tomie, budując oczekiwanie względem emocjonującego zakończenia w Dworze skrzydeł i zguby... Więc gdzie podziały się te wszystkie uczucia, które wzbudziła we mnie druga część? Akcja w tej książce jest tak rozwlekła, że to aż boli. Nie zrozumcie mnie źle, przy Maas nie da się nudzić, a nawet jeśli jej język jest tak poetycki, że mogłabym czytać książkę telefoniczną napisaną przez nią i wciąż byłabym zachwycona, ale spodziewałam się większej ilości szalonych zwrotów akcji i nieprzewidywalnych wydarzeń. Tymczasem Dwór skrzydeł i zguby skupia się na przygotowaniach do wielkiej bitwy i zdobywaniu sojuszników, a co to oznacza w świecie Fae? Niekończące się narady, rozmowy i układy. W ogóle nie czułam tej gęstniejącej atmosfery, nie siedziałam na krawędzi fotela, przerzucając kolejne strony jak szalona, by przekonać się, jak sytuacja się rozwinie... Nie miałam problemu z odłożeniem książki na bok nawet w środku teoretycznie ważnej sceny, bo tak naprawdę całość rozegrała się dopiero na stu ostatnich stronach.

Pokochałam jednak te trylogię za bohaterów, więc jak się sprawa ma w Dworze skrzydeł i zguby? Kiepsko. Naprawdę kiepsko. O ile Feyra utrzymuje swój typowy temperament, który dla mnie zawsze był dość neutralny, o tyle naprawdę nie wiem, co stało się z resztą moich ulubieńców. Najbardziej ubolewam nad Rhysandem, bo mój cudowny książkowy mąż powoli zamienia się w rozgotowaną kluchę, która potrafi myśleć tylko tym, co ma między nogami. Pokochałam związek tej dwójki za to, jak bardzo się wspierali, jak Rhysand troszczył się o Feyrę, ale jednocześnie dawał jej przestrzeń i niezależność, zachęcając do podejmowania własnych decyzji, tymczasem nagle ich piękna, pełna wzajemnego zaufania i zrozumienia więź zamieniła się w zwykły seks i ja nie jestem w stanie tego zrozumieć. Podobno w Dworze szronu i blasku gwiazd jest z tym jeszcze gorzej, więc nie wiem, czy Sarah po prostu przechodzi taką fazę..?  Nie jestem również w stanie zaakceptować zachowania Morrigan. Przepraszam, ale nie; fałszywe zwodzenie dwóch facetów, do tego najlepszych przyjaciół, przez kilka stuleci jest niedopuszczalne, nawet z takim wytłumaczeniem. O Elainie i Neście nie chcę nawet wspominać. W drugiej części na chwilę zrobiły się znośne, ale w Dworze skrzydeł i zguby znowu odgrywają nafoszone, zadufane w sobie księżniczki i najchętniej mocno potrząsnęłabym zarówno jedną, jak i drugą, a potem wyrzuciła kompletnie z fabuły. Kocham Sarę J. Maas i jej twórczość, lecz przy tak zachowującej się Neście nie jestem w stanie sięgnąć po kontynuację Dworu cierni i róż z nią w roli głównej. Po prostu tego nie zniosę. 

Wiem, że głównie narzekam, ale Dwór skrzydeł i zguby to dobra książka, którą warto przeczytać, by poznać zakończenie, choć nie było ono dla mnie do końca satysfakcjonujące. Zupełnie nie tego od tej powieści oczekiwałam i muszę wytknąć to, co najbardziej mnie boli, bo ta część jest po prostu... nijaka. Rozliczne epizody, które niewiele wprowadzają do fabuły, ale są odpowiednimi zapychaczami. Najbardziej intrygujące wątki zostały strasznie uproszczone i ograbione ze swojej tajemniczości. Do tego Sarah J. Maas stchórzyła w końcówce, jednak będziecie musieli sami przeczytać tę powieść, by zrozumieć, o czym mówię. Jak zawsze czyta się lekko, szybko i przyjemnie, jednak Dwór skrzydeł i zguby utracił magię poprzednich tomów. Spodziewałam się prawdziwego wstrząsu i emocji sięgających zenitu... A dostałam irytację, odrobinę niezadowolenia i trochę ulgę, że to już koniec. 

★★★★★★☆☆☆☆

Seria Dwór cierni i róż:
Dwór cierni i róż // Dwór mgieł i furii // Dwór skrzydeł i zguby // Dwór szronu i blasku gwiazd // ?
Czytaj dalej »

piątek, 17 lutego 2017

Królowa cieni, czyli nadszedł czas zemsty

0
Nie wiem, czy tylko ja tak mam, że najpierw nie mogę doczekać się kontynuacji jednej ze swoich najukochańszych serii, ale gdy już po miesiącach (a nawet latach) oczekiwania trzymam ją w dłoni, nie jestem w stanie zmusić się do jej przeczytania. Czasami po prostu nie chcę, żeby dana historia się zbyt szybko kończyła, czasami obawiam się tego, co znajdę w środku, bo boję się, że nie sprosta moim oczekiwaniom lub po prostu mnie zniszczy. W przypadku Królowej cieni byłam wręcz przerażona, bo pod wieloma względami ta książka miała ustalić ostateczny kierunek, w jakim podąży cała seria. Czy moje obawy były słuszne? 

Celaena Sordothien, przerażająca Zabójczyni Adarlanu, po wielu latach ma dość ukrywania się i ucieczki przed własnym przeznaczeniem. W końcu zaakceptowała swoje dziedzictwo i jako Aelin Ogniste Serce, królowa Terrasenu, powraca do kraju, który zniewolił jej rodaków, by zemścić się na tych, którzy skrzywdzili jej najbliższych i odzyskać należny jej tron. Stojące przed nią zadanie jest niemal niemożliwe do wykonania i wymaga szaleństwa. Król Adarlanu dysponuje mrocznymi siłami zdolnymi zniszczyć cały świat, a sama Aelin na jego terenie jest pozbawiona swojej magii. Może jednak liczyć na swoich najbliższych – lojalnego do końca kuzyna Aediona, Chaola, niespodziewaną sojuszniczkę Lysandrę oraz Rowana będącego jej carranam, bratnią duszą.
Aelin Ashryver Galathynius powraca, by podpalić świat. 

To, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło w Królowej cieni, to ilość skomplikowanych intryg oraz tajemnic, które nabierają znaczenia dopiero na sam koniec. W poprzednich tomach dość łatwo przyszło mi rozgryźć plany Sary J. Maas dotyczące rozwoju fabuły oraz samej Celaeny, ale ta część jest inna. Jestem zachwycona przebiegłością oraz sprytem niektórych rozwiązań, w ogóle się tego nie przeczuwałam, ba!, nawet nie dostrzegałam, że coś się święci, a autorka nagle zaskakiwała mnie szalonym zwrotem akcji, fabuła diametralnie zmieniała swój kierunek, gdy kolejna niespodziewana informacja wychodziła na jaw. Podoba mi się to, jak Królowa cieni jest poukładana i dopracowana w najmniejszym szczególe, a odrębne, pozornie niepowiązane ze sobą wątki ostatecznie splatają się w jedną, zgrabną i zaskakującą całość, każdy element układanki pasuje perfekcyjnie. Zwłaszcza dwie pierwsze części były trochę jak nasza nieznośna Zabójczyni – chaotyczne, gwałtowne, zwariowane, impulsywne – a ten tom jest cudownie skomplikowany, jednak dogłębnie przemyślany, ułożony i harmonijny. Sarze J. Maas udało się znaleźć idealną równowagę między gnającą do przodu akcją a politycznymi intrygami oraz wewnętrznymi rozterkami bohaterów. Nie było nawet jednego momentu, podczas którego bym się nudziła. To prawdziwy rollercoaster emocji, a genialnie stopniowane napięcie nie pozwalało nawet na chwilę oddechu! 

Mogłoby się wydawać, że znalezienie słabych punktów w twórczości Sary J. Maas jest niewykonalne, jednak w tej części miałam dość duży problem z bohaterami. Przez pierwsze dwieście stron miałam ochotę rozszarpać Aelin gołymi rękami, z czasem chyba po prostu przywykłam do jej irytującej pozy i w pewnym momencie przestałam na to zwracać uwagę, bo szkoda sobie niszczyć nerwy z jej powodu. Aelin to Aelin – bez względu na to, co robi, jednocześnie się ją kocha i nienawidzi. To po prostu przypadłość tej bohaterki, choć muszę przyznać, że pod koniec bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, odkrywając tę stronę, za którą polubiłam ją w Dziedzictwie ognia. Jednak to Chaol zasługuje na miano najgorszego bohatera i nie mogę uwierzyć, że przez dwa pierwsze tomy tak bardzo mu kibicowałam, to, co on tutaj wyczynia, przechodzi najświętsze pojęcie. Chłopie, ogarnij się w końcu i podejmij decyzję, zamiast bez sensu roztkliwiać się nad sobą! I co Sarah J. Maas zrobiła z moim ukochanym Rowanem?! Co prawda nie udało jej się go zniszczyć tak jak Chaola, ale to już nie jest ten sam potężny, przerażający Fae, który tak bardzo mnie kupił w poprzednim tomie, teraz zachowywał się jak udomowiony, nieszkodliwy kocur (swoją drogą zauważyliście, że autorka nagminnie używała porównania do kotów w stosunku do niemal wszystkich postaci?). Ta przemiana Rowana była rozczarowująca, jednak liczę na to, że w piątym tomie odzyskamy naszego niesamowitego wojownika.

