Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Susan Dennard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Susan Dennard. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 listopada 2018

Wiatrodziej, czyli pozbądźmy się głównego bohatera i książka będzie dobra

0
Prawdodziejka to książka, która wzbudziła we mnie mieszane uczucia – z jednej strony była całkiem w porządku, ale z drugiej nie zaskoczyła mnie niczym nowym. Tuż po przeczytaniu byłam zadowolona z lektury, lecz wraz z mijającymi miesiącami moja sympatia do niej malała, po czym nagle została rozpalona po wydaniu Wiatrodzieja, którego strasznie chciałam przeczytać. Dzisiaj przychodzę do was z recenzją drugiego tomu Czaroziem i mogę wam powiedzieć, że Susan Dennard znowu wzbudziła we mnie bardzo mieszane odczucia swoją powieścią. 

Życie Merika nie jest łatwe. Niedawno stracił najlepszego przyjaciela, a do tego właśnie spłonął jego okręt. Za wszystkim stoi jego siostra, Vivia, która za wszelką cenę chce się pozbyć młodego księcia i zasiąść na tronie. Czy wiatrodziej wyjdzie z tego starcia cało? Czaroziemie opanowuje wojna. Nubreveni pokładają nadzieję w tajemniczej postaci – Furii, ale Vivia nie ma zamiaru w nią uwierzyć.
Safi i Iseult, więziosiostry, wpadły w nie lepsze kłopoty. Przyjaciółki znowu zostały rozdzielone i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się jeszcze spotkają. Safi towarzyszy cesarzowej, a piekielni bardowie depczą im po piętach. Każdy chce mieć potężną prawdodziejkę po swojej stronie. Jej moc może zdecydować o powodzeniu w politycznych rozgrywkach. Iseult po raz kolejny musi się zmierzyć z krwiodziejem. A może powinna mu zaufać?
Opis z LubimyCzytać

Zauważyłam u siebie pewną prawidłowość, jeśli chodzi o tę serię – za każdym razem najmniej podoba mi się główna narracja. W Prawdodziejce głos przypadał przede wszystkim Safi i najciężej było mi przebrnąć przez rozdziały z jej perspektywy; w Wiatrodzieju naszym pierwszoplanowym narratorem staje się Merik i dla odmiany to jego losy najmniej mnie interesowały, a Safi udało się wkraść w moje łaski. Mam nadzieję, że ta tendencja się nie utrzyma, bo kolejne tomy będą opisywane z perspektywy Iseult i Aeduana, czyli moich ulubieńców, dla których w ogóle mam zamiar dalej czytać tę serię, więc nie zniosę, jeśli ich wątki zaczną mnie nudzić. Ponieważ o ile jeszcze w pierwszej części losy tej czwórki były ze sobą dość mocno związane i przewaga Safi nie była tak wyczuwalna, dzięki czemu całość była dla mnie zachowana na równym poziomie, o tyle w Wiatrodzieju główną osią wszystkich wydarzeń stał się wątek Merika i poświęcono mu najwięcej stron, a historia księcia była nużąca i mało zajmująca. Nie obchodziło mnie, co się z nim stanie i według mnie, w ostatecznym rozrachunku, większość sytuacji, które przytrafiły się Merikowi, były kompletnie niepotrzebne i nie popchnęły fabuły specjalnie do przodu, dopiero sam koniec książki zapewnił jakiś materiał, z którym Dennard będzie mogła pracować w kolejnym tomie. Teraz, patrząc całościowo na historię przedstawioną w Wiatrodzieju, muszę powiedzieć, że tak naprawdę niewiele się tutaj wydarzyło. Przez to, że każdy z naszych bohaterów znajduje się na innym obszarze Czaroziem, autorka mogła sobie pozwolić na kluczenie i lanie wody, przez co zwrotów akcji i znaczących wydarzeń jest stosunkowo niewiele. Dopiero w końcówce Susan Dennard pozwoliła sobie na wprowadzenie, nowych intrygujących wątków, które mają duży potencjał, zostawiły nas jednak z większą ilością pytań niż odpowiedzi.

Co do samych bohaterów, powiem to jeszcze raz – Iseult i Aeduan są moimi faworytami, bo są najbardziej wielowymiarowi, skomplikowani i intrygujący, a w tej części autorka jeszcze bardziej ich rozwinęła, sprawiając, że jestem nimi niezmiennie zachwycona i już nie mogę się doczekać kolejnych książek tylko dlatego, że koniecznie muszę się dowiedzieć, jak rozwinie się ich wątek! Pomiędzy Iseult a Aeduanem pojawiła się tak subtelna, krucha, ale piękna nić porozumienia, że wciąż jestem oczarowana i zafascynowana głębią tej relacji. W ich życiu zaszły też dość poważne zmiany, zwłaszcza jeśli chodzi o Iseult, dlatego jestem bardzo ciekawa, jak wpłynie to na kreację tych bohaterów, wierzę jednak, że może być tylko lepiej, bo są wprost niesamowici! Safiya wreszcie przestała mnie irytować, co stanowczo możemy zaliczyć na plus, ba!, pojawiła się u mnie nawet cień sympatii do prawdodziejki. Natomiast Merik... Merik jest tak nudny, nieogarnięty  i denerwujący, że za każdym razem, gdy pojawiał się rozdział z jego perspektywy, nieprzypadkowo odkładałam książkę na bok, przez co przeczytanie Wiatrodzieja, zamiast dwa, trzy dni, zajęło mi prawie trzy tygodnie. Ktoś powinien nim porządnie potrząsnąć, ale nasz książę ma klapki na oczach i jest tak arogancki, że nie dostrzega oczywistych rzeczy podsuniętych mu pod nos. W tym tomie pojawiło się mnóstwo nowych postaci, które z biegiem wydarzeń udało nam się bliżej poznać i powiem wam, że jak na razie jestem bardzo zainteresowana cesarzową Vanessą czy Rzeźbimieszkiem. Przy okazji mam dobrą wiadomość dla tych, którzy nie przepadają za romansem – w tym tomie właściwie go nie uświadczyliśmy! Pojawiają się jakieś przebłyski, ale są tak niewielkie i subtelne, że można spokojnie uznać, iż Wiatrodziej jest pozbawiony wątku romantycznego.

Na zakończenie nie wiem, co mogę wam powiedzieć. Ta seria nie jest wybitna. Momentami jest nużąca i Wiatrodziej zdecydowanie nie spełnił moich oczekiwań, ale i tak z utęsknieniem wypatruję trzeciej części... Wykreowany przez autorkę świat z każdym tomem staje się coraz ciekawszy, poznajemy coraz większe grono intrygujących bohaterów i spajające ich tajemnice, intrygi stają się coraz bardziej skomplikowane, a Iseult i Aeduan to po prostu cud, miód i orzeszki... Ale czegoś brakuje w tej serii. Nie porywa, nie sprawia, że serce bije mi szybciej z emocji, nie zaskakuje, a choć trup ścieli się gęsto i krew leje się strumieniami, Wiatrodziej nie jest w nawet najmniejszym stopniu ekscytujący. Trudno mi tak naprawdę powiedzieć, czy polecam Wam tę serię; ja sama jestem masochistką i na pewno kolejny tom kupię.


Seria Czaroziemie:
Prawdodziejka // Wiatrodziej // Bloodwitch // ...
Czytaj dalej »

sobota, 22 października 2016

Prawdodziejka, czyli historia o sile przyjaźni

0
Do Prawdodziejki Susan Dennard podchodziłam zaskakująco sceptycznie. Miałam wiele obaw przed sięgnięciem po tę powieść i nawet rekomendacja jednej z moich ulubionych autorek na okładce nie była w stanie mnie zmusić do optymistycznego spojrzenia na tę książkę. Nie jestem pewna, czy w ogóle sięgnęłabym po Prawdodziejkę, gdyby nie pojawiła się w Epikboxie i popełniłabym ogromny błąd, bo okazała się być porywającą lekturą!

Safiya i Iseult to więziosiostry, które często pakują się w tarapaty. Niespodziewanie ich życie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, a one muszą opuścić swój dom, by uciec od przeznaczenia, które czeka je w mieście. Safi jest niezwykle rzadką wiedźmą, która potrafi rozróżnić prawdę od kłamstwa – nikt nie może się o tym dowiedzieć, w przeciwnym razie prawdodziejka zostanie wykorzystana jako narzędzie między walczącymi ze sobą imperiami, gdy dwudziestoletni rozejm dobiegnie końca. Iseult z kolei pochodzi ze znienawidzonego koczowniczego ludu Nomatsów. Odrzucona przez inne nacje z powodu swoich hebanowych włosów oraz skośnych oczu, wygnana z własnego plemienia przez swoje magicznych braki jako więziodziejki, zna jedynie życie u boku Safi. Przyjaciółki nie spodziewają się jednak, jak wielką rolę przyjdzie im odegrać w losie ich upadającego świata. 

Początek był dla mnie naprawdę trudny do przejścia. Nie do końca odpowiadał mi styl pisania Susan Dennard, wszystko wydawało mi się strasznie chaotyczne. Męczyłam się zwłaszcza przez pierwsze pięćdziesiąt stron Prawdodziejki, bo między pędzącą do przodu akcję autorka wplotła dziwne nazwy konieczne do zrozumienia wykreowanego świata bez dokładnych wyjaśnień i wszystko mi się ze sobą mieszało. Nie wiedziałam, czy powinnam skupić się na kolejnych zaskakujących wydarzeniach, czy jednak poświęcić więcej czasu na zrozumienie magicznej rzeczywistości. Według mnie dużym ułatwieniem byłby jakiś słowniczek, który zawierałby odpowiednie wytłumaczenie danego terminu, niestety jednak jesteśmy zdani sami na siebie. Susan Dennard wrzuciła nas na głęboką wodę już od pierwszego zdania, jednak kiedy całe szaleństwo i gorączkowość pierwszych pięćdziesięciu stron poszły w niepamięć, zaczęłam naprawdę mocno ekscytować się lekturą Prawdodziejki. Czytanie tej powieści to jedna, wielka, nieprzewidywalna przygoda, która mocno wciąga.

Opisy akcji były porywające i dynamiczne, a w dodatku z wyczuciem zostały zrównoważone przez informacje dotyczące Czaroziem oraz panujących na nich praw, chociaż nie ukrywam, że obraz świata wydaje mi się być wciąż niepełny. Mimo to pozostaje intrygujący. Rzeczywistość wykreowana przez Susan Dennard kryje w sobie niezrównany potencjał i liczę na to, że z kolejnymi tomami będzie się pięknie rozrastać na naszych oczach. Zostało mnóstwo do odkrycia i wydaje mi się, że autorka doskonale zdaje sobie z tego sprawę, więc czekam na asy, które znajdują się w jej rękawie. Zwłaszcza że ma duże pole do popisu ze względu na cztery perspektywy występujące w powieści. Naszymi narratorami zostały nie tylko Safiya oraz Iseult, ale także Merik, książę-admirał upadającego, cierpiącego głodu królestwa i Aeduan, mnich z zakonu szkolącego w zabijaniu będący krwiodziejem posiadającym przerażającą moc. Z reguły faworyzuję którąś z perspektyw, jednak każda z nich była tak fascynująca, że z przyjemnością oddawałam się danej narracji, bo każdy z bohaterów oferował zupełnie coś innego. 

Prawdodziejka jest reklamowana jako powieść, gdzie głównym wątkiem jest przyjaźń między głównymi bohaterkami i pod tym względem nie zostałam zawiedziona. Więź Safi oraz Iseult została pięknie przedstawiona oraz odpowiednio wyeksponowana na tle innych wątków. Oddzielnie dziewczęta podejmowały głupie decyzje i zdarzało się, że wywoływały u mnie zgrzyt zębów, ale razem stanowiły duet nie do pokonania, wydobywały z siebie nawzajem te najlepsze cechy i od razu sympatia do nich wzrastała nawet dziesięciokrotnie. Bardzo się cieszę, że Susan Dennard uczyniła z ich przyjaźni tak wartościowy wątek, bo zdecydowanie brakowało mi powieści, w której podobnie silna więź grałaby pierwsze skrzypce. Autorce udało się z nich obu uczynić mocne osobowości, choć w zupełnie inny sposób i początkowo sądziłam, że któraś z nich bardziej przypadnie mi do gustu, lecz zostały tak błyskotliwie wykreowane, że każda z nich oczarowała mnie na swój własny sposób. Safi jest nieokiełznana, uparta, ekspresyjna i lekkomyślna, a Iseult niezwykle powściągliwa, rozważna oraz wycofana. Każda z nich ma swoje wady i zalety, każda poszukuje własnej ścieżki i zmaga się z innymi problemami, jednak zawsze może liczyć na swoją więziosiostrę. Są niesamowicie różne, ale priorytetem zawsze jest dla nich przyjaciółka i to było ogromnie inspirujące.

To nie jest nawet ułamek tego, co chciałabym powiedzieć wam o Prawdodziejce. To była tak złożona, skomplikowana, a jednocześnie przyjemna lektura, że trudno mi w krótkim poście zawrzeć wszystkie moje odczucia. Jedno jest pewne – ta powieść ma szansę rozrosnąć się do serii, która na dłużej zadomowi się w moim serduchu. Po przebrnięciu przez trudny początek było już tylko lepiej, a jeśli Susan Dennard utrzyma tę tendencję, spodziewam się naprawdę interesującej, błyskotliwej serii fantasy z natłokiem szalonej akcji, która porwie czytelnika. Prawdodziejka dość niespodziewanie dla mnie stała się jedną z lepszych książek, które przeczytałam tej jesieni i nie mogę się doczekać, by dorwać drugą część w swoje ręce!


Seria Czaroziemie:
Prawdodziejka // Wiatrodziej // ...
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia