piątek, 28 października 2016

Śmiercionośny Book Tag

0
Do tego tagu zostałam nominowana przez Martę z Zaczytanej Doliny, za co serdecznie jej dziękuję (również od niej pożyczyłam świetną grafikę)! Uznałam, że będzie on idealnym postem z okazji zbliżającego się Halloween. Rok temu z powodu Nocy Duchów razem z innymi autorkami stworzyłyśmy autorski Halloween Book Tag, do którego wykonania bardzo serdecznie was zachęcam, a także opublikowałam listę TOP 5 na Halloween, które wciąż pozostaje tak samo aktualne!
Nie przedłużając, przejdźmy do pytań *śmiech szalonego naukowca, od którego dostajesz ciarek*.

1. Poderżnięte gardło – książka w której wiele rzeczy działo się niespodziewanie.
Muszę tutaj polecić trylogię W otchłani Beth Revis. Każdy tom był obfity w skomplikowane intrygi, kiedy wydawało nam się, że w końcu udało nam się odsłonić część tajemnic związanych ze statkiem kosmicznym oraz jego mieszkańcami, autorka niczym diabeł z pudełka wyskakiwała z kolejnymi, jeszcze bardziej pokrętnymi spiskami, a takich rozwiązań nie spodziewał się chyba nikt. Wszystko było jednak opisane tak przejrzyście oraz realistycznie, że nie miałam problemu ze zrozumieniem całej akcji, ostatecznie dostaliśmy odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania, ale były one naprawdę szokujące i niespodziewane. Beth Revis to mój osobisty geniusz zła oraz knucia, fabuła została niesamowicie mocno przemyślana i dopracowana, całość była niezwykle błyskotliwa oraz nieprzewidywalna. 

2. Samobójstwo – książka, którą ktoś ci polecił, a ty przeczytałaś z uprzejmości, mimo że ci się nie podobała.
Szczerze mówiąc, nie kojarzę takiej książki. Z reguły dostaję polecenia od osób, które mają gust czytelniczy bardzo zbliżony do mojego i podobają nam się te same powieści, dlatego chyba nie zdarzyło mi się, bym rekomendowaną przez kogoś znajomego historię czytała tylko z uprzejmości, mimo że mi się nie podobała. A nawet jeśli była jakaś polecana książka, która mi nie podeszła, pewnie nie zmuszałabym się do jej dokończenia, aby zadowolić tę osobę, bo każdy ma prawo do własnej opinii i nie widziałabym sensu w takim przymuszaniu się. 

3. Żyletka – książka, o której słyszałaś, że jest dobra, ale na koniec okazała się jeszcze lepsza.
Zdecydowanie Czas Żniw Samanthy Shannon. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że tak długo zastanawiałam się nad kupnem tej książki. Czytałam o niej wiele pozytywnych opinii na blogach, więc wiedziałam, że to będzie coś dobrego, ale kiedy już zaczęłam czytać... Po prostu przepadłam! Samantha Shannon stuprocentowo urzekła mnie swoim stylem pisarskim, niezwykłą kreacją świata oraz bohaterów. Już pierwszej części oddałam swoje serce i duszę, a druga tylko potwierdziła, że dokonałam słusznego wyboru. Czas Żniw jest bezapelacyjnie jedną z moich najukochańszych serii, to fenomen w czystej postaci, genialna powieść, którą będę polecała wszystkim. Więc tak, słyszałam, że była dobra, ale na koniec okazała się o wiele, wiele, wiele lepsza. 

4. Powieszenie na stryczku – książka była bardzo nudna i długo się ją czytało.
Strasznie długo czytałam Alive. Żywi Scotta Siglera, bo przez większość książki mocno się nudziłam. Bohaterowie kręcili się w kółko, całą powieść można opisać jednym słowem: chodzenie. Postaci idą, idą, idą, biegną, maszerują, idą, biegną, idą, idą, biegną, biegną szybciej. To było naprawdę frustrujące, bo choć po drodze napotykali różne znaleziska, okazywały się one zupełnie nieistotne dla przebiegu fabuły i te dwieście siedemdziesiąt stron marszu dało mi się we znaki. Po prostu zmuszałam się, by kontynuować czytanie, a przy okazji mocno się wynudziłam. 

5. Kopnięcie prądem – akcja rozpoczęła się na samym początku.
Restart Amy Tintera to książka bardzo nierówna, nad czym ubolewam do tej pory. Początek był niesamowity, zaczął się od mocnego uderzenia, a potem autorka poszła za ciosem, wrzucając nas w spiralę zaskakujących wydarzeń. Napięcie sięgało zenitu, mimo że cała historia dopiero się zaczynała. Coraz bardziej się nakręcałam, zafascynowana przedstawionymi przez autorkę sytuacjami oraz ciekawym światem postapokaliptycznym. Naprawdę dużo się działo, momentami było brutalnie, ale nie przesadnie i zapowiadało się na naprawdę wspaniałą, wypełnioną akcją lekturę. Początek dawał nadzieję na wiele, potem wszystko się posypało, o czym możecie przeczytać w recenzji.

6. Jad węża – książka, po której kac gwarantowany.
Przecudowna, ale miażdżąca emocjonalnie powieść Kim Holden, czyli Promyczek. Od dłuższego czasu czytałam dobre New Adult, jednak nie angażowałam się w nie zbyt mocno, uznając je za dobrą zabawę i nic więcej. Tymczasem Promyczek zupełnie mnie zniszczył, sprawił, że nie byłam w stanie myśleć o niczym innym, przez kilka kolejnych dni na samą myśl o zakończeniu dosłownie zaczynałam ryczeć bez względu na to, gdzie się znajdowałam. Byłam zupełnie rozchwiana emocjonalnie, ta powieść tak mocno na mnie wpłynęła i gwarantuję wam, że łatwo się po niej nie pozbieracie. Nawet jeśli nie wywrze ona na was tak ogromnego wrażenia jak na mnie, wciąż będzie wam trudno w ten sam sposób spojrzeć na inne książki i od razu za jakąś się zabrać. Naprawdę. 


7. Upadek z wysokości – koniec, którego się nie spodziewałaś.
Pewnie macie już dość słuchania o tym, że nie kończy się trylogii w tak rozdzierający sposób, w jaki zrobiła to Marie Lu w Legendzie. Patriocie, a ponieważ staram się nie być monotematyczna, wskażę na Baśniarza Antonii Michaelis. Autorka nieustannie nas zwodziła, nie wiedzieliśmy, co jest prawdą, a co kłamstwem, ale chyba żaden czytelnik nie wierzył, że zdecyduje się na takie zakończenie. Dosłownie pękło mi serce w tamtym momencie i nie mogłam przestać płakać. Cała książka była dla mnie raczej średnia i zupełnie nie spodziewałam się, że zakończenie będzie tak bolesne oraz tak mną wstrząśnie. 

8. Pobicie – książka, przez którą czułaś, jakbyś wyzionęła ducha.
Tak, kolejna powieść, która mnie zniszczyła. Najwyraźniej ten post ma na celu przypomnienie sobie każdej książki, która kiedykolwiek wyrwała mi serce z klatki piersiowej, a potem zaczęła po nim skakać, śmiejąc się z mojego bólu. Jakiś masochista wymyślił ten tag książkowy, innego wyjaśnienia nie ma. Tym razem muszę wspomnieć o Morzu spokoju Katji Millay, powieści, która absolutnie poruszyła najczulsze struny w mojej, jak widzicie, mocno zmaltretowanej duszy. O. MÓJ. BORZE. SZUMIĄCY. Jaka to była piękna powieść! To, co przeszła, Nastasiya i sposób, w jaki autorka to opisało... Naprawdę czułam, że wyzionęłam ducha i nigdy nie będę już taka sama.  

9. Płoniesz na stosie – w książce występowało wiele "gorących" wątków.
Do tej kategorii wbrew wszystkiemu dopasowałam Ognisty pocałunek Jennifer L. Armentrout. Nie zrozumcie mnie źle, w tej książce nie było żadnych erotycznych scen, ale między Rothem a Laylą tak bardzo iskrzyło, że czytałam o ich zbliżeniach z wypiekami na twarzy. Ich seksowna, pełna chemii i pazura relacja jest niesamowita. To napięcie między nimi jest doskonale odczuwalne i wielokrotnie łapałam się na tym, że wstrzymywałam oddech, gdy pozwalali sobie na fizyczną bliskość. Zresztą sam Roth jest tak seksowny, że swoją obecnością właściwie podpalał kartki, ale Ognisty pocałunek jest przykładem na to, że bohaterowie wcale nie muszą się posuwać daleko, by wzbudzić u czytelnika niekontrolowane przypływy gorąca oraz palpitację serca.
Ale serio, Roth i Layla to idealna para, jeśli chodzi o gatunek paranormal romance, a nawet o całe young adult. Perfekcja. Mam nadzieję, że Katy i Daemon z serii Lux tej autorki mi wybaczą. 

10. Naturalna śmierć – książka nie dobra, nie zła, ale w sam raz.
Jest mnóstwo takich powieści, ale z jakiegoś powodu pierwszą książką, jaką przyszła mi na myśl, była Linia serc Rainbow Rowell. To idealnie wyważona powieść, jednocześnie słodka i realistyczna, która wzbudza ciepło w serduchu, ale jakoś specjalnie nie angażuje czytelnika. Brakuje tutaj szokujących zwrotów akcji, wszystko toczy się bardzo spokojnie, wręcz leniwie, to bardzo prostolinijna powieść. Linia serc ma swoje wady, ma swoje zalety, ale jest w sam raz. Trudno mi opisać to uczucie, gdy powieść wydaje ci się być właściwa. Nie jakaś specjalnie wyszukana, przekombinowana, dobra lub zła. Nie była to też dla mnie książka średnia. Po prostu... w sam raz. 

11. Pogrzebany żywcem – brakowało ci tchu, gdy czytałaś tę książkę.
Czasem, raz na kilkanaście książek zdarza się taka, którą masz ochotę jednocześnie czytać, ale i rzucić nią o ścianę, spalić czy przejechać samochodem. Dana powieść cię niszczy, nie możesz się po niej pozbierać, kilka dni po jej przeczytaniu chodzisz i wspominasz to, co się tam wydarzyło, a jednak wciąż jest ci mało. Taką pozycją jest Niezwyciężona. Zdrada i nie wstydzę się przyznać, że po jej przeczytaniu jestem zdruzgotana, rozbita, załamana, ale jednocześnie jestem poruszona, rozkochana, zaczarowana. Więc nawet sobie nie wyobrażacie, co się ze mną działo podczas czytania. To, co Marie Rutkoski zgotowała Kestrel i Arinowi było dla mnie tak straszne, że po prostu dusiłam się z powodu tych emocji i miałam ochotę krzyczeć, bo TAK SIĘ NIE ROBI. 
Nie. Wciąż się nie pozbierałam, a trzeciej części jak na złość nie ma. 


12. Wypadek samochodowy – książka, o której dowiedziałaś się przypadkiem i bardzo ci się spodobała.
O Szklanym tronie dowiedziałam się przez przypadek i powiedzieć, że ta powieść mi się podobała, to jak nie powiedzieć nic. Cała seria wtedy w Polsce nie była popularna, niemal nikt o niej nie słyszał (tak, kiedyś Sarah J. Maas była anonimowym nazwiskiem na półce w Empiku!), ale pewna dziewczyna, z którą wymieniałam się książkami na LubimyCzytać, miała podobne poczucie humoru co ja, zaczęłyśmy ze sobą pisać i wymieniać się poleceniami (dzięki niej poznałam naprawdę ogrom świetnych powieści i seriali, jeszcze raz wielkie dzięki Marto!<3). Wielokrotnie powtarzała, że MUSZĘ zabrać się za Szklany tron (powtarzam, wtedy prawie nikt tej książki nie znał!) i od tamtej pory przepadłam. Na każdą powieść z tej serii czekam z utęsknieniem nieporównywalnym do innych książkowych cykli. Właściwie jestem trochę psychofanką Sary J. Maas, której styl pisania jest niezwykle uzależniający. To było jedno z moich największych literackich odkryć. 

13. Wygłodzona – książka, której żałujesz, że autor/ka nie napisał/a kontynuacji.
Wybrałam trylogię, która ma niezwykle otwarte zakończenie i wydaje mi się, że zostało jeszcze mnóstwo do napisania, mianowicie Dotyk Julii Tahereh Mafi. Podczas gdy dwie pierwsze części skupiały się na zabójczej zdolności głównej bohaterki oraz na organizowaniu Ruchu Oporu dla nadnaturalnie uzdolnionych nastolatków, o tyle ostatnia część dużo bardziej skupiła się na rozwijającym się uczuciu między Julią a Warnerem (nie, żebym narzekała, bo to było tak słodkie i urocze, że część swoich ulubionych scen znam na pamięć, tak często je czytałam) i cała ta walka z systemem poszła w odstawkę, przez co fabuła właściwie nie ruszyła do przodu. Autorka sama ostatnimi stronami zasugerowała, że to jeszcze nie koniec, a ja cierpię na niedosyt, bo Tahereh Mafi niezwykle się rozwinęła na przestrzeni tych trzech tomów. O ile pierwszy był słaby, o tyle trzeci genialny i chciałabym, by powstały kolejne części, żebym mogła bardziej się nacieszyć tą poprawą i poznać odpowiedzi na dręczące mnie pytania!

14. Topielec - książka, w której dużą rolę grały pieniądze.
Niedawno przeczytałam Odlotową czternastkę Janet Evanovich, czyli już czternastą część przygód Stephanie Plum i ogromną rolę w fabule odgrywała kwota dziewięciu milionów dolarów, które zostały skradzione z banku przed kilkoma laty i prawdopodobnie znajdują się gdzieś na terenie posiadłości zmarłej ciotki Rose, gdzie obecnie mieszka Morelli. Pieniędzy zaczyna szukać niemal cały Grajdoł (dzielnica Trenton). Uwielbiam książki o Śliweczce, bo to rozrywka w najczystszej postaci, pozwala się po prostu zrelaksować i świetnie bawić. Kolejne części przygód Stephanie są jak odcinki znanego i lubianego serialu. Jest intryga kryminalna, strzelaniny, trupy, porwania i odcięte kończyny. Są barwne, często przerysowane postacie zwariowanych mieszkańców Trenton oraz niezawodne poczucie humory Janet Evanovich, która jest w stanie rozbawić każdego.

15. Wybuch – książka, w której było wiele wybuchów.
Pomijając całą serię o Stephanie Plum, gdzie w każdym tomie jest co najmniej jeden wybuch (choć z reguły jest ich znacznie więcej), raczej nie kojarzę powieści, w której byłoby ich wiele. Ewentualnie Endgame Jamesa Freya. Z tego, co pamiętam, jeden z bohaterów miał dużą słabość do ładunków wybuchowych i dość często z nich korzystał. Sama nie jestem zbyt wielką fanką tej powieści, nawet eksplozje mnie do niej nie przekonały ;)

16. Przedawkowanie leków - książka, której kontynuacji jest aż za dużo.
Pewnie jestem jedną z niewielu osób, które odczuwają już przesyt twórczością Cassandry Clare, mimo że za sobą mam jedynie lub aż cztery jej książki. Wszystko zaczęło się od tego, że Dary Anioła miały być trylogią, co w pełni mnie satysfakcjonowało. Miasto Upadłych Aniołów, czyli czwarta część, była o wiele słabsza, nie utrzymała poziomu poprzednich tomów i stąd moje przekonanie, że autorka zupełnie niepotrzebnie rozbudowała tę serię. I o ile może byłabym jeszcze w stanie to przełknąć, o tyle zupełnie nie rozumiem, dlaczego Cassandra Clare wciąż tworzy kolejne cykle w tym monumentalnym wręcz uniwersum. Wiem, że Diabelskie maszyny, a teraz Pani Noc ma wielu fanów, jednak... Czy ta autorka nie jest w stanie stworzyć zupełnie świeżej powieści z nowym światem? Te wszystkie książki są ze sobą dość mocno powiązane, więc można je uznać za kolejne kontynuacje i jak dla mnie jest tego po prostu za dużo.


Tym jakże pozytywnym akcentem kończę dzisiejszy post. Mam nadzieję, że nie jesteście znudzeni i tag przypadł wam do gustu :) Ja świetnie się bawiłam podczas jego pisania! Dajcie mi znać, jakie są Wasze typy, czy czytaliście te książki, a jeśli nie to czy zachęciłam was chociaż odrobinę do sięgnięcia po niektóre z nich. Sama chciałabym otagować: Książko Miłości Moja, Charlotte Andell z In Bookland, Blue Kuba Books, Amandę Says oraz Judytę z House of Readers
Czytaj dalej »

wtorek, 25 października 2016

Naznaczeni, czyli młodzi geniusze rozwiązują kryminalne zagadki

0
Należę do dziwnego gatunku ludzi, który lubuje się w oglądaniu seriali kryminalnych i informacje związane z prowadzeniem śledztwa wsiąkają we mnie niczym w gąbkę, ale nie przepadam za książkami z tego gatunku. Przeczytałam kilka, żeby nikt mi nie mógł zarzucić, że nie wiem, o czym mówię, bo nawet nie spróbowałam, lecz... w kryminałach brakuje mi jakiejkolwiek iskry i w większości przypadków po prostu się nudzę. Miałam jednak dobre przeczucia co do Naznaczonych Jennifer Lynn Barnes i chociaż książka nie jest pozbawiona mankamentów, bawiłam się przy niej wprost wyśmienicie i nie mogę się doczekać, by kontynuować przygodę z grupą młodych, kryminalnych geniuszy!

Niewyjaśnione zagadki z przeszłości nie dają o sobie zapomnieć.
Siedemnastoletnia Cassie ma naturalną zdolność rozszyfrowywania ludzi. Na podstawie najdrobniejszych szczegółów potrafi ustalić, kim jesteś i czym się zajmujesz. Ale nigdy nie traktowała tej umiejętności poważnie – przynajmniej do czasu, gdy upomniało się o nią FBI. Biuro rozpoczęło tajny program, do którego wciąga wyjątkowych nastolatków, by przy ich pomocy zamknąć niechlubne sprawy z przeszłości, i potrzebuje pomocy Cassie. Dziewczyna przeprowadza się na drugi koniec kraju, żeby wziąć udział w szkoleniu razem z grupą rówieśników obdarzonych talentami równie niezwykłymi, jak jej własny. Ale nikt, kto bierze udział w programie Naznaczeni, nie jest tym, za kogo się podaje. Kiedy na ich drodze staje prawdziwy morderca – uwikłani w śmiertelną grę w kotka i myszkę – muszą wykorzystać wszystkie swoje zdolności, żeby ocaleć.
Ta książka podnosi poziom adrenaliny i nie daje zasnąć, zanim nie dotrzesz do ostatniej strony.
Opis z Lubimy Czytać

Naznaczonych bardzo spodobało mi się ujęcie tematu nieziemsko uzdolnionych dzieciaków. Każda z ich umiejętności została doskonale przedstawiona, a ja nie mogłam przestać zachwycać się ich błyskotliwym geniuszem. Autorka naprawdę dobrze udźwignęła temat naturalnych zdolności naszych profilerów, eksperta od odczytywania emocji czy ludzkiego wykrywacza kłamstw. Towarzystwo było naprawdę nietuzinkowe i razem tworzyli mieszankę wybuchową, chociaż potrafili współpracować niczym dobrze naoliwiona maszyna. Problemem jest fakt, że wszystko przychodziło im zbyt łatwo. Nie popełniali niemal żadnych błędów, a kolejne trudne zagadnienia rozwiązywali w mgnieniu oka. Gdyby autorka zdecydowała się nieco utrudnić bohaterom życie, byłabym bardziej usatysfakcjonowana – po prostu czuję, że mogło być pod tym względem lepiej. 

Nie jestem również pewna, czy autorka dokładnie przemyślała fabułę – rozwiązanie całej zagadki nie do końca pokrywało się ze wskazówkami, jakie były nam podrzucane od czasu do czasu, ale muszę przyznać, że zostałam mocno zaskoczona takim obrotem sytuacji. Co prawda pod sam koniec zaczęłam się domyślać, kto okaże się mordercą, jednak zorientowałam się dosłownie na kilka stron przed wyjaśnieniem. Właśnie ta nieprzewidywalność w zakresie kryminalnym mnie urzekła, to dla mnie ogromny plus dla Naznaczonych, bo niejednokrotnie kryminały dla dorosłych rozgryzałam po pierwszych kartkach, a tutaj napięcie było wspaniale stopniowane i prowadzenie śledztwa zostało przedstawione w sposób naprawdę umiejętny. Niestety, w innych aspektach ta książka nie była aż tak zaskakująca, choćby rozwijający na naszych oczach trójkąt miłosny został poprowadzony w tak oczywisty oraz mdły sposób, że nie mogłam się powstrzymać przed wywracaniem oczami. Autorka mogłaby sobie odpuścić cukierkowy trójkąt romantyczny, zwłaszcza że te relacje wypadły sztucznie i nieprzekonywująco. 

Główna bohaterka okazała się być irytująca idealna. Od dawna nie miałam do czynienia z tak oczywistym przedstawicielem denerwującego gatunku Mary Sue. Cassie niemal od razu zostaje nową gwiazdą zespołu. Jest porażająco inteligentna. Zjawiskowo piękna. Od razu wzbudza sympatię członków grupy i pożądanie w szeregach męskiej części. Wszystko przychodzi jej bezproblemowo, do tego wzorcowo została wyposażona z traumatyczne przeżycie z dzieciństwa i wszystko się zgadza! Na szczęście można na to przymknąć oko, a wszystko dzięki naturalnej zdolności, która zafascynowała mnie od początku. Byłam strasznie ciekawa, w jaki sposób Cassandra profiluje otaczających ją ludzi i dzięki pierwszoosobowej narracji otrzymałam odpowiednią dawkę jej talentu. 

Naznaczeni to dynamiczna powieść, którą czyta się w tempie błyskawicznym. Była mroczna i tajemnicza, czuć było ciężką atmosferę związaną z wnikaniem do umysłów seryjnych morderców, ale jednocześnie stanowiła przyjemną odskocznię od codzienności. Gorąco polecam ten kryminał dla młodzieży, bo gdy przymknie się oko na niedoskonałości w postaci typowych dla young adult wątków, otrzymuje się niebanalną, intrygującą, pełną napięcia historię z dreszczykiem, którą pochłania się na jednym wdechu.


Seria Naznaczeni:
Naznaczeni // Mroczna strona // All in // Bad blood
Czytaj dalej »

sobota, 22 października 2016

Prawdodziejka, czyli historia o sile przyjaźni

0
Do Prawdodziejki Susan Dennard podchodziłam zaskakująco sceptycznie. Miałam wiele obaw przed sięgnięciem po tę powieść i nawet rekomendacja jednej z moich ulubionych autorek na okładce nie była w stanie mnie zmusić do optymistycznego spojrzenia na tę książkę. Nie jestem pewna, czy w ogóle sięgnęłabym po Prawdodziejkę, gdyby nie pojawiła się w Epikboxie i popełniłabym ogromny błąd, bo okazała się być porywającą lekturą!

Safiya i Iseult to więziosiostry, które często pakują się w tarapaty. Niespodziewanie ich życie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, a one muszą opuścić swój dom, by uciec od przeznaczenia, które czeka je w mieście. Safi jest niezwykle rzadką wiedźmą, która potrafi rozróżnić prawdę od kłamstwa – nikt nie może się o tym dowiedzieć, w przeciwnym razie prawdodziejka zostanie wykorzystana jako narzędzie między walczącymi ze sobą imperiami, gdy dwudziestoletni rozejm dobiegnie końca. Iseult z kolei pochodzi ze znienawidzonego koczowniczego ludu Nomatsów. Odrzucona przez inne nacje z powodu swoich hebanowych włosów oraz skośnych oczu, wygnana z własnego plemienia przez swoje magicznych braki jako więziodziejki, zna jedynie życie u boku Safi. Przyjaciółki nie spodziewają się jednak, jak wielką rolę przyjdzie im odegrać w losie ich upadającego świata. 

Początek był dla mnie naprawdę trudny do przejścia. Nie do końca odpowiadał mi styl pisania Susan Dennard, wszystko wydawało mi się strasznie chaotyczne. Męczyłam się zwłaszcza przez pierwsze pięćdziesiąt stron Prawdodziejki, bo między pędzącą do przodu akcję autorka wplotła dziwne nazwy konieczne do zrozumienia wykreowanego świata bez dokładnych wyjaśnień i wszystko mi się ze sobą mieszało. Nie wiedziałam, czy powinnam skupić się na kolejnych zaskakujących wydarzeniach, czy jednak poświęcić więcej czasu na zrozumienie magicznej rzeczywistości. Według mnie dużym ułatwieniem byłby jakiś słowniczek, który zawierałby odpowiednie wytłumaczenie danego terminu, niestety jednak jesteśmy zdani sami na siebie. Susan Dennard wrzuciła nas na głęboką wodę już od pierwszego zdania, jednak kiedy całe szaleństwo i gorączkowość pierwszych pięćdziesięciu stron poszły w niepamięć, zaczęłam naprawdę mocno ekscytować się lekturą Prawdodziejki. Czytanie tej powieści to jedna, wielka, nieprzewidywalna przygoda, która mocno wciąga.

Opisy akcji były porywające i dynamiczne, a w dodatku z wyczuciem zostały zrównoważone przez informacje dotyczące Czaroziem oraz panujących na nich praw, chociaż nie ukrywam, że obraz świata wydaje mi się być wciąż niepełny. Mimo to pozostaje intrygujący. Rzeczywistość wykreowana przez Susan Dennard kryje w sobie niezrównany potencjał i liczę na to, że z kolejnymi tomami będzie się pięknie rozrastać na naszych oczach. Zostało mnóstwo do odkrycia i wydaje mi się, że autorka doskonale zdaje sobie z tego sprawę, więc czekam na asy, które znajdują się w jej rękawie. Zwłaszcza że ma duże pole do popisu ze względu na cztery perspektywy występujące w powieści. Naszymi narratorami zostały nie tylko Safiya oraz Iseult, ale także Merik, książę-admirał upadającego, cierpiącego głodu królestwa i Aeduan, mnich z zakonu szkolącego w zabijaniu będący krwiodziejem posiadającym przerażającą moc. Z reguły faworyzuję którąś z perspektyw, jednak każda z nich była tak fascynująca, że z przyjemnością oddawałam się danej narracji, bo każdy z bohaterów oferował zupełnie coś innego. 

Prawdodziejka jest reklamowana jako powieść, gdzie głównym wątkiem jest przyjaźń między głównymi bohaterkami i pod tym względem nie zostałam zawiedziona. Więź Safi oraz Iseult została pięknie przedstawiona oraz odpowiednio wyeksponowana na tle innych wątków. Oddzielnie dziewczęta podejmowały głupie decyzje i zdarzało się, że wywoływały u mnie zgrzyt zębów, ale razem stanowiły duet nie do pokonania, wydobywały z siebie nawzajem te najlepsze cechy i od razu sympatia do nich wzrastała nawet dziesięciokrotnie. Bardzo się cieszę, że Susan Dennard uczyniła z ich przyjaźni tak wartościowy wątek, bo zdecydowanie brakowało mi powieści, w której podobnie silna więź grałaby pierwsze skrzypce. Autorce udało się z nich obu uczynić mocne osobowości, choć w zupełnie inny sposób i początkowo sądziłam, że któraś z nich bardziej przypadnie mi do gustu, lecz zostały tak błyskotliwie wykreowane, że każda z nich oczarowała mnie na swój własny sposób. Safi jest nieokiełznana, uparta, ekspresyjna i lekkomyślna, a Iseult niezwykle powściągliwa, rozważna oraz wycofana. Każda z nich ma swoje wady i zalety, każda poszukuje własnej ścieżki i zmaga się z innymi problemami, jednak zawsze może liczyć na swoją więziosiostrę. Są niesamowicie różne, ale priorytetem zawsze jest dla nich przyjaciółka i to było ogromnie inspirujące.

To nie jest nawet ułamek tego, co chciałabym powiedzieć wam o Prawdodziejce. To była tak złożona, skomplikowana, a jednocześnie przyjemna lektura, że trudno mi w krótkim poście zawrzeć wszystkie moje odczucia. Jedno jest pewne – ta powieść ma szansę rozrosnąć się do serii, która na dłużej zadomowi się w moim serduchu. Po przebrnięciu przez trudny początek było już tylko lepiej, a jeśli Susan Dennard utrzyma tę tendencję, spodziewam się naprawdę interesującej, błyskotliwej serii fantasy z natłokiem szalonej akcji, która porwie czytelnika. Prawdodziejka dość niespodziewanie dla mnie stała się jedną z lepszych książek, które przeczytałam tej jesieni i nie mogę się doczekać, by dorwać drugą część w swoje ręce!


Seria Czaroziemie:
Prawdodziejka // Wiatrodziej // ...
Czytaj dalej »

środa, 19 października 2016

Guilty pleasures, czyli w ogóle nie czuję się winna

0
źródło
Poznaliście już moje TOP 5: Guilty pleasures. Opublikowanie tego posta było momentem przełomowym, bo podczas wymieniania kolejnych serii, które zajmują specjalne miejsce w moim sercu, mimo że daleko im do ambitnych klasyków literatury, zrozumiałam, że nie mam żadnego powodu, by wstydzić się tego, że uwielbiam te książki. Pojęcie guilty pleasure może odnosić się do wszystkiego, nie tylko do książek (głównie powieści z gatunku YA są określane w ten sposób). Ludzie mówią tak choćby o piosenkach pop. Żaden miłośnik Black Sabbath nie przyzna się, że w ucho wpadła mu piosenka Britney Spears i potajemnie wzniósł jej różowy ołtarzyk w swoim domu. Podobnie jak poważny wykładowca akademicki nie będzie chciał się z nikim podzielić faktem, że wieczorami maniakalnie ogląda kolejne odcinki Jersey Shore. Takie przyjemności ukrywamy starannie przed światem, bojąc się reakcji nie tylko obcych osób, ale także najbliższych znajomych. I wiecie co? Mam tego dość. Dlaczego mam być zażenowana tym, że czytam young adult? Dlaczego mam czuć się źle z tym, że historia uważana przez innych za głupiutką powieść podbiła moje serce? Dlaczego mam przepraszać za to, że ckliwy romans wzbudził we mnie huragan emocji, a młodzieżówka była dla mnie większym arcydziełem niż nudnawy klasyk? Dlaczego mam czuć się gorsza od kogoś, kto chwali się przebrnięciem przez Ulissesa Jamesa Joyce'a?
Dlaczego mam czuć się winna z powodu czegoś, co sprawia mi ogromną radość?


Pięćdziesiąt twarzy Graya jest pod ostrzałem krytyki. Nie jestem w stanie zrozumieć fenomenu tej powieści i popularności, jaką zdobyła, ja sama nigdy nie czytałam tej książki i nie mam zamiaru. Ale to nie znaczy, że piętnuję osoby, dla których ta powieść jest ulubioną lekturą. Ilość krytyki, jaka spada na tych czytelników, jest naprawdę szokująca. A wszystko to w imię czego? Żebyśmy czuli się lepsi, bo mamy bardziej wyrafinowany gust? To niedorzeczne! Podobnie dzieje się w wypadku Zmierzchu. Tak, czytałam całą serię. Podejrzewam, że większość z was również ma ją za sobą. Po tylu latach dostrzegam w niej te wszystkie mankamenty i zdaję sobie sprawę z tego, że Zmierzch nie jest wspaniałym cyklem. Ale dla dwunastolatki to było coś wspaniałego i innowacyjnego. Podejrzewam, że osoby, które teraz najbardziej hejtują (bo na pewno nie krytykują) Stephanie Meyer i jej serię są byłymi największymi fanami Zmierzchu, a teraz po prostu odczuwają z tego powodu zażenowanie, które muszą jakoś ukryć pod płaszczykiem niechęci i odrazy.


Tak naprawdę niemal wszystkie książki, które czytam, można by określić mianem guilty pleasures. Tak to jest, że na powieści young adult z reguły patrzy się z góry. Zdążyłam już parę razy usłyszeć, że ten gatunek jest wręcz rakiem literatury lub ktoś nie potrafił zrozumieć, jak tak inteligentna osoba potrafi czytać coś takiego. Wyśmiewano mnie, bo to, co czytałam, było zbyt dziewczęce lub za mało intelektualne. Przez kilka chwil czułam się źle, ale później przyszedł moment zastanowienia. To, że czytam young adult, nie umniejsza mojej wiedzy. Nie sprawia też, że jako czytelnik czy człowiek jestem gorsza. Całym serduchem kocham powieści młodzieżowe i żadna krytyka nie jest w stanie mnie powstrzymać przed sięganiem po kolejne książki z tego nurtu. Więc dlaczego miałabym się wstydzić? Zdecydowałam się nie przejmować. Mam zamiar korzystać z tego, co oferuje mi gatunek young adult, niezależnie od tego, co myślą inni.
I wierzę, że to jedyny słuszny sposób. Przestań się przejmować. Nie zwracaj uwagi na opinie innych. Liczy się tylko to, co cię uszczęśliwia, a skoro uszczęśliwia cię miłość do Hugh Granta, piosenki Last Christmas Wham! czy oglądanie Pamiętników z wakacji, dlaczego masz czuć się z tego powodu winna?


To samo dotyczy innych guilty pleasures, nie tylko literatury. Będę słuchała i śpiewała na całe gardło piosenki z High School Musical czy Camp Rock, będę chodziła do kina na bajki dla dzieci z podniesioną głową, w zaciszu domowym będę płakała na filmach nakręconych na podstawie powieści Nicholasa Sparksa, mimo że są ckliwe i opierają się na tych samych schematach. Nie będę przejmowała się opiniami innych. Nie będę wstydziła się tego, co kocham. Nie czuję się winna z powodu rzeczy, które dają mi szczęście.


A Wy co sądzicie o guilty pleasures? Uznajecie ich istnienie i odczuwacie z ich powodu wstyd czy może wyrwaliście się z tego błędnego koła i wiecie, że nie warto się przejmować opiniami innych? Dajcie znać w komentarzach! Chętnie też posłucham o nieprzyjemnościach, jakie mieliście z powodu czytanej książki/oglądanego filmu/słuchanej muzyki. Narzekajcie, ile chcecie! Wydaje mi się, że to naprawdę ważny temat, bo takie zachowanie jest po prostu nie fair w stosunku do każdej osoby. Nikt nie powinien się wstydzić tego, co lubi.
Czytaj dalej »

niedziela, 16 października 2016

Zaczekaj na mnie, czyli odbudowywanie zaufania pod Koroną Północy

0
Jeżeli dobrze liczę, Zaczekaj na mnie to moja siódma książka Jennifer L. Armentrout, ale wciąż nie mam dość ani kreowanych przez nią historii, ani jej stylu. Oczywiście niektóre jej powieści są lepsze, inne gorsze, jednak ta autorka nie schodzi poniżej pewnego poziomu, dzięki czemu wiem, że każda kolejna lektura jej książki będzie udana. Nie inaczej było w wypadku Zaczekaj na mnie – jest to pierwsze New Adult napisane przez Jennifer L. Armentrout, po które sięgnęłam i choć nie dorównuje moim ulubionym seriom tej autorki, zdecydowanie jest godne uwagi.

Są rzeczy, na które warto czekać…
Dziewiętnastoletnia Avery Morgansten ma nadzieję, że po wyjeździe do college'u ucieknie od tragedii sprzed pięciu lat, która odmieniła jej życie. Szuka spokoju i zapomnienia. Nie chce zwracać na siebie uwagi, chce się uczyć. Nie wyobraża sobie miłości.
Są rzeczy, których warto doświadczyć…
Ale Cameron, chodzący ideał, metr dziewięćdziesiąt o elektryzujących błękitnych oczach, budzi w niej uczucia, z których, jak myślała, na za-wsze ją obrabowano. Których najbardziej się boi…
Są rzeczy, których nie powinno się przemilczać…
Wtedy przeszłość powraca. Zaczynają się maile i telefony z pogróżkami...
Ale są rzeczy, o które warto walczyć…
Opis z LubimyCzytać

Zaczekaj na mnie to niestety powieść-schemat. Został tutaj użyty bardzo popularny motyw z literatury New Adult, a całość potoczyła się raczej przewidywalnie. Początkowo autorka starała się trzymać w tajemnicy szczegóły trudnej przeszłości Avery, ale nie sądzę, by znalazła się choć jedna osoba, która nie domyśliła się, jak J. Lynn chce poprowadzić fabułę. To było tak oczywisty wątek, że aż rozczarowujący. Żałuję, że pisarka nie zdecydowała się go mocniej rozbudować, bo zwłaszcza po zakończeniu widać, że mogła wycisnąć z tego pomysłu o wiele więcej niż jedynie wplątać go jako mało znaczący dodatek nadający całości dramatyzmu. Przez większość czasu akcja toczyła się dość leniwie, kolejne wydarzenia zawierały w sobie subtelny wdzięk i urok, lecz brakowało w tym jakiejś porywającej iskry. Wszystko kręciło się wokół relacji Camerona oraz Avery, właściwie nie wyszliśmy poza ramy ich więzi w Zaczekaj na mnie i szczególnie mnie to zawiodło, ponieważ pojawiały się zaczątki interesujących wątków pobocznych, ale J. Lynn ucinała je niemal od razu, stawiając w całości na nieskomplikowaną historię miłosną.

Jak już wspominałam jest to już kolejna powieść tej autorki, którą przeczytałam, jednak zdumiewa mnie, jak bardzo postaci z poszczególnych serii się od siebie różnią. Avery nie jest kolejną Katy czy Laylą (chociaż z tą ostatnią ma trochę cech wspólnych), a Cameron znacząco różni się i od Daemona, i od Rotha czy Zayne'a. Po raz kolejny będę się rozpływać w zachwytach nad męską postacią wykreowaną przez Jennifer L. Armentrout, lecz mam nadzieję, że mi to wybaczycie – bo mam naprawdę dobry powód. Literatura New Adult przyzwyczaiła nas do dwóch typów bohaterów: tajemniczego, odpychającego dupka będącego złym chłopcem oraz zranionego artysty o pięknej duszy. Nie ma nikogo pomiędzy, żadnego zwykłego chłopaka z sąsiedztwa i właśnie tutaj na scenę wkracza Cam. Był tak... cudownie normalny. Co prawda musiał odpokutować jedno zdarzenie z przeszłości, ale na próżno szukać w jego kreacji sztucznej dramaturgii. To opiekuńczy, pewny siebie i twardo stąpający po ziemi młody mężczyzna, który wie, czego chce od życia i nie szczędzi wysiłku, by to dostać. W dodatku ma wspaniałe poczucie humoru, jego słowa nieustannie wywoływały szczery uśmiech. Od dłuższego czasu nie czytałam książki z takim bananem na twarzy, a to wszystko zasługa Camerona. Ta autorka po prostu tworzy wspaniałe męskie postaci i zupełnie nie jestem odporna na ich urok!

Sprawa ma się trochę inaczej z Avery, która swoim niezdecydowaniem doprowadzała mnie do szału, ale dzięki temu widać, jak wielką przemianę przeszła na przestrzeni całej historii. Na początku zmiany były niezauważalne, jednak z czasem z zahukanej, niepewnej dziewczyny przeistoczyła się w zdecydowaną młodą kobietę zdolną stawić czoła przeciwnościom losu. Trzeba było na to poczekać i w międzyczasie dała radę podjąć kilka decyzji, po których wyrywałam sobie włosy z głowy, lecz na pewno nie jest to najgorsza główna bohaterka z gatunku New Adult.

Zaczekaj na mnie to słodka, niezobowiązująca powieść. Może nie wzbudziła we mnie huraganu emocji, może nie zaliczę jej do najlepszych NA, jakie w życiu czytałam, może była zwykłą, normalną i schematyczną historią miłosną, jednak zdecydowanie zostawiła w moim serduchu ciepło, które ogrzało mnie w tę chłodną, nieprzyjazną, jesienną pogodę. To powieść na jeden wieczór, ale za to wypełniony humorem, niespodziewanym wdziękiem oraz przejmującym urokiem.


Seria Czekam na ciebie:
Zaczekaj na mnie // Zaufaj mi // Bądź ze mną // Zostań ze mną // Zapomnij ze mą // Pozwól mi pragnąć
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia