wtorek, 23 sierpnia 2016

Promyczek, czyli światełko na końcu tunelu

Już wielokrotnie przyznawałam Wam się do tego, że do książek wychwalanych pod niebiosa przez kolejnych bloggerów podchodzę z dużą dozą dystansu. Więcej razy się na nich sparzyłam, niż zakochałam i może stąd wynika moja ostrożność. Czasem jednak warto wyjść ze swojej strefy komfortu i po prostu zaryzykować, by potem poznać jedną z najbardziej zaskakujących i zarazem najcudowniejszych historii, jakie kiedykolwiek zostały napisane. Promyczek jest tak wspaniały i tak mocno na mnie wpłynął, że nie będę w stanie użyć odpowiednich słów, by opisać to, co czuję, ale postaram się. Bo chcę, by jak największa liczba osób zapoznała się z tą powieścią i straciła dla niej serce tak jak ja. 

Życie Kate Sedgwick nigdy nie było bezbarwne. Dziewczyna pomimo problemów i tragedii zachowała pogodę ducha – nie bez powodu jej przyjaciel Gus nazywa ją Promyczek. Kate jest pełna życia, bystra, zabawna, ma również wybitny talent muzyczny. Nigdy jednak nie wierzyła w miłość. Właśnie dlatego – gdy wyjeżdża z San Diego by studiować w Grant, małym miasteczku w Minnesocie – kompletnie nie spodziewa się, że przyjdzie jej pokochać Kellera Banksa.
Oboje to czują.
Oboje mają powód, by z tym walczyć.
Oboje skrywają tajemnice.
Kiedy wyjdą one na jaw, mogą uzdrowić…
Mogą również zniszczyć.
Opis LubimyCzytać

Promyczek nie jest typową powieścią New Adult, więc jeżeli macie w głowie obraz namiętnego romansu dwójki bohaterów poznaczonych przez blizny z przeszłości, natychmiast wyrzućcie go z głowy! Co prawda Kim Holden sięgnęła po kilka schematów charakterystycznych dla tego gatunku, ale nigdy nie przedstawiła ich wprost, posługiwała się niedopowiedzeniami i wskazówkami, które bardzo powoli budowały odpowiednią atmosferę. Jeśli jednak miałabym krótko scharakteryzować fabułę tej powieści, najlepiej byłoby powiedzieć, że jest to historia o życiu. O czerpaniu garściami z chwili obecnej, o docenianiu małych rzeczy, okruchów szczęścia, jakie niesie nam codzienność, o nieprzewidywalności i niesprawiedliwości losu, o walczeniu o swoje marzenia mimo wszystko, o trzymaniu się nadziei nawet w najmroczniejszych momentach istnienia.

W Promyczku urzekła mnie główna bohaterka i nie można napisać recenzji o tej książce, nie wspominając o optymistycznej, pełnej życia Kate, która wszystkich obdarowywała swoim ciepłem oraz miłością, szukając dobra w każdej osobie. Równie energicznej, trochę impulsywnej i zwariowanej bohaterki na próżno szukać w wydawanych obecnie powieściach i jej postać wniosła mnóstwo świeżości. Moim najnowszym mottem, którym kieruję się od czasu przeczytania Promyczka, jest: co by na moim miejscu zrobiła Kate? Bo chcę tak jak ona cieszyć się życiem, tak jak ona znosić przeciwności losu.

Kolejnym elementem, który pokochałam całym swoim zmaltretowanym serduchem, jest pewna relacja. I nie mówię tutaj o uroczym wątku romantycznym, który notabene był bardzo subtelnie wpleciony w całość i stanowił zaledwie tło dla wydarzeń. Mówię o niesamowitej przyjaźni Kate i Gusa, która była tak autentyczna, głęboka i realna, że wciąż mam ciarki, gdy tylko pomyślę o tej dwójce. To, jak się o siebie troszczyli, jak wiedzieli o sobie wszystko i wspaniale się uzupełniali... Ich więź poruszyła we mnie najczulsze struny, o których istnieniu zdążyłam już zapomnieć.

Nie będę ukrywać – Promyczek jednocześnie niszczy i scala, doprowadza do łez i śmiechu. Jeszcze nigdy od razu po zakończeniu lektury nie czułam takiej potrzeby, by od razu zabrać się za nią ponownie i dać się wchłonąć całej historii po raz kolejny, mimo że każda kolejna scena powoli roztrzaskiwała moją duszę. Istnieją jednak historie warte bólu i Promyczek jest jedną z nich. To było wzruszające. Miażdżące. Emocjonalne. Wstrząsające. Piękne. Euforyczne. Inspirujące.  

Po zakończeniu tej powieści zapragnęłam coś zmienić. Promyczek wpłynął na mnie w sposób, jakiego zupełnie się nie spodziewałam, stając się dla mnie jednym z najbardziej bezcennych doświadczeń czytelniczych w tym roku. Przeżyłam to zakończenie tak mocno, że nawet po kilku dniach na samą myśl o Promyczku w oczach stawały mi łzy i czułam ścisk w gardle, ale jednocześnie pojawiała się potrzeba, by stać się lepszym człowiekiem. Jeśli nie to jest wyznacznikiem wartościowej lektury, to ja już nie wiem, co nim jest. To jedna z najpiękniejszych historii, jakie czytałam w życiu i chociaż złamała mnie, rozbiła na kawałeczki, po prostu zniszczyła, jednocześnie napełniła mnie optymizmem oraz nadzieją. Ta książka była tak dobra, że przypomniała mi, dlaczego kocham czytanie. Tak dobra, że nie potrafię Wam opisać swoich uczuć, bo słowa to w tym przypadku za mało. Tak dobra, że czuję ucisk w piersi, gdy tylko o niej pomyślę, ale także pewnego rodzaju wyzwolenie. Promyczek to mały cud, który trzymałam w rękach.


To historyczna chwila. Wiecie dlaczego? Bo nigdy nie dawałam książkom 10. Zawsze dawałam 9, to była taka moja gwarancja bezpieczeństwa na wypadek, gdyby znalazła się powieść, która będzie znaczyła dla mnie więcej niż inne, która dosłownie wstrząśnie moim światem. Promyczkowi się to udało.

Jestem emocjonalnym wrakiem. Tyle mam do powiedzenia.

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia