piątek, 10 grudnia 2021
Upadek ognia, czyli podróż ku przebudzeniu Kroczącej z Wiatrem
piątek, 1 października 2021
Pozłacany wąż, czyli same zachwyty, bo to genialna książka
poniedziałek, 19 kwietnia 2021
Przebudzenie powietrza, czyli magia żywiołów podbija świat
Przebudzenie powietrza to książka, na którą miałam ochotę od dawna i przymierzałam się już do zakupu oryginału, kiedy Galeria Książki ogłosiła, że wydaje powieść w Polsce, więc zabrałam się za nią właściwie w momencie, w którym kurier nie zdążył jeszcze zamknąć za sobą drzwi.
Pierwsza połowa książki nie zapowiadała tego, że zakocham się w całej historii do tego stopnia, że będę umierała z tęsknoty za bohaterami i w ogromnym napięciu wyczekiwała kolejnego tomu. Cała powieść wydawała się być dość stereotypowa, nie było w niej nic odkrywczego czy porywającego, tempo było powolne i niewiele się działo, ale druga połowa uległa zdecydowanej poprawie, kiedy zostaliśmy wprowadzeni w świat magii, walki o władzę i nieustających wyzwań. A ostatnie sto stron to prawdziwe mistrzostwo, nie mogłam się oderwać i z zapartym tchem śledziłam rozwijającą się na moich oczach historię, która z nieciekawej i zaledwie poprawnej nagle stała się pełna zaskoczeń oraz napięcia, a ja miałam prawdziwą frajdę z zagłębiania się w kolejne szokujące wydarzenia. Przebudzenie powietrza pozwala na kilka godzin zapomnieć o całym świecie, nawet nie zauważa się kolejnych przerzuconych kartek, ale możecie zapomnieć o odprężeniu, ponieważ ta książka wzbudzi w was wiele różnorodnych emocji.
Vhalla początkowo działała mi na nerwy swoim małostkowym podejściem, oślim uporem i powtarzającymi się kwestiami charakterystycznymi dla słabej bohaterki. Dopiero z czasem zrozumiałam, że był to celowy zabieg autorki, Vhalla na naszych oczach przechodzi powolną przemianę z zahukanej, niepewnej siebie bibliotekarki, które całe życie spędziła z nosem w książkach w zdecydowaną dziewczynę, której małe okienko zaczyna przeszkadzać, ponieważ pragnie czegoś więcej od życia niż to, czym dotychczas się zadowalała. Ostatnie zdanie w powieści chyba najdobitniej podkreśla jej progres i sprawiło, że miałam ciarki na całym ciele. Skoro już jesteśmy przy bohaterach, muszę też pozachwycać się Aldrikiem, który jest cudownie niejednoznaczną postacią, na pewno nie jest złocistym wybawcą, a skomplikowanym, okrutnym mężczyzną o zachwianej moralności, w wielu momentach bardziej przypominał złoczyńcę niż herosa. Bez wątpienia skradł mi serce, ponieważ uwielbiam takich bohaterów, a Aldrik jest wyjątkowo dobrze wykreowany i konsekwentnie poprowadzony. Nie mogę się doczekać, aż poznamy wszystkie jego demony, a jego relacja z Vhallą się rozwinie. W pierwszym tomie dostajemy bardzo subtelne wskazówki odnośnie ich romansu, który rozwija się subtelnie, powoli, jest jednocześnie uroczy i pełny napięcia na zasadzie tak bardzo cię lubię, że zaraz cię uduszę. Uwielbiam to, jak ciągle rzucają sobie wyzwanie, między nimi nie ma miejsce na nudę, a czytelnik z wypiekami na policzkach śledzi ich kolejne potyczki słowne.
Elise Kova skorzystała z bardzo prostych podstaw, budując swój świat. Powołała do życia magię żywiołów, łącząc ją z kierunkami geograficznymi, więc dość łatwo zrozumieć cały system magiczny, chociaż widać, że autorka nie zdradziła nam wszystkiego w pierwszym tomie i trzyma kilka asów w rękawie, które bez wątpienia zaskoczą nas w kolejnych częściach. Brakowało mi trochę rozbudowania całej rzeczywistości, jednak jestem pewna, że Elise Kova rozszerzy cały świat wraz z biegiem historii, na co wskazują podpowiedzi pozostawione przez autorkę już w Przebudzeniu powietrza. Po cichu liczę też na zwiększenie nacisku na politykę, która pod koniec książki została poruszona, lecz czuję niedosyt w tym aspekcie.
Przebudzenie powietrza może nie jest najbardziej ambitną powieścią fantasy, z jaką miałam do czynienia... ale to nie ma najmniejszego znaczenia, ponieważ świetnie się przy niej bawiłam i nie mogę się już doczekać, aż w moich rękach wyląduje kolejna część! Budząca się do życia, tętniąca w żyłach magia żywiołów, główna bohaterka, która z nieśmiałej myszki przeistacza się w silną dziewczynę, bezwzględny książę o mrocznej duszy i zapowiedź ciężkiej wojny wiszącej nad fantastycznym światem to wszystko, czego mi potrzeba do szczęścia, a Przebudzenie powietrza ma ogromne szanse, by stać się jedną z najcieplej wspominanych przeze mnie serii, jeśli tylko kolejne tomy jeszcze podniosą poziom.
poniedziałek, 9 listopada 2020
Mroczne Niebo, czyli Zepsucie podbija świat, którego jedyną nadzieją są naznaczeni
Lidia jest uczoną. Pewnego dnia wtrąca się w sprawy najpotężniejszego mężczyzny w całym Imperium Celendoru, a książka doprowadza ją do upadku. Ratując życie, ucieka na zachód, na drugą stronę Bezkresnych Mórz. Tam zostaje uwikłana w wojnę, a obie strony konfliktu pragną wykorzystać jej nowo zdobyte moce.
Dowódca w niesławie.
Killian to wybraniec boga wojny, ale kiedy Mudamorę atakuje kraina rządzona przez Zepsucie, dar go zawodzi. Okryty niesławą, zyskuje status obrońcy jedynej nadziei królestwa – księżniczki Malahi. Przez tę decyzję zostaje jednak uwikłany w sieć politycznych intryg, które poddadzą próbie jego przysięgę – i serce.
Oblężone królestwo.
Kiedy armie Zepsucia podbijają Mudamorę, Lidia i Killian zawiązują sojusz, by ocalić tych, których najbardziej kochają, niespodziewanie przynosi to jednak katastrofalne skutki. Cały świat znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie, o wiele poważniejszym, niż ktokolwiek sobie uświadamia.
poniedziałek, 20 lipca 2020
Wyścig do słońca, czyli wartka akcja, błyskotliwy humor i wierzenia ludu Nawaho
Nizhoni Begay to główna bohaterka Wyścigu do Słońca, z której perspektywy poznajemy całą opowieść i przechodzi niesamowitą przemianę od pełnej złości dziewczyny pragnącej akceptacji oraz uznania rówieśników do dumnej zabójczyni potworów, która uczy się, jak wybaczać i jest na tyle odważna, by odrzucić swoje największe marzenie dla uratowania swojej rodziny. Nie poddaje się, nawet jeśli miewa chwile słabości, a brzemię na jej barkach wydaje się zbyt ciężkie; ma problemy z kontrolowaniem gniewu, jednak ciągle pracuje nad sobą. Nizhoni musi walczyć z potworami zagrażającymi jej bliskim, ale przede wszystkim ze swoimi wątpliwościami i lękami, co czyni z niej niezwykle ludzką postać i uświadamia nam, że bohaterstwo wcale nie musi oznaczać wymachiwania mieczem. Czasami bohaterowie mają o wiele skromniejsze umiejętności – jak choćby odporność na niezwykle ostre chrupki serowe – dzięki czemu każdy czytelnik może się poczuć jak śmiały heros. Uwielbiam także Davery'ego, który pokazuje, że wiedza to równie pożyteczna broń, jego przyjaźń z Nizhoni była inspirująca. Bardzo polubiłam też Kobietę Pająka i Dziewczynkę z Czarnego Gagatu... Aż żałuję, że Rebecca Roanhorse nie zawarła w swojej powieści większej ilości postaci z mitów Diné, bo jestem nimi szczerze zauroczona.
piątek, 10 lipca 2020
Zdradziecka królowa, czyli błędy przeszłości nie definiują naszej przyszłości
Pierwsza część w dużej mierze skupiała się na budowie relacji Arena oraz Lary i na trudnych stosunkach pomiędzy Maridriną a Ithicaną, tymczasem Zdradziecka królowa zdaje się być pełniejszą historią, cały świat zbudowany przez autorkę się rozszerzył i pogłębił, Danielle L. Jensen ukazała zagmatwane stosunki pomiędzy poszczególnymi państwami, pojawiło się mnóstwo nowych bohaterów, którzy byli w stanie zmienić losy całej rozgrywki. Konflikt się rozrósł i przestał dotyczyć jedynie Arena oraz Lary, oni sami również dojrzeli i zaszły w nich przemiany, które mnie zachwyciły. Lara nie musi dłużej udawać, mogła odrzucić pętające ją więzy iluzji, którą zbudowała, by przeniknąć do obozu wroga i uwielbiam jej nową twarz – walecznej królowej, która nie cofnie się przed niczym, by obronić to, na czym jej najbardziej zależy. Wcześniej liczyło się dla niej ocalenie jedynie własnej skóry i zapewnienie przeżycia siostrom, jednak teraz marzenie Arena o lepszym świecie stało się także jej marzeniem. Jest bezwzględna, silna i niezłomna, ale posiada w sobie również delikatność. Jest bronią, lecz jest także człowiekiem. Aren z kolei musi zmagać się z własnym poczuciem winy, które kształtuje go na nowo i chociaż czytanie rozdziałów z jego perspektywy łamało mi serce, nie zatracił wszystkich swoich cech, za które pokochałam go już w pierwszej części. Tym razem relacja Arena i Lary została zepchnięta na nieco dalszy plan, jednak uwielbiam sposób, w jaki została przedstawiona, jak musieli się nauczyć, kim tak naprawdę chcą dla siebie być zupełnie od nowa. Tyle napięcia, złości, żalu, ale też tęsknoty i miłości... Ich związek jest przepiękny, nawet jeśli sponiewierał moją duszę, wysyłając ją na prawdziwy rollercoaster emocji.
Rzadko kiedy powracam do raz przeczytanych książek, ale jestem przekonana, że do Zdradzieckiej królowej powrócę jeszcze wiele razy. Ta powieść zupełnie mnie pochłonęła i zawładnęła moim umysłem, zostałam oczarowana przez historię Lary i Arena. Świat stworzony przez Danielle L. Jensen fascynuje, ta powieść aż kipi od emocji, które udzielają się czytelnikowi, sprawiając, że razem z bohaterami przeżywa ich wzloty i upadki, odczuwa ich ból jak swój własny, podobnie jak oni szukając wyjścia z trudnej sytuacji. Zdradziecka królowa to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Jest nie tylko niesamowitą rozrywką dzięki genialnie opisanym sekwencjom akcji, ale także przekazuje ważne wartości, opowiadając o braniu odpowiedzialności za swoje czyny, odkupieniu win i walce do samego końca, nawet jeśli wszystko wydaje się być stracone, nawet gdy cały świat cię nienawidzi i staje przeciwko tobie. Nie sądziłam, że pokocham tę serię tak bardzo, ale ze wszystkich powieści Danielle L. Jensen, jakie przeczytałam do tej pory, Królestwo Mostu jest jej najbardziej udanym tworem. Wyraźnie rozwinęła się jako pisarka i nie mogę się doczekać, aż poznam kolejne historie, które wyjdą spod jej palców. A wam z całego serca radzę – jak najszybciej przeczytajcie tę opowieść. Gwarantuję, że was w sobie rozkocha!
Królestwo Mostu // Zdradziecka królowa // ... // ...
środa, 2 października 2019
Posłaniec Burzy, czyli czas ratować świat przed podstępnym bogiem śmierci z mitologii Majów
Posłaniec Burzy to książka, która łączy w sobie nieziemską przygodę, ważne wartości, błyskotliwy humor i wiedzę o intrygującej kulturze Majów. Myślę, że każdy czytelnik, niezależnie od wieku, znajdzie w tej powieści coś dla siebie, bowiem jest to historia, która zarówno bawi, jak i uczy. Magiczny, mityczny świat w Posłańcu Burzy ma tak wiele do zaoferowania, że koniecznie musicie się w nim zagłębić i lepiej go poznać! Czuję, że J.C. Cervantes skrywa jeszcze wiele asów w rękawie, którymi zaskoczy nas w następnej części i już nie mogę się doczekać, aby poznać kontynuację losów Zane'a.
sobota, 17 sierpnia 2019
Mroczne Wybrzeża, czyli starożytny Rzym spotyka Piratów z Karaibów
Mroczne Wybrzeża zostały poprowadzone z dwóch perspektyw – Teriany i Marka, którzy pochodzą z dwóch różnych światów, dlatego obserwowanie, jak ich wychowanie i wierzenia najpierw ścierają się ze sobą, a później wzajemnie uzupełniają było pięknym przeżyciem. Mogłabym się rozpływać nad Markiem w nieskończoność, najwyraźniej mam słabość do żołnierzy z mroczną przeszłością, którzy każdego dnia muszą wybierać pomiędzy tym, co słuszne a tym, co zapewni im przetrwanie. Marek jest cudownie złożonym bohaterem, nic, co go dotyczy, nie jest ani czarne, ani białe; jest błyskotliwy, diabelsko inteligentny, a przy tym ma w sobie delikatność i empatię, choć nie zawaha się przed wydaniem bezlitosnych rozkazów, które pozbawią życia tysiące istnień. Teriana z drugiej strony potrafiła grać mi na nerwach – podejmowała głupie, ryzykowne decyzje, momentami bywała niedojrzała i rozwydrzona, ale w wielu sytuacjach nadrabiała swoim uporem, hartem ducha i temperamentem, zwłaszcza pod koniec zaczęła zdobywać moją sympatię, więc istnieje jeszcze duże pole do jej rozwoju. Teriana i Marek spędzali ze sobą dużo czasu, więc naturalnie zaczęli się poznawać i pojawił się między nimi cień sympatii, jednak mam mieszane uczucia względem łączącego ich uczucia. Mam wrażenie, jakby łącząca ich miłość została wymuszona, pojawiła się zbyt szybko i znikąd, nie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji, choć ich ostatnia wspólna scena była tak piękna, że zaczęłam spoglądać na naszą parę łaskawszym okiem i jestem ciekawa, jak ich losy potoczą się w drugim tomie. O wiele bardziej od romansu urzekła mnie jednak głęboka przyjaźń pomiędzy członkami legionu Trzydziestego Siódmego. Jako żołnierze przeszli wspólnie przez piekło, a choć tragiczne wydarzenia omal ich nie złamały, z czasem wzmocniły ich oddanie i bezwarunkowe zaufanie. Muszę też wspomnieć o Mikim i Kwintusie, którzy od pierwszego akapitu zdobyli moje serce, zarówno jako para, jak i postaci. Drugoplanowi bohaterowie nie stanowią tła w tej książce, a odgrywają pełnoprawne role i kocham ich wszystkich bez wyjątku, bo stanowią zabawną, uroczą zgraję, której nie da się nie pokochać.
poniedziałek, 19 lutego 2018
Niedoskonali, czyli tragiczna w skutkach miłość pod Samotną Górą
środa, 19 lipca 2017
Inwazja na Tearling, czyli każda decyzja niesie ze sobą konsekwencje
czwartek, 1 grudnia 2016
Ukryta łowczyni, czyli tyrania, poszukiwania czarownicy oraz kończący się czas
Ogromnym minusem Ukrytej łowczyni jest jej przewidywalność. Historia przedstawiona w drugim tomie opierała się na próbach schwytania tajemniczej Anushki, wiedźmy, która rzuciła klątwę na trolle i znalazła sposób na zachowanie nieśmiertelności, dzięki czemu te istoty zostały zamknięte pod górą przez ponad pięć stuleci. Teoretycznie cała zagadka zostaje rozwiązana na ostatnich pięćdziesięciu stronach, w praktyce nie sądzę, by jakikolwiek czytelnik nie domyślił się tożsamości wielowiekowej czarownicy. Rozwiązanie było tak oczywiste i tak słabo zamaskowane, że czułam pewnego rodzaju niesmak, bo wiem, że Danielle L. Jensen potrafi tworzyć zawiłe, szokujące w swojej szczegółowości intrygi, co pokazała po raz kolejny za pomocą postaci króla trolli, który jest po prostu geniuszem zła, mistrzem spisków oraz dalekosiężnych planów. Z jednej strony mamy narrację Cécil, zupełnie oczywisty wątek odarty z jakiejkolwiek tajemnicy, a z drugiej perspektywę Tristana i ogrom manipulacji oraz knucia, jakie ma miejsce w Trollus, gdzie nie można być niczego pewnym. Z jednej strony irytacja i rozczarowanie, z drugiej podziw i zaskoczenie. Da się jednak odczuć, że w tym tomie gra rozgrywa się o coraz wyższą stawkę i nieustannie towarzyszyło mi napięcie związane z kolejnymi wyborami bohaterów.
Ukryta łowczyni to według mnie udana, choć przewidywalna kontynuacja Porwanej pieśniarki. Nie jest ani o wiele lepsza, ani dużo gorsza – po prostu inna pod wieloma względami, lecz autorce udało się utrzymać niezwykły, baśniowy klimat, złowrogą aurę nieuchronności, magiczną, ale też brutalną walkę o władzę. Liczę na to, że w kolejnym tomie intrygujący wątek zdolności Cécil oraz elfów zostanie bardziej rozwinięty, bo czuję ogromny niedosyt, nasza główna bohaterka w końcu weźmie się w garść, a Danielle L. Jensen przestanie momentami zasypywać nas banałami i wtedy otrzymamy naprawdę ciekawe zakończenie trylogii.
czwartek, 13 października 2016
Misja Ambasadora, czyli zagraniczne intrygi, zepsucie w Gildii Magów i przestępcze imperium
Lorkin, syn nieżyjącego Wielkiego Mistrza Akkarina, wybawiciela miasta, oraz Sonei, jednej z najpotężniejszych magów w Imardinie, odczuwa presję, by dokonać równie wielkich czynów co jego sławni rodzice. Kiedy więc Mistrz Dannyl postanawia objąć posadę Ambasadora Gildii w Sachace, chłopak zgłasza się na jego asystenta w nadziei, że uda mu się znaleźć cel, za który warto walczyć, mimo że w tym kraju czeka na niego jedynie zguba. Kiedy nadchodzi wieść, że Lorkin został porwany, prawo zabraniające Czarnym Magom opuszczania miasta pozwala Sonei jedynie mieć nadzieję, że Dannyl pomoże jej synowi. Sama za to musi skupić się na tajemniczym Łowcy Złodziei polującym na przywódców grup przestępczych w mieście. Kiedy rodzina jej najlepszego przyjaciela, Cery'ego, zostaje zamordowana, Sonea wie, że sprawy powoli wymykają się spod kontroli, a w mieście albo pojawił się dziki mag, albo ktoś z Gildii Magów zabija kolejnych Złodziei.
Nie będę ukrywać, że po Misję Ambasadora sięgnęłam głównie dlatego, że przedstawia dalsze losy Sonei – gdyby historie kręciła się jedynie wokół Lorkina, prawdopodobnie w ogóle nie zabrałabym się za czytanie tej powieści i niewiele bym straciła, bo jego losy w ogóle mnie nie interesowały, a do tego jego kreacja jest dość słaba i, ogólnie rzecz biorąc, podejmuje beznadziejne decyzje, przez które co chwila robiłam facepalma. Jednak wszystko po kolei. W Misji Ambasadora mamy cztery różne perspektywy – Lorkina, Sonei, Dannyla oraz Cery'ego – które zostały ze sobą połączone w taki sposób, że ostatecznie żadna z nich nie staje się nużąca po dłuższym czasie i nie wybija się na pierwszy plan. Oczywiście faworyzowałam jedną z narracji i przyłapywałam się na tym, że kartkuję książkę w poszukiwaniu danej perspektywy, ale nie odbiegały one od siebie drastycznie poziomem, dlatego nie mogę bardzo narzekać.
Trzeba to powiedzieć otwarcie – Trudi Canavan zdecydowanie nie jest mistrzynią tworzenia wyrazistych postaci. Gdyby nie imiona, bohaterowie prawdopodobnie zlewaliby się w mojej pamięci w jedną bezkształtną masę. Mam wrażenie, że w Trylogii Czarnego Maga poszczególne sylwetki były mocniej i lepiej zarysowane, tutaj trochę zabrakło charakteru. Jest jednak rzecz, z którą autorka ta radzi sobie doskonale – mianowicie są to relacje między bohaterami. Ich wzajemne interakcje i różnorodność targających nimi uczuć względem danej osoby były doskonale przedstawione oraz wyważone.
Misja Ambasadora toczy się niezwykle leniwym rytmem. Niby na horyzoncie pojawiają się niebezpieczeństwa, ale zupełnie zabrakło napięcia i elementu zaskoczenia. Większość wątków była przewidywalna, liczyłam na to, że może w ostatniej chwili autorka wywinie nam jakiś numer i jednak postawi na zaskakujące rozwiązanie, jednak nic z tego. Brakowało jakiejś konkretnej akcji, intensywności przeżyć, czegoś, co sprawiłoby, że poderwałabym się z łóżka albo zachodziłabym w głowę, jak autorce udało się na to wpaść. Również świat wykreowany przez Trudi Canavan w Misji Ambasadora stracił swój blask. Miałam nadzieję, że autorka skorzysta z niezwykłej okazji, jaką była podróż do zamkniętej dla magów w poprzednich tomach Sachaki i rozszerzy naszą wiedzę o realiach tej powieści, ale zupełnie się zawiodłam. Canavan bazowała na ustaleniach zawartych w Trylogii Czarnego Maga, przez co zupełnie zabrakło mi jakiegoś urozmaicenia, szerszego spojrzenia na inne nacje oraz kultury.
Ostatecznie Misję Ambasadora odbieram pozytywnie, choć bez fajerwerków. Z wyjątkiem Sonei, nie zaangażowałam się specjalnie w losy bohaterów, z umiarkowanym zainteresowaniem poznawałam kolejne wydarzenia, jednak nie czułam dużej potrzeby, by dowiedzieć się, co jeszcze autorka dla nas przygotowała. Ot dobrze skonstruowana historia, która nie pochłania, ale wciąga na tyle, że nie chce się jej od razu odłożyć na bok. Nie zakochałam się, lecz nie mogę też powiedzieć, że powieść mi się nie podobała – mimo to spodziewałam się czegoś nieco lepszego i jestem odrobinę rozczarowana przewidywalnym kierunkiem, w którym podążyła fabuła. Misja Ambasadora to książka dobra na chwilę relaksu z herbatą i pod kocykiem, ale raczej nie dostarczy szalonych wrażeń ani nie zauroczy kreacją postaci czy świata.
poniedziałek, 25 lipca 2016
Miecz Lata, czyli powstrzymujemy strasznego wilka Fenrira od rozpoczęcia Ragnaröku
Przemyślana, absorbująca fabuła, w której po prostu nie ma miejsca na nudę, autor cały czas zaskakiwał nas kolejnymi zwrotami akcji, stawiając na drodze Magnusa mnóstwo przeszkód, z którymi musiał się zmierzyć. W dodatku Rick Riordan tak wspaniale poradził sobie z przedstawieniem mitologii nordyckiej, że od razu zapragnęłam dowiedzieć się o niej więcej na własną rękę, bo nigdy nie miałam z nią większej styczności. Autor bardzo sprytnie przeprowadza nas przez zawiłości wierzeń wikingów, a ja z fascynacją dowiadywałam się nowych rzeczy o bogach i ich dziejach czy Ragnaröku. Sposób przedstawienia mitologii jak zawsze był świeży i fascynujący. Nie można też mówić o książkach Riordana bez wspomnienia o fantastycznym humorze zawartym na kartach kolejnej powieści. Miecz Lata jest po brzegi wypełniony zabawnymi wstawkami, a tytuły każdego rozdziału są po prostu rozbrajające, dlatego radzę zwrócić na nie uwagę podczas czytania! Trudno było mi się nie uśmiechać, jego poczucie humoru w tej powieści było równie fantastyczne co przy Percy'm, więc Magnus może mnie w sobie rozkochać z równą skutecznością co syn Posejdona. Wujek Rick powrócił w wielkim stylu!
Miecz Lata to wciągająca, porywająca lektura trzymająca w napięciu od pierwszych stron ze świetnie wykreowanymi, różnorodnymi bohaterami i doskonale przedstawioną mitologią nordycką przenikającą się ze współczesnym światem. Ostatnio zaczynałam wątpić w Ricka Riordana, ale tą powieścią udowodnił mi, że ma jeszcze wiele do przekazania i nie powinnam go skreślać. Naprawdę świetnie się bawiłam podczas czytania Miecza Lata, który zdecydowanie zasłużył na miejsce wśród moich ulubionych powieści od Ricka Riordana, wybijając się na tle Kronik rodu Kane czy Olimpijskich herosów! Jeżeli mieliście podobne wątpliwości co ja, możecie o nich zapomnieć i śmiało zabierać się za cudowny Miecz Lata!