Mogę narzekać na bohaterów, nie zmienia to jednak faktu, że po tylu tomach oraz przygodach jestem z nimi zżyta, więc nawet jeśli doprowadzają mnie do szewskiej pasji i doskonale widzę ich wady, będę stała za nimi murem. Najbardziej chciałabym jednak podkreślić fakt, że Królowa cieni jest tak naprawdę esencją girl power – Celaena/Aelin, Lysandra, Evangeline, Nesryn, Elide, Asterin i oczywiście Manon to squad goals. Każda z nich jest inna, każda w zupełnie odmienny sposób przejawia swoją siłę, ale wszystkie bez wyjątku są twardymi babkami i po prostu je uwielbiam! Sarah J. Maas bez wątpienia ma rękę do kickassowych bohaterek zdolnych wstrząsnąć posadami świata, które nie potrzebują nikogo, by się obronić, potrafią doskonale walczyć (niekoniecznie w dosłownym tego słowa znaczeniu) o siebie, swoją przyszłość i to, co jest dla nich najważniejsze. Ich losy zaczynają się powoli splatać i nie mogę się doczekać kolejnego tomu, by przekonać się, jak będą wyglądać ich wzajemne interakcje, bo to wprost zabójcza grupa!

Królowa Cieni to ponad osiemset stron nieopisanego szczęścia. Pełna dynamiki, walk, tajemnic oraz zwrotów akcji powieść sprawia, że czyta się ją z zapartym tchem i kończy się zdecydowanie za szybko. Sarah J. Maas rozwija się z każdym tomem coraz bardziej, po raz czwarty zapraszając nas do świata Celaeny Sordothien, który ewoluuje, stając się niezapomnianą, wciągającą historią, która pochłonie wszystkie twoje myśli oraz uczucia. Jestem bezwarunkowo zakochana w tej serii i chociaż uważam, że Dziedzictwo ognia było nieznacznie lepsze od czwartej części, z całego serca polecam wam zapoznanie się z tą cudowną powieścią fantasy, która od pierwszych stron złapie was w swoje szpony i już nigdy nie wypuści. Ja sama tymczasem pogrążę się w rozpaczy na kilka kolejnych miesięcy w oczekiwaniu na Imperium burz, bo świat wykreowany przez Sarę J. Maas w Szklanym tronie jest tak barwny, wielopłaszczyznowy i rzeczywisty, że nie sposób egzystować bez niego!

★★★★★★★★☆☆

Seria Szklany tron:
Szklany tron // Korona w mroku // Dziedzictwo ognia // Królowa cieni // Imperium burz // ... // Zabójczyni
Czytaj dalej »

piątek, 5 sierpnia 2016

Dwór cierni i róż, czyli Piękna i Bestia w mrocznym wydaniu

31
Nigdy nie ukrywałam, że wielbię Sarę J. Maas za jej serię o nastoletniej zabójczyni. Napisała jedną z moich najukochańszych serii i bezapelacyjnie posiada talent do tworzenia skomplikowanych, wielowątkowych powieści z zawiłymi relacjami między postaciami. Właśnie dlatego wiedziałam, że historia Pięknej i Bestii w nowej, odświeżonej przez nią wersji musi być wspaniała. Nawet nie wiecie, jak długo czekałam na wydanie Dworu cierni i róż w Polsce, a kiedy ogłoszono datę, wprost nie mogłam powstrzymać ekscytacji. W końcu mam lekturę za sobą i z trudem próbuję zebrać myśli, żeby napisać coś sensownego, bo jak zawsze w przypadku powieści Sary J. Maas, nie mam pojęcia, od czego powinnam zacząć.

Feyra jest łowczynią. Podczas wyjątkowo srogiej zimy zapuszcza się w las głębiej niż zazwyczaj, w pobliże magicznej bariery, która oddziela świat śmiertelników od krainy okrutnych Fae władających potężną magią. Podczas polowania Feyra zabija ogromnego wilka, który okazuje się być przemienioną czarodziejską istotą. W ramach zadośćuczynienia za ten czyn dziewczyna musi się udać na ziemie Fae, gdzie spędzi wieczność w posiadłości bestii.

Byłam bardzo ciekawa, jak Sarah J. Maas wykreuje świat Fae w Dworze cierni i róż, bo znamy jej możliwości w tej dziedzinie; czarodziejskie istoty występują również w jej drugiej serii. Powiem to otwarcie – uwielbiam sposób, w jaki autorka tworzy okrutną historię i skomplikowane zwyczaje tej rasy. Czuję niedosyt, ale nie dlatego, że obraz Maas jest niepełny, tylko z powodu mojego zamiłowania do jej wizji Fae i tego, że najchętniej tylko w kółko czytałabym o tych sprytnych, bezlitosnych istotach. Ich światem rządzi brutalna siła oraz namiętność, a oryginalność ich rytuałów już zawsze będzie mnie zachwycać. W Dworze cierni i róż zaledwie liznęliśmy świat polityki oraz intryg prowadzonych przez Fae i już nie mogę się doczekać, aż w pełni zagłębimy się w układy między różnymi dworami w drugiej części. 

Po przeczytaniu Dworu cierni i róż nie mogę się jednak pozbyć uczucia rozczarowania. Akcja toczyła się leniwie i powoli, zbyt powoli jak na mój gust. Paradoksalnie relacja Feyry i Tamlina rozwijała się za szybko, przez co dla mnie wypadła sztucznie. Zupełnie przegapiłam moment, w którym niechęć przerodziła się w cieplejsze uczucie, w jednej chwili Feyra nienawidziła wszystkich Fae, a w drugiej rozpływała się nad zaletami Tamlina. Chyba w tym aspekcie odczuwam największy zawód, bo choć akcja nie miała zawrotnego tempa, nie była też nużąca, natomiast w przypadku związku głównych bohaterów zupełnie zabrakło mi iskrzenia, nie wspominając nawet o braku głębi łączącej ich więzi. Jednak ostatnie sto pięćdziesiąt stron to było to, za co najbardziej uwielbiam Maas – rozrywające od wewnątrz napięcie, nieprzewidywalność wydarzeń, piękne opisy uczuć, od których dostawałam dreszczy na całym ciele, tajemnice spowite mrokiem, a do tego jeszcze więcej napięcia! Wtedy zupełnie zatraciłam się w powieści. nic innego nie miało dla mnie znaczenia, bo Dwór cierni i róż tak skutecznie wessał mnie w wir akcji. Te sto pięćdziesiąt stron było tak cudownych, że do tej pory nie mogę przestać o nich myśleć i po prostu mam dziurę w sercu. Jednak wierzę, że tę autorkę stać na coś więcej i żałuję, że tak długo musiałam czekać na wydarzenia, które sprawiły, że mimo wszystko zakochałam się w tej powieści.

Za co jeszcze uwielbiam Sarę J. Maas? Za jej przewrotność w tym retellingu. Bo widzicie, Dwór cierni i róż nie jest tak oczywistą powieścią, jak się wydaje, gdy myśli się o nim tylko w kategorii ponownego opowiedzenia Pięknej i Bestii. Owszem, schemat bajki został utrzymany, ale autorka bardzo sprytnie wykorzystała tę historię, by stworzyć z niej swoją własną. Na początku tego nie widać, jednak im dalej, tym wyraźniejsze się to staje. Jej przewrotność ujawniła się także w prowadzeniu postaci, pozory potrafią łatwo zmylić. Piękna może okazać się Bestią, a Bestia... U Maas wszystko jest możliwe. Nie chcę was pozbawić możliwości poznania tych ukrytych smaczków, ale mogę obiecać, że te drobne niezgodności oraz pokrętna gra znaczeń dają mnóstwo frajdy.

Dwór cierni i róż to powieść zdecydowanie warta poznania. Wiem, że wśród fanów Sary J. Maas pojawił się pewien podział, niektórzy wolą Szklany tron, inni stawiają właśnie na ten retelling Pięknej i Bestii, jednak ja nie jestem w stanie zestawić ze sobą tych dwóch serii, bo są one zupełnie różne. Dwór cierni i róż ma w sobie o wiele więcej subtelnego, wręcz leniwego mroku, jest pomysłowy oraz intrygujący, powoli uzależnia od siebie czytelnika i nie wypuszcza ze swoich szponów nawet po przewróceniu ostatniej kartki. 

P. S. Kto jeszcze jest Team Rhys? Wiem, że ten ship jest z góry skazany na porażkę, ale dla mnie to niczego nie zmienia, Rhysand jest cudowny i z tym mrokiem o wiele bardziej pasuje do Feyry <333 Skradł moje serce od pierwszego momentu, w którym się pojawił.

★★★★★★★★☆☆

Trylogia Dwór cierni i róż
Dwór cierni i róż // A Court of Mist and Fury // A Court of Wings and Ruin
Czytaj dalej »

sobota, 12 grudnia 2015

Dziedzictwo ognia, czyli nowa twarz Celaeny

30
Kiedy brałam się za czytanie Dziedzictwa ognia, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Ze wszystkich stron byłam bombardowana entuzjastycznymi recenzjami dotyczącymi trzeciej części Szklanego tronu, ale Sarah J. Maas poprzednim tomem postawiła poprzeczkę naprawdę wysoko i z pewną dozą nieufności podchodziłam do tak pozytywnych opinii. 
A teraz sama mam zamiar napisać tak pełną zachwytu recenzję, że pod koniec pewnie wszyscy będziecie mieli już dość i znajdzie się kilka przypadków osób cierpiących z powodu nadmiaru słodzenia, jednak nie mam wyjścia. Dziedzictwo ognia jest zbyt dobre, bym mogła w jakimkolwiek stopniu powstrzymać się od stworzenia postu pochwalnego na rzecz Sary J. Maas.

Celaena Sordothien została wysłana do Wendlyn, ostatniego bastionu Fae. Wydawało się, że dla Zabójczyni Adarlanu nie ma przeciwnika, którego nie potrafiłaby pokonać, ale tutaj będzie musiała zmierzyć się z demonami żyjącymi wewnątrz niej i wizją własnej przyszłości, przed którą nie może uciec, a która nierozerwalnie łączy się z jej dziedzictwem. Jednak aby uzyskać odpowiedzi na nurtujące ją pytania, Celaena musi sprostać próbie, którą stawia przed nią przerażająca królowa Fae, Maeve. Nie tylko zabójczyni pracuje nad przywróceniem magii na kontynencie - na dworze króla Adarlanu kształtują się sojusze, które mają doprowadzić do zakończenia jego panowania. Nikt nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, co król jeszcze ma w planach i jaki los czeka wszystkich jego wrogów.

W Dziedzictwie ognia równolegle toczą się trzy historie - świat możemy oglądać z perspektywy Celaeny, która powróciła do ojczyzny swojej matki i próbuje odnaleźć się w roli, którą odrzuciła przed ponad dekadą, wiedźmy Manon będącej dziedziczką klanu Czarnodziobych oraz Chaola i Doriana wciąż przebywających na zamku i próbujących każdy na swój sposób zmierzyć się z wydarzeniami, w których brali udział. Początkowo byłam nieco zirytowana tym podziałem, bo najchętniej czytałabym w kółko o przygodach Celaeny (mogłabym nawet czytać jej listę zakupów, dla mnie to nie ma żadnego znaczenia), ale z czasem zaczęłam doceniać możliwość odmiennego spojrzenia na wykreowany przez Sarę J. Maas świat. Nowe postaci dodały świeżości lekturze i z zachwytem poznawałam Manon, u której pod płaszczykiem okrucieństwa skrywa się o wiele więcej oraz pełnego miłości i oddania do swojej królowej Aediona. Ten tom skupia się jednak w większości na psychice zabójczyni, która w Wendlyn staje się niemal bezbronna, bo z tą krainą związane są duchy przeszłości. Mamy okazję poznać nowe oblicze Celaeny, powoli przebijając się przez wszystkie mury ochronne, które wybudowała wokół siebie przez dziesięć lat. To wielowymiarowa i zaskakująca na każdym kroku postać, a w Dziedzictwie ognia zaczyna dojrzewać i staje się jeszcze twardsza, o ile to w ogóle możliwe. Poznajemy coraz więcej faktów z przeszłości, możemy przekonać się, kim była Celaena, zanim została zabójczynią i ten kontrast jest zarówno uderzający, jak i słodko-gorzki. Wszyscy bohaterowie stworzeni przez autorkę wydają się być żywymi istotami i nawet jeśli z niektórymi wyborami nie byłam w stanie się pogodzić, wpasowywały się one tak idealnie w charaktery postaci, że potrafiłam je zrozumieć. Ta umiejętność autorki jest wprost niesamowita.

Wydaje mi się, że pod względem akcji ten tom jest najspokojniejszy, ale to nie znaczy, że Sarah J. Maas pozwala nam odsapnąć. Wręcz przeciwnie, pojawia się tutaj więcej zaskakujących zwrotów niż w poprzednich częściach. Ta historia od początku do końca trzyma w takim napięciu, że momentami zapominałam o oddychaniu. Próbowałam czytać jak najwolniej, aby dłużej rozkoszować się powieścią, jednak jest to po prostu niemożliwe - Dziedzictwo ognia wciąga tak bardzo, że nie można przestać o nim myśleć ani tym bardziej odłożyć go na bok. Jedyny wątek, który mnie irytował, to romans między Dorianem a Sorschą, która została stworzona tylko po to, by książę mógł się szybko pocieszyć po wyjeździe Celaeny, na szczęście było to tylko kilka scen.

Pisanie recenzji książki, która jest wspaniała i którą się po prostu uwielbia, jest dużo trudniejsze od wyrażania opinii na temat słabej powieści. O ile w przypadku tej drugiej nie mam nic do stracenia, o tyle w przypadku pierwszej zależy mi na tym, aby Was przekonać, że naprawdę warto ją przeczytać. Nie wiem, co jeszcze mogłabym napisać, żebyście uwierzyli, że Dziedzictwo ognia jest fenomenalną pozycją, którą trzeba jak najszybciej przeczytać, nawet jeśli później Wasze serca będą krwawiły w oczekiwaniu na kolejny tom. Jeśli to Wam nie wystarcza, to mam jeszcze jednego asa w rękawie - Rowana, wojownika Fae, który sprawi, że Wasze serca zapłoną, ale specjalnie pominęłam go w recenzji, bo jest zbyt cudowny, by chociaż próbować go opisać. Polecam Wam Szklany tron, bo to seria, w której bezwarunkowo się zakochałam i liczę na to, że Wy również ją pokochacie.

9,5/10
Czytaj dalej »

niedziela, 11 października 2015

Król Kruków, czyli magia, która (nie) urzeka

28

Z Maggie Stiefvater spotkałam się już przy okazji Wyścigu śmierci, który całkowicie mnie zauroczył; nie tego spodziewałam się po tej książce, ale wizja, którą przedstawiła mi autorka, urzekła mnie do tego stopnia, że wiedziałam, iż muszę sięgnąć po jej kolejne powieści. Król Kruków wydawał mi się być dobrym wyborem, bo chciałam się przekonać, jak pisarka poradziła sobie w realiach fantastycznych.

Blue pochodzi z rodziny wróżek, ale sama nie posiada daru jasnowidzenia. Jest wzmacniaczem potęgującym moce innych. Gansey, Adam i Ronan to trójka przyjaciół, która chodzi do elitarnej szkoły dla chłopców, razem obsesyjnie wręcz poszukują tajemniczych linii mocy legendarnego Króla Kruków, Glendowera. Losy Blue i chłopców krzyżują się ze sobą, co ciągnie za sobą konsekwencje, z których nawet oni sami nie do końca zdają sobie sprawę. Ich ciche miasteczko zamienia się w miejsce rozgrywki, gdy Blue okazuje się być elementem, którego chłopcy tak długo szukali i który w końcu przybliża ich do rozwiązania tajemnicy Glendowera. Ale nie tylko oni interesują się liniami mocy i nagrodą przepowiedzianą za wybudzenie z wiecznego snu Króla Kruków...

Znowu dałam się podejść. Spodziewałam się czegoś innego po tej książce, a dostałam od Maggie Stiefvater coś zupełnie odmiennego. Tym razem jednak nie było to miłe zaskoczenie, raczej twarde lądowanie. Początek dłużył mi się niesamowicie, głównie przez rozległe opisy, które wydawały się donikąd nie prowadzić. Na rozwój akcji musiałam czekać ponad sto pięćdziesiąt stron, a i wtedy niewiele tak naprawdę zaczęło się dziać. Autorka skakała z wątku na wątek, nie skupiając się na niczym konkretnym i chociaż potem niektóre fragmenty nabrały sensu, inne od początku niepotrzebnie utrudniały wbicie się w fabułę. Maggie Stiefvater chciała stworzyć coś rozbudowanego i kompletnego, ale przesadziła i w dużej mierze książka okazała się być o niczym. Częściowo ten mankament jest rekompensowany przez niezwykły klimat całej historii. Od samego początku powieść roztacza wokół siebie aurę magii i tajemnicy. Te magiczne rytuały, duchy, przepowiednie oraz wróżki sprawiły, że atmosfera jest naprawdę niesamowita i z chęcią zanurzyłam się w tych szczegółach, to właśnie dla nich przerzucałam kolejne strony. Żałuję jednak, że magia nie była jeszcze bardziej widocznym wątkiem, ponieważ sam Król Kruków i legendy z nim związane nie wywarły na mnie takiego wrażenia.

Bohaterowie również nie wzbudzili we mnie pozytywnych odczuć. Są albo mdli, albo przerysowani. Co prawda za każdym z nich kryje się inna, ciekawa przeszłość, którą chciałoby się jak najszybciej odkryć i razem jako grupa stanowią naprawdę interesujące zbiorowisko, ale gdy popatrzy się na każdego z osobna, wtedy pojawiają się pierwsze zgrzyty. Blue to typowa szara myszka z przedmieścia, która czuje się nieco wykluczona z rodzinnego kręgu, Adam to cichy, wycofany, biedny chłopak z przerostem dumy, który chce wszystkim naokoło udowodnić własną wartość, Ronan za to stanowi doskonały przykład nieokrzesanego buntownika. Na końcu mamy Gasney'a, czyli prawdziwego przywódcę, a do tego przystojniaka, który nie zdaje sobie sprawy z tego, że jego przeznaczenie zostało już przypieczętowane. Autorka posiłkowała się znanymi schematami i niewiele wprowadziła od siebie, co w połączeniu z genialnie tajemniczą aurą staje się niezwykle widoczne i tandetne. Najbardziej interesującą postacią jest chyba Noah, który jednak został zepchnięty na dalszy plan.

Król Kruków pod wieloma względami rozczarowuje. Omal nie przegapiłam zakończenia, bo punkt kulminacyjny nie wywarł na mnie żadnego wrażenia, zero jakichkolwiek gwałtownych emocji. Postaci zostały oparte na utartych schematach, a legendy, choć na początku intrygujące, z czasem stały się nużące. Obok tych wad można jednak znaleźć kilka zalet, jak choćby magiczny klimat, który pojawia się w książce czy zagadki z przeszłości. W ostatecznym rozrachunku nie jest to jednak powieść, która porywa, ale stanowi raczej mocno rozbudowany wstęp do dalszych przygód. Czy sięgnę po drugi tom? Trudno powiedzieć, bo Maggie Stiefvater zawiodła mnie tą powieścią.

4/10
Czytaj dalej »

poniedziałek, 7 września 2015

Zabójczyni, czyli cztery opowieści z przeszłości Zabójczyni Adarlanu

16

Sarah J. Maas długo każe nam czekać na kolejne tomy historii o Celaenie Sordothien, Zabójczyni Adarlanu. Po spotkaniu z tą bohaterką pragnie się czytać o niej tylko więcej, a wykreowany przez autorkę świat przyciąga każdego książkoholika. Uwielbiam wszystko, co związane jest z Celaeną, dlatego nie mogłam sobie odmówić zakupienia zbiorczego wydania czterech opowiadań z przeszłości zabójczyni, zwłaszcza że jest to dobre przypomnienie przed sięgnięciem po trzeci tom serii, który ukaże się 23 września (ktoś jeszcze nie może się doczekać?).

Pierwsza opowieść to Zabójczyni i władca piratów. Celaena zostaje wysłana przez swojego mistrza na daleką wyspę na tropikalnych morzach, wierząc, że ma odebrać zapłatę od władcy piratów za zamordowanie trzech zabójców należących do Gildii. Okazuje się jednak, że Arobynn nie pragnie pieniędzy, a niewolników, którymi zamierza handlować w Adarlanie. Celaena nie potrafi się z tym pogodzić i postanawia sprzeciwić się woli mistrza, zwracając wolność niewolnikom.
Było to cudowne, ponowne wprowadzenie w świat zabójczyni. Jest to najkrótsza nowelka, ale zawierała w sobie najwięcej akcji i to przy niej minął mi najszybciej czas. Trzymała w napięciu od początku do końca, sprawiając, że trudno było się od niej oderwać. Tak naprawdę to właśnie ona przypomniała mi, za co kocham Celaenę i powieści Sary J. Maas.

Druga historia to Zabójczyni i Czerwona Pustynia. Za nieposłuszeństwo Celaena zostaje odesłana na dalekie południe, gdzie ma odbyć szkolenie pod okiem Milczących Zabójców. Musi zdobyć list polecający od samego Niemego Mistrza w przeciągu miesiąca, w przeciwnym razie nie będzie miała po co wracać do Arobynna. Niemy Mistrz szkoli jednak tylko nielicznych wybranych.
Początkowo trudno było mi się wciągnąć w to opowiadanie, bardzo różniło się od poprzedniej historii i może ten przeskok wytrącił mnie z rytmu. Z czasem jednak zaczynałam się zakochiwać w Czerwonej Pustynie i obyczajach panujących w Twierdzy Milczących Zabójców. Było to bardzo egzotyczne miejsce, a Sarah J. Maas doskonale oddała jego klimat.

Trzecie opowiadanie to Zabójczyni i podziemny świat. Celaena wraca do Arobynna z silnym postanowieniem zerwania z nim umowy, ale wciąż ma wątpliwości. Mistrz proponuje jej więc zadanie, wiedząc, że zabójczyni nie odmówi - ma zamordować wpływowego spiskowca, Donevala, przy okazji kradnąc jego cenne dokumenty związane z handlem żywym towarem. Stawką jest nie tylko przyszłość Celaeny, ale także życie wielu zniewolonych ludzi. Dziewczyna zostaje uwikłana w gierki polityczne, nie wiedząc, że być może jej celem powinna zostać inna osoba.
Wydaje mi się, że ta historia była najspokojniejsza ze wszystkich czterech, bo skupiała się głównie na intrygach oraz na głębszym rozwoju relacji między Celaeną i Samem. To właśnie tutaj mogliśmy obserwować, jak zaczynają się do siebie ostatecznie zbliżać, jak ich uczucie rozwija się i pod tym względem to moja ulubiona opowieść. Uwielbiałam o nich czytać, chociaż czasami miałam ochotę mocno potrząsnąć Celaeną.

Zabójczyni i imperium Adarlanu to ostatnia historia zawarta w książce. Celaena porzuciła rolę protegowanej Arobynna, pragnie ostatecznie spłacić Gildię i odejść z niej wraz z ukochanym, aby rozpocząć nowe życie z dala od Rifthold. Przedtem jednak musi wykonać jeszcze jedno, ostatnie zadanie. Nagroda za zabójstwo jest duża, ale ryzyko z nim związane ogromne i może przerastać nawet samą Zabójczynię Adarlanu.
Ta nowelka łamie serca. Ta nowelka sprawia, że masz ochotę rzucić książką o ścianę albo ją spalić, bo wszystko jest nie tak, jak powinno być. I to boli.

Celaena w opowiadaniach różni się od zabójczyni, którą znamy z właściwych tomów cyklu. Jest mniej zorganizowana, zbyt impulsywna, arogancka, chociaż to akurat nie uległo zmianie, a oprócz tego dużo bardziej próżna. Te wszystkie cechy sprawiają, że ma momenty, w których jest naprawdę irytująca i nie przypomina twardej kobiety z mrokiem czającym się w duszy, którą tak podziwiałam w Szklanym tronie i Koronie w mroku. Jest to ta sama Celaena, jednak w swojej nieco bardziej rozwydrzonej wersji. Autorka mądrze zastosowała ten zabieg, bo dzięki temu możemy zaobserwować zmianę, która zaszła w Zabójczyni Adarlanu: wszystkie zadane jej ciosy ze strony najbliższych, zdrady, morderstwa i ostateczne zesłanie do Endovier, obozu pracy, który tak naprawdę był zakładem śmierci, ukształtowały ją w Celaenę, którą znamy ze Szklanego tronu i te cztery opowiadania pokazują, jak do tego doszło. 

Arobynn to mój absolutny mistrz intrygi i nikczemności. Ostatnie zdanie wypowiedziane przez niego w książce sprawiło, że miałam ciarki na plecach, ale nie da się ukryć, że ta postać ma coś w sobie. Skrywa w sobie wiele tajemnic i zmierzenie się z jego postacią w czasie rzeczywistym, nie we wspomnieniach Celaeny, było wspaniałym przeżyciem. Dobra, może mam słabość do złych charakterów, ale tylko tych, którzy naprawdę na to zasłużyli! A Arobynn to antagonista pierwszej klasy, trudno nie podziwiać jego sprytu i umiejętności manipulatorskich. Zawiera w sobie tak wiele sprzeczności, że odczuwa się przemożną chęć poznania go bliżej. Również Sam sprostał moim oczekiwaniom, co mnie przeraża, bo zaczyna to zagrażać mojej miłości do Chaola. Sam był po prostu uroczy. W Szklanym tronie wiedzieliśmy tylko, że był pierwszą prawdziwą miłością Celaeny, która była gotowa dla niego porzucić swoje miano Zabójczyni Adarlanu, ale został zamordowany. Teraz mieliśmy okazję poznać go bliżej i zobaczyć, jak wyglądała jego relacja z Celaeną. Naprawdę polubiłam Sama. Może nie był najbardziej wybijającą się postacią w powieści, może nie był najbardziej intrygujący czy waleczny, ale jego miłość i poświęcenie sprawiły, że trudno było go zignorować czy nie odczuwać do niego sympatii. Był jasnym promieniem w życiu Celaeny, którego zdecydowanie potrzebowała. 

Jestem naprawdę szczęśliwa, że miałam okazję bliżej poznać przeszłość Zabójczyni Adarlanu w oczekiwaniu na kolejne części Szklanego tronu. Dzięki tym czterem nowelkom miałam okazję lepiej zrozumieć działania Celaeny, poznać ją i zachwycić się na nowo pisarskim kunsztem Sary J. Maas oraz jej wyobraźnią. Jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich fanów przygód Sardothien. Nie zawiedziecie się.

7/10
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia