Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 sierpnia 2017

Naznaczeni. Mroczna strona, czyli uczeń przerasta mistrza

0
Kiedy zabierałam się za pierwszą część Naznaczonych, nie miałam wielkich oczekiwań. Tymczasem literackie Zabójcze umysły w wersji young adult bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły, nie spodziewałam się, że aż tak wsiąknę w tę historię i będę tak zadowolona z kryminalnej intrygi, którą stworzyła autorka. Nic więc dziwnego, że na drugi tom wyczekiwałam z utęsknieniem i kiedy tylko do mnie dotarł, od razu zaczęłam czytać, licząc na to, że Naznaczeni. Mroczna strona dorówna pierwszej części. 

Cassie ma 17 lat i niezwykły talent do wnikania w ludzkie umysły. Dzięki niemu dołączyła do elitarnego programu FBI, gdzie wraz z czwórką pozostałych uczestników rozwiązuje sprawy kryminalne z przeszłości. Michael odczytuje emocje z twarzy równie łatwo, jak reszta ludzi czyta nagłówki w gazetach. Sloane potrafi analizować dane lepiej niż niejeden komputer. Lia to chodzący wykrywacz kłamstw a Dean rozumie morderców lepiej niż ktokolwiek inny. Ale kiedy dochodzi do kolejnej zbrodni, chłopak nie chce mieć ze sprawą nic wspólnego. Morderca traktuje swoje ofiary w taki sposób, jak robił to kiedyś ojciec Deana… Zaczyna się śmiertelna gra. Czy Cassie uda się pomóc chłopakowi? Czy uczucie, które się między nimi pojawia, nie skomplikuje sprawy? Czy Naznaczonym uda się uciec przed psychopatycznym mordercą?
Opis z LubimyCzytać

Mam wrażenie, jakby w tym tomie autorce zabrakło trochę pomysłu na to, jak pociągnąć akcję. Miała skonstruowaną, w miarę porządną intrygę, miała jakieś początkowe założenia, ale jakby z czasem doszła do wniosku, że za mało się dzieje i zrobiła chyba najgorsze, co mogła zrobić; czyli dała nam powtórkę z rozrywki z pierwszego tomu. Naprawdę starałam się zrozumieć, co kierowało autorką, gdy w tak lekceważący sposób ukazała FBI, jeśli chodzi o ochronę utalentowanych dzieciaków przebywających w ich tajnym programie. Jennifer Lynn Barnes mogłaby zachować choć trochę realizmu w swojej powieści. Naprawdę ostatkiem sił powstrzymuję się przed spojlerami, bo to było tak niedorzeczne, że chciałabym się tym z wami podzielić i trochę wyżyć na autorce, ale powiem wam tylko, że to nie miało żadnego sensu, było absurdalne i pod wieloma względami było identyczne jak zakończenie pierwszego tomu, więc wygląda na to, że ani bohaterowie, ani pisarka nie wyciągnęli żadnych wniosków i po raz kolejny popełniają ten sam błąd. W dodatku, o ile w pierwszym tomie miałam problem z odgadnięciem, kto jest mordercą, o tyle w tym wypadku część kryminalna okazała się być przewidywalna mimo wszystkich komplikacji. 

W tym tomie zabrakło mi trochę bohaterów i ich talentów, które przecież są niezwykle fascynujące. Większa część Naznaczonych. Mrocznej strony kręciła się wokół wewnętrznych rozterek Cassie dotyczących wydarzeń z poprzedniej części, a także tego, co czuje względem dwóch chłopaków w domu naznaczonych. Co prawda pojawiają się pierwsze wskazówki dotyczące przeszłości pozostałych postaci, więc możemy się dowiedzieć odrobinę więcej o ich historii, ale zabrakło mi w tym ich samych, ich charakterów i ikry. Cassie na szczęście nie jest już taką straszną Mary Sue, straciła idealny rys, więc nie była już tak bardzo irytująca, jednak tęsknię za Sloane, Michaelem czy Lią, bo wiele wnosili do fabuły. Pojawiła się za to nowa agentka, która okazała się być niezwykle intrygującą osobą i sama nie wiem, co o tym sądzić. Czasami Jennifer Lynn Barnes ma przebłyski geniuszu, a czasami zawodzi na całej linii. 

Chociaż mówię to z bólem serca, Naznaczeni. Mroczna strona nie wywarła na mnie tak dobrego wrażenia jak pierwsza część. Trudno mi określić, czy jest to związane z niechlubną klątwą drugiego tomu, czy może urok nowości już przeminął, a sama fabuła nie jest na tyle dobra, by mnie kupić. Naznaczeni zawierają motywy, z którymi do tej pory nie spotkałam się w literaturze młodzieżowej i o ile zachwyciło mnie to w przypadku mojego pierwszego spotkania z twórczością Jennifer Lynn Barnes, o tyle drugi tom powinien bazować na czymś więcej, tymczasem mam wrażenie, że znowu powtórzył się ten sam schemat. W dodatku zbyt łatwo zorientowałam się w tym, kto jest sprawcą kolejnych zbrodni, co zostawiło mnie z niesmakiem, bo choć przyznaję, że autorka całkiem zgrabnie to sobie obmyśliła to jednak fakt, że byłam w stanie się wszystkiego domyślić i to na jeszcze dość wczesnym etapie śledztwa, okazał się być ogromnie rozczarowujący. Jeżeli lubicie klimaty Zabójczych umysłów i chcecie się przekonać, jak to wypada w wersji młodzieżowej, to sięgnijcie po Naznaczonych. Ja będę kontynuowała swoją przygodę z tą serią, bo jestem ciekawa, jak autorka to dalej pociągnie, lecz Mroczna strona niestety nie była tak wciągająca jak pierwszy tom.

★★★★★☆☆☆☆☆

Seria Naznaczeni:
Naznaczeni // Mroczna strona // All In // Bad Blood
Czytaj dalej »

piątek, 31 marca 2017

Perfekcyjne, czyli jak daleko jesteś w stanie się posunąć, by pozostać idealną

0
Sara Shepard to autorka, która jest głównie znana ze swojego tasiemca, składającej się z szesnastu tomów serii Pretty Little Liars i chyba niewiele jest osób, które nie kojarzą tego tytułu, choćby za sprawą popularnego serialu. Nigdy specjalnie mnie nie ciągnęło do tego cyklu autorki, bo liczba tomów jest naprawdę porażająca, ale kiedy dostałam możliwość zapoznania się z inną powieścią Sary Shepard, postanowiłam się przekonać na własnej skórze, skąd wzięła się jej popularność. 

Ava, Caitlin, Mackenzie, Julie i Parker – wszystkie dążą do perfekcji bez względu na cenę.
Połączyła je nienawiść do przystojnego kobieciarza Nolana Hotchkissa, który zranił każdą z nich. Dziewczęta planują morderstwo doskonałe – w żartach, rzecz jasna, bo nigdy by się na to nie odważyły. Kiedy Nolan ginie tak, jak to planowały, nastolatki stają się głównymi podejrzanymi. Tylko że to nie one zabiły!
A więc kto? Jeśli szybko nie rozwiążą zagadki i nie zdemaskują mordercy, ich perfekcyjne życie legnie w gruzach.
Opis z LubimyCzytać

Bardzo mi się podobało, że autorka stopniowo odkrywała przed nami swoje karty, nigdy nie było wiadomo, jaką informacją z przeszłości dziewczyn czy odnośnie tego feralnego wieczoru nas zadziwi. Jestem naprawdę mile zaskoczona wątkiem kryminalnym, który subtelnie przewijał się przez fabułę, spajając poszczególne wydarzenia ze sobą, lecz nie zdominował całej historii. Sieć intryg jest na tyle przemyślana, aby czytelnik niczego się nie domyślił, a oczekiwał na kolejne wskazówki z zapartym tchem. Sara Shepard genialnie stopniowała napięcie, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, ale już od początku uderzyła mnie... wtórność tego wszystkiego. Może nigdy nie czytałam książek z serii Pretty Little Liars, jednak oglądałam serial i te dwie rzeczy mają ze sobą naprawdę dużo wspólnego. Znowu mamy pięć dziewczyn, które wydają się być idealne, bez skazy, ale każda z nich niesie z sobą jakiś bagaż z przeszłości i tajemnicę. Znowu w ramach zemsty robią coś, czego nie powinny, a upokarzający żart kończy się tragedią. Znowu ktoś próbuje wrobić je w przestępstwo, którego nie popełniły. Można tak wymieniać dalej i choć obie te serie różnią się szczegółami, to zamierzenia na całą historię są podobne, więc jestem trochę niezadowolona z autorki za to, że nie postarała się wymyślić czegoś nowego i wyjątkowego. Zwłaszcza że w Perfekcyjnych prym wiodły wątki obyczajowe, których rozwiązanie było tak oczywiste, że nieustannie wywracałam oczami podczas czytania. Trudno w tej książce liczyć na szalone zwroty akcji, zaskakujące były bardziej flashbacki niż to, co faktycznie się działo w fabule, choć myślę, że jest to w głównej mierze wymuszone tym, że autorka dawała nam czas na odkrycie bohaterek, ich tajemnic i wdrożenie się w ich sytuację życiową, gdy nagle wszystko wywraca się do góry nogami po śmierci Nolana.

Na początku miałam dość duży problem z wgryzieniem się w Perfekcyjne, bowiem mamy aż pięć narratorek. Co rozdział towarzyszymy innej dziewczynie w walce z jej demonami, a ja nie przepadam za powieściami, w których jest tak duża ilość perspektyw. Dość szybko jednak przestało mi to przeszkadzać, bowiem gdyby nie różne imiona i odmienne historie, pewnie nawet bym się nie zorientowała, że zmieniła się narratorka. Sara Shepard tak skupiła się na przeszłości dziewczyn i ich obecnych rozterkach, że po prostu nie zostało miejsca na rozwinięcie ich charakterów i wszystkie są identyczne, tak jak mówiłam, różnią się tylko imionami, historią i środowiskiem. Bohaterowie nie mają żadnej głębi, ale co dziwne, da się ich lubić! Nie mogę powiedzieć, że zżyłam się z dziewczynami, lecz zdecydowanie odczuwam do nich dziwną sympatię i im kibicuję. Autorka w bardzo sprytny sposób przemyciła za pomocą swoich postaci ważne problemy społeczne jak prześladowanie w szkole, silną presję na bycie bez skaz, wyścig szczurów, przemoc domowa, rodzic cierpiący na obsesyjne zbieractwo... Można by tak jeszcze długo wymieniać i mimo wykorzystywania przez Sarę Shepard pewnych kalek oraz wyświechtanych schematów, bardzo się cieszę, że za każdym razem oprócz przedstawienia kryminalnej historii czy zwykłych rozterek nastolatek, stara się również zgłębić trudne tematy, również te pozostające społecznym tabu.

Szczerze mówiąc, jestem zdziwiona tym, jak bardzo Perfekcyjne przypadły mi do gustu. Może nie jest to wybitna lektura, należy raczej do gatunku guilty pleasures, ale czytało mi się ją bardzo dobrze, stanowiła świetne, niewymagające odstresowanie. Co prawda nie wiem, czy ta powieść przypadłaby do gustu fanom serii Pretty Little Liars, bo występuje dużo podobieństw między tymi historiami, lecz jeśli ktoś nie miał jeszcze przyjemności zapoznać się z prozą Sary Shepard, powinien być jak najbardziej zadowolony. A samo zakończenie książki... Kurczę, Sara, takich rzeczy się po prostu nie robi! Miałam nadzieję, że cała historia zamknie się w jednym tomie, ale spokojnie, nie musicie obawiać się kolejnego tasiemca, druga część jest zarazem tą finalną i już nie mogę się doczekać, aż poznam wszystkie odpowiedzi na swoje pytania! Podsumowując, Perfekcyjne to lekka, przyjemna historia dla młodzieży z wciągającą zagadką kryminalną w tle. Może nie powala oryginalnością, ale czyta się ją niezwykle szybko i zanim się obejrzycie, przewrócicie ostatnią kartkę z ogromnym szokiem wypisanym na twarzy i palącą potrzebą zapoznania się z drugim tomem!

★★★★★★★☆☆☆

Duologia The Perfectionists:
Perfekcyjne // The Good Girls

Książka Perfekcyjne dostępna jest do kupienia tylko w Moondrive Shop! Serdecznie zapraszam! 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 13 marca 2017

Płytkie groby, czyli intryga w samym sercu kryminalnego półświatka dziewiętnastowiecznego Nowego Jorku

0
Kiedy zabierałam się za Płytkie groby, właściwie nic nie wiedziałam o tej książce – tylko tyle, że jest to kryminał retro i że główna bohaterka traci ojca. Według mnie to najlepszy sposób, żeby podejść do lektury tej powieści, bo zabiera nas ona w szaloną podróż z salonów nowojorskiej śmietanki do przestępczych cieni wielkiego miasta. Cieszę się, że postanowiłam dać szansę Płytkim grobom, bo zupełnie mnie oczarowały i zdecydowanie większa liczba osób powinna zapoznać się z tą książką!

Nowy Jork, XIX wiek. Przed piękną i bogatą Jo Monfort rysuje się świetlana przyszłość. Jednak jej plany unicestwia rodzinna tragedia: ojciec Jo ginie od przypadkowego postrzału. Czy jednak naprawdę był to wypadek? Dziewczyna ma wątpliwości.
Z pomocą Eddiego – młodego, niezwykle przystojnego reportera – Jo próbuje dociec prawdy. Im bliżej jest rozwiązania, tym więcej może stracić. Ale jest już za późno, by się wycofać. A życie bywa mroczniejsze, niż Jo Monfort, dziewczyna z dobrego domu, mogła sobie wyobrazić.
Opis z Lubimyczytać

Nawet nie wiecie, jak świetnie się bawiłam podczas czytania tej książki! Jest niezwykle ekscytująca i czyta się ją bardzo szybko, ale jest także pełna niespodzianek i tajemnic, które tylko się nawarstwiają wraz z zagłębianiem się w dopracowaną w najmniejszym szczególe fabułę. W Płytkich grobach występuje wiele wątków, które łączą się ze sobą w zupełnie niespodziewany sposób, więc nawet jeśli uda wam się odgadnąć rozwiązanie jednej z wielu zagadek, przed wami wciąż pozostaje wiele do odkrycia. Jennifer Donnelly w idealny sposób budowała napięcie w tej książce, wciągając nas w samo serce przestępczego światka Nowego Jorku. Co prawda początek był dość wolny i pierwsze sto stron było dla mnie zniechęcające, ale służyło to budowaniu atmosfery XIX-wiecznej śmietanki towarzyskiej, w której od kobiety wymagano jedynie dobrego zamążpójścia oraz rodzenia kolejnych dzieci. Początkowo wyglądało na to, że Płytkie groby będą dotyczyły jedynie tajemnicy morderstwa oraz życia w wyższych sferach, ale mniej więcej w połowie cała fabuła niezwykle się rozrosła, obierając nowy, fascynujący kierunek, którego zupełnie nie przewidziałam. Kiedy już wydawało mi się, że autorka wyciągnęła wszystkie asy z rękawa, zaskakiwała mnie kolejnym odkryciem. Co prawda mniej więcej byłam w stanie przewidzieć rozwiązanie głównej zagadki, spodziewałam się, kto stoi za wszystkimi morderstwami, ale autorce i tak należą się wielkie brawa za zbudowanie tak skomplikowanej intrygi. 

