Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Amber. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Amber. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 lutego 2019

Konkurs, czyli jak odrzucić oczekiwania innych i pokochać siebie

0
Konkurs wpadł mi w ręce zupełnie przypadkiem, jeszcze zanim usłyszałam o Kluseczce, czyli netfliksowej produkcji na podstawie tej książki. Film wciąż przede mną, ale lekturę mam już za sobą i dzisiaj chciałabym się z wami podzielić moją opinią na temat tej powieści, bo zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Szesnastoletnia Willowdean zawsze akceptowała swoje ciało, choć mama, zwyciężczyni konkursu piękności, nazywała ją "Kluską". Wspierana przez przyjaciółkę, uosobienie amerykańskiej urody,i ciotkę z potężną nadwagą, nie zwracała uwagi na to, ile sama waży. Była w porządku. Aż spotkała przystojnego chłopaka, który jej się spodobał i, co ważniejsze, któremu ona też się spodobała. Zakochała się i wtedy straciła pewność siebie. Żeby ją odzyskać, postanawia zrobić najbardziej przerażającą rzecz, jaka przychodzi jej do głowy: wziąć udział w stanowym konkursie piękności!
Opis z LubimyCzytać

Uwielbiam Konkurs za to, że nie moralizuje, nie idealizuje i nie fałszuje rzeczywistości; jest za to pełną humoru, uczciwą i pozytywną powieścią o poczuciu własnej tożsamości i pokochaniu siebie. Mnóstwo jest historii o grubaskach, które przechodzą niesamowitą przemianę wewnętrzną jak za pstryknięciem palców, tymczasem ta książka absolutnie nie jest tego typu historią. Kiedy poznajemy Willowdean, dziewczyna akceptuje siebie taką, jaką jest. Jej matka jest królową piękności, większość dziewcząt w wieku głównej bohaterki marzy jedynie o koronie miss i to mogłoby wpłynąć deprymująco na osobę przy kości, która wyróżnia się w tym tłumie, ale Willowdean zna swoją wartość i to jest piękne. Jednocześnie jest przy tym ludzka i nie udaje, że wszystko jest zawsze w stu procentach świetne i cudowne – chociaż stara się kochać i akceptować siebie, jej również zdarzają się gorsze chwile, kiedy zaczyna wątpić w siebie albo próbuje się dowartościować czyimś kosztem. Willowdean to postać z krwi i kości, popełnia błędy i się na nich uczy, doświadcza zarówno zwycięstw, jak i porażek i uważam, że autorce należą się ogromne brawa za wykreowanie postaci, którą nie zawsze będziemy lubić za podejmowane przez nią wybory lub złośliwe słowa, ale za to zawsze będziemy ją podziwiać.

Kiedy Willowdean decyduje się wziąć udział w konkursie piękności, podąża za nią grupka niedopasowanych dziewczyn, które według społecznych standardów piękna nie mają najmniejszych szans w wyborach. Nie jest to może jakiś wyszukany pomysł, ale już kryjąca się za tym intencja jest jak najbardziej oryginalna, jeśli chodzi o tego typu historie – Will nie planuje bowiem krucjaty, próbując ośmieszyć wzorcowe kanony utrwalone w społeczeństwie, nie jest to też jej sposób na zyskanie pewności siebie, bo ma jej wystarczająco dużo, nie próbuje też nikomu niczego udowodnić ani się zmienić i to jest cudowne. Mam wrażenie, że we współczesnych czasach za bardzo na siłę staramy się odnaleźć jakieś znaczenie, przypisać czemuś etykietę, a przecież jest to zupełnie niepotrzebne i często niezgodne z prawdą. Jeśli jesteście jednak nastawieni negatywnie do tej historii, bo spodziewacie się niekończącego się potoku przygotowań do finału konkursu piękności, to muszę was wyprowadzić z błędu – zawody są zaledwie tłem, delikatnym rysem. Julie Murphy w swojej książce o wiele bardziej skupiła się na losach poszczególnych bohaterów, stopniowo odkrywając historie, wydawałoby się niepozornych, przeciętnych osób, o niespełnionych marzeniach, samotności i uprzedzeniach. A to wszystko jest okraszone cudowną, małomiasteczkową atmosferą, w której można się zakochać. 

Nie spodziewałam się, że Konkurs tak bardzo mi się spodoba! Może nie jest to porywająca lektura, gdzie nawarstwiają się kolejne intrygi, a zwroty akcji wbijają w fotel, ale jest to niezwykle życiowa opowieść. Niekoniecznie o samoakceptacji, czego moglibyśmy się spodziewać po książce z dziewczyną z pokaźną nadwagą jako główną bohaterką, raczej o poszukiwaniu dystansu, który pozwala odrzucić strach przed byciem ocenianym przez innych, wyciszyć złośliwy głosik zachęcający do porównywania się z innymi i po prostu dobrze czuć się w swojej skórze. Konkurs nie jest ani przesadnie uroczy, ani prześmiewczy – to ciepła historia, która ukazuje wycinek z życia nastolatki zmagającej się z niesprawiedliwymi stereotypami i słabościami, a chociaż nie powala na kolana, ma w sobie dość, by podtrzymać zainteresowanie czytelnika.

★★★★★★☆☆☆☆
Czytaj dalej »

niedziela, 16 października 2016

Zaczekaj na mnie, czyli odbudowywanie zaufania pod Koroną Północy

0
Jeżeli dobrze liczę, Zaczekaj na mnie to moja siódma książka Jennifer L. Armentrout, ale wciąż nie mam dość ani kreowanych przez nią historii, ani jej stylu. Oczywiście niektóre jej powieści są lepsze, inne gorsze, jednak ta autorka nie schodzi poniżej pewnego poziomu, dzięki czemu wiem, że każda kolejna lektura jej książki będzie udana. Nie inaczej było w wypadku Zaczekaj na mnie – jest to pierwsze New Adult napisane przez Jennifer L. Armentrout, po które sięgnęłam i choć nie dorównuje moim ulubionym seriom tej autorki, zdecydowanie jest godne uwagi.

Są rzeczy, na które warto czekać…
Dziewiętnastoletnia Avery Morgansten ma nadzieję, że po wyjeździe do college'u ucieknie od tragedii sprzed pięciu lat, która odmieniła jej życie. Szuka spokoju i zapomnienia. Nie chce zwracać na siebie uwagi, chce się uczyć. Nie wyobraża sobie miłości.
Są rzeczy, których warto doświadczyć…
Ale Cameron, chodzący ideał, metr dziewięćdziesiąt o elektryzujących błękitnych oczach, budzi w niej uczucia, z których, jak myślała, na za-wsze ją obrabowano. Których najbardziej się boi…
Są rzeczy, których nie powinno się przemilczać…
Wtedy przeszłość powraca. Zaczynają się maile i telefony z pogróżkami...
Ale są rzeczy, o które warto walczyć…
Opis z LubimyCzytać

Zaczekaj na mnie to niestety powieść-schemat. Został tutaj użyty bardzo popularny motyw z literatury New Adult, a całość potoczyła się raczej przewidywalnie. Początkowo autorka starała się trzymać w tajemnicy szczegóły trudnej przeszłości Avery, ale nie sądzę, by znalazła się choć jedna osoba, która nie domyśliła się, jak J. Lynn chce poprowadzić fabułę. To było tak oczywisty wątek, że aż rozczarowujący. Żałuję, że pisarka nie zdecydowała się go mocniej rozbudować, bo zwłaszcza po zakończeniu widać, że mogła wycisnąć z tego pomysłu o wiele więcej niż jedynie wplątać go jako mało znaczący dodatek nadający całości dramatyzmu. Przez większość czasu akcja toczyła się dość leniwie, kolejne wydarzenia zawierały w sobie subtelny wdzięk i urok, lecz brakowało w tym jakiejś porywającej iskry. Wszystko kręciło się wokół relacji Camerona oraz Avery, właściwie nie wyszliśmy poza ramy ich więzi w Zaczekaj na mnie i szczególnie mnie to zawiodło, ponieważ pojawiały się zaczątki interesujących wątków pobocznych, ale J. Lynn ucinała je niemal od razu, stawiając w całości na nieskomplikowaną historię miłosną.

Jak już wspominałam jest to już kolejna powieść tej autorki, którą przeczytałam, jednak zdumiewa mnie, jak bardzo postaci z poszczególnych serii się od siebie różnią. Avery nie jest kolejną Katy czy Laylą (chociaż z tą ostatnią ma trochę cech wspólnych), a Cameron znacząco różni się i od Daemona, i od Rotha czy Zayne'a. Po raz kolejny będę się rozpływać w zachwytach nad męską postacią wykreowaną przez Jennifer L. Armentrout, lecz mam nadzieję, że mi to wybaczycie – bo mam naprawdę dobry powód. Literatura New Adult przyzwyczaiła nas do dwóch typów bohaterów: tajemniczego, odpychającego dupka będącego złym chłopcem oraz zranionego artysty o pięknej duszy. Nie ma nikogo pomiędzy, żadnego zwykłego chłopaka z sąsiedztwa i właśnie tutaj na scenę wkracza Cam. Był tak... cudownie normalny. Co prawda musiał odpokutować jedno zdarzenie z przeszłości, ale na próżno szukać w jego kreacji sztucznej dramaturgii. To opiekuńczy, pewny siebie i twardo stąpający po ziemi młody mężczyzna, który wie, czego chce od życia i nie szczędzi wysiłku, by to dostać. W dodatku ma wspaniałe poczucie humoru, jego słowa nieustannie wywoływały szczery uśmiech. Od dłuższego czasu nie czytałam książki z takim bananem na twarzy, a to wszystko zasługa Camerona. Ta autorka po prostu tworzy wspaniałe męskie postaci i zupełnie nie jestem odporna na ich urok!

Sprawa ma się trochę inaczej z Avery, która swoim niezdecydowaniem doprowadzała mnie do szału, ale dzięki temu widać, jak wielką przemianę przeszła na przestrzeni całej historii. Na początku zmiany były niezauważalne, jednak z czasem z zahukanej, niepewnej dziewczyny przeistoczyła się w zdecydowaną młodą kobietę zdolną stawić czoła przeciwnościom losu. Trzeba było na to poczekać i w międzyczasie dała radę podjąć kilka decyzji, po których wyrywałam sobie włosy z głowy, lecz na pewno nie jest to najgorsza główna bohaterka z gatunku New Adult.

Zaczekaj na mnie to słodka, niezobowiązująca powieść. Może nie wzbudziła we mnie huraganu emocji, może nie zaliczę jej do najlepszych NA, jakie w życiu czytałam, może była zwykłą, normalną i schematyczną historią miłosną, jednak zdecydowanie zostawiła w moim serduchu ciepło, które ogrzało mnie w tę chłodną, nieprzyjazną, jesienną pogodę. To powieść na jeden wieczór, ale za to wypełniony humorem, niespodziewanym wdziękiem oraz przejmującym urokiem.

★★★★★★☆☆☆☆

Seria Czekam na ciebie:
Zaczekaj na mnie // Zaufaj mi // Bądź ze mną // Zostań ze mną // Zapomnij ze mą // Pozwól mi pragnąć
Czytaj dalej »

poniedziałek, 8 lutego 2016

Niebo jest wszędzie, czyli próba poradzenia sobie ze stratą ukochanej siostry

33
Jandy Nelson to autorka, która szturmem zdobyła polski rynek wydawniczy swoją powieścią Oddam ci słońce. Ja mam ją jeszcze przed sobą, ale za to skorzystałam z okazji, by zabrać się za debiut pisarki - Niebo jest wszędzie.

Lennie z trudem próbuje uporać się ze śmiercią swojej starszej, ukochanej siostry, Bailey. Wciąż rozpaczliwie chwyta się ostatnich znaków jej obecności, dlatego coraz więcej czasu spędza z chłopakiem zmarłej siostry, Tobym. Tylko przy nim jej ból wydaje się być mniejszy, tylko on wydaje się rozumieć jej stratę. Lennie i Toby zaczynają się do siebie niebezpiecznie zbliżać, a wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy w szkole pojawia się nowy uczeń, Joe, który sprawia, że dziewczyna jest w stanie na kilka chwil zapomnieć o Bailey. Jednak czy Lennie ma jeszcze prawo do szczęścia, skoro nie może się nim dzielić z siostrą?

Niebo jest wszędzie to książka trudna do oceny, bo jest pełna sprzeczności - tuż koło pięknych, podniosłych metafor występuje młodzieżowy slang. Z jednej strony jest skomplikowana i unikatowa, z drugiej przewidywalna i momentami banalna. Winą za to można obarczyć fakt, że jest to debiutancka powieść autorki, dlatego posiłkowała się znanym schematem, w którym to ta ładniejsza, bardziej radosna i pragnąca być w centrum uwagi siostra umiera, a ta, która wciąż żyje, ma z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia i szuka ukojenia w ramionach ukochanego siostry. Prawda, że brzmi znajomo? Ale mimo tak oczywistego wykorzystania szablonu, Niebo jest wszędzie pozostaje książką interesującą i wyróżniającą się na tle pozostałych. Wiersze, które Lennie pisze na przypadkowych skrawkach papieru, kubkach po kawie czy nawet ryje w drewnie są fantastyczne i stanowią jeden z najpiękniejszych punktów książki. Pokazują tęsknotę dziewczyny za siostrą dużo lepiej niż jej pozbawione sensu, momentami irytujące zachowanie, uwielbiałam je czytać i zakochałam się w samym pomyśle słów pełnych bólu wymykających się wprost z wnętrza, które musiały zostać natychmiast utrwalone.

Kreacja bohaterów również bardzo mi się podobała. Rodzina Lennie jest zdrowo szurnięta, nie do końca w pozytywnym tego stopnia znaczenia, ale te dziwactwa sprawiły, że obdarzyłam ich ogromną sympatią i współczuciem. Mimo faktu, że Niebo jest wszędzie opowiada głównie o próbie poradzenia sobie z żałobą, która dotknęła niemal całą okolicę bez wyjątku, Gram oraz Big swoim wariactwem wnoszą nieco humoru do książki. Polubiłam również najlepszą przyjaciółkę głównej bohaterki, Sarę, która jest prawdziwa we wszystkim, co robi i stara się wspierać Lennie najlepiej, jak potrafi, chociaż w głównej mierze moją przychylność zapewniła sobie image'em
"gotogrungepunkhippirockemotrashmetalowegomodowegofrikamózgowcazchcicąnachłopakówwalniętąhiphopowąrastamankę" (mam nadzieję, że wszyscy mnie docenią za przepisanie tego słowa z książki). Jednak to Joe jest postacią, która skradła całe show i w którym prawdopodobnie każda czytelniczka zdążyła się już zakochać. Wprowadził nie tylko uśmiech, radość, kolor i życie do domu Lennie, ale także do całej książki i nie ma ani jednej rzeczy, którą chciałabym w nim zmienić.

Natomiast mnóstwo rzeczy zmieniłabym w Lennie. Co zaskakujące, nie jest to postać zła, przynajmniej jak na główną bohaterkę. To zwyczajna dziewczyna, która ma głowę na karku i jest odpowiedzialna, ale przy tym nie wie, czego chce od życia, zwłaszcza po stracie Bailey. Możemy oglądać, jak powoli rozkwita, wychodzi ze swojej skorupy i daje sobie prawo do szczęścia nawet po śmierci siostry, jednak trudno odczuwać do Lennie sympatię po tym, co wydarzyło się między nią a Tobym, którego od początku nie lubiłam. Byłam zniesmaczona ich zażyłą relacją, która wytworzyła się na fundamencie cierpienia, bo choć Jandy Nelson próbowała to jakoś usprawiedliwić, do mnie jej wytłumaczenie nie trafiło. Lennie po prostu była egoistką i lubiła się nad sobą użalać, ignorując fakt, że inni cierpią tak samo jak ona.

Niebo jest wszędzie to przede wszystkim książka prawdziwa, która pokazuje, jak tragedia może oddziaływać na życie wielu osób. Czasami w sposób niemal absurdalny okazują swoją żałobę, ale każdy musi znaleźć swój własny sposób na poradzenie sobie z rzeczywistością, w której nie ma ukochanej osoby. To książka wzbudzająca emocje, jednocześnie wzruszająca i niezwykle subtelna. Może gdyby nie fakt, że Kochani, dlaczego się poddaliście? (wciąż się wzdrygam na myśl o tej książce) przeczytałam jako pierwsze i mam ogromny uraz do podobnego schematu, Niebo jest wszędzie otrzymałoby wyższą ocenę. Może. Bo mimo niewątpliwych zalet pojawiających się w całej książce, która jest delikatna niczym mgiełka, nie mogę przymknąć oka na zgrzyty i wtórność tematu. Dostrzegam jednak ogromny potencjał w twórczości Jandy Nelson, dlatego nie mogę się doczekać chwili, kiedy sięgnę po Oddam ci słońce.

7/10
Czytaj dalej »

niedziela, 6 grudnia 2015

Kochani, dlaczego się poddaliście? - czyli rozliczenie z przeszłością za pomocą listów

32
Moja przygoda z tą książką miała swoje wzloty i upadki. Zaczęłam czytać Kochani, dlaczego się poddaliście?, przebrnęłam przez jakieś trzydzieści stron i zniesmaczona odłożyłam powieść na bok, zirytowana, że popełniłam błąd i zdecydowałam się ją przeczytać. Nie poddałam się jednak i wróciłam do niej, zdeterminowana, aby ją skończyć, zrecenzować i jak najszybciej o niej zapomnieć. Już po tym wstępie możecie się spodziewać, że różowo nie było, a to zaledwie wierzchołek góry lodowej. 

Szesnastoletnia Laurel nie może pogodzić się ze śmiercią swojej starszej, ukochanej siostry. Próbując zrozumieć własne uczucia, zaczyna pisać listy do ludzi, których podziwiała, a którzy odeszli w tragiczny sposób, zostawiając po sobie rysę w duszach wielu osób. Kurt Cobain, Judy Garland, Janis Joplin, River Phoenix, Amy Winehouse, Amelia Earhart - im wszystkim Laurel opowiada swoją historię, a z jej listów płynie prawda o życiu i o niej samej: o samotności, cierpieniu, poszukiwaniu siebie i przebaczeniu. 

Kochani, dlaczego się poddaliście? to książka, która w głównym założeniu miała wstrząsnąć czytelnikiem, wzruszyć go do łez oraz wywołać falę sprzecznych ze sobą emocji, jednak nic z tego nie wyszło. Tak naprawdę nie wiem, od czego zacząć, bo wszystko wypada tak, jak nie powinno i trudno doszukać się w tej książce jakiejkolwiek pozytywnej cechy. Myślę jednak, że największą pomyłką Kochani, dlaczego się poddaliście? jest główna bohaterka, której wybory są nietrafione. Jest tu dużo użalania się nad sobą, brak jakiegokolwiek poczucia własnej wartości i ciągłe życie przeszłością, która tak naprawdę była kłamstwem. Laurel brakuje dosłownie wszystkiego - nie posiada własnego zdania, nie ma silnego charakteru (za to kompleks niższości widoczny jest na każdym kroku), a dla akceptacji dwóch nowo poznanych koleżanek jest skłonna zrobić dosłownie wszystko, mimo że one nie wywierały na niej specjalnej presji. Mimo że życie mocno doświadczyło Laurel, w żaden sposób nie byłam w stanie jej współczuć, bo doprowadziły do tego jej złe decyzje, które jak na złość ciągle powtarzała. 

Cała książka jest taka sama jak główna bohaterka - mdła, niewarta zachodu i wręcz dziecinnie naiwna. Przez cały czas nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to, co czytam, jest po prostu infantylne i nie chodzi tylko o wręcz banalny język. Wszystkie przemyślenia Laurel sprawiały, że było jej bliżej do dziesięciolatki niż szesnastolatki, a jej "przygody" z siostrą jedynie pogłębiały moją irytację. May została ukazana jako idealna siostra bez skazy na charakterze czy wyglądzie, podczas gdy tak naprawdę była zepsutą, rozpieszczoną dziewczyną i nie potrafię zrozumieć, jak Laurel mogła ją przez cały czas bronić. Nawet gdy twierdziła, że jej nienawidzi, były to tylko puste słowa. Wszystko, w Kochani, dlaczego się poddaliście? jest płytkie: dialogi, jeśli już się pojawiają, są nudne i nijaki, "związek" głównej bohaterki (który rozpoczął się po jednej wspólnej przejażdżce samochodowej, niech mnie ktoś zastrzeli) i Sky'a opiera się na ciągłym obściskiwaniu, a wszyscy nowi przyjaciele Laurel albo mają kilku chłopaków jednocześnie, albo kradną alkohol i upijają się niemal każdego wieczoru, albo wagarują i wypalają jointy. Na próżno szukać normalnego znajomego w tym gronie, przez co całość wypada niezwykle sztucznie.

Im bardziej zagłębiam się w tę recenzję, tym bardziej jestem z siebie dumna, że jakoś udało mi się przez nią przebrnąć, bo to było naprawdę trudne zadanie. Istnieje jednak pewien drobny szczegół, który ratuję tę książkę - są to mianowicie gwiazdy, do których Laurel napisała swoje listy. W każdym z nich przybliża ona nieco historię oraz charakterystykę danej osoby, dzięki czemu mogłam bliżej poznać niektórych z nich, a z innymi zaznajomić się po raz pierwszy. To fragmenty oddane Kurtowi Cobainowi, Amy Winehouse, Janis Joplin są najlepszymi momentami tej książki, bo ich historie nie mają w sobie nic z infantylności, która jest widoczna w częściach opowiadających o życiu Laurel.

Nie będę Was oszukiwać - ta książka jest słaba. Dzięki prostemu językowi czyta się ją niezwykle szybko i chyba tylko za to mogę być wdzięczna, bo Kochani, dlaczego się poddaliście? niczego nie wniosła do mojego życia. Jeśli szukacie dobrej historii o osobie, która zmaga się ze stratą najbliższej jej osoby, trafiliście pod zły adres.
2/10

P. S. Chodźcie na fanpage i pochwalcie się ilością książek otrzymanych od Mikołaja ;)
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia