Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feeria Young. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feeria Young. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 czerwca 2017

Piosenki o dziewczynie, czyli jak sprawić, by członkowie słynnego boysbandu szaleli za tobą

0
Piosenki o dziewczynie to nie jest mój standardowy wybór, jeśli chodzi o książki. Jest jednak lato, za oknem świeci słońce, cała ta atmosfera wakacji nastraja do wybierania nieco lżejszych powieści młodzieżowych, a pod tym względem Wydawnictwo Feeria Young nie zawodzi. Kiedy przeczytałam opis Piosenek o dziewczynie, od razu wiedziałam, że chcę poznać tę historię, bo do tej pory nie miałam jeszcze okazji czytać podobnej lektury, która w moich oczach miała być słodka i szybko mnie porwać. Niestety, rzeczywistość okazała się być nieco mniej optymistyczna od moich oczekiwań.  

Charlie Bloom najlepiej czuje się za obiektywem swojego używanego aparatu – nie lubi zwracać na siebie uwagi, dlatego gdy Olly, dawny kolega ze szkoły, a teraz członek jednego z najpopularniejszych boysbandów na świecie, Fire&Lights, prosi ją o wykonanie zdjęć na ich koncercie, dziewczyna po namyśle odmawia. Jednak najlepsza przyjaciółka Charlie będąca również największą fanką słynnego zespołu, ma inne plany i w jej imieniu zgadza się na sesję fotograficzną. Tam Charlotte poznaje Gabriela Westa – enigmatycznego, lecz niezwykle charyzmatycznego frontmana boysbandu, z którym czuje niezwykłą bliskość, połączenie, którego nie potrafi wytłumaczyć. Choć paczka chłopaków z Fire&Lights wydaje się być niezwykle zgrana, wkrótce Charlie odkrywa pierwsze zgrzyty w zespole, a kolejne wątpliwości tylko w niej narastają, gdy okazuje się, że piosenki boysbandu mają jakiś związek z wierszami jej nieżyjącej mamy zapisanymi w starym notatniku, która dziewczyna przechowuje pod łóżkiem. Jaka tajemnica kryje się za tym niezwykłym zbiegiem okoliczności?  

Która z nas nie marzyła kiedyś o tym, żeby spotkać swojego muzycznego idola, a najlepiej wybrać się z nim w trasę koncertową, podziwiać wszystko zza kulis i mocno trzymać kciuki podczas każdego występu oglądanego z zapartym tchem? Muszę przyznać, że pod względem zainteresowania showbiznesem jestem trochę jak nasza główna bohaterka, która nie czyta gazet plotkarskich i nie śledzi kariery sławnego boysbandu, ale taka myśl pojawiła się raz czy dwa w mojej głowie, kiedy byłam młodsza, choć był to raczej wyimaginowany zespół ;) Chris Russell w swojej powieści przedstawia pragnienia wielu nastolatek i niestety czuć, że Piosenki o dziewczynie zalatują trochę fanfiction. Nie mam nic przeciwko fanowskim opowiadaniom, wręcz przeciwnie, niektóre są naprawdę dobrze napisane, lecz istnieje spora różnica między zbudowaniem kompletnej powieści a zamieszczaniu kolejnych rozdziałów w sieci. Do napisania Piosenek o dziewczynie skłoniła autora jego własna przygoda, bo w przeszłości pisał dla fanclubu One Direction i kiedy się o tym dowiedziałam, w mojej głowie od razu pojawiło się a nie mówiłam?

W tej historii zostały wykorzystane po prostu wszelkie możliwe schematy właściwe dla podobnych opowiadań. Pojawił się zaledwie jeden zwrot akcji, którego się nie spodziewałam, lecz reszta była dość przewidywalna i szablonowa. Mam wrażenie, że Piosenki o dziewczynie to zaledwie bardzo rozbudowany wstęp do całej historii. Tempo powieści było dość ospałe, wcale nie działo się zbyt wiele, a zakończenie zostawiło nas z większą liczbą pytań niż odpowiedzi. Dopiero na ostatnich stu stronach zaczęło dziać się coś więcej, mam wrażenie, że wcześniej przez cały czas staliśmy w miejscu. Mój kolejny zarzut dotyczy tego, że autor starał się być na siłę młodzieńczy i nadużywał młodzieżowego slangu. Niektóre określenia były naprawdę absurdalne, już dawno wyszły z użycia albo pojawiły się takie, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Ten zabieg był zupełnie niepotrzebny, a ja krzywiłam się co jakiś czas, bo Chris Russell po prostu przesadził.

Do tej pory nie jestem pewna co sądzić o niektórych bohaterach występujących w Piosenkach o dziewczynie. Największy problem sprawia mi chyba nasza główna bohaterka, czyli Charlie Bloom. Z jednej strony jest to twardo stąpająca po ziemi dziewczyna, która nie lubi się rzucać w oczy i ma swoją pasję. Nie mogę powiedzieć, żeby specjalnie wyróżniała się czymś na tle innych bohaterek, chyba że nieodpowiedzialnymi, nielogicznymi decyzjami, jakie podejmowała oraz odrobinę narcystycznym, denerwującym podejściem pod pewnym względem. O wiele barwniejszą postacią była Mel, najlepsza przyjaciółka Charlie, która wnosiła element humorystyczny do historii, podobnie jak Yuki oraz Aiden, dwóch członków Fire&Light, którzy bezwarunkowo zdobyli moje serce swoimi przepychankami i żartami. O Olly'm nie mogę powiedzieć nic poza tym, że to miły chłopak. Na początku miałam wątpliwości co do Gabe'a, ale z biegiem czasu coraz bardziej się do niego przekonywałam, bo okazało się, że skrywa drugie oblicze. Ma mroczną stronę, lecz jego cechy charakteru zostały tak ładnie zbalansowane, że byłam szczerze zaciekawiona dalszym rozwojem jego postaci.

Piosenki o dziewczynie czyta się całkiem przyjemnie i szybko, choć muszę przyznać, że na początku mocno się męczyłam. Dość sporą część fabuły zajmuje muzyka, z czego bardzo się cieszę, zwłaszcza że jeszcze nie spotkałam się z tak ekscytującym opisem koncertów w książce, naprawdę można było poczuć elektryzującą atmosferę kolejnych występów. Jeżeli interesują was utwory pojawiające się w książce, możecie ich posłuchać na tej stronie, nagrał je sam autor ze swoim zespołem, ale otwarcie mówię, że taka muzyka w ogóle nie trafia w mój gust i wolałabym ich chyba nie znaleźć. Jak już wspominałam, Piosenki o dziewczynie kończą się strasznym cliffhangerem, jednak wciąż nie mam ochoty zapoznać się z kolejną częścią. To powieść dobra na jeden raz, być może zachwyci kogoś młodszego ode mnie, bardziej zainteresowanego muzyką i światem celebrytów, ale nie jest to książka, którą usilnie będę wam polecać, bo raczej niczego nie wniesie do waszego życia. 

 

Seria Piosenki o dziewczynie
Piosenki o dziewczynie // Songs about us // ?

Za możliwość przeczytania Piosenek o dziewczynie serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!
Czytaj dalej »

poniedziałek, 22 maja 2017

Chłopak z innej bajki, czyli Kopciuszek ze sklepu z porcelanowymi lalkami

0
Chyba mogę otwarcie powiedzieć, że książki Kasie West są dla mnie czymś w rodzaju guilty pleasure – to niezwykle ciepłe, a przy tym lekkie i urocze opowieści, które można przeczytać w jeden wieczór. Chociaż nie zostają ze mną na dłużej, bez wątpienia sprawiają, że robi mi się jakoś tak lżej na sercu. Wśród powieści tej autorki znajdowały się jednak dwie, które wyjątkowo zwróciły moją uwagę i jedną z nich był właśnie Chłopak z innej bajki, dlatego nie mogłam się doczekać, aż będę trzymała swój egzemplarz w dłoniach, by przekonać się, czy moje dobre przeczucia się sprawdzą. 

Caymen ma 17 lat i po szkole pracuje w należącym do jej mamy nieco dziwacznym sklepie z porcelanowymi lalkami i specjalizuje się w sarkastycznym podejściu do życia, szczególnie wobec bogaczy. Lata obserwacji zamożnych ludzi zza lady i życiowe doświadczenia mamy nauczyły ją, że nie można im ufać, a do tego są zblazowani, nieuprzejmi i przekonani, że cały świat powinien leżeć u ich stóp. Gdy do sklepu trafia Xander, wysoki, przystojny i na swój sposób uroczy, ale najwyraźniej obrzydliwie bogaty, od razu widać, że jest z totalnie innej bajki. Caymen co prawda znajduje z nim wspólny język, ale jest przekonana, że jego zainteresowanie nie potrwa długo. Gdy Xandrowi niemal udaje się ją do siebie przekonać, dziewczyna odkrywa, że pieniądze grają w ich związku o wiele większą rolę, niż sądziła. Na ich wspólnej drodze piętrzą się przeszkody... czy ostatecznie trafią razem do tej samej bajki?
Opis z LubimyCzytać

Ze wszystkich książek Kasie West, jakie przeczytałam, Chłopak z innej bajki jest bez wątpienia moją ulubioną pozycją. Choć fabuła opiera się na podobnych założeniach jak pozostałe powieści tej autorki, jest nieco mniej cukierkowa, a przez to prawdziwsza i urzekła mnie bardziej, niż mogłam się tego spodziewać. Ogromną zasługę ma w tym Caymen, czyli główna bohaterka książki, która jest niezwykle sarkastyczną i inteligentną dziewczyną, a także wspaniale napisany wątek romantyczny. Wydaje mi się jednak, że Chłopaka z innej bajki przeczytałam po prostu w odpowiednim dla siebie momencie. Pierwszy raz tak naprawdę mogłam się identyfikować z bohaterami stworzonymi przez Kasie West, rozumiałam ich rozterki, bo obecnie sama się z nimi zmagam i możliwe, że właśnie dlatego ta książka jest mi najbliższa ze wszystkich tej autorki, jakie zostały wydane w naszym kraju.

To, co uwielbiam w książkach Kasie West, to wplatanie w pozornie schematyczną fabułę ważnych tematów skłaniających do refleksji, choć muszę przyznać, że nadmierne podkreślanie bogactwa i tego, jak wielkie zepsucie się z nim wiąże na samym początku książki dość mocno mnie zirytowało. Rozumiem, że miało to posłużyć ukazaniu kontrastu, jak bardzo stereotypy mogą zaciemniać prawdziwy obraz sytuacji, ale przez tak daleko idące, wręcz przesadzone uprzedzenia Chłopak z innej bajki nie rozpoczynał się zachęcająco. Na szczęście złe wrażenie dość szybko się zatarło i mogłam rozkoszować się lekturą, która pokazuje, że nikogo nie można oceniać po zawartości jego portfela, a także że świat stoi przed nami otworem i sami kształtujemy naszą przyszłość, należy jedynie znaleźć w sobie odwagę, by wyrwać się z pewnych ram. To właśnie rozważania o możliwej karierze nastolatków, którzy w pewnym sensie utknęli w swoim obecnym życiu, tak bardzo mi się podobały, bo pozornie prosta powieść skrywa w sobie głębokie przesłania.

Jak już mówiłam, Caymen niezwykle mnie urzekła. Jest wygadana, zabawna (choć ma bardzo specyficzne poczucie humoru) i w każdej sytuacji potrafi znaleźć ciętą ripostę. Na jej barkach spoczywa ogromna odpowiedzialność związana z prowadzeniem upadającego, rodzinnego biznesu i jest gotowa poświęcić nawet swoją przyszłość, by pomóc swojej mamie, z którą znajdują się w ciężkiej sytuacji materialnej. Pod wieloma względami Caymen przypomina mnie samą, bo podobnie jak ona skrywam prawdziwe uczucia za maską sarkazmu i dobro innych stawiam ponad własnym. Xander z kolei jest bogatym młodzieńcem, mogłoby się wydawać, że świat stoi przed nim otworem, jednak nie do końca tak jest. Żaden z niego książę z bajki, ale jest miłym, błyskotliwym chłopakiem o podobnym poczuciu humoru co Caymen, dzięki czemu świetnie się dogadują już od pierwszego spotkania. Powiem otwarcie: kocham ich relację. Rozwijała się powoli, mieli czas, by się dobrze poznać i wzajemnie dotrzeć, a ich przekomarzanki były urocze. Ich relacja nie była jednak płytka, potrafili wyłapać słowa ukryte między wierszami, a do tego rozmawiali na trudne, poważne i głębokie tematy. Caymen i Xander są po prostu dla siebie stworzeni, idealnie dobrani i podoba mi się sposób, w jaki Kasie West to przedstawiła.

Chłopak z innej bajki to książka, której nie można odłożyć na bok, kiedy już się ją zacznie. Lekkie, przyjemne pióro Kasie West sprawia, że wręcz przelatuje się przez tę powieść, w której słodycz pierwszej miłości oraz gorycz życia są idealnie zrównoważone. Gwarantuję wam, że niejednokrotnie uśmiechniecie się podczas czytania tej lektury, bo dialogi są wręcz rozbrajające, a relacja Caymen i Xandra porwie was już od pierwszej strony!

  

Inne zrecenzowane książki Kasie West:
Chłopak na zastępstwo // P.S. I Like You

Za możliwość przeczytania Chłopaka z innej bajki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!
Czytaj dalej »

wtorek, 14 lutego 2017

Pod presją, czyli chorobliwe dążenie do osiągnięcia perfekcji

0
Jestem zwolenniczką dawania autorom drugich szans. Kilka razy zdarzyło mi się pokochać książkę danego pisarza, mimo że jego poprzednia czytana przeze mnie powieść w ogóle nie przypadła mi do gustu. Dość niespodziewanie dla mnie samej wśród twórców, którym postanowiłam dać drugą szansę, pojawiła się Michelle Falkoff. Jej Playlist of the Dead omal nie znalazło się w zestawieniu 5 najgorszych książek przeczytanych przeze mnie w zeszłym roku, ale Pod presją na tyle zaintrygowało mnie swoim opisem i urzekło okładką, bym postanowiła zapoznać się z tą historią. Czy żałuję? 

Kara prowadzi pozornie idealne życie – nigdy nie popełnia błędów, ma wspaniałe oceny, najwyższą średnią w liceum i planuje dostać się na Harvard. W szkole zyskała nawet przezwisko Perfekcyjna Kara, ale nikt nie wie, jak wiele kosztuje ją utrzymanie tego wizerunku. Gdy ciążąca na niej presja staje się nie do zniesienia, by osiągnąć swój cel dziewczyna robi coś sprzecznego z zasadami, których tak kurczowo się trzyma, coś ryzykownego i nielegalnego. Niestety, ktoś się o tym dowiedział, zrobił jej zdjęcia i teraz szantażuje uczennicę, żądając od niej kolejnych przysług. Jak daleko Kara jest w stanie się posunąć, by być idealną i ukryć swoje działania?

Przyznam szczerze, że Pod presją nie zapowiadało się zbyt dobrze. Po przeczytaniu pierwszego rozdziału trochę skreśliłam tę książkę – główna bohaterka nadmiernie wyolbrzymiała swoje problemy oraz była irytująca, sam tekst zaś miał dość infantylny wydźwięk, a akcja rozwijała się bardzo powoli i zaczynałam się martwić, że lektura tej powieści okaże się drogą przez mękę. Postacie były mało wyraziste i Michelle Falkoff chyba po prostu ma to do siebie, że jej bohaterom brakuje głębi, jakiejś wielowymiarowości. Co prawda każdy z nich ma inną pasję, różni ich pochodzenie czy styl bycia, ale brakuje im historii, tła, jakiejś otoczki, która wskazywałaby na to, że mogliby istnieć poza stronicami książki. Choć początek nie był zbyt obiecujący, z czasem cała historia nabrała rozpędu, a ja sama zorientowałam się, że nie jestem w stanie odłożyć książki, dopóki nie poznam rozwiązania całej zagadki. Tutaj pojawia się pierwszy rozdźwięk w fabule – główną koncepcją na Pod presją było ukazanie stresu, w jakim żyje obecnie nastolatek, wyścigu szczurów w szkołach i dążenia do złudnej perfekcji, tymczasem Michelle Falkoff dość szybko skupiła się bardziej na kryminalnej części przedstawionej przez siebie historii. Tajemnica szantażu zdominowała całą treść, przez co przesłanie powieści zeszło na dalszy plan. Nie ukrywam, że cała intryga była fascynująca i aż do ostatniej chwili nie domyśliłam się, kto stoi za całym tym zamieszaniem, ale w pewnym momencie czytałam Pod presją tylko i wyłącznie dla tego rozwiązania (które swoją drogą okazało się być ostatecznie mocno naciągane i nielogiczne), podczas gdy ta powieść powinna być czymś o wiele bardziej złożonym, bo porusza aktualny, trudny temat, który Michelle Falkoff przedstawiła w zbyt dziecinny sposób.

Kara czuje ogromną presję, by mieć najlepsze oceny z powodu rodziców, a jej nauczyciele często nastawiali ją przeciwko innym zdolnym dzieciom, zmuszając do ostrej rywalizacji. Dziewczyna wie, że nie może wykonać żadnego fałszywego ruchu, w przeciwnym razie jej błąd zostanie jej natychmiast wytknięty przez kolegów z klasy, którzy uważają ją za perfekcyjną i tylko czekają na potknięcie. Nie ma przyjaciół ani znajomych, bo całe jej życie kręci się wokół utrzymania najwyższej średniej. Musi sprostać nierealnym oczekiwaniom, nakładana jest na nią coraz większa presja, by była jeszcze lepsza, co z czasem prowadzi do ataków paniki, a sama Kara nie ma pojęcia, czego chce i do czego dąży. Jednak Michelle Falkoff, zamiast skupić się na tym zagadnieniu, sprawiła, że obsesja dziewczyny na punkcie bycia idealną wydaje się być absurdalna, bo martwi się ona głównie o swoją... cerę. Trądzik młodzieńczy doprowadził do tego, że przestała się czymkolwiek interesować i zerwała wszelkie przyjaźnie. Przez takie ukazanie wątku dążenia do perfekcji cała książka wydaje się mieć trywialny wydźwięk, a przecież to bardzo poważne zagadnienie, które rzadko jest poruszane w książkach. Ja sama jestem bardzo podobna do Kary i żałuję, że autorka nie podeszła w inny sposób do tej kwestii, pokazując młodym ludziom prawdziwy sposób na walkę ze stresem oraz uświadamiając pozostałym czytelnikom, do czego jest w stanie doprowadzić nakładanie na innych presji, by być najlepszym. W dodatku, kiedy w grę wszedł wątek kryminalny, Michelle Falkoff jakby zupełnie zapomniała o tym zagadnieniu. Według mnie mogła bardziej się postarać, by zachować równowagę między sensacyjną intrygą a problemem chorobliwego perfekcjonizmu.

Pod presją to idealna lektura na jeden wieczór. Czyta się ją niezwykle szybko, a zawiły spisek sprawi, że nie będziesz w stanie jej odłożyć. Jest to książka jednocześnie zwyczajna i niezwykła – opowiada o normalnym życiu nastolatków, ale również ukazuje je z zupełnie innej strony, którą rzadko można spotkać w powieściach młodzieżowych. To historia o dążeniu do akceptacji samego siebie, o przyjaźni, o przymusie bycia najlepszym w czasach, w których wyścig szczurów napędza cały system, gdzie bardzo łatwo zgubić swój wewnętrzny głos. O tym, że nikt nie jest idealny i nie ma w tym niczego złego. Myślę, że ta powieść miała o wiele większy potencjał, jednak ostatecznie jestem zadowolona z lektury, choć nie zostanie ze mną zbyt długo. Przyjemny przerywnik rutyny, ale niestety brakowało fajerwerków i większego zaangażowania czytelnika w przedstawione wydarzenia.

★★★★★

Za możliwość przeczytania Pod presją serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria
Czytaj dalej »

niedziela, 8 stycznia 2017

P.S. I Like You, czyli miłość wpleciona w alternatywną muzykę i anonimową korespondencję

0
Nie ma co ukrywać, jestem okładkową sroką, a P.S. I Like You posiada jedną z najbardziej uroczych opraw graficznych, jakie widziałam od bardzo dawna. Urzekła mnie także opisem, bo chyba nigdy nie będę miała dość podobnych historii, więc mimo że poprzednia książka Kasie West podobała mi się, choć niespecjalnie, bez wahania postanowiłam sięgnąć po jej najnowszą powieść, która zupełnie kupiła mnie już na starcie. 

Co robisz, gdy podczas lekcji chemii w głowie wirują ci zamiast pierwiastków fragmenty ulubionych piosenek? Lily po prostu zapisała wers z ukochanego utworu na ławce. Niczego nie oczekiwała, a jednak następnego dnia zobaczyła, że ktoś dopisał kolejne zdanie. Ktoś, kto najwyraźniej zna tekst tej piosenki. Jak to możliwe, że w tej nudnej szkole ktoś także kocha alternatywne zespoły?
Wkrótce ławkowa korespondencja między Lily a tajemniczym miłośnikiem muzyki nabiera tempa. Rozmawiają nie tylko o muzyce, ale i o swoich problemach i stają się sobie coraz bliżsi. Kim jest ta tajemnicza bratnia dusza?
Opis z LubimyCzytać

P.S. I Like You jest jednocześnie powieścią oryginalną i do bólu przewidywalną, ale w tym wypadku nie uważam tego za wadę. Kasie West obrała pewien kierunek i konsekwentnie trzymała się go od początku do końca, dzięki czemu czytelnik, zamiast się denerwować i irytować, mógł się skupić na tym, co autorka chciała mu przekazać – że naprawdę wiele trzeba, by poznać i zrozumieć drugiego człowieka. To powieść o nieporozumieniach zdolnych zniekształcić każdy obraz, o pasjach i marzeniach, o rodzinach dysfunkcyjnych i tych lekko zwariowanych, ale za to pełnych ciepła. P.S. I Like You jest słodką historią, jednak nie bierzcie jej za głupiutką – ja sama jestem bardzo wdzięczna Kasie West, że nie wprowadziła do swojej opowieści sztucznych udziwniaczy oraz rozdmuchanych dramatów, które odebrałyby cały urok tej fabule. Uwielbiam tę książkę za to, że po jej przeczytaniu od razu poczułam się lepiej! Jakbym napiła się gorącej czekolady, wylegując się pod kocykiem w chłodny dzień. P.S. I Like You to taka drobna przyjemność, która niesamowicie cieszy. Jest coś odświeżającego w przeczytaniu kipiącej humorem i lekkością powieści, która nie wymaga od ciebie wiele, w zamian zostawiając cię wypełnioną ciepłem oraz pozytywną energią.  

Według mnie Lily jest jedną z najlepiej wykreowanych postaci w gatunku young adult contemporary. Jest trochę dziwaczna, zupełnie nieporadna w kontaktach towarzyskich z kimś innym niż jej najlepsza przyjaciółka czy rodzina, uwielbia przerabiać używane ciuchy i jest pełna pasji. Lily ma wyjątkowy charakter i naprawdę trudno jej nie polubić, kibicuje się jej od początku. Urzekła mnie swoimi inteligentnymi ripostami, ogólnym podejściem do życia i ogromem kreatywności, jaki w sobie skrywa. Cade nie był już tak pociągający, ale wraz z upływem kolejnych stron zrozumiałam, że, podobnie jak Lily, na początku źle go oceniłam. Odkrywał swoją twarz dopiero w anonimowej korespondencji; ich listy były zabawne, słodkie i osobiste, a sam ten wątek niesamowicie mi się podobał. Nie do końca przekonuje mnie jedynie powód wzajemnej niechęci Lily oraz Cade'a. Rozumiem, że nawarstwiające się nieporozumienia były w stanie sprawić, że odczuwali względem siebie awersję, ale między nimi toczyła się prawdziwa wojna nienawiści, Cade potrafił zachowywać się naprawdę podle i powody, które podała autorka, według mnie nie usprawiedliwiają tak daleko idącej wrogości.

Najbardziej jednak w P.S. I Like You podobał mi się wątek rodzinny. Możliwe, że w tym momencie nie jestem zbyt obiektywna, bo rodzina Abbottów bardzo przypominała mi własną, ale naprawdę trudno się nie uśmiechnąć podczas czytania o zwariowanych tradycjach w ich domu czy o chaosie panującym tam na co dzień ze względu na szóstkę osób dzielących wspólną przestrzeń. W literaturze młodzieżowej coraz trudniej spotkać motyw pełnej, szczęśliwej, pozytywnie zakręconej rodziny – z reguły mamy do czynienia ze stratą jednego z rodziców lub w ogóle nie interesują się oni poczynaniami swoich dzieci – dlatego było to dla mnie bardzo miłe zaskoczenie i ubóstwiam sposób, w jaki Kasie West przedstawiła Abbottów. Wydaje mi się, że mimo iż w P.S. I Like You na pierwszy plan w naturalny sposób wypływa wątek miłosny, to autorce najbardziej zależało właśnie na przedstawieniu dwóch kontrastujących ze sobą rodzin. Ze względu na swoje obowiązki wobec rodzeństwa Lily rzadko ma czas tylko dla siebie i miewa dość nienormalności swoich najbliższych oraz panującego w domu chaosu, ale za to jest otoczona ciepłem i miłością. Z kolei Cade mieszka w wielkiej willi i ma wszystko, czego sobie zażyczy, ale jego biologiczny ojciec dzwoni raz do roku, myląc jego datę urodzin, jego ojczym stawia mu zbyt wysokie wymagania i nigdy nie jest zadowolony z rezultatów, a matka jest duchem nieobecna. P.S. I Like You przekazuje cudowne wartości rodzinne w bardzo subtelny, nienachalny, ale jednocześnie ciekawy sposób.

Nie sądziłam, że tak przyjemnie spędzę czas z książką Kasie West, ale zupełnie nieoczekiwanie ta powieść sprawiła mi ogromną frajdę, zdecydowanie przebijając Chłopaka na zastępstwo. P.S. I Like You jest to pełna wdzięku, radosna i odrobinę zwariowana historia o pierwszej miłości oraz o rodzinnym wsparciu. Ja sama świetnie się przy niej bawiłam i nie wątpię, że ta autorka jeszcze niejednokrotnie umili mi upływające godziny swoją twórczością.

★★★★★★

Za możliwość przeczytania P.S. I Like You serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young! 



Czytaj dalej »

czwartek, 22 grudnia 2016

Co mnie zmieniło na zawsze, czyli gwałt dokonany na życiu

0
Do Co mnie zmieniło na zawsze Amber Smith zbierałam się bardzo długo. Nie chodzi o to, że książka była zła – jest to po prostu ten typ powieści, przy którym musisz się zatrzymać i chwilę zastanowić, który wymaga twojego absolutnego skupienia, bo to nie jest łatwa, prosta i przyjemna historyjka na jeden wieczór. To opowieść, która sprawia, że zasycha ci w gardle, a przygnębienie nieustannie ciąży ci na sercu.

Eden była słodką, niewinną dziewczynką. Nigdy nie sprawiała problemów, nigdy się nikomu nie sprzeciwiała, uwielbiała grać w szkolnej orkiestrze. Wystarczyła jedna noc, by wszystko, w co wierzyła i co kochała, rozsypało się niczym domek z kart. Najlepszy przyjaciel jej starszego brata, niemal członek rodziny, chłopiec, którym była skrycie zauroczona i który wydawał się być jej ideałem, odebrał jej niewinność. Eden wie, że powinna o tym komuś powiedzieć, jednak za bardzo się boi. Postanawia udawać, że ta noc nigdy nie miała miejsca i tworzy siebie na nowo – kreuje dziewczynę, która już nigdy nie będzie ofiarą. Nie potrafi jednak zmazać poczucia wstydu oraz nienawiści, a życie budowane na kłamstwach powoli przestaje zapewniać jej ochronę, jakiej pragnęła.

Co mnie zmieniło na zawsze to przygnębiająca, mroczna powieść. Jest tym bardziej bolesna i trudna do czytania, bo jest prawdziwa, odarta ze złudzeń, fałszu i grzecznych półprawd mających złagodzić mocny przekaz. Autorka nie próbowała osłodzić tej historii, nie usiłowała zminimalizować traumy Eden, by czytelnikowi było wygodnie – ja sama byłam kompletnie bezbronna i rozbita w obliczu przerażających wydarzeń ukazanych w tej książce. Amber Smith stworzyła niezwykle realny obraz ofiary gwałtu, jej uczuć, przemyśleń i dalszych działań. Bo choć chcielibyśmy wierzyć, że czas potrafi zasklepić każdą ranę, a miłość potrafi być lekarstwem na każdy psychiczny uraz, życie nie jest bajką i nie zawsze czeka nas happy end. Nie wiemy, co kryje się pod maskami, jakie zakładamy na co dzień niczym zbroję.

Co mnie zmieniło na zawsze to powieść brutalna w swojej prawdziwości oraz trudna w odbiorze – miażdży czytelnika, przedostaje się przez jego bariery ochronne, pozostawiając z uczuciem ciężkości oraz beznadziei na sercu. To nie jest naiwna bajeczka o odzyskiwaniu wiary w ludzi i mierzeniu się ze swoimi lękami. To przerażająca historia o zżerającej od środka nienawiści oraz toksycznym poczuciu winy. O tym, że nasze cierpienie oddziałuje także na najbliższych nam ludzi i jest w stanie zniszczyć wszystko, na czym nam zależy. Nie mogę powiedzieć, że popieram wybory Eden, która podświadomie chciała ranić bliskie jej osoby, by poczuły one choć ułamek bólu, z jakim musiała sama się mierzyć każdego dnia. Jej psychika została zupełnie zniszczona przez gwałt i jej zachowanie rzadko było racjonalne. Każdy z nas ma inne mechanizmy obronne i nie mnie oceniać jej zachowanie, nawet jeśli momentami było ono dla mnie oburzające oraz skandaliczne. Nie znajdziecie tutaj upiększeń, uroczych fragmentów, które wniosłyby nieco pozytywnej energii to przytłaczającej fabuły. Czytelnik staje się niemym widzem, zostajemy zmuszeni do patrzenia, jak główna bohaterka powoli stacza się na samo dno, szukając zapomnienia w alkoholu, marihuanie, a także w przypadkowym seksie. Miałam ochotę porządnie nią potrząsnąć, a potem zacząć krzyczeć na jej rodzinę, bo nikt niczego nie dostrzegał, ale... Ile kobiet i dziewczynek milczy na temat tego, co je spotkało ze strony tych, którym ufały? Ile z nich zmieniło się pod wpływem przebytej traumy, a nikt tego nawet nie zauważył?

Co mnie zmieniło na zawsze to opowieść zbudowana na emocjach i następstwach gwałtu. Pięć minut zmieniło grzeczną, miłą, niewinną dziewczynkę w zdegenerowaną, zanurzoną po pachy w bagnie, które zgotował jej los, a potem ona sama, nastolatkę niezdolną do poradzenia sobie z własną nienawiścią. To przejmujący obraz traumy, która odmienia wszystko, niszcząc radość, a pozostawiając z poczuciem zdrady, z gniewem, smutkiem i pogardą do samej siebie. Co mnie zmieniło na zawsze jest historią destrukcyjną i nie poleciłabym jej każdemu. Zmierzenie się ze sposobem, w jaki Amber Smith przedstawiła historię Eden, wyczerpało mnie psychicznie. Teoretycznie jest to powieść skierowana do nastolatek i w taki sposób została napisana, ale myślę, że jest to jednak książka dla dojrzalszych czytelników. Porusza temat tabu w pozbawiony upiększeń sposób i według mnie jest to naprawdę ważna lektura, z którą należy się zapoznać, ale podchodząc do niej niezwykle ostrożnie.

★★★★★★

Za możliwość przeczytania Co mnie zmieniło na zawsze serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!


Czytaj dalej »

piątek, 11 listopada 2016

Czy wspominałam, że za tobą tęsknię?, czyli czas dojrzałych decyzji i akceptacji

0
Trylogia DIMILY to swojego rodzaju ewenement. Nie mogę powiedzieć, by dwie poprzednie części jakoś specjalnie mnie zauroczyły, czasami naprawdę mocno męczyłam się z ich czytaniem, ale czekałam na trzeci tom jak na szpilkach, nie mogąc się doczekać, aż w końcu będę go trzymała w swoich dłoniach. Zupełnie nie potrafię wytłumaczyć tego zjawiska, lecz mogę powiedzieć jedno – nie żałuję, bo Czy wspominałam, że za tobą tęsknię? okazało się być niesamowitą powieścią. 

Tyler zniknął wtedy, gdy Eden najbardziej go potrzebowała. Zamiast razem stawić czoła światu, dziewczyna została sama z bałaganem, który stworzyli, zdobywając się na wyjawienie najbliższym prawdy. Eden musiała zmierzyć się nie tylko z gniewem rodziny i ze złośliwymi komentarzami rówieśników, którzy wytykali ją palcami na ulicach Santa Monici, ale także z bólem po rozstaniu z Tylerem. Cała miłość, jaką do niego czuła, wyparowała, a zamiast tego pojawił się gniew. Eden ruszyła do przodu, przenosząc się na studia do Chicago, jednak kiedy Tyler ponownie pojawia się w jej życiu, dziewczyna ma mętlik w głowie. Czy jest jeszcze dla nich szansa? Czy jest gotowa mu wszystko wybaczyć? Czy ich rodzina ostatecznie się rozpadnie?

Czy wspominałam, że za tobą tęsknię? bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Chciałam tę książkę przeczytać bardziej dlatego, że miałam za sobą już dwa tomy i pragnęłam poznać zakończenie tej historii niż dlatego, że autentycznie mnie ona interesowała, ale już od pierwszych stron wsiąkłam. Zmiana jest niewyobrażalna! To, co od razu zauważyłam, to poprawa w stylu pisania autorki. Wcześniej był nieco... toporny, charakterystyczny dla bardzo młodych, debiutujących autorek, a teraz stał się tak lekki i świeży, że z przyjemnością przelatywało się wręcz przez kolejne strony! Jednak nie tylko styl pisania Estelle Maskame dojrzał, również fabuła była o wiele bardziej przemyślana, harmonijna oraz głęboka, a jej bohaterowie wydorośleli i ulegli znaczącym przemianom na lepsze. Uwierzcie mi, naprawdę nie przewidywałam tak dobrej lektury, a tutaj taka miła niespodzianka! 

Estelle Maskame nazywano głosem pokolenia i nie ukrywam, że to określenie mnie przerażało, bo w poprzednich dwóch częściach mieliśmy głównie do czynienia z imprezami mocno zakrapianymi alkoholem, narkotykami, brakiem umiaru, zdradami i brakiem poszanowania dla jakichkolwiek wartości czy zasad. To wspaniałe, jak z (nie ukrywajmy) płytkiej opowieści o zakazanej miłości wyrosła powieść z przesłaniem skierowanym do młodych, zagubionych ludzi. Czy wspominałam, że za tobą tęsknię? tak naprawdę nie jest historią miłosną, choć opowiada o dalszych losach Eden i Tylera. To książka, która opowiada o samodzielnym podejmowaniu ważnych, życiowych decyzji. O walce do utraty tchu o to, co się dla nas liczy najbardziej. O dawaniu drugiej szansy i wybaczaniu. O ignorowaniu opinii innych i słuchaniu głosu serca. O mierzeniu się z konsekwencjami swoich czynów i naprawianiu relacji z najbliższymi, nawet gdy wszystko wydaje się już być stracone. Nie spodziewałam się, że ta powieść zaoferuje mi tak wiele tematów do przemyśleń, że miłość Eden i Tylera, choć wciąż obecna, wcale nie będzie głównym wątkiem, a jedynie osią, o którą oprze się cała walka o dobrą przyszłość. Myślę, że najważniejszym motywem w Czy wspominałam, że za tobą tęsknię? jest nauczenie się, że nie warto przejmować się tym, co pomyślą o nas inni. Liczą się poglądy tylko najbliższych, ale w ostatecznym rozrachunku to własny głos jest najważniejszy.

Bohaterowie ulegli niesamowitej przemianie! Co prawda w niektórych momentach ujawniał się cień starej, irytującej Eden, ale było ich naprawdę niewiele i w większości były uzasadnione. Eden stała się dziewczyną z krwi i kości; wciąż trochę zagubioną, dopiero wkraczającą w dorosłe życie i próbującą zrozumieć, co to dla niej oznacza, ale przede wszystkim normalną. Tyler za to... O mój borze szumiący, Tyler jest właściwie nie do poznania! Wiem, że większość kobiet lubi złych chłopców, jednak jego przemiana w młodego, dojrzałego mężczyznę, pełnego pasji i ze szlachetnym celem w życiu jest tak cudowna, że z miejsca straciłam dla niego głowę. Trudno znaleźć jakiekolwiek podobieństwa między tym agresywnym, przepełnionym gniewem chłopakiem z pierwszego tomu a zdecydowanym, czułym mężczyzną z trzeciej części. Zarówno Tyler, jak i Eden nabrali barw oraz wielowymiarowości, o którą nigdy bym ich nie podejrzewała, a chociaż ich relacja jest wciąż impulsywna, odrobinę szalona i nieokiełznana, przestała być dla nich toksyczna. Nie może być jednak zbyt słodko i jak na mój gust Eden zbyt szybko uległa. W jednej chwili nienawidziła Tylera, w drugiej znowu kochała go na zabój i ten brak konsekwencji w jej odczuciach był zbyt widoczny. Ogólnie rzecz biorąc, wszystko w tej książce dzieje się bardzo szybko, wręcz gwałtownie i mimo że wydarzenia stanowią ładny, płynny i logiczny ciąg, to jednak w moim odczuciu tempo rozwoju sytuacji było strasznie zawrotne.

Czy wspominałam, że za tobą tęsknię? to wspaniałe zakończenie trylogii DIMILY. Według mnie bije na głowę dwie poprzednie części swoją złożonością, dojrzałością i głębokim, choć bardzo subtelnym przesłaniem. Czytałam tę powieść z autentyczną przyjemnością, nie mogąc się oderwać od kartek, a autorka tak pięknie, malowniczo opisała Portland, że wraz z bohaterami spacerowałam ulicami miasta i chłonęłam jego atmosferę. Przemiana, jaka zaszła w historii Estelle Maskame jest widoczna już gołym okiem i bardzo się cieszę, że nie porzuciłam tej trylogii, bo było warto. 


Trylogia DIMILY:
Czy wspominałam, że za tobą tęsknię?

Za możliwość przeczytania Czy wspominałam, że za tobą tęsknię? serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!


Czytaj dalej »

środa, 14 września 2016

Playlist for the dead. Posłuchaj, a zrozumiesz, czyli tragiczne samobójstwo przy dźwiękach rocka

25
Playlist for the dead. Posłuchaj, a zrozumiesz to powieść, która zainteresowała mnie w momencie, w którym została wydana. Oszczędny opis nie sugerował wiele, z czego byłam niezwykle zadowolona, a do pomysłu wszelkich playlist jestem nastawiona bardzo pozytywnie od czasów Maybe Someday Colleen Hoover. Oczekiwania względem tej lektury miałam bardzo duże i jak niemal zawsze w takich wypadkach, po prostu się zawiodłam. 

To miał być kolejny normalny dzień dla Sama, ale gdy rano przyszedł do swojego przyjaciela, odkrył, że ten popełnił samobójstwo. Bez słowa wyjaśnienia, bez wyraźnego powodu. Hayden zostawił tylko jedną wskazówkę – stworzoną przez niego playlistę z karteczką Dla Sama – posłuchaj, a zrozumiesz. Będący w szoku po stracie jedynego przyjaciela Sam próbuje pozbierać okruchy informacji i dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się na nieudanej imprezie w przeddzień samobójczej śmierci Haydena.

Przede wszystkim po Playlist for the dead. Posłuchaj, a zrozumiesz spodziewałam się głębszego przedstawienia żałoby po zmarłym przyjacielu, autorka jednak o wiele bardziej skupiła się na całej intrydze związanej z tajemniczym mścicielem oraz nową dziewczyną, która pojawiła się w życiu Sama po śmierci Haydena. Wydaje mi się, że w ten sposób Michelle Falkoff chciała pokazać niełatwą drogę chłopaka do tego, by ruszyć dalej i po prostu żyć, ale dla mnie wypadło to sztucznie. Sam niespecjalnie rozpaczał po stracie jedynego przyjaciela, którego znał nawet lepiej niż siebie. Zaledwie przez kilka pierwszych rozdziałów widać było złość i depresję Sama wynikające z samobójstwa bratniej duszy, wieloletniego kompana, który bez słowa wyjaśnienia postanowił go porzucić, potem chłopak zaczął się zachowywać niemal tak, jakby Hayden nigdy nie istniał i jedynie tajemnica związana z pozostawioną mu playlistą, Arcymagiem oraz mścicielem przyciągała jego ponowną uwagę do śmierci przyjaciela. Kiedy zabierałam się za Playlist for the dead. Posłuchaj, a zrozumiesz wydawało mi się, że samobójstwo młodej osoby i sposób, w jaki musi sobie z tym poradzić jej otoczenie, będą najważniejszym tematem i bardzo się zawiodłam, gdy okazało się, że całość właściwie w ogóle nie odnosi się do smutnej śmierci Haydena. Zirytował mnie również temat samej playlisty, bo mimo że ten motyw przewijał się przez większość rozdziałów, ostatecznie nie otrzymaliśmy żadnego rozwiązania. 

Cała historia to dążenie do odkrycia, co wydarzyło się na imprezie, po której chłopak postanowił popełnić samobójstwo, a także odpowiedzi na pytanie, kto jest najbardziej odpowiedzialny. Przez większość czasu razem z Samem błądzimy jak we mgle, potem nagle wszyscy w jednym momencie decydują się na zwierzenia, przez co wypadło to nienaturalnie. Nie mogę powiedzieć, że byłam zaskoczona podobnym obrotem wydarzeń, bo od dłuższego czasu podejrzewałam, w jaki sposób autorka zechce to wszystko rozwiązać. Myślę, że każdy czytelnik mający głowę na karku przewidział odpowiedzi na nurtujące Sama pytania. Spodziewałam się czegoś więcej, ale może właśnie taki był zamysł Michelle Falkoff? Pokazanie, że niekoniecznie dramatyczny incydent doprowadza ludzi do ostateczności, a małe porażki i złośliwości, które powoli narastają, aż młody człowiek nie jest w stanie sobie z nimi inaczej poradzić?

Wydaje mi się, że Playlist for the dead. Posłuchaj, a zrozumiesz jest mimo wszystko skierowana do młodszych nastolatków. Została ugrzeczniona w ten specyficzny sposób, pojawił się jasny podział na dobrych i złych, wszystko jest albo czarne, albo białe. Język jest bardzo prosty, wręcz ubogi, a mimo że poruszany temat jest poważny oraz bolesny, w książce trudno doszukać się ciężkiej atmosfery, jest zaskakująco lekka. Bohaterowie reprezentują określony typ postaci i raczej nie wykraczają poza te ramy. W Playlist for the dead. Posłuchaj, a zrozumiesz brakuje głębszego przesłania, jakiejkolwiek refleksji, ale zaletą zdecydowanie pozostaje epilog, który nie był przesłodzony ani przekombinowany. Na uwagę zasługuje także playlista stworzona przez autorkę, bo bez wątpienia nadaje ona powieści charakteru; czytałam najpierw bez muzycznego podkładu, co było dość dużym błędem z mojej strony. Dobrana muzyka, choć nie w moim stylu, tworzy całą atmosferę, dlatego jeśli pragniecie zabrać się za tę historię, polecam to zrobić w momencie, gdy będziecie mieli dostęp do piosenek. Ja sama jestem raczej rozczarowana lekturą, którą czytało się szybko, ale bez specjalnego zainteresowania. Historia na jeden wieczór, żeby zapchać upływające godziny, nic więcej.

Czytaj dalej »

piątek, 26 sierpnia 2016

Program. Epidemia, czyli poszukiwanie własnej tożsamości

20
Program to, przynajmniej dla mnie, bardzo dziwna seria. Były momenty, w których ją uwielbiałam, w większości jednak uważałam ją za dobrą, ale nie zachwycającą, bo brakowało mi jakiejś iskry w fabule, czegoś, co trzymałoby mi na krawędzi fotela, nie pozwalając się oderwać od lektury, dopóki nie poznam zakończenia. Czytałam kolejne tomy, lecz choć każdy kolejny był lepszy od poprzedniego, wciąż nie mogłam znaleźć tego, czego szukałam. Aż pojawiła się Epidemia.

Quinlan McKee przez wiele lat była najlepszą w swoim fachu – jako sobowtór na pewien czas wcielała się w rolę zmarłych nastolatek, kopiując ich wygląd, zachowanie oraz przyzwyczajenia, by dać rodzinie szansę na pożegnanie się z ukochanym dzieckiem i pogodzenie się z jego śmiercią. Kiedy jednak Quinn odkryła, że wydział żałoby, dla którego pracowała, przez ponad dekadę ukrywał przed nią jej prawdziwe pochodzenie, a ludzie, którym najbardziej ufała, ją zdradzili, dziewczyna zrozumiała, że nic nie jest takie, jakie jej się wydawało. Tymczasem fala samobójstw wśród nastolatków zatacza coraz szersze kręgi, skłaniając Quinlan do poszukiwania odpowiedzi na dręczące ją pytania u samego źródła. 

Według mnie Epidemia to najlepsza część całej serii Program. Czytało mi się ją najszybciej, najprzyjemniej i o ile w przypadku poprzednio przeczytanych przeze mnie tomów czasami zmuszałam się do lektury, z dużym trudem przerzucając kartki, o tyle w przypadku Epidemii byłam szczerze zainteresowana dalszym losem bohaterów i nie mogłam się doczekać, aż wszystko stopniowo zacznie się wyjaśniać. Ten tom ze wszystkich chyba był najbardziej bogaty w akcję oraz urozmaicony, autorka nie skupiła się tylko na jednym temacie, w końcu pojawiła się ta upragniona przeze mnie wielowątkowość! Suzanne Young nie zrezygnowała z dalszego przedstawiania zawiłości pracy sobowtóra, ale tym razem mieliśmy szersze spojrzenie na falę samobójstw, wybuch choroby, a także jej rozprzestrzenianie się i pierwsze próby zapobiegania jej, dzięki czemu fabuła wydawała mi się być pełniejsza. Dostajemy także wszystkie odpowiedzi na nurtujące nas pytania, autorce bardzo zgrabnie udało się domknąć całą historię, chociaż muszę przyznać, że nie do końca przekonuje mi wyjaśnienie, skąd się wzięła cała plaga samobójstw, dla mnie było to naciągane, jednak pozostałe wytłumaczenia w pełni mnie satysfakcjonują.

W Remedium nie do końca byłam przekonana do bohaterów, uważając, że mamy do czynienia ze Sloane i Jamesem wersją 2.0 Epidemia pokazała mi, jak bardzo się myliłam! Quinn wspaniale rozwinęła się w tej części, stając się wielowymiarową postacią, której ciężko nie polubić. Jej oddanie oraz lojalność, mimo że wielokrotnie mogły ją doprowadzić do porażki, były niezachwiane, Trzymała emocje na wodzy w najbardziej stresujących sytuacjach, zachowując się jak rasowa twardzielka, ale pozwalała sobie również na chwile słabości, wiedząc, że nie ma w nich nic złego. Niezmiennie jestem zachwycona także Deaconem, którego przeszłość oraz motywy mamy szansę poznać w tym tomie. Ten chłopak ciągle mnie zaskakiwał, idealnie równoważąc w sobie arogancję z troskę o innych. Związek Quinlan oraz Deacona ewoluuje, ich więź staje się prawdziwsza niż kiedykolwiek wcześniej i byłam po prostu zauroczona rozwojem tej relacji. Na uwagę zasługują również Aaron oraz Reed, którzy wprowadzili element humorystyczny do tej melancholijnej, momentami przygnębiającej lektury. Uwiódł mnie zwłaszcza Reed, który może nie odegrał wielkiej roli w fabule, ale udało mu się podbić moje serce.

Według mnie Remedium oraz Epidemia zdecydowanie stanowią tę lepszą część całego cyklu. Urzekli mnie nie tylko różnorodni bohaterowie, którzy są świetnymi kłamcami – niejednokrotnie przyjaciel okazywał się wrogiem, a wróg przyjacielem – ale także uniwersalność tej serii, która w oryginalny sposób dotyka tematu samobójstw i społecznej paranoi, a także opowiada o sztuce odnajdywania samego siebie. Pokazuje, jak łatwo można się zatracić i zagubić po drodze oraz jak bardzo na człowieka może wpłynąć strata ukochanej osoby. Epidemia bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, swoim poziomem zupełnie deklasując poprzednie części. Naprawdę świetnie się bawiłam podczas czytania tej książki i gorąco ją polecam wraz z Remedium, jeśli poszukujecie czegoś świeżego i innowacyjnego. 


Cykl Program

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!


Czytaj dalej »

niedziela, 10 lipca 2016

Chłopak na zastępstwo, czyli słodka historia miłosna na wakacje

18
Chłopak na zastępstwo to był całkowity impuls. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, zobaczyłam okładkę i przepadłam (tak, wiem, nie powinno się oceniać książki po okładce). Kto by się oparł tak czarującej oprawie graficznej? Opis może nie był wybitnie intrygujący, ale hej!, żyje się raz, a ja akurat miałam ochotę na lekką historię, która pozwoliłaby mi się w pełni zrelaksować podczas upalnych dni i okazało się, że Chłopak na zastępstwo był pod tym względem idealnym wyborem! 

Życie Gii Montgomery jest idealne. Ma wspaniałą rodzinę, stypendium na wymarzonym uniwersytecie, gdzie jej współlokatorką ostanie najlepsza przyjaciółka, a także własnego księcia z bajki... Który wystawia ją na parkingu tuż przed szkolnym balem maturalnym. Gia nie może pojawić się na imprezie bez partnera i w desperackim kroku prosi nieznajomego chłopaka czekającego w samochodzie na siostrę, by udawał jej Bradley'a. Niewinne kłamstewko staje się jednak powodem poważnych komplikacji w perfekcyjnie poukładanym życiu Gii.

Moja pierwsza myśl, gdy zobaczyłam okładkę Chłopaka na zastępstwo? Że jest strasznie urocza. W tym wypadku otrzymałam to, co obiecywało mi "opakowanie", bo we wnętrzu znajduje się przesłodka, ujmująca opowieść idealnie nadająca się na lato. Powinna mniej lub bardziej spodobać się każdemu, trzeba tylko do niej podejść z przymrużeniem oka i bez wielkich oczekiwań. Kojarzycie te nierzeczywiste, momentami głupiutkie komedie romantyczne dla nastolatek z dość prostym, oczywistym morałem, które mimo to ogląda się z przyjemnością? Chłopak na zastępstwo to właśnie taka komercyjna, niezobowiązująca historia, tylko że w wersji papierowej. Nie znajdziecie tutaj nagłych przeskoków ani zwrotów akcji, które będą trzymały Was na krawędzi fotela, ale na pewno jest to miła, sympatyczna książka, która toczy się własnym, spokojnym rytmem.

Wbrew pozorom to nie wątek romantyczny wysuwa się na pierwszy plan, choć jest osią wszystkich wydarzeń. Kasie West pokusiła się o przedstawienie portretu psychologicznego i szczerych relacji między postaciami, dzięki którym główna bohaterka ulega metamorfozie. I właśnie ta zmiana, choć początkowo niezauważalna, jest głównym tematem Chłopaka na zastępstwo. Gia początkowo jest płytką, powierzchowną, skupioną tylko na sobie dziewczyną, choć zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie liczyła się ze zdaniem innych, jednak nie robiła tego umyślnie. Bardzo trafnie zostało to podsumowane przez inną postać z książki, która nazwała Gię niekumatą – nie krzywdziła ludzi specjalnie, po prostu była tak zaabsorbowana sobą i tym, by jak najlepiej wypaść, że nie zauważała, gdy powiedziała coś, co zraniło uczucia jej znajomego. A w dodatku była tak uzależniona od portali społecznościowych, że w pewnym momencie nie potrafiła nawet zdecydować się na smak lodów bez pomocy Twittera. Gia nie brzmi, jak interesująca główna bohaterka, prawda? Właśnie dzięki temu zabiegowi Kasie West mogła przedstawić stopniową przemianę dziewczyny z płytkiej snobki do osoby, która stara się być lepszym człowiekiem.

Na chwilę wracamy do słodkich komedii romantycznych dla nastolatek. Kojarzycie ten moment, w którym brzydkie kaczątko nagle staje się pięknością? To tutaj Gia teoretycznie przeistacza się z próżnej, zakochanej w idei portali społecznościowych dziewczyny w bohaterkę o szerszych horyzontach myślowych, która przestaje dzielić ludzi według ich wyglądu czy zainteresowań. Wiecie, jak kujonka po zdjęciu okularów przeistacza się w najpopularniejszą laskę w szkole, tylko że na odwrót. Kasie West w tak oczywisty sposób próbowała nam przekazać swoją życiową lekcję, że mniej subtelny byłby tylko rzut cegłą w twarz czytelnika, ale należy jej się pochwała za podjęcie tematu, jakim jest uzależnienie nastolatków od opinii innych wyrażanych w sieci. Może w niektórych Chłopak na zastępstwo wzbudzi refleksje na temat tego, co jest dla nich najważniejsze i może choć na chwilę oderwą się od ekranów dotykowych, by doświadczać życia w realu. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest głęboko filozoficzna powieść, jednak Kasie West próbuje zwrócić uwagę czytelnika na wartości, które naprawdę powinny się liczyć. Zabrakło jednak miejsca dla rozwinięcia kilku pobocznych wątków i ich eleganckiego zakończenia, bo autorka tak bardzo skupiła się na swojej misji. Nie przeszkadzało mi to jednak specjalnie, bo komedie romantyczne już nas do tego przyzwyczaiły.

Pokrótce chcę wspomnieć jeszcze o innych bohaterach. Tytułowy Chłopak na zastępstwo to Pan Idealny bez dwóch zdań – szarmancki, odrobinę nerdowski intelektualista, który za najbliższych skoczyłby w ogień. Zraniony w przeszłości przez dwójkę ważnych dla niego osób, a mimo to wciąż przyjazny, z poczuciem humoru i lojalny do końca wobec tych, na których mu zależy. Brzmi jak Gary Stu, prawda? Ale po raz kolejny w ogóle mi to nie przeszkadzało, bo w tej książce nie chodzi o to, by doszukiwać się wad, a o to, by się z nią dobrze bawić! Relacja Gii i Haydena to trochę insta love, wystarczyło kilka minut, by dziewczyna nie mogła przestać o nim myśleć, zostałam jednak pozytywnie zaskoczona, bo na prawdziwy związek i pocałunek musieliśmy czekać rekordową ilość czasu jak na podobne powieści, Kasie West naprawdę długo nas zwodziła, przez co to natychmiastowe zauroczenie tak bardzo nie kuło w oczy. Jeśli zaś chodzi o drugoplanowe postaci, muszę przyznać, że uwielbiam Bec! Ta dziewczyna miała prawdziwą ikrę, nie to co pozostałe przyjaciółeczki Gii, przed którymi dziewczyna jest wciąż zmuszona grać i udawać. Autorka poruszyła w swojej książce także inny, ważny problem, jakim jest odpowiednia komunikacja między dziećmi a rodzicami oraz siła łączącej ich więzi. Jak na powieść typowo lekką i młodzieżową, Chłopak na zastępstwo porusza dużą ilość współczesnych problemów.

Chłopak na zastępstwo okazał się dla mnie zaskakująco przyjemną, niewymagającą lekturą odpowiednią na wakacyjne lenistwo. Jest urzekająca i słodka niczym lukier. To bardzo lekka, pogodna książka, która świetnie umila czas, dlatego będzie doskonałym wyborem na letni wieczór, jeśli poszukujecie zabawnej powieści o nieskomplikowanej fabule.


Za możliwość przeczytania Chłopaka na zastępstwo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!


Czytaj dalej »

czwartek, 2 czerwca 2016

Alive. Żywi, czyli zaskakująca dystopia z elementami sci-fi

24
Mam wrażenie, że od bardzo dawna nie czytałam żadnej dystopii, a już zwłaszcza nie takiej, która przypomniałaby mi, dlaczego tak mocno zakochałam się w tym gatunku. Miałam nadzieję, że Alive. Żywi przełamie tą złą passę, dając mi świeżą młodzieżówkę utrzymaną w mrocznych klimatach postapo. Ciekawi, co wynikło z tego spotkania?

Młoda dziewczyna budzi się w ciemności. Nie pamięta, kim jest, gdzie jest ani jak się tutaj znalazła. Tutaj czyli w trumnie. Po uwolnieniu się z krępujących ją więzów odkrywa, że w sali znajduje się więcej trumien, a w nich równie zdezorientowani co oni ocalali. Poza ich pokojem znajduje się mnóstwo korytarzy, a wszystkie wypełnione są prochem i kośćmi dawno zmarłych dorosłych. Nie wiedzą, gdzie są ich rodzice i dom. Nie rozumieją, co się stało z ich życiem ani dlaczego zostali umieszczeni w tym dziwnym miejscu. Czy uda im się wydostać? Czy ten, który ich tu sprowadził, jest ich sprzymierzeńcem czy wrogiem?

Alive. Żywi to książka-paradoks. Kiedy autor zaczyna odkrywać przed nami kolejne karty, otrzymujemy szokującą całość, która nie przypomina niczego, co do tej pory czytałam i przez to jestem zaintrygowana tym, co znajdziemy w kolejnej części. Z drugiej jednak strony dopiero na ostatnich stu stronach zaczyna się coś dziać, wcześniej całą powieść można opisać jednym słowem: chodzenie. Bohaterowie idą, idą, idą, biegną, maszerują, idą, biegną, idą, idą, biegną, biegną szybciej. To było naprawdę frustrujące, bo choć po drodze napotykali różne znaleziska, okazywały się one zupełnie nieistotne dla przebiegu fabuły i te dwieście siedemdziesiąt stron marszu daje się czytelnikowi we znaki. Według mnie Scott Sigler źle rozłożył poszczególne wątki, przez co po prostu zmarnował dużo papieru. Postacie właściwie niczego nie odkrywają, wszystko zostaje im podane na złotej tacy w jednym momencie i dopiero wtedy książka zaczyna nabierać właściwego rozpędu. Przez te zaburzone proporcje trudno mi jednoznacznie określić, czy Alive. Żywi mi się podobało, czy niekoniecznie – czuję się zniesmaczona tym, jak długo autor nas zwodził mało konkretnymi informacjami, ale jednocześnie ostatnie sto stron to istne szaleństwo, w pozytywnym znaczeniu. 

Bohaterowie też nie do końca mnie przekonują. Autor stworzył szeroki wachlarz postaci, którym zabrakło jednak głębszego zarysowania. Właściwie swoim postępowaniem uwypuklają tylko jedną, konkretnie przypisaną cechę charakteru – mamy biel i czerń, za to brakuje odcieni szarości. Jedyną postacią, która pokazuje szerokie spectrum barw, jest Em, która pragnie być przywódczynią i niejednokrotnie jest zmuszona podejmować nieetyczne decyzje, aby zapewnić bezpieczeństwo całej grupie. Dziewczyna jest twarda, ale na szczęście autor nie zrobił z niej nieustraszonej dwunastolatki – Em tak jak każdy ma swoje chwile słabości. To, co najbardziej mnie w niej denerwowało, to ciągłe powtarzanie, że nie jest tak piękna jak pozostałe dziewczyny i powracanie myślami do dwóch męskich bohaterów kręcących się wokół niej. Poza Em wszystkie postaci mają zadatki na bycie interesującymi, ale czegoś zabrakło. Może w kolejnej części Scott Sigler poświęci nieco więcej czasu na dokładniejsze przedstawienie bohaterów. 

Alive. Żywi to zaskakująca dystopia z elementami sci-fi. Zupełnie nie spodziewałam się tego, co Scott Sigler zaprezentował nam w końcówce, to był naprawdę zacny plot twist, który w dużej mierze uratował tę powieść przed moją negatywną opinią. Wciąż nie mogę się jednak pozbyć mieszanych uczuć, bo ta pierwsza, mało znacząca, ale ogromnie rozbudowana część książki była dla mnie trudna do przebrnięcia. Wszystkie tajemnice i zagwozdki zaliczam na plus, czuję, że w kolejnej części bohaterowie też się wyrobią, bo dopiero teraz naprawdę coś się zaczyna. Uważam, że nie należy skreślać tej trylogii, bo ma potencjał, choć trzeba się mocno skupić, by go dojrzeć.

5/10

Za możliwość przeczytania powieści Alive. Żywi serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria!


Czytaj dalej »

środa, 25 maja 2016

Chłopak nikt, czyli broń idealna

11
Kiedy byłam młodsza, jednym z moich ulubionych cykli dla młodzieży był C.H.E.R.U.B. Częściowo przez wzgląd na sentyment do serii o młodych agentach, a częściowo z powodu intrygującego opisu, bardzo zależało mi na przeczytaniu powieści Chłopak nikt. Po skończeniu lektury muszę przyznać, że mam bardzo mieszane uczucia. 

Zabrali mu wszystko, a potem uczynili z niego broń idealną - taką, która się nie waha, nie zadaje pytań i jest stuprocentowo skuteczna. On nie istnieje, jest tylko narzędziem w rękach wysoko postawionych ludzi, którzy za jego pomocą usuwają z drogi niebezpiecznych wrogów jego kraju. Z pozoru zwykły chłopak, a tak naprawdę zabójca doskonały, który szybko adaptuje się do zmieniającego się otoczenia i zdobywa zaufanie innych. Niesie za sobą śmierć i zawsze wykonuje swoje zadanie. Kiedy dostaje kolejne zlecenie, wie, że jest ono inne od pozostałych. Na jego wykonanie ma tylko pięć dni, a celem jest wysoko postawiona, publiczna osoba. Podczas misji pojawia się również komplikacja, która ma na imię Samara…

To, co jako pierwsze rzuciło mi się w oczy podczas czytania Chłopak nikt, to prostota języka. Zdania są krótkie, co taka maniaczka zdań wielokrotnie złożonych jak ja wyłapała od razu. Na początku przeszkadzały mi te krótkie, niemal lakoniczne zwroty, ale potem się przyzwyczaiłam. Nie jestem pewna, czy ta oszczędność słów była zamierzona, by odzwierciedlić sposób myślenia doskonale wytrenowanego żołnierza, u którego liczy się tylko efektywność i jak najmniejsze wydatkowanie energii, czy ogólnie właśnie takim stylem charakteryzuje się Allen Zadoff. Na pewno znajdą się entuzjaści tak mało rozbudowanego języka, mnie ten zabieg uniemożliwił jednak wciągnięcie się w historię i mimo że doceniam prostotę, w tym wypadku została ona nadużyta. Dotyczy to nie tylko stylu autora, ale także przedstawionych przez niego wydarzeń. Intryga zawarta na stronach tej powieści nie była specjalnie wyszukana i dość szybko można było się domyślić rozwiązania niektórych wątków. Może nie byłoby to aż tak rażące, gdyby Allen Zadoff poświęcił więcej uwagi szkoleniu głównego bohatera, organizacji, do której należy i sposobu jej działania. Dostaliśmy mnóstwo informacji na temat technologicznych zabezpieczeń, więc przez chwilę każdy mógł poczuć się jak szpieg, ale poza tym zabrakło mi jakiegoś mocniejszego oparcia dla całej fabuły, odpowiedniego tła.

Irytowała mnie również niekonsekwencja w prowadzeniu głównego bohatera, którego prawdziwe imię zostaje nam wyjawione dopiero pod koniec. Chłopak jest bronią idealną, przez wszystkie te lata nie miał swojego zdania i posłusznie wypełniał polecenia, czerpiąc z tego przyjemność, a tutaj w przeciągu kilku dni cała jego lojalność wobec programu wyparowuje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wszystkie jego priorytety ot tak się rozmyły, w dodatku dał się omamić dziewczynie, którą znał dopiero od kilku godzin. Serio, to chyba rekord, jeśli chodzi o rozwój wątku romantycznego. Teoretycznie chłopak jest już weteranem, a zachowuje się jak żółtodziób spragniony miłości i odrobiny ciepła. Dla mnie ten wątek może nie jest porażką na całej linii, ale niewiele mu do tego brakuje.

Nie zmienia to jednak faktu, że Chłopak nikt to bardzo przyjemna lektura na jeden wieczór. Czyta się ją bardzo szybko i jeśli nie spodziewa się po niej dobrze wyważonego kryminału szpiegowskiego dla młodzieży, można się przy niej w miarę dobrze bawić, bo jest to powieść dynamiczna, idealnie nadająca się na scenariusz filmu akcji. Co prawda fabuła jest nieskomplikowana i momentami niespójna, ale za to końcówka jest niesztampowa i stanowi intrygujący wstęp do drugiej części. Nie odczuwałam jakiegoś specjalnego napięcia podczas czytania, co można zaliczyć na minus, jednak akcja była naprawdę wartka, cały czas coś się działo, więc nie można narzekać na brak wydarzeń. Ogólnie oceniam książkę Chłopak nikt jako średnią - ot, dobra na kilka godzin odmóżdżenia.

5/10
Czytaj dalej »

poniedziałek, 16 maja 2016

Od złej do przeklętej, czyli opętana przez złego ducha po raz drugi

15
Od złej do przeklętej to książka, która już samym swoim istnieniem zrobiła mi niespodziankę. Złe dziewczyny nie umierają było kompletną, zakończoną historią, dlatego nie spodziewałam się sequelu. Sądziłam, że skoro autorka zdecydowała się napisać kolejną część, musiała mieć do tego naprawdę dobry powód, ale po przeczytaniu Od złej do przeklętej mogę śmiało powiedzieć, że ta historia powinna była się zakończyć na pierwszym tomie.

Alexis od dziewięciu miesięcy nie widziała swojej siostry, która po opętaniu przez złego ducha trafiła do kliniki psychiatrycznej. Gdy Kasey wraca do domu, dziewczyna nie jest pewna, czy może jej ponownie zaufać po tym wszystkim, co przeszły w ubiegłym roku. Kiedy więc Kasey i jej przyjaciółki zakładają klub Promyczek i nagle z szykanowanych odludków przekształcają się w najpopularniejsze dziewczyny w szkole, Alexis wie, że dzieje się coś złego. Przeczuwając, że Kasey znowu znalazła się w niebezpieczeństwie, Lexi wraz z Megan przyłączają się do klubu, nawet nie podejrzewając, jak straszne będzie to miało  dla nich konsekwencje. 

W tej książce brakuje przede wszystkim porządnej struktury. Historia rozpoczęła się dobrze, ale niektóre sceny zostały zbyt długo przeciągnięte. Ważne dla powieści momenty zostały potraktowane nieco po macoszemu i autorka narzuciła w nich za szybkie tempo, natomiast pojawiło się dużo scen, których zadaniem było zapchanie dziur fabularnych i które ciągnęły się przez całą wieczność. Rozdziały nie były uporządkowane, zupełnie przypadkowe wątki zostały rozwinięte w krótkich fragmentach, a potem porzucone i trudno powiedzieć, czemu one służyły. Zabrakło mi spójności w Od złej do przeklętej, kolejne sceny się ze sobą nie łączyły, w dodatku pojawiło się dużo sekwencji, które zostały powielone z pierwszej części. Jednak w przeciwieństwie do Złe dziewczyny nie umierają, tutaj nie było tego napięcia, odpowiedniego klimatu. Zero grozy, zero tajemnicy, zero mrocznej atmosfery i zero zabawnych wstawek, których w pierwszym tomie było pełno. Początek Od złej do przeklętej był obiecujący, a potem zaczęła się równia pochyła - książka była nużąca i mdła. Nie będę ukrywać, że straciłam całe zainteresowanie i tylko siłą woli zmusiłam się, żeby dobrnąć do końca.

Nie mogę powiedzieć, że ta książka to kompletna pomyłka, bo czytałam o wiele gorsze powieści. Mało prawdopodobne wydaje mi się jednak, że po tak wielkiej nauczce, jaką było opętanie Kasey przez ducha, wszystko zaczęło się od początku i to w niemal identyczny sposób. Kasey poznaje przyjaciółkę, która wciąga ją w te same nadprzyrodzone kłopoty. Duch znowu wydaje się być miły, po czym okazuje się być monstrum, a Alexis nieudolnie próbuje naprawić sytuację. Powtórka z rozrywki. Jasnym punktem tej powieści pozostaje fotografia. Naprawdę uwielbiam sposób, w jaki Katie Alender przedstawia zainteresowanie głównej bohaterki i żałuję, że nie znalazłam tego w książce więcej, ale i tak jestem usatysfakcjonowana tym wątkiem. Każdy opis zdjęcia zrobionego przez Alexis był tak realistyczny i piękny, że aż miałam dreszcze.

Nie jestem jednak zadowolona ze sposobu, w jaki autorka przedstawiła Lexi w tej części. W Złe dziewczyny nie umierają główna protagonistka była prawdziwą kick-assową bohaterką. Tak naprawdę była jedyną postacią w tej książce, która nie była nudna. Uwielbiałam ją. Tymczasem w Od złej do przeklętej... Szkoda gadać. Zabrakło w niej wszystkiego - sarkazmu, pewności siebie, buntowniczej natury i ciekawych opinii na każdy temat. Zniknęły nawet różowe włosy! Alexis przeistoczyła się w kogoś, kogo nie potrafiłam rozpoznać, a o reszcie bohaterów trudno cokolwiek powiedzieć, bo przemykali gdzieś w tle. W dodatku mieliśmy okazję do podziwiania kontynuacji bardzo słabego wątku romantycznego. Carter miał swoje trzy sceny, które w dodatku nie miały sensu. W pierwszej części wybaczyłam Katie Alender sposób, w jaki rozwinęła relację Alexis i Cartera, ale w tym tomie nie jestem w stanie tego zrobić.

Od złej do przeklętej dopadł syndrom drugiego tomu. W tej powieści niemal nic nie zagrało, Złe dziewczyny nie umierają powinny być jednotomówką i zdania nie zmienię. Nawet ponowne wplecenie między paranormalne wątki motywów, których nikt nie spodziewa się w horrorze, tak innowacyjne w pierwszej części, nie wzbogaciło drugiego tomu. Tym razem Katie Alender postanowiła dotknąć problemu, jakim jest chęć zyskania wysokiej pozycji społecznej wśród rówieśników. Autorka stawia nas przed pytaniem: ile jesteś w stanie poświęcić, aby być piękną i popularną? To akurat zupełnie nie są moje klimaty, może dlatego dodatkowo książka mi się nie spodobała. Jeżeli Złe dziewczyny nie umierają przypadła Wam do gustu, odradzam sięgnięcie po kontynuację, bo przez nią pierwsza część może dużo stracić w Waszych oczach, a nic Was nie ominie.

3,5/10

Złe dziewczyny nie umierają | Od złej do przeklętej | As Dead As It Gets

Za możliwość przeczytania Od złej do przeklętej serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria!

Czytaj dalej »

wtorek, 26 kwietnia 2016

Program. Remedium, czyli perfekcyjna iluzja

12
Program to duologia, którą określiłabym mianem poprawnej. Autorka dobrze poradziła sobie z utrzymywaniem niepokojącego klimatu charakterystycznego dla dystopii, a wykreowane postacie nie wywoływały we mnie żądzy mordu, jednak nie jest to historia, która mnie porwała i sprawiła, że nie mogłam spać po nocach. Ani Plaga samobójców, ani Kuracja samobójców nie wzbudziły we mnie zachwytu, a odczuwane podczas czytania emocje już zdążyły wyblaknąć. Dlaczego więc zdecydowałam się sięgnąć po Remedium, które jest prequelem Programu? Nie mogłam przejść obojętnie obok tak intrygującego opisu, który zapowiadał niesamowitą historię.

Siedemnastoletnia Quinlan McKee pracuje jako sobowtór w wydziale żałoby. Jej zadanie wydaje się być z pozoru łatwe - przez okres nie dłuższy niż tydzień wciela się w postać zmarłej osoby, całkowicie się do niej upodabniając. Przejmuje jej sposób mówienia, uśmiechania się i chodzenia oraz zachowanie, co pozwala rodzicom na pożegnanie się z nieżyjącymi pociechami. Quinn niesie ukojenie w bólu i pomaga przetrwać okres żałoby. Istnieje tylko jeden warunek: nie może zaangażować się emocjonalnie w prowadzoną sprawę. Jednak kiedy Quinlan staje się Cataliną Barnes, zlecenie okazuje się być trudniejsze niż początkowo przypuszczała. Nie tylko między nią a Isaaciem, chłopakiem Cataliny, tworzy się niezdrowa więź, ale także dziwne okoliczności śmierci dziewczyny komplikują sytuację. Czy Quinlan uda się rozwiązać tajemnice, jakie skrywało życie Cataliny i nie zagubi przy tym własnej tożsamości? 

Według mnie Remedium to wisienka na torcie wieńcząca całą serię. Plaga samobójców była średnia, Kuracja samobójców lepsza, ale wciąż nie była rewelacyjna, za to prequel wypada naprawdę, naprawdę dobrze. Sam pomysł jest kontrowersyjny, jak to u Suzanne Young, ale za to jaki interesujący! Autorka bardzo sprytnie manipulowała czytelnikiem przez całą książkę. Niby coś się nie zgadzało, ale podrzucała nam tak delikatne wskazówki, że nie można było się spodziewać takiego uderzenia na koniec. Remedium przypomina tykającą bombę. Napięcie cały czas narastało, tajemnice się nawarstwiały, emocje buzowały, by w końcu wybuchnąć w spektakularnym finale.

Książka została podzielona na trzy części i każda z nich przedstawia nieco inną płaszczyznę pracy sobowtóra. Pierwsza była wprowadzeniem, trochę nudnawym, ale i tak czytało się je bardzo przyjemnie. W drugiej można było obserwować emocjonalne rozterki Quinlan i jej zagubienie, autorka skupiła się na psychice osoby wcielającej się w rolę kogoś innego. Sekrety powoli zaczynały wypływać na światło dzienne, choć w małym natężeniu. Ale to, co się działo w trzeciej części powieści - szok. Tego się nie spodziewałam i szczerze wątpię, by ktokolwiek przewidział takie rozwiązanie! Remedium zostało wspaniale dopracowane pod względem fabularnym, jest bardziej przemyślane niż Plaga i Kuracja samobócjów, Suzanne Young przeszła samą siebie we wplataniu zawiłych komplikacji i mrocznych sekretów w życie Quinlan.

Mam za to mieszane uczucia względem bohaterów. Nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że mam przed Sloane i Jamesa wersja 2.0 Co prawda zarówno Quinn, jak i Deacon wypadają o wiele lepiej niż główni bohaterowie znani z właściwej serii, ale to podobieństwo zadziałało na mnie jak płachta na byka. Wydaje mi się, że tło wydarzeń i sam pomysł były tak mocne, że sylwetki postaci uległy rozmyciu, dla mnie były papierowe. Psychika Quinlan została tak naruszona, że trudno mi wskazać jakiekolwiek cechy jej charakteru, ale nawet jej ciągłe użalanie się nad sobą i brakiem normalnego życia wypada lepiej niż płacz Sloane, który pojawiał się mniej więcej co dwie strony w Pladze samobójców. Deacon również przypadł mi do gustu bardziej niż James, może dlatego, że był bardziej zrównoważony psychicznie i jego motywacja miała sens. Zabrakło mi jednak iskry u nowego duetu Young z Remedium. Quinlan i Deacon jako bohaterowie mnie zawiedli, jednak tak jak mówiłam, pomysł autorki i jego emocjonalne wykonanie są tak dobre, że musiały przysłonić postaci.

Podsumowując, Remedium to według mnie najlepsza książka Suzanne Young, jaką do tej pory miałam okazję czytać. Nie spodziewałam się tego, co dostałam, a otrzymałam interesującą, złożoną historię z niebanalnym pomysłem i mocnym, zaskakującym zakończeniem, które wbija w fotel. Poszukujecie książki, która zapewni Wam dreszczyk emocji i podsunie skomplikowaną zagadkę do rozwiązania? Remedium będzie idealne.

7,5/10


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia