Restart to książka, którą bardzo chciałam przeczytać. Opis mnie zaintrygował i zapowiadał naprawdę dobrą zabawę, a ja uwielbiam wszelkiego rodzaju dystopie. Nie pozwoliłam książce zbyt długo leżeć na półce, bo chciałam jak najszybciej się przekonać, czy moje dobre przeczucia i tym razem się sprawdzą.
W przyszłości na terenie USA wybuchła epidemia wirusa KDH, który sprawił, że niektórzy ludzie po śmierci powracają jako restarci - są silniejsi, szybsi, zwinniejsi od każdego człowieka i posiadają zdolność samoleczenia. Im dłużej restart pozostaje martwy, tym mniej przejawia cech człowieczych, nie tylko pod względem fizycznym, ale także uczuciowym. Wren Conolly została trzykrotnie postrzelona w klatkę piersiową. Po 178 minutach powróciła do życia jako restart, będąc najdłużej martwym restartem na swoim terytorium. Nie odczuwa właściwie żadnych emocji, dzięki czemu jest najlepszym żołnierzem pracującym dla Korporacji Odnowy i Rozwoju Populacji - organizacji, która sprawuje ścisłą kontrolę nad restartami, obawiając się z ich strony buntu.
Jednym z zadań Wren 178 jest szkolenie restartów na zabójczo skutecznych żołnierzy, a wszyscy wiedzą, że jej podopieczni są najtwardsi. Najnowszy rekrut Wren jest jednak najgorszym, z jakim miała do tej pory do czynienia - Callum był martwy przez zaledwie 22 minuty, co czyni z niego praktycznie człowieka. Przejawia sobą wszystkie te cechy, którymi Wren gardzi, ma w sobie jednak coś, co sprawia, że Wren nie potrafi pozostać w stosunku do niego obojętna. A to oznacza kłopoty.
Zacznę od tego, że pomysł jest genialny. Ludzie powracający do życia nie jako jęczący pod nosem, powłóczący nogami zombie, których cała egzystencja opiera się na potrzebie zdobywania mózgu, a jako doskonalsi od człowieka pod niemal każdym względem restarci, budzi nadzieję na niezwykłą, wciągającą historię. Ta nadzieja utrzymuje się przez pierwszą część książki, która może nie jest wybitna, ale można zaliczyć ją do tych rewelacyjnych. Coraz bardziej się nakręcałam, zafascynowana przedstawionym przez autorkę światem i główną bohaterką, która miała charakterek. Dużo się działo, momentami było brutalnie, ale nie przesadnie i zapowiadało się na naprawdę wspaniałą lekturę. Aż zaczęłam się martwić tym, że książka ma tak niewiele stron i za szybko ją skończę!
Później było już tylko gorzej.
Nagle zrobiło się ckliwie, Wren stała się mdła, a ja zastanawiałam się, co się wydarzyło. Z historii, która była pełna gnającej na złamanie karku akcji, która zachwyciła mnie pomysłem i podejściem autorki do niego, zrobiło się banalne romansidło dla nastolatek, gdzie para całuje się co kilka zdań. Za dużo czułości, za mało... czegokolwiek innego. Książka całkowicie straciła na głębi, wszystko stało się przewidywalne, a Amy Tintera w wielu sprawach poszła po prostu na łatwiznę. Bohaterom udawało się wszystko, dosłownie wszystko, chociaż większość podejmowanych przez nich działań była z góry skazana na porażkę i sami nazywali to misją samobójczą. Żadnych komplikacji, żadnych przeszkód, przez co Restart zaczął wydawać się nudny, mimo że cały czas coś się działo. Zawiodła zwłaszcza końcówka. Miałam nadzieję, że punkt kulminacyjny wzbudzi wielkie emocje, że wydarzy się coś nieoczekiwanego, oczekiwałam napięcia sięgającego zenitu i zaskoczenia, a nie dostałam nic. Wszystko poszło zbyt gładko.
Zawiodłam się nie tylko na rozwoju fabuły, ale także na bohaterach. Na początku książki Wren była świetna, w końcu bohaterka z jajami! Jej zdystansowanie, obojętność, brutalność - to wszystko znajdowało odzwierciedlenie w jej czynach, nie był to tylko wymysł autorki mający przyciągnąć czytelników. Wren 178 była prawdziwą twardzielką i strasznie ją polubiłam, wydawało mi się, że w jej kreacji nie ma słabego punktu. Później pojawia się jednak Callum i wszystko się sypie. Przez pięć lat Wren nic nie czuła, a wystarczyło zaledwie kilka dni, by zaczęła się uśmiechać, czuć wstyd, smutek, wściekłość, a Callum 22 nawet wyzwolił w niej umiejętność płaczu! Z postaci, która była w stanie rozwalić dziewięciu strażników, nagle zrobiła się dziewczynka, która tylko szukała ciepła drugiego ciała i nie może przestać myśleć o Callumie, którego jednak polubiłam. Momentami był naprawdę słodki, ale w miarę rozwoju akcji także dojrzał, zmężniał, więc nie mogłam się do niego przyczepić. To taki rodzaj bohatera, który nawet jeśli jest niedopracowany, budzi twoją sympatię.
Restart miał ogromny potencjał, ale mnie rozczarował. To, co ratuje tę książkę, to pierwsza połowa, która zaskakiwała i była niezwykle wciągająca. Miała w sobie wszystko to, czego oczekiwałam i co tak bardzo lubię w dystopiach. Niestety, później mój entuzjazm słabł, a na koniec ledwie się tlił. Sięgnę po drugą część, jeśli się ukaże, ale nie będę na nią czekać z niecierpliwością.
Restart miał ogromny potencjał, ale mnie rozczarował. To, co ratuje tę książkę, to pierwsza połowa, która zaskakiwała i była niezwykle wciągająca. Miała w sobie wszystko to, czego oczekiwałam i co tak bardzo lubię w dystopiach. Niestety, później mój entuzjazm słabł, a na koniec ledwie się tlił. Sięgnę po drugą część, jeśli się ukaże, ale nie będę na nią czekać z niecierpliwością.
6/10