Klimat panujący w tej książce jest zachwycający! Dosłownie czułam się tak, jakbym cofnęła się w czasie do 1890 roku, Jennifer Donnelly zadbała o każdy szczegół i z niezwykłą dbałością odwzorowała ten okres w swojej książce, pokazując zarówno jego zalety, jak i wady. Kobiety o randze społecznej Jo i jej majątku nie powinny zamartwiać swoich ślicznych główek czymś bardziej skomplikowanym niż w co się ubrać na następne przyjęcie. Nie powinny być uświadomione społecznie. Nie powinny martwić się czy nawet wiedzieć o niesprawiedliwości klasowej ani o warunkach, w jakich żyli najubożsi. Ciekawość, jaką przejawiała Jo w swoim zachowaniu, była uważana za niebezpieczną, bo mogła jej wręcz utrudnić dobre wyjście za mąż. Jestem jednak zupełnie urzeczona tą drugą, mroczną stroną Nowego Jorku, którą powoli odkrywaliśmy wraz z kolejnymi przygodami Josephine. Nie pamiętam, kiedy ostatnio aż tak wczułam się w atmosferę książki, to wszystko było wręcz namacalne i całą sobą chłonęłam to niezwykłe doświadczenie.

Uwielbiam bohaterów. Jennifer Donnelly udało się utrzymać doskonałą równowagę przy kreowaniu Jo. Ma silną wolę, jest ciekawska i charakterna, ale jednocześnie pasuje do swoich czasów i kręgu towarzyskiego, z jakiego się wywodzi. W dużej mierze pozostaje niewinna oraz nieuświadomiona, co powoli się zmienia wraz z kolejnymi wydarzeniami, których jest świadkiem. Powoli zaczyna rozumieć, jak ciasny do tej pory był jej świat i jak bardzo zakłamany. Obserwowanie rozwoju jej postaci było niesamowite, przeistoczyła się z rozdartej, zagubionej dziewczyny w młodą kobietę, która wie, czego pragnie i uparcie do tego dąży. W tym miejscu muszę również wspomnieć o pozostałych bohaterach, którzy od razu szturmem zdobyli moje serce. Młody reporter Eddie jest wprost czarujący, Oscar ze swoimi biologicznymi ciekawostkami na temat trupów jest rozkoszny, a Fay to czysta badass, z którą nikt nie chciałby zadzierać. W całej powieści widnieje szeroki przekrój postaci, ale wzajemna dynamika tej czwórki najbardziej mnie urzekła i wciąż nie mogę wyjść z podziwu nad tym, jak ich relacje zostały poprowadzone. 

Nie sądziłam, że Płytkie groby aż tak mi się spodobają, jednak niesamowity klimat Nowego Jorku końcówki XIX wieku, porywająca, skomplikowana intryga na wielką skalę oraz wspaniale wykreowani bohaterowie... Wszystkie te czynniki zupełnie mnie urzekły, składając się na wciągającą, zachwycającą powieść, o której ciężko będzie mi zapomnieć. Czytanie Płytkich grobów było dla mnie czystą przyjemnością i zapewniło mi cały wachlarz emocji, zupełnie zatraciłam się w tej historii, delektując się każdą stroną. To oryginalna, zaskakująca powieść, która sprawi, że będziecie siedzieć na krawędzi fotela, z rosnącym niepokojem oraz podziwem oczekując finału! Gorąco polecam!

★★★★★★★★☆☆

Czytaj dalej »

wtorek, 25 października 2016

Naznaczeni, czyli młodzi geniusze rozwiązują kryminalne zagadki

0
Należę do dziwnego gatunku ludzi, który lubuje się w oglądaniu seriali kryminalnych i informacje związane z prowadzeniem śledztwa wsiąkają we mnie niczym w gąbkę, ale nie przepadam za książkami z tego gatunku. Przeczytałam kilka, żeby nikt mi nie mógł zarzucić, że nie wiem, o czym mówię, bo nawet nie spróbowałam, lecz... w kryminałach brakuje mi jakiejkolwiek iskry i w większości przypadków po prostu się nudzę. Miałam jednak dobre przeczucia co do Naznaczonych Jennifer Lynn Barnes i chociaż książka nie jest pozbawiona mankamentów, bawiłam się przy niej wprost wyśmienicie i nie mogę się doczekać, by kontynuować przygodę z grupą młodych, kryminalnych geniuszy!

Niewyjaśnione zagadki z przeszłości nie dają o sobie zapomnieć.
Siedemnastoletnia Cassie ma naturalną zdolność rozszyfrowywania ludzi. Na podstawie najdrobniejszych szczegółów potrafi ustalić, kim jesteś i czym się zajmujesz. Ale nigdy nie traktowała tej umiejętności poważnie – przynajmniej do czasu, gdy upomniało się o nią FBI. Biuro rozpoczęło tajny program, do którego wciąga wyjątkowych nastolatków, by przy ich pomocy zamknąć niechlubne sprawy z przeszłości, i potrzebuje pomocy Cassie. Dziewczyna przeprowadza się na drugi koniec kraju, żeby wziąć udział w szkoleniu razem z grupą rówieśników obdarzonych talentami równie niezwykłymi, jak jej własny. Ale nikt, kto bierze udział w programie Naznaczeni, nie jest tym, za kogo się podaje. Kiedy na ich drodze staje prawdziwy morderca – uwikłani w śmiertelną grę w kotka i myszkę – muszą wykorzystać wszystkie swoje zdolności, żeby ocaleć.
Ta książka podnosi poziom adrenaliny i nie daje zasnąć, zanim nie dotrzesz do ostatniej strony.
Opis z Lubimy Czytać

W Naznaczonych bardzo spodobało mi się ujęcie tematu nieziemsko uzdolnionych dzieciaków. Każda z ich umiejętności została doskonale przedstawiona, a ja nie mogłam przestać zachwycać się ich błyskotliwym geniuszem. Autorka naprawdę dobrze udźwignęła temat naturalnych zdolności naszych profilerów, eksperta od odczytywania emocji czy ludzkiego wykrywacza kłamstw. Towarzystwo było naprawdę nietuzinkowe i razem tworzyli mieszankę wybuchową, chociaż potrafili współpracować niczym dobrze naoliwiona maszyna. Problemem jest fakt, że wszystko przychodziło im zbyt łatwo. Nie popełniali niemal żadnych błędów, a kolejne trudne zagadnienia rozwiązywali w mgnieniu oka. Gdyby autorka zdecydowała się nieco utrudnić bohaterom życie, byłabym bardziej usatysfakcjonowana – po prostu czuję, że mogło być pod tym względem lepiej. 

Nie jestem również pewna, czy autorka dokładnie przemyślała fabułę – rozwiązanie całej zagadki nie do końca pokrywało się ze wskazówkami, jakie były nam podrzucane od czasu do czasu, ale muszę przyznać, że zostałam mocno zaskoczona takim obrotem sytuacji. Co prawda pod sam koniec zaczęłam się domyślać, kto okaże się mordercą, jednak zorientowałam się dosłownie na kilka stron przed wyjaśnieniem. Właśnie ta nieprzewidywalność w zakresie kryminalnym mnie urzekła, to dla mnie ogromny plus dla Naznaczonych, bo niejednokrotnie kryminały dla dorosłych rozgryzałam po pierwszych kartkach, a tutaj napięcie było wspaniale stopniowane i prowadzenie śledztwa zostało przedstawione w sposób naprawdę umiejętny. Niestety, w innych aspektach ta książka nie była aż tak zaskakująca, choćby rozwijający na naszych oczach trójkąt miłosny został poprowadzony w tak oczywisty oraz mdły sposób, że nie mogłam się powstrzymać przed wywracaniem oczami. Autorka mogłaby sobie odpuścić cukierkowy trójkąt romantyczny, zwłaszcza że te relacje wypadły sztucznie i nieprzekonywująco. 

Główna bohaterka okazała się być irytująca idealna. Od dawna nie miałam do czynienia z tak oczywistym przedstawicielem denerwującego gatunku Mary Sue. Cassie niemal od razu zostaje nową gwiazdą zespołu. Jest porażająco inteligentna. Zjawiskowo piękna. Od razu wzbudza sympatię członków grupy i pożądanie w szeregach męskiej części. Wszystko przychodzi jej bezproblemowo, do tego wzorcowo została wyposażona z traumatyczne przeżycie z dzieciństwa i wszystko się zgadza! Na szczęście można na to przymknąć oko, a wszystko dzięki naturalnej zdolności, która zafascynowała mnie od początku. Byłam strasznie ciekawa, w jaki sposób Cassandra profiluje otaczających ją ludzi i dzięki pierwszoosobowej narracji otrzymałam odpowiednią dawkę jej talentu. 

Naznaczeni to dynamiczna powieść, którą czyta się w tempie błyskawicznym. Była mroczna i tajemnicza, czuć było ciężką atmosferę związaną z wnikaniem do umysłów seryjnych morderców, ale jednocześnie stanowiła przyjemną odskocznię od codzienności. Gorąco polecam ten kryminał dla młodzieży, bo gdy przymknie się oko na niedoskonałości w postaci typowych dla young adult wątków, otrzymuje się niebanalną, intrygującą, pełną napięcia historię z dreszczykiem, którą pochłania się na jednym wdechu.

★★★★★★☆☆☆☆

Seria Naznaczeni:
Naznaczeni // Mroczna strona // All in // Bad blood
Czytaj dalej »

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Niezłomni, czyli brak pomysłu na emocjonujące zakończenie serii Wybrani

25
Jestem chyba jedną z niewielu osób, które nie przepadają za serią Wybrani C. J. Daugherty. Pewnie myślicie, że jestem masochistką, skoro właśnie przeczytałam i mam zamiar zrecenzować ostatnią część tego cyklu, który ciągnął się za mną od trzech lat – i no cóż, macie rację. Mimo to uparłam się, że choćby nie wiem co, skończę swoją przygodę z mdłą, bezsensowną i irytującą serią C. J. Daugherty i dzisiaj nadszedł ten wielki dzień podsumowania.
Nie, nie będzie miło. 

Nathaniel zdobywa przewagę. Uczniowie Akademii Cimmeria podupadają na duchu. Udręczona Allie martwi się nie tylko o szkołę, ale także o los Cartera. Wie jednak, że musi odnaleźć w sobie siły do walki, dlatego namawia Isabelle do wznowienia treningów w Nocnej Szkole. Uważa, że tylko wtedy uczniowie nie utracą wiary w zwycięstwo.
Czy Nathaniela można pokonać? Jak wiele będą gotowi poświęcić bohaterowie i jakie tajemnice jeszcze skrywają? Opis z LubimyCzytać

Nie sądziłam, że C. J. Daugherty uda się stworzyć równie nielogiczny (chociaż chyba powinnam powiedzieć wprost idiotyczny) przebieg zdarzeń co w trzeciej części, która wciąż nawiedza mnie w koszmarach, ale guess what? Surprajs! Bo widzicie, nie ma nic irracjonalnego w przekazywaniu w ręce siedemnastolatki przywództwa w organizacji właściwie sprawującej władzę w kraju i trzymającą w kieszeni cały parlament oraz najważniejsze firmy. Użyczanie satelity na rzecz dyrektorki szkoły nie jest niczym zaskakującym, podobnie jak angażowanie rządu, osób należących niegdyś do służb specjalnych i uzdolnionych hakerów do odbicia z rąk szaleńca jednego, mało znaczącego nastolatka, zamiast skierować te siły do walki lub ochrony przed Nathanielem, który sam zachowuje się absurdalnie, a mimo to nikt nie jest w stanie go pokonać. Kiedy jednak już się przymknie oko na nonsensowność fabuły (chociaż trudno to zrobić, niedorzeczność wydarzeń wręcz wali po oczach), po prostu widać, że nic się w Niezłomnych nie klei. Z jednej strony autorka próbowała utrzymać klimat typowy dla powieści sensacyjnych, wprowadzała zawiłe informacje, knuła intrygi, wszystko kręciło się wokół napięcia i zagrożenia, ale z drugiej na siłę wpychała do Niezłomnych problemy typowych nastolatków, które nijak się miały do fabuły. Tęsknota Allie za Carterem, jej nierozwiązana sprawa z Sylvainem, kłótnie z przyjaciółkami, a także brak porozumienia z rodzicami – w żaden sposób nie współgrało to z głównym wątkiem i tylko wywoływało u mnie większą irytację. 

Nie zrozumcie mnie źle – Niezłomni nie są jakąś fatalną, beznadziejną książką, której każdy egzemplarz należy wytropić i spalić, bo obraża mnie ona jako czytelnika. Wręcz przeciwnie, czyta się ją gładko i szybko, w końcu wyciągnęła mnie z kaca książkowego, który utrzymywał się niemal dwa tygodnie. Chodzi jednak o to, że po czwartej, lepszej od poprzednich, części C. J. Daugherty na nowo rozbudziła moje nadzieje, które żyły we mnie, kiedy zabierałam się za Wybranych. Każdy kolejny tom rozwiewał moje wątpliwości, jednak po Zbuntowanych pojawiła się ta iskierka nadziei i pokładałam wiarę w autorce, licząc na to, że po tych wszystkich pokrętnych zawiłościach fabularnych ciągnących się przez kolejne części, zakończenie wbije mnie w fotel. Że będą działy się tak szalone rzeczy, że szczęka opadnie mi z wrażenia, a ja z dziko bijącym sercem nie będę mogła się doczekać rozwiązania. Naprawdę liczyłam na to, że będzie lepiej. Skucha. Niezłomni byli chyba najnudniejszym tomem z całej serii, przez większość czasu niemal nic się nie działo. Allie po prostu siedziała w szkole, czekając na nieuniknione, kłócąc się z Isabelle i marząc o Carterze.

Na koniec poznęcam się jeszcze nad bohaterami. Allie nie lubiłam i nie polubię, koniec kropka. Dla mnie to rozwydrzona, niezrównoważona emocjonalnie i zupełnie niedojrzała dziewucha. Problem w tym, że w Niezłomnych jest właściwie jedyną postacią – pozostałe przewijały się gdzieś w tle, biorąc udział w jednej, może dwóch scenach, więc bohaterowie, których polubiłam, nie byli w stanie uratować tej książki. Zoe była jak zawsze genialna, ale brakowało mi Cartera. Inni nie są warci wspominania, wszystkim bez wyjątku brakuje charakteru i jakiejś iskry. Płytcy jak kałuża.

Nie polecam wam tej serii. Jest o wiele więcej powieści, na które warto poświęcić swój czas. Autorka wyraźnie nie miała pomysłu na sensowne i emocjonujące zakończenie całej historii, Niezłomni to mdła, nieciekawa książka z przewidywalną fabułą, niekończącymi się, miłosnymi rozterkami, przepełniona nielogicznymi wyborami i absurdalnymi wydarzeniami. Zamysł C. J. Daugherty na serię był dobry, ale dla mnie to tylko kolejne rozczarowanie, które czyta się szybko z pobłażliwym uśmiechem na twarzy. Początkowa koncepcja była niezła, lecz nie wyszło. I tyle.

★★★★☆☆☆☆☆☆

Seria Wybrani:
Wybrani // Dziedzictwo // Zagrożeni // Zbuntowani // Niezłomni
Czytaj dalej »

wtorek, 14 czerwca 2016

A.B.C., czyli morderczy kompleks alfabetyczny

15
To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Christie i w sumie nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać po królowej kryminału. Ogólnie mam bardzo mieszane uczucia względem samego gatunku - nie mam problemu z oglądaniem seriali sensacyjnych, właściwie nałogowo je śledzę, ale rzadko kiedy powieści kryminalne przykuwają moją uwagę na dłużej. Jak było w przypadku A.B.C. Agathy Christie?

Seryjny morderca zabija ludzi w porządku alfabetycznym. Odpracował już litery "A", "B" i "C"... Czy zostanie schwytany, zanim dojdzie do "Z"? Zabójca umyka wymiarowi sprawiedliwości, mimo że przed każdą zbrodnią wysyła list z informacją, gdzie i kiedy należy szukać następnej ofiary. Przy zwłokach zawsze zostawia rozkład jazdy pociągów, potocznie nazywany ABC. Co więcej, w listach również popisuje się "A.B.C.". Herkules Poirot przeczuwa, że zostawiane wskazówki mają sprowadzić policję na błędny trop. Lubimyczytac.pl

Nie określiłabym stylu Agathy Christie jako przyciężkawego, ale jest w nim coś, co wymusza na czytelniku wolniejsze, dokładniejsze czytanie. Mimo że książka ma zaledwie 182 strony i jest raczej niewielkiego formatu, musiałam poświęcić jej dużo czasu i uwagi, co zaskoczyło mnie samą - należę do tych osób, które czytają naprawdę szybko, dlatego spodziewałam się, że zakończę przygodę z A.B.C. w mgnieniu oka, tymczasem sposób pisania autorki sprawił, że nie utrzymywałam swojego zwykłego tempa i zupełnie nie potrafię tego wytłumaczyć. Może nie chciałam przegapić żadnej wskazówki? A może faktycznie na tym polega fenomen samej autorki, która wymusza na czytelniku maksymalne skupienie w tajemniczy sposób? Mimo to książka jest napisana prostym, dosadnym językiem, który nikogo nie powinien odrzucić i z pewnością jest to jeden z czynników uniwersalności kryminałów Christie, które mimo upływu lat, wciąż są chętnie czytane. 

Autorka bardzo umiejętnie manipuluje czytelnikami, podsuwając, zdawałoby się, idealne rozwiązanie zagadki pod nos, po czym daje nam delikatnego pstryczka, uświadamiając, że tak naprawdę niewiele rozumiemy. Podchwyciłam kilka tropów, które potem okazały się być kluczowe, ale nie potrafiłam ich ułożyć w logiczną całość i przyznaję bez bicia, że nie przewidziałam takiego obrotu spraw. Christie zaskoczyła mnie zakończeniem tej intrygi, nawet cień podejrzenia nie padł na akurat tę osobę, za co należą jej się ogromne brawa. A.B.C. nie jest jednak książką trzymającą czytelnika w napięciu na krańcu fotela w oczekiwaniu na rozwiązanie zagadki. Przynajmniej ja czytałam tę powieść raczej z umiarkowanym zainteresowaniem. Podobał mi się pomysł ze zbrodniami popełnianymi według liter alfabetu i szkoda, że nie został on szerzej wykorzystany. Żałuję też, że w całej książce dość mało było samego Poirota, którego nie udało mi się poznać, odrobinę charakteru i próbkę swojego geniuszu zaprezentował dopiero na kilkunastu ostatnich stronach - całość została opisana z perspektywy kapitana Hastingsa, który nie wniósł wiele do fabuły swoją obecnością. Sam Poirot również pozostawał na uboczu przez niemal całą historię. 

Miłośnicy klasycznych powieści kryminalnych na pewno będą rozpływać się w zachwytach przy dochodzeniu, jakie prowadzi Herkules Poirot - detektyw inteligentny, sprytny i obdarzony zmysłem dedukcji, mnie jednak A.B.C. Agathy Christie nie zachwyciło, było za to miłą odskocznią od współczesnych kryminałów, w których dużą rolę grają nowoczesne laboratoria kryminalistyczne. Jeszcze nie zdecydowałam, czy sięgnę po kolejne kryminały królowej tego gatunku. Rozwiązanie zagadki było niespodziewane, lecz sama intryga dla mnie nie była aż tak absorbująca i w pewnym momencie zaczęła mi się już dłużyć, trochę z utęsknieniem wypatrywałam końca tej powieści. 

4,5/10
Czytaj dalej »

środa, 25 maja 2016

Chłopak nikt, czyli broń idealna

11
Kiedy byłam młodsza, jednym z moich ulubionych cykli dla młodzieży był C.H.E.R.U.B. Częściowo przez wzgląd na sentyment do serii o młodych agentach, a częściowo z powodu intrygującego opisu, bardzo zależało mi na przeczytaniu powieści Chłopak nikt. Po skończeniu lektury muszę przyznać, że mam bardzo mieszane uczucia. 

Zabrali mu wszystko, a potem uczynili z niego broń idealną - taką, która się nie waha, nie zadaje pytań i jest stuprocentowo skuteczna. On nie istnieje, jest tylko narzędziem w rękach wysoko postawionych ludzi, którzy za jego pomocą usuwają z drogi niebezpiecznych wrogów jego kraju. Z pozoru zwykły chłopak, a tak naprawdę zabójca doskonały, który szybko adaptuje się do zmieniającego się otoczenia i zdobywa zaufanie innych. Niesie za sobą śmierć i zawsze wykonuje swoje zadanie. Kiedy dostaje kolejne zlecenie, wie, że jest ono inne od pozostałych. Na jego wykonanie ma tylko pięć dni, a celem jest wysoko postawiona, publiczna osoba. Podczas misji pojawia się również komplikacja, która ma na imię Samara…

To, co jako pierwsze rzuciło mi się w oczy podczas czytania Chłopak nikt, to prostota języka. Zdania są krótkie, co taka maniaczka zdań wielokrotnie złożonych jak ja wyłapała od razu. Na początku przeszkadzały mi te krótkie, niemal lakoniczne zwroty, ale potem się przyzwyczaiłam. Nie jestem pewna, czy ta oszczędność słów była zamierzona, by odzwierciedlić sposób myślenia doskonale wytrenowanego żołnierza, u którego liczy się tylko efektywność i jak najmniejsze wydatkowanie energii, czy ogólnie właśnie takim stylem charakteryzuje się Allen Zadoff. Na pewno znajdą się entuzjaści tak mało rozbudowanego języka, mnie ten zabieg uniemożliwił jednak wciągnięcie się w historię i mimo że doceniam prostotę, w tym wypadku została ona nadużyta. Dotyczy to nie tylko stylu autora, ale także przedstawionych przez niego wydarzeń. Intryga zawarta na stronach tej powieści nie była specjalnie wyszukana i dość szybko można było się domyślić rozwiązania niektórych wątków. Może nie byłoby to aż tak rażące, gdyby Allen Zadoff poświęcił więcej uwagi szkoleniu głównego bohatera, organizacji, do której należy i sposobu jej działania. Dostaliśmy mnóstwo informacji na temat technologicznych zabezpieczeń, więc przez chwilę każdy mógł poczuć się jak szpieg, ale poza tym zabrakło mi jakiegoś mocniejszego oparcia dla całej fabuły, odpowiedniego tła.

Irytowała mnie również niekonsekwencja w prowadzeniu głównego bohatera, którego prawdziwe imię zostaje nam wyjawione dopiero pod koniec. Chłopak jest bronią idealną, przez wszystkie te lata nie miał swojego zdania i posłusznie wypełniał polecenia, czerpiąc z tego przyjemność, a tutaj w przeciągu kilku dni cała jego lojalność wobec programu wyparowuje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wszystkie jego priorytety ot tak się rozmyły, w dodatku dał się omamić dziewczynie, którą znał dopiero od kilku godzin. Serio, to chyba rekord, jeśli chodzi o rozwój wątku romantycznego. Teoretycznie chłopak jest już weteranem, a zachowuje się jak żółtodziób spragniony miłości i odrobiny ciepła. Dla mnie ten wątek może nie jest porażką na całej linii, ale niewiele mu do tego brakuje.

Nie zmienia to jednak faktu, że Chłopak nikt to bardzo przyjemna lektura na jeden wieczór. Czyta się ją bardzo szybko i jeśli nie spodziewa się po niej dobrze wyważonego kryminału szpiegowskiego dla młodzieży, można się przy niej w miarę dobrze bawić, bo jest to powieść dynamiczna, idealnie nadająca się na scenariusz filmu akcji. Co prawda fabuła jest nieskomplikowana i momentami niespójna, ale za to końcówka jest niesztampowa i stanowi intrygujący wstęp do drugiej części. Nie odczuwałam jakiegoś specjalnego napięcia podczas czytania, co można zaliczyć na minus, jednak akcja była naprawdę wartka, cały czas coś się działo, więc nie można narzekać na brak wydarzeń. Ogólnie oceniam książkę Chłopak nikt jako średnią - ot, dobra na kilka godzin odmóżdżenia.

5/10
Czytaj dalej »

niedziela, 17 kwietnia 2016

Czarne jak heban, czyli była sobie raz dziewczynka, której nie było

11
Czarne jak heban to zakończenie mojej przygody z trylogią o Lumikki Andersson (recenzje poprzednich tomów: tutaj i tutaj). Chociaż intrygująca, a momentami nawet inspirująca historia młodej Finki przypadła mi do gustu, nie mogę powiedzieć, że wzbudziła we mnie ogromne emocje. Aż do teraz. 

W szkole trwają przygotowania do spektaklu o Królewnie Śnieżce, w którym Lumikki gra główną rolę. Po kilku próbach z partnerem ze sceny zaczyna łączyć ją coraz bardziej skomplikowana relacja. Czyżby to miała być miłość? A może chwilowa fascynacja? W tym samym czasie Lumikki zaczyna dostawać listy od tajemniczego wielbiciela, którego zauroczenie powoli przeradza się w obsesję. Prześladowca grozi dziewczynie krwawą zemstą, jeśli ta nie spełni jego żądań. Lumikki stara się odkryć tożsamość Cienia, ale żeby ją poznać, będzie musiała się zmierzyć ze swoją mroczną przeszłością.

Czarne jak heban to bezapelacyjnie najlepsza część całej trylogii! Salla Simukka przeszła samą siebie, racząc nas mroczną interpretacją baśni o Śnieżce, w której sercu zalęgła się ciemność. Właśnie nawiązań do baśni brakowało mi najbardziej w drugim tomie, w pierwszym było ich niewiele, za to w tym autorka całkowicie rozwinęła skrzydła, racząc nas idealnie wkomponowanymi w fabułę, poetyckimi porównaniami do historii rozpowszechnionej przez braci Grimm. Jestem urzeczona sposobem, w jaki Salla Simukka wykorzystała Śnieżkę do kreacji niepowtarzalnego klimatu Czarnych jak heban (wiem, że ciągle się powtarzam, ale te nawiązania są naprawdę genialne!).

Po zakończeniu lektury jestem jednocześnie zszokowana i zakochana jednocześnie. To niesamowite, jak autorka zgrabnie operuje niedopowiedzeniami i tajemnicami, doprowadzając nas do białej gorączki, kiedy wyciąga kolejne asy z rękawa, a napięcie sięga zenitu. Po raz pierwszy nieustraszona Lumikki zostaje zaszczuta, nie potrafi poradzić sobie z trudną sytuacją, w której się znalazła za sprawą psychologicznych gierek prześladowcy, a to sprawia, że czytelnik, który widział zawsze główną bohaterkę opanowaną, zaczyna odczuwać coraz większy niepokój. Dostawałam ciarek przy każdej wysyłanej przez szalonego wielbiciela wiadomości, nie mogąc się doczekać rozwiązania zagadki. Autorce udało się zupełnie zbić mnie z tropu, a z powodu zaskoczenia szczęka opadła mi chyba aż do podłogi. Salla Simukka dopracowała fabułę w każdym najdrobniejszym szczególe, a ja mogę Was zapewnić, że nikt z Was nie spodziewa się tego, co przyszykowała na wielki finał.

Najbardziej żałuję, że Czarne jak heban to tak krótka książka, bo w tym momencie po głowie krążą mi tylko dwa słowa: chcę więcej! To było coś niesamowitego, poruszającego i uderzającego do głowy, a jak na złość ta część trylogii jest najkrótsza, liczy sobie zaledwie 189 stron. Stąd moje pytanie: jak żyć? Czarne jak heban są dla mnie ogromnie pozytywnym zaskoczeniem, tajemnicze, mroczne i nieprzewidywalne, z niezapomnianą atmosferą i charakterystycznym, porywającym stylem pisania Salli Simukki. Po tę książkę naprawdę warto sięgnąć (nie trzeba znać wydarzeń z dwóch poprzednich tomów)!

8/10
Czytaj dalej »

piątek, 5 lutego 2016

Diabli nadali, czyli kryminalna komedia pomyłek

21
To pierwsza powieść Olgi Rudnickiej, jaką miałam okazję czytać i również pierwsza recenzowana na blogu książka napisana przez polskiego autora. Nic więc dziwnego, że moje nadzieje były rozbudzone, a ja liczyłam na dobrą lekturę. Jak wypadło moje zapoznanie się z polskim kryminałem?

Dagmar Różyk, zwany przez swoich współpracowników Diabłem, zostaje znaleziony martwy w swoim gabinecie. Za życia był oczkiem w głowie prezesa, obiektem pożądania kobiet i nienawiści mężczyzn, a teraz jest po prostu sztywnym trupem. Motywów zabójstwa jest więc wiele, a podejrzanych jeszcze więcej. Jedyną osobą, która zna wszystkie tajemnice szefa, jest Monika, jego sekretarka, która jako ostatnia widziała denata, a do tego miała idealną sposobność do dokonania zabójstwa, dlatego staje się główną podejrzaną. Zdeterminowana, aby oczyścić się z zarzutów, rozpoczyna śledztwo na własną rękę. Pomaga jej w tym Mateusz Jankowski, jej sąsiad i młody policjant, który po szkole oficerskiej wylądował na stanowisku stażysty w wydziale kryminalnym, gdzie starzy wyjadacze niechętnie patrzą na ambitnego nowicjusza. Z czasem odsuwają go od śledztwa z powodu jego powiązań z Moniką, ale Mateusz nie wierząc w winę dziewczyny, postanawia za wszelką cenę odkryć prawdę, ryzykując tym samym swoją przyszłą karierę.

Diabli nadali to powieść wielowątkowa, w której nie tylko losy różnych bohaterów się ze sobą splatają, ale także różne płaszczyzny czasowe przenikają się nawzajem. Niestety, całokształt wypada przez to chaotycznie. Autorka skacze między różnymi okresami czasu, to przenosząc nas kilka lat wstecz, to wyrzucając nas kilka dni do przodu od właściwej akcji, to znowu cofając się parę dób w tył. Oprócz przestawiania dat, Olga Rudnicka zaserwowała nam również zmiany narracji - czasem podążamy śladami Moniki, by po chwili czytać o przemyśleniach Mateusza, jego przełożonych, w końcu poznajemy perspektywę samego Diabła czy podlegającej mu Magdy, która od dawna zabiegała o względy Dagmara. Te przeskoki momentami były tak niespodziewane, że z trudem próbowałam jakoś to opanować. Według mnie w Diabli nadali brakuje płynności, całość nie jest spójna, a akcja dynamiczna, bo choć ostatecznie wszystko się ze sobą łączy i ma sens, to sposób przedstawienia historii za pomocą urywkowych scen mi nie odpowiada. Rozumiem zamysł autorki, która chciała, aby w odpowiednim momencie wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce jak puzzle, ale tak naprawdę wprowadziło to straszny zamęt.

Diabli nadali to komedia kryminalna z naciskiem na to pierwsze słowo. Akcja jest prowadzona na granicy absurdu i chociaż zazwyczaj jestem fanką podobnego rozwiązania, tutaj wypada to raczej słabo. Komiczne sytuacje, które teoretycznie powinny mnie rozbawić, nie wywołały u mnie żadnej reakcji. Autorka sięgnęła po różne stereotypy, wyolbrzymiła ludzkie wady i słabości, zabawiła się konwencją, robiąc to w sposób przystępny i smaczny, ale z jakiegoś powodu sarkastyczny humor zawarty w tej książce zupełnie do mnie nie trafia. Mam również zastrzeżenia co do zakończenia, które zostało potraktowane po macoszemu, podobnie jak kilka innych wątków. Główny motyw nie został wyjaśniony i chyba to najbardziej mnie ubodło - nie wiadomo, do jakich informacji dotarła dziennikarka śledcza, a przecież to one były podstawą kolejnych wydarzeń. Nie mam nic przeciwko na wpół otwartym zakończeniom, ale tutaj niedomówienie ma zbyt wielką wagę, bym mogła przymknąć na nie oko.

Jak na razie Diabli nadali nie wypada zbyt dobrze w mojej ocenie. Co można zaliczyć do plusów? Na pewno książkę czytało mi się bardzo lekko i szybko, a łączenie faktów podrzucanych nam co jakiś czas przez Olgę Rudnicką było naprawdę przyjemne. Wątek kryminalny jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem tej powieści, mimo wymienionych przeze mnie wcześniej potknięć. Zagadka stojąca za morderstwem Diabła była naprawdę interesująca, ale niestety mam wrażenie, że została zupełnie zepchnięta na bok przez relacje między bohaterami. Większość z nich była mi obojętna, jednak muszę w tym miejscu wspomnieć o Diable - ku mojemu zaskoczeniu, bardzo go polubiłam. Jestem przekonana, że przypadnie do gustu zarówno wielbicielkom mocnych charakterów, jak i romantyczkom, bo szatańsko pociągający mężczyzna posiada wiele twarzy, chociaż na co dzień bazuje tylko na wizerunku niepoprawnego łamacza kobiecych serc.

Diabli nadali przypomina mi nieco ubogiego krewniaka książek o Stephanie Plum - z nie tak błyskotliwym humorem, gorszymi postaciami i mniej zawrotną akcją, ale za to z lepszym, bardziej pokrętnym wątkiem kryminalnym. Nie będę Was specjalnie namawiała do przeczytania tej powieści, ale jeśli to Wasze klimaty, spróbujcie. Może nie zawiedziecie się tak bardzo jak ja.

5/10
Czytaj dalej »

wtorek, 2 lutego 2016

Białe jak śnieg, czyli była sobie raz dziewczynka, która miała tajemnicę

19
Po lekturze Czerwonych jak krew (recenzja) miałam mieszane uczucia. Książka miała niesamowity potencjał, jednak trudno było mi się w nią wciągnąć i nie spełniła moich oczekiwań. Po pewnym czasie postanowiłam ponownie sięgnąć po twórczość Salli Simukki, licząc na to, że kolejny tom przygód Sherlocka w spódnicy, czyli Lumikki, bardziej przypadnie mi do gustu.

Po dramatycznych wydarzeniach w Finlandii Lumikki postanawia odpocząć od nadopiekuńczych rodziców i własnego strachu, dlatego samotnie wybiera się na wakacje do Pragi. Jej spokój, na nowo odzyskany dzięki zmianie otoczenia, burzy młoda kobieta, Lenka, która twierdzi, że jest jej siostrą. Finka nie wie, czy powinna jej wierzyć, nie może jednak zrezygnować z próby odkrycia prawdy. Tajemnica z przeszłości doprowadza ją do Białej Rodziny, sekty, do której należy dziewczyna podająca się za jej krewną. Lumikki ponownie zostaje wplątana w niebezpieczną grę, w której stawką jest jej życie oraz życie Lenki.

W tej części zabrakło mi nawiązań do baśni o Królewnie Śnieżce, które tak bardzo urzekły mnie w Czerwonych jak krew. Nadawały one historii Lumikki niepowtarzalny klimat, który był nieco mroczny, ale przez to bardzo poetycki. Strasznie żałuję, że w drugim tomie autorka niemal zupełnie zrezygnowała z nostalgicznej nuty baśniowości, ponieważ według mnie była ona największym atutem książki. Również wątek kryminalny nieco ucierpiał, Lumikki chyba zatraciła swój zmysł chłodnej dedukcji, za który tak bardzo podziwiałam ją w pierwszej części. Tajemnica okrywająca religijny kult, do którego należała domniemana siostra głównej bohaterki, w ostatecznym rozrachunku wydawała mi się być mało realna, ale to nie znaczy, że pomysł na pojawienie się sekty w Białych jak śnieg nie przypadł mi do gustu. W porównaniu do poprzedniej części, tę czytało mi się o wiele przyjemniej, chociaż nie potrafię wskazać powodu - styl pisania Salli Simukki jest równie genialny jak w Czerwonych jak krew, ale coś się zmieniło. Podczas czytania zaczęłam w końcu odczuwać ten dreszczyk emocji, naprawdę interesowało mnie to, co zaraz wydarzy się z Lumikki i Lenką, a właśnie tego zaangażowania w poznanie dalszych losów postaci zabrakło u mnie w pierwszej części.

Salla Simukka stworzyła coś unikatowego. O ile w Czerwonych jak krew nie było to aż tak widoczne, o tyle w Białych jak śnieg uderzyło mnie to z całą moc. Autorka poruszyła w drugim tomie problemy, których na próżno szukać w literaturze młodzieżowej, dlatego było to dla mnie zarówno odświeżające, jak i trudne przeżycie. W książce został poruszony nie tylko wątek sekty, którego przedstawienie jest ciężkie już samo w sobie, ale także transseksualizmu i kłopotów z odnalezieniem własnej tożsamości, nie tylko płciowej. Salla Simukka jest pisarką, która nie boi się poruszyć ważnych kwestii i tym samym skłonić czytelnika do refleksji. 

W Białych jak śnieg autorka zdradza nam również więcej informacji o przeszłości Lumikki, która do tej pory była bardzo niejasna i do której mieliśmy dostęp tylko w krótkich przebłyskach. Dzięki częstym retrospekcjom mogłam odkryć nowe odcienie głównej bohaterki i obdarzyć ją jeszcze większą sympatią. Wciąż pozostaje jednak wiele do odgadnięcia, bo Lumikki to postać niezwykle złożona i intrygująca, wciąż zachwycam się jej kreacją. Równie niezmiennie jestem pod wrażeniem umiejętności Salli Simukki do opisywania krajobrazu. Tym razem z mroźnego Tampere przenieśliśmy się do Pragi, przez którą przechodzi fala upałów i chociaż wydaje się, że zmiana miejsca może negatywnie wpłynąć na odbiór książki, to autorka bez trudu rozpościera przed naszymi oczami panoramę Pragi.

Po raz kolejny mam duży problem z oceną książki należącej do trylogii o Lumikki Andersson. Niewątpliwie Białe jak śnieg podobały mi się bardziej od swojej poprzedniczki, wciąż jednak z tyłu głowy pojawia mi się myśl, że to wszystko nie do końca ze sobą współgra. Z jednej strony rozkoszuję się klimatem, charyzmatycznymi bohaterami i tajemnicami przeszłości, z drugiej wyczuwam zgrzyty i brakuje mi tej iskry. Wydaje mi się jednak, że Salla Simukka nie tworzy powieści, które mają się podobać - one mają coś znaczyć. I pod tym względem warto sięgnąć po Białe jak śnieg.

7/10
Czytaj dalej »

niedziela, 30 sierpnia 2015

Czerwone jak krew, czyli unowocześniona wersja bajki o Królewnie Śnieżce po fińsku

28


Od chwil, w której zobaczyłam niezwykłą okładkę Czerwonych jak krew, wiedziałam, że muszę mieć tę książkę. W dodatku zagadkowy opis, Finlandia oraz obiecane nawiązanie do baśni sprawiły, że nie potrafiłam oprzeć się pokusie.

Siedemnastoletnia Lumikki Andersson, która wygląda jak Królewna Śnieżka, uczęszcza do renomowanego liceum artystycznego. Specjalnie trzyma się na uboczu, nie ma przyjaciół i mieszka sama z dala od rodziców, od których się odseparowała. Zostaje jednak zmuszona do porzucenia swoich reguł, kiedy w szkolnej ciemni fotograficznej znajduje banknoty pokryte krwią i wbrew sobie zostaje wplątana w intrygę związaną z dużymi pieniędzmi, ważnymi ludźmi i przemytem narkotyków na światową skalę.

Czerwone jak krew to nietypowy kryminał i bardzo się z tego cieszę. Od początku zostajemy wrzuceni w sam środek akcji - zamordowana kobieta i banknoty zamoczone w jej krwi, szantaże, groźby, pogonie. Dostajemy także niepowtarzalną szansę spojrzenia na tę sytuację z perspektywy złoczyńcy, ale mimo tak wielu atrakcji nie byłam specjalnie zainteresowana rozwojem wątku kryminalnego. Nie czułam tego napięcia i potrzeby uzyskania odpowiedzi. Ta część fabuły właściwie mnie nudziła, a była główną osią wydarzeń, dlatego nieco zniszczyło mi to radość czytania. Na szczęście autorka nadrobiła te braki na innych polach - uwielbiam styl pisania Salli Simukki, porwał mnie od pierwszych zdań. Dochodzi do tego wspaniały, fiński krajobraz, który autorka rozpostarła przed naszymi oczami. 

Lumikki Andersson nie jest typową bohaterką literatury młodzieżowej. Jest prawdziwą enigmą, przez całą powieść autorka podrzucała nam okruchy wiadomości, bawiła się z nami, wręcz dręczyła zagadkowymi odniesieniami do przeszłości Lumikki, jednocześnie ich nie tłumacząc i nie przybliżając. Przez cały czas moja wyobraźnia pracowała, próbując rozwiązać przynajmniej część zagadki, którą jest ta postać. Pojawiło się kilka retrospekcji, które tłumaczyły obecną postawę dziewczyny, ale jej największe tajemnice pozostają skryte i było to odświeżające przeżycie, chociaż czasami irytujące, bo chciałabym dowiedzieć się więcej z racji mojego zachwytu jej kreacją. Lumikki jest wyjątkowa nie tylko ze względu na to, że Salla Simukka tak starannie ukryła przed nami jej przeszłość, ukazując tylko skrawki jej historii; wyróżnia się pod wieloma względami. Jest niesamowicie dojrzała jak na swoje siedemnaście lat i bardzo wycofana. Potrafi perfekcyjnie wtapiać się w otoczenie, pozostawać niezauważoną, interesuje się tylko własnymi sprawami i ten spokój całkowicie jej odpowiada. Doskonale zna ludzką psychikę. Indywidualistka z własnymi regułami, których się bezwzględnie trzyma, a jej analityczne przemyślenia nieraz wprawiały mnie w osłupienie. W Lumikki nie ma nic denerwującego, z miejsca wzbudza zainteresowanie czytelnika.

Według mnie nawiązania do baśni o Królewnie Śnieżce są zrobione po mistrzowsku. Pojawiają się w nieoczekiwanych momentach, ale zostały doskonale wplecione w całą fabułę powieści i nadają jej niepowtarzalny klimat dzięki barwnym porównaniom. To jeden z najmocniejszych punktów całej historii i jestem wprost urzeczona sposobem, w jaki Salla Simukka połączyła kryminał z baśnią o Śnieżce, która nadaje książce wręcz poetycki, nostalgiczny charakter. 

Czerwone jak krew to pozycja, którą trudno mi ocenić. Z jednej strony jest niepowtarzalna, genialnie napisana, z intrygującą główną bohaterką i przyciągającym klimatem, zaś z drugiej strony fabuła czasami dłuży się niemiłosiernie, brakuje stopniowania napięcia. Może zmieniłoby się to, gdyby autorka zdecydowała się bardziej pójść w thriller, ta zagadka kryminalna nie była dla mnie wystarczająco wciągająca. Czerwone jak krew mają niesamowity potencjał, ale coś nie zadziałało i mam nadzieję, że zmieni się to w następnych częściach tej baśniowej historii.

6/10
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia