Po lekturze Czerwonych jak krew (recenzja) miałam mieszane uczucia. Książka miała niesamowity potencjał, jednak trudno było mi się w nią wciągnąć i nie spełniła moich oczekiwań. Po pewnym czasie postanowiłam ponownie sięgnąć po twórczość Salli Simukki, licząc na to, że kolejny tom przygód Sherlocka w spódnicy, czyli Lumikki, bardziej przypadnie mi do gustu.
Po dramatycznych wydarzeniach w Finlandii Lumikki postanawia odpocząć od nadopiekuńczych rodziców i własnego strachu, dlatego samotnie wybiera się na wakacje do Pragi. Jej spokój, na nowo odzyskany dzięki zmianie otoczenia, burzy młoda kobieta, Lenka, która twierdzi, że jest jej siostrą. Finka nie wie, czy powinna jej wierzyć, nie może jednak zrezygnować z próby odkrycia prawdy. Tajemnica z przeszłości doprowadza ją do Białej Rodziny, sekty, do której należy dziewczyna podająca się za jej krewną. Lumikki ponownie zostaje wplątana w niebezpieczną grę, w której stawką jest jej życie oraz życie Lenki.
W tej części zabrakło mi nawiązań do baśni o Królewnie Śnieżce, które tak bardzo urzekły mnie w Czerwonych jak krew. Nadawały one historii Lumikki niepowtarzalny klimat, który był nieco mroczny, ale przez to bardzo poetycki. Strasznie żałuję, że w drugim tomie autorka niemal zupełnie zrezygnowała z nostalgicznej nuty baśniowości, ponieważ według mnie była ona największym atutem książki. Również wątek kryminalny nieco ucierpiał, Lumikki chyba zatraciła swój zmysł chłodnej dedukcji, za który tak bardzo podziwiałam ją w pierwszej części. Tajemnica okrywająca religijny kult, do którego należała domniemana siostra głównej bohaterki, w ostatecznym rozrachunku wydawała mi się być mało realna, ale to nie znaczy, że pomysł na pojawienie się sekty w Białych jak śnieg nie przypadł mi do gustu. W porównaniu do poprzedniej części, tę czytało mi się o wiele przyjemniej, chociaż nie potrafię wskazać powodu - styl pisania Salli Simukki jest równie genialny jak w Czerwonych jak krew, ale coś się zmieniło. Podczas czytania zaczęłam w końcu odczuwać ten dreszczyk emocji, naprawdę interesowało mnie to, co zaraz wydarzy się z Lumikki i Lenką, a właśnie tego zaangażowania w poznanie dalszych losów postaci zabrakło u mnie w pierwszej części.
Salla Simukka stworzyła coś unikatowego. O ile w Czerwonych jak krew nie było to aż tak widoczne, o tyle w Białych jak śnieg uderzyło mnie to z całą moc. Autorka poruszyła w drugim tomie problemy, których na próżno szukać w literaturze młodzieżowej, dlatego było to dla mnie zarówno odświeżające, jak i trudne przeżycie. W książce został poruszony nie tylko wątek sekty, którego przedstawienie jest ciężkie już samo w sobie, ale także transseksualizmu i kłopotów z odnalezieniem własnej tożsamości, nie tylko płciowej. Salla Simukka jest pisarką, która nie boi się poruszyć ważnych kwestii i tym samym skłonić czytelnika do refleksji.
W Białych jak śnieg autorka zdradza nam również więcej informacji o przeszłości Lumikki, która do tej pory była bardzo niejasna i do której mieliśmy dostęp tylko w krótkich przebłyskach. Dzięki częstym retrospekcjom mogłam odkryć nowe odcienie głównej bohaterki i obdarzyć ją jeszcze większą sympatią. Wciąż pozostaje jednak wiele do odgadnięcia, bo Lumikki to postać niezwykle złożona i intrygująca, wciąż zachwycam się jej kreacją. Równie niezmiennie jestem pod wrażeniem umiejętności Salli Simukki do opisywania krajobrazu. Tym razem z mroźnego Tampere przenieśliśmy się do Pragi, przez którą przechodzi fala upałów i chociaż wydaje się, że zmiana miejsca może negatywnie wpłynąć na odbiór książki, to autorka bez trudu rozpościera przed naszymi oczami panoramę Pragi.
Po raz kolejny mam duży problem z oceną książki należącej do trylogii o Lumikki Andersson. Niewątpliwie Białe jak śnieg podobały mi się bardziej od swojej poprzedniczki, wciąż jednak z tyłu głowy pojawia mi się myśl, że to wszystko nie do końca ze sobą współgra. Z jednej strony rozkoszuję się klimatem, charyzmatycznymi bohaterami i tajemnicami przeszłości, z drugiej wyczuwam zgrzyty i brakuje mi tej iskry. Wydaje mi się jednak, że Salla Simukka nie tworzy powieści, które mają się podobać - one mają coś znaczyć. I pod tym względem warto sięgnąć po Białe jak śnieg.
7/10