Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galeria Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galeria Książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 grudnia 2021

Upadek ognia, czyli podróż ku przebudzeniu Kroczącej z Wiatrem

0
Upadek ognia to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie kontynuacji serii. Przebudzenie powietrza było fascynującym wstępem do historii Vhalli, a zakończenie obudziło we mnie apetyt na więcej, dlatego byłam przeszczęśliwa, kiedy Wydawnictwo Galeria Książki ogłosiło, że wyda kolejny tom jeszcze w tym roku.

Vhalla Yarl maszeruje na wojnę jako własność Cesarstwa Solaris. Cesarz oczekuje, że da mu zwycięstwo, Senat ma nadzieję, że dziewczyna umrze, a jedynym, czego może oczekiwać ona sama, jest walka o życie. Vhalla musi się zmierzyć z duchami przeszłości, choć wyzwania chwili obecnej grożą jej utratą resztki zdrowych zmysłów. Czy uda jej się zachować człowieczeństwo? A może naprawdę zostanie potworem Cesarstwa?

Druga część znacząco różni się od pierwszej. Podczas gdy Przebudzenie powietrza pozwalało nam na lepsze zrozumienie całego świata, systemu magicznego oraz wprowadziło nas w historię Vhalli, o tyle drugi tom skupił się o wiele mocniej na rozwoju relacji, w tym głównie romansu, oraz na podróży w głąb kraju wraz z przyspieszonym szkoleniem wojskowym głównej bohaterki, która z uczennicy biblioteki musi przeistoczyć się w niebezpieczną broń, unikając także politycznych machinacji toczących się za jej plecami. Szczerze mówiąc, trochę zabrakło mi poczucia, że stawka jest naprawdę wysoka. Vhalla znalazła się w trudnej sytuacji po Nocy Ognia i Wichru, jej życie jest nieustannie zagrożone, nie może ufać nawet własnym sojusznikom, wyruszyła na okrutną wojnę wbrew swojej woli wraz z żołnierzami, sama nie mając najmniejszego doświadczenia w walce... mimo to nie odczuwałam żadnego napięcia związanego z jej położeniem. Na pewno nie uświadczycie tutaj szalonej akcji czy zapierających dech w piersiach starć, jednak jest coś niesamowicie uzależniającego w tej historii, przez co nie umiałam się od niej oderwać. Czyta się ją niezwykle szybko i przyjemnie, nawet nie rejestrując upływającego czasu i ubywających stron, a ja doskonale się przy niej bawiłam, chociaż zachowanie Vhalli potrafiło być frustrujące. 

Moim zarzutem wobec głównej bohaterki jest to, że była zbyt naiwna i posłuszna. Nie próbowała walczyć o swoje, a ślepo podążała za wydanymi jej rozkazami, nie myślała sama, tylko brała za pewnik to, co przekazywali jej inni. Miała przebłyski, w których zachowywała się jak silna wojowniczka, tę przemianę sugerowało zakończenie pierwszego tomu, ale takich momentów było stanowczo za mało w morzu narzekania, użalania się nad sobą i powtarzania, jaka jest bezużyteczna. Na szczęście pod koniec powieści widać jej coraz większą transformację i mam nadzieję, że będzie ona kontynuowana w kolejnych tomach. Aldrik posiada moje serce i duszę, uwielbiam go i cieszę się, że dostaliśmy mnóstwo scen z jego udziałem, a do tego mieliśmy szansę podziwiać, jak relacja Vhalli oraz księcia pięknie rozkwita. To mój ulubiony rodzaj romansu, dlatego zachwycałam się każdą ich wspólną chwilą, przy czym muszę podkreślić, że w tej części wątek miłosny zdominował książkę, przez co zabrakło miejsca na poszerzenie świata i samej magii Vhalli. Również przyjaźnie, jakie dziewczyna zawarła w Przebudzeniu powietrza, są tutaj pogłębione, co bardzo mnie cieszy. Trochę szkoda, że polityczne intygi pojawiły się dopiero na sam koniec Upadku ognia, ponieważ widać w nich ogromny potencjał i na pewno urozmaiciłyby fabułę, która na początku skupiała się głównie na wewnętrznych rozterkach Vhalli. 

Upadek ognia to powieść, która nie jest pozbawiona wad, jednak właściwie nie zwracałam na nie uwagi w trakcie lektury, ponieważ czerpałam mnóstwo przyjemności z czytania. To niezwykle wciągająca historia, a do tego nieskomplikowana, dzięki czemu można ją połknąć w jeden lub dwa wieczory, ciesząc się wspaniałą rozrywką. Może nie jest to najbardziej wyjątkowa seria na rynku, ale taka, do której po prostu pragnie się wracać i ja już nie mogę doczekać się kolejnego tomu, zwłaszcza po tym szokującym zakończeniu! W tej historii tkwi ogromny potencjał i jestem przekonana, że będzie tylko coraz lepiej. 

★★★★★★☆☆☆

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!

Czytaj dalej »

piątek, 1 października 2021

Pozłacany wąż, czyli same zachwyty, bo to genialna książka

0

 

Nie ukrywam, że jestem ogromną fanką Danielle L. Jensen. Przeczytałam praktycznie każdą powieść, jaka wyszła spod jej pióra i do tej pory jeszcze ani razu się nie rozczarowałam, za każdym razem jest w stanie zaskoczyć mnie czymś nowym, więc nie mogłam sobie odpuścić Pozłacanego węża, który był jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku. 

ICH BITWY ZAKOŃCZYŁY SIĘ ZWYCIĘSTWEM
Lidia powraca do Mudaire, by zacząć naukę w świątyni uzdrowicieli. Jednak zamiast walczyć o ocalenie życia, jest przekonana, że robi więcej złego niż dobrego. Zagłębia się w historię bogów i odkrywa prawdę, która na zawsze zmieni jej życie.
Killianowi w końcu udało się objąć dowództwo królewskiej armii, ale wcale nie czuje się zwycięzcą. Przytłoczony przeszłością, poddaje się mroczniejszemu obliczu swojego znaku – i w ten sposób ryzykuje, że rozpocznie wojnę.
ALE WOJNA DOPIERO SIĘ ZACZĘŁA
Po pokonaniu tyrana Urcona, Marek próbuje zawrzeć trwały sojusz z Arinoquianami. Dręczy go jednak świadomość, że wśród jego przyjaciół kryje się zdrajca i że może utracić wszystko, o co walczył.
Rozdarta między coraz większą lojalnością wobec Trzydziestego Siódmego Legionu a potrzebą uwolnienia rodaków, Teriana tonie w sieci tajemnic. Podejmuje decyzję, która może albo ocalić wszystkich, których kocha – albo posłać ich do grobu.

TA KSIĄŻKA JEST GENIALNA. Wiedziałam, że Pozłacany wąż będzie dobry, jednak nie spodziewałam się, że w moich rękach znajdzie się tak fenomenalna historia, która zawładnie moimi myślami i sercem, nie pozwalając mi na złapanie oddechu. Danielle L. Jensen z powieści na powieść prezentuje coraz wyższy poziom, a ja już boję się tego, co wydarzy się w nadchodzącym finale Mrocznych Wybrzeży, ponieważ autorka posiada niezrównany talent do budowania napięcia i podnoszenia stawek. Dostałam 730 stron perfekcyjnej, dopracowanej w każdym szczególe powieści, która wciągnęła mnie do tego stopnia, że w ogóle nie odczuwałam jej długości, mogłaby być dwa razy dłuższa, a dla mnie nadal byłaby za krótka, ponieważ tak doskonale spędziłam przy niej czas. Danielle L. Jensen niczego nie zostawiła przypadkowi, każdy wątek ma znaczenie i składa się na niesamowitą całość. Kiedy już wydawało mi się, że koniec z zaskakującymi rewelacjami, nagle pojawiała się informacja, po której mój mózg dosłownie eksplodował. Jestem pod wrażeniem tego, jak bardzo złożona i skomplikowana jest fabuła Pozłacanego węża, bogata pod względem politycznych intryg, militarnych taktyk, budowy świata oraz systemu magicznego, a przy tym czyta się ją niezwykle przyjemnie, nie czując obciążenia różnorodnością wątków. 

Po Mrocznym niebie byłam zakochana w Lidii oraz Killianie, nadal pozostają moimi ulubieńcami, ale w tej części obdarzyłam również większą sympatią Terianę i Marka, mimo że w pierwszym tomie niekoniecznie mnie do siebie przekonali. Z reguły nie przepadam za licznymi narracjami, a w Pozłacanym wężu wydarzenia są przedstawione za pomocą czterech perspektyw, jednak każda z tych postaci jest tak dopracowana, wyjątkowa i wnosi coś świeżego do całej historii, że z radością zagłębiałam się w kolejnych rozdziałach. Jedynym minusem jest to, że niektóre rozdziały były krótkie, liczyły sobie zaledwie cztery strony, dlatego czułam się wybita z rytmu, gdy tak szybko przeskakiwałam z perspektywy Lidii do Marka, przy czym oboje znajdują się po przeciwnych stronach globu, ale poza tym nie mam na co narzekać. Wszyscy bohaterowie przechodzą przez kolejne przemiany, zmagają się z własnymi słabościami i pragnieniami, dylematami moralnymi, są tak niesamowicie ludzcy, że niemal czułam ich obecność przy sobie. 

Mroczne Wybrzeża to seria, która mną zawładnęła, a Pozłacany wąż tylko ugruntował jej pozycję wśród moich ulubionych serii fantasy. Brakuje mi słów, by opisać, jak bardzo jestem oczarowana tą powieścią, która zmiażdżyła mnie, złamała mi serce, a jednocześnie dostarczyła ogromnych emocji. Śmiałam się i płakałam, a niektóre momenty były tak epickie, że dostałam gęsiej skórki, co przy książkach zdarzyło mi się dopiero drugi raz w życiu. Pozłacany wąż jest perełką, wybija się na tle innych powieści swoją oryginalnością, genialnymi zwrotami akcji, pięknie wykreowanym światem i bohaterami, którym będziecie kibicować z całych sił. Zaufajcie mi, ta książka jest warta każdej minuty, jaką z nią spędzicie. 

★★★★★★★★★☆

Seria Mroczne Wybrzeża:
Mroczne Wybrzeża // Mroczne niebo // Pozłacany wąż // Scorched Earth

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!

Czytaj dalej »

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Przebudzenie powietrza, czyli magia żywiołów podbija świat

0

 

Przebudzenie powietrza to książka, na którą miałam ochotę od dawna i przymierzałam się już do zakupu oryginału, kiedy Galeria Książki ogłosiła, że wydaje powieść w Polsce, więc zabrałam się za nią właściwie w momencie, w którym kurier nie zdążył jeszcze zamknąć za sobą drzwi. 

Jeden podbój dzieli Cesarstwo Solaris od zjednoczenia kontynentu, a rzadki talent magiczny, tkwiący w uśpieniu w siedemnastoletniej uczennicy z biblioteki, Vhalli Yarl, może zmienić przebieg wojny. Vhalla od dziecka wiedziała, że tajemnicza organizacja czarodziejów zwana Wieżą jest czymś, czego należy się bać, i była szczęśliwa w swoim cichym świecie ksiąg. Jednak kiedy nieświadomie uratowała życie jednego z najpotężniejszych czarodziejów – następcy tronu księcia Aldrika – jego świat zaczął ją przyciągać. Teraz musi podjąć decyzję dotyczącą przyszłości – zaakceptować moc, która się w niej przebudziła, i porzucić dotychczasowe życie lub wyzbyć się magii i wrócić do tego, kim była wcześniej. Jednak w cieniach kryją się potężne siły, a niezdecydowanie Vhalli może ją wiele kosztować.
Opis z LubimyCzytać

Pierwsza połowa książki nie zapowiadała tego, że zakocham się w całej historii do tego stopnia, że będę umierała z tęsknoty za bohaterami i w ogromnym napięciu wyczekiwała kolejnego tomu. Cała powieść wydawała się być dość stereotypowa, nie było w niej nic odkrywczego czy porywającego, tempo było powolne i niewiele się działo, ale druga połowa uległa zdecydowanej poprawie, kiedy zostaliśmy wprowadzeni w świat magii, walki o władzę i nieustających wyzwań. A ostatnie sto stron to prawdziwe mistrzostwo, nie mogłam się oderwać i z zapartym tchem śledziłam rozwijającą się na moich oczach historię, która z nieciekawej i zaledwie poprawnej nagle stała się pełna zaskoczeń oraz napięcia, a ja miałam prawdziwą frajdę z zagłębiania się w kolejne szokujące wydarzenia. Przebudzenie powietrza pozwala na kilka godzin zapomnieć o całym świecie, nawet nie zauważa się kolejnych przerzuconych kartek, ale możecie zapomnieć o odprężeniu, ponieważ ta książka wzbudzi w was wiele różnorodnych emocji. 

Vhalla początkowo działała mi na nerwy swoim małostkowym podejściem, oślim uporem i powtarzającymi się kwestiami charakterystycznymi dla słabej bohaterki. Dopiero z czasem zrozumiałam, że był to celowy zabieg autorki, Vhalla na naszych oczach przechodzi powolną przemianę z zahukanej, niepewnej siebie bibliotekarki, które całe życie spędziła z nosem w książkach w zdecydowaną dziewczynę, której małe okienko zaczyna przeszkadzać, ponieważ pragnie czegoś więcej od życia niż to, czym dotychczas się zadowalała. Ostatnie zdanie w powieści chyba najdobitniej podkreśla jej progres i sprawiło, że miałam ciarki na całym ciele. Skoro już jesteśmy przy bohaterach, muszę też pozachwycać się Aldrikiem, który jest cudownie niejednoznaczną postacią, na pewno nie jest złocistym wybawcą, a skomplikowanym, okrutnym mężczyzną o zachwianej moralności, w wielu momentach bardziej przypominał złoczyńcę niż herosa. Bez wątpienia skradł mi serce, ponieważ uwielbiam takich bohaterów, a Aldrik jest wyjątkowo dobrze wykreowany i konsekwentnie poprowadzony. Nie mogę się doczekać, aż poznamy wszystkie jego demony, a jego relacja z Vhallą się rozwinie. W pierwszym tomie dostajemy bardzo subtelne wskazówki odnośnie ich romansu, który rozwija się subtelnie, powoli, jest jednocześnie uroczy i pełny napięcia na zasadzie tak bardzo cię lubię, że zaraz cię uduszę. Uwielbiam to, jak ciągle rzucają sobie wyzwanie, między nimi nie ma miejsce na nudę, a czytelnik z wypiekami na policzkach śledzi ich kolejne potyczki słowne. 

Elise Kova skorzystała z bardzo prostych podstaw, budując swój świat. Powołała do życia magię żywiołów, łącząc ją z kierunkami geograficznymi, więc dość łatwo zrozumieć cały system magiczny, chociaż widać, że autorka nie zdradziła nam wszystkiego w pierwszym tomie i trzyma kilka asów w rękawie, które bez wątpienia zaskoczą nas w kolejnych częściach. Brakowało mi trochę rozbudowania całej rzeczywistości, jednak jestem pewna, że Elise Kova rozszerzy cały świat wraz z biegiem historii, na co wskazują podpowiedzi pozostawione przez autorkę już w Przebudzeniu powietrza. Po cichu liczę też na zwiększenie nacisku na politykę, która pod koniec książki została poruszona, lecz czuję niedosyt w tym aspekcie.

Przebudzenie powietrza może nie jest najbardziej ambitną powieścią fantasy, z jaką miałam do czynienia... ale to nie ma najmniejszego znaczenia, ponieważ świetnie się przy niej bawiłam i nie mogę się już doczekać, aż w moich rękach wyląduje kolejna część! Budząca się do życia, tętniąca w żyłach magia żywiołów, główna bohaterka, która z nieśmiałej myszki przeistacza się w silną dziewczynę, bezwzględny książę o mrocznej duszy i zapowiedź ciężkiej wojny wiszącej nad fantastycznym światem to wszystko, czego mi potrzeba do szczęścia, a Przebudzenie powietrza ma ogromne szanse, by stać się jedną z najcieplej wspominanych przeze mnie serii, jeśli tylko kolejne tomy jeszcze podniosą poziom.

★★★★★★☆☆☆

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!
Czytaj dalej »

poniedziałek, 9 listopada 2020

Mroczne Niebo, czyli Zepsucie podbija świat, którego jedyną nadzieją są naznaczeni

0

 

Czy znacie autorkę, której książki nigdy was nie zawiodły? Autorkę, której każda kolejna powieść jest jeszcze lepsza od poprzedniej? Autorkę, która za każdym razem ma coraz bardziej oryginalne pomysły wzbudzające w was zachwyt? Dla mnie taką autorką jest Danielle L. Jensen, więc kiedy doszły do mnie słuchy, że Mroczne niebo ma zostać u nas wydane, zaczęłam szaleć z radości. Akcja powieści toczy się w tym samym momencie co Mroczne Wybrzeża, dlatego możecie przeczytać te tomy w dowolnej kolejności. Nawet jeśli nie czytaliście Mrocznych Wybrzeży, nic nie stoi na przeszkodzie, abyście zaczęli od Mrocznego nieba, które zabierze was w niezapomnianą przygodę!

Uciekinierka o tajemniczej przeszłości.
Lidia jest uczoną. Pewnego dnia wtrąca się w sprawy najpotężniejszego mężczyzny w całym Imperium Celendoru, a książka doprowadza ją do upadku. Ratując życie, ucieka na zachód, na drugą stronę Bezkresnych Mórz. Tam zostaje uwikłana w wojnę, a obie strony konfliktu pragną wykorzystać jej nowo zdobyte moce.
Dowódca w niesławie.
Killian to wybraniec boga wojny, ale kiedy Mudamorę atakuje kraina rządzona przez Zepsucie, dar go zawodzi. Okryty niesławą, zyskuje status obrońcy jedynej nadziei królestwa – księżniczki Malahi. Przez tę decyzję zostaje jednak uwikłany w sieć politycznych intryg, które poddadzą próbie jego przysięgę – i serce.
Oblężone królestwo.
Kiedy armie Zepsucia podbijają Mudamorę, Lidia i Killian zawiązują sojusz, by ocalić tych, których najbardziej kochają, niespodziewanie przynosi to jednak katastrofalne skutki. Cały świat znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie, o wiele poważniejszym, niż ktokolwiek sobie uświadamia.
Opis z LubimyCzytać

Nie lubię, kiedy w trakcie serii zmieniają się główni bohaterowie, dlatego miałam obawy, sięgając po Mroczne niebo... Ale Killiana i Lidię pokochałam całym sercem, chyba nawet bardziej niż Marka i Terianę! Zostałam wciągnięta w tę historię już od pierwszej strony i nie byłam w stanie jej odłożyć na bok, moje myśli ciągle krążyły wokół wydarzeń przedstawionych w powieści i tego, jakie przeszkody staną jeszcze na drodze naszych bohaterów. W tej historii nie ma żadnego zbędnego elementu, każde słowo ma znaczenie, wszystko pięknie się ze sobą łączy, tworząc niezwykle intrygującą i porywającą całość. Autorka nie daje nam ani chwili na złapanie oddechu, wir akcji oraz politycznych intryg pochłonął mnie od samego początku. Pierwszy rozdział zaczyna się od mocnego uderzenia i wydawało mi się, że później nastąpi spowolnienie fabuły... Nic bardziej mylnego! Napięcie z każdą stroną wzrastało coraz bardziej, prowadząc do zapierającego dech w piersiach finału, który zupełnie mnie zmiażdżył. Nie jestem pewna, czy w ogóle oddychałam w trakcie czytania tej książki! 

W tej powieści jest tyle niesamowitych elementów: zaczynając od bohaterów, którzy są wielowymiarowi, którzy cierpią, zmagają się z własnymi demonami, ale każdego dnia walczą o coś lepszego, kończąc na niezwykle rozległej i przemyślanej budowie świata przedstawionego, który zauroczył mnie już od pierwszej strony. Rzadko zdarza się, żebym nie potrafiła wskazać w książce słabszego momentu czy uwierającej mnie wady, ale w przypadku Mrocznego nieba jest to po prostu niemożliwe, ta historia jest kompletna i porywająca. Autorka niesamowicie pogłębiła rzeczywistość znaną mi wcześniej z Mrocznych Wybrzeży, pokazując drugą stronę podzielonego globu i chociaż jest ona wypełniona desperacją oraz mrokiem w obliczu potężnych sił nadnaturalnego wroga, pozostaje ona niezwykle piękna. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak Danielle L. Jensen kreuje ten świat, a jeszcze bardziej tego, jak pozwala rozwijać się swoim postaciom. Killiana pokochałam od samego początku; to urodzony wojownik naznaczony przez samego boga wojny, nikt jednak nie rozumie, że Killian nie jest niezwyciężony i że jak wszyscy odczuwa strach. Przez cały czas jest on rozdarty pomiędzy swoim obowiązkiem a wolnością, honorem a pragnieniami, a do tego ma niezwykle miękkie serce. Do Lidii z kolei musiałam się przekonać, jednak to, jak rozkwita w trakcie trwania powieści... Kiedy ją poznajemy, jest arystokratką pozbawioną możliwości wyboru, która nie potrafi zawalczyć o zmianę własnego losu, zamiast tego woli odnajdować schronienie wśród ukochanych książek. Z czasem jednak Lidia wychodzi ze swojej skorupy, jej droga ku odnalezieniu siebie, swojego miejsca i celu jest nadzwyczajna. A do tego powoli rozwijający się wątek romantyczny, który jest ucieleśnieniem subtelności, a jednocześnie jest słodką torturą dla czytelnika... 

Mroczne niebo jest nie tylko jedną z najlepszych książek, jakie przeczytałam w 2020 roku, to jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek przeczytałam w życiu! Koniecznie musicie poznać tę historię, która kompletnie wami zawładnie. Gwarantuję, że nie będziecie w stanie jej odłożyć na bok, że ten świat całkowicie was pochłonie. To przepięknie napisana powieść fantasy z niesamowitymi bohaterami, których nie da się nie pokochać, wypełniona jest po brzegi magią, mrokiem oraz walką, a wszystko to jest okraszone pięknym stylem autorki, który trafia wprost do serca. Błagam, przeczytajcie tę książkę. Naprawdę warto. 

★★★★★★★★★

Seria Mroczne Wybrzeża:
Mroczne Wybrzeża // Mroczne niebo // Gilded Serpent // ...


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!

Czytaj dalej »

poniedziałek, 20 lipca 2020

Wyścig do słońca, czyli wartka akcja, błyskotliwy humor i wierzenia ludu Nawaho

0
Wyścig do Słońca należy do cyklu Rick Riordan przedstawia, który pozwala rdzennym autorom na przedstawienie mało znanych kultur i ich tradycyjnych opowieści szerszej publiczności. Już sama idea tej serii jest niesamowita, lecz te powieści zachwycają nie tylko mitami z różnych zakątków świata, ale także starannością wykonania i wartościami, jakie przekazują młodym czytelnikom, dlatego byłam bardzo podekscytowana perspektywą przeczytania Wyścigu do Słońca, który przybliża nam wierzenia ludu Nawaho (sami siebie określają mianem Diné).

Uczennica siódmej klasy, Nizhoni Begay, od niedawna ma zdolność dostrzegania potworów, takich jak mężczyzna w eleganckim garniturze, który siedział na trybunach podczas jej meczu koszykówki. Okazuje się, że to pan Charles, nowy dyrektor rafinerii, w której pracuje jej tato. Mężczyzna jest niepokojąco zainteresowany Nizhoni, jej bratem Makiem, ich pochodzeniem z ludu Nawaho oraz legendą o Bohaterskich Bliźniętach. Dziewczyna wie, że pan Charles jest niebezpieczny, ale ojciec nie chce jej uwierzyć.
Kiedy następnego dnia tato znika, pozostawiając wiadomość: „Uciekajcie!”, rodzeństwo oraz najlepszy przyjaciel Nizhoni, Davery, wyruszają z misją ratunkową. Potrzebują jednak pomocy Świętych Ludzi Diné, którzy udają dziwaczne postacie, a ich wsparcie ma swoją cenę – dzieciaki muszą przejść serię prób, w których sama natura wydaje się zwracać przeciwko nim. Jeśli Nizhoni, Mac i Davery dotrą do Domu Słońca, otrzymają wszystko, co niezbędne, by pokonać potwory uwolnione przez pana Charlesa. Jednak Nizhoni będzie potrzebować czegoś więcej niż broni, by wypełnić swoje bohaterskie przeznaczenie…
Opis z LubimyCzytać

Jestem zachwycona Wyścigiem do Słońca! Ta książka ma w sobie wszystko, czego oczekiwałabym od powieści skierowanej do młodszych czytelników: pędzącą do przodu fabułę z taką ilością prób i wyzwań, że po prostu nie można się nudzić, różnorodnych, wielowymiarowych bohaterów, z którymi dzieci mogą się bez trudu identyfikować, genialne poczucie humoru pozwalające na wzięcie oddechu pomiędzy zaskakującymi zwrotami akcji, piękne, ważne wartości oraz oczywiście potwory! Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni tak świetnie się bawiłam podczas czytania książki, Wyścig do Słońca jest po prostu cudowny: zabawny, trzymający w napięciu i ekscytujący aż do ostatniej strony. Nie mogłam się oderwać od tej powieści, która przypomniała mi, czym jest prawdziwa radość z czytania, a przy okazji dotyka tego, jak ważna jest rodzinna miłość i poznanie samego siebie, z wprawą wplatając w fabułę mitologię Nawahów oraz mądrości ludowe.

Nizhoni Begay to główna bohaterka Wyścigu do Słońca, z której perspektywy poznajemy całą opowieść i przechodzi niesamowitą przemianę od pełnej złości dziewczyny pragnącej akceptacji oraz uznania rówieśników do dumnej zabójczyni potworów, która uczy się, jak wybaczać i jest na tyle odważna, by odrzucić swoje największe marzenie dla uratowania swojej rodziny. Nie poddaje się, nawet jeśli miewa chwile słabości, a brzemię na jej barkach wydaje się zbyt ciężkie; ma problemy z kontrolowaniem gniewu, jednak ciągle pracuje nad sobą. Nizhoni musi walczyć z potworami zagrażającymi jej bliskim, ale przede wszystkim ze swoimi wątpliwościami i lękami, co czyni z niej niezwykle ludzką postać i uświadamia nam, że bohaterstwo wcale nie musi oznaczać wymachiwania mieczem. Czasami bohaterowie mają o wiele skromniejsze umiejętności – jak choćby odporność na niezwykle ostre chrupki serowe – dzięki czemu każdy czytelnik może się poczuć jak śmiały heros. Uwielbiam także Davery'ego, który pokazuje, że wiedza to równie pożyteczna broń, jego przyjaźń z Nizhoni była inspirująca. Bardzo polubiłam też Kobietę Pająka i Dziewczynkę z Czarnego Gagatu... Aż żałuję, że Rebecca Roanhorse nie zawarła w swojej powieści większej ilości postaci z mitów Diné, bo jestem nimi szczerze zauroczona.

Podczas swojej wypełnionej przygodami podróży bohaterowie poznają, czym jest prawdziwa odwaga, poświęcenie, lojalność, a także odkrywają znaczenie własnych korzeni oraz przeszłość ludu Diné, w którym wszyscy traktują się jak wielka rodzina. Rebecca Roanhorse w przepiękny sposób podkreślała wartość rodziny oraz bliskich przyjaciół w swojej powieści, a także konieczność przekazywania sobie starych opowieści i tradycji z pokolenia na pokolenie, aby kultura rdzennej ludności nie zaniknęła. Jednocześnie bardzo podoba mi się jej niezwykłe podejście do tematu zmian, jakie zachodzą w społeczności Nawaho, która musiała się zaadaptować do nowych warunków i wyzwań, jakie stawia przed nią współczesny świat. Autorka podtrzymuje konieczność poznania własnego dziedzictwa, ale także podkreśla fakt, że kultura jest tworem żywym, pełnym energii, który adaptuje się do kolejnego pokolenia i w ten sposób może przetrwać, wzbogacając się o nowe elementy. Wyścig do Słońca jest także bolesnym przypomnieniem, że rdzenni mieszkańcy wciąż muszą mierzyć się z niezrozumieniem, rasizmem, pojawiają się także wątki szkolnego znęcania się, homofobii czy szkód, jakie przedsiębiorstwa naftowe wyrządzają środowisku. Nie spodziewałam się tak szerokiego przekroju niezwykle trudnych tematów w powieści skierowanych do dzieci i jestem zachwycona, zarówno reprezentacją rdzennych mieszkańców Ameryki, jak i innymi wątkami przedstawionymi przez Rebeccę Roahorse. A wszystko to wplecione w zapierającą dech w piersiach przygodę! 

Wyścig do Słońca jest moją ulubioną powieścią z tego cyklu. W cudowny, zrównoważony sposób łączy ze sobą wartką akcję, błyskotliwy humor i ważne wartości. To podnosząca na duchu, a jednocześnie zabawna historia, którą mogę polecić wam z całego serca! Największy minus tej książki? Jest zdecydowanie za krótka! Mogłabym czytać w nieskończoność o przygodach Nizhoni i wierzeniach ludu Nawaho, jestem zakochana w Wyścigu do Słońca i jestem głęboko przekonana, że ta opowieść będzie w stanie oczarować każdego bez względu na wiek!

★★★★★★☆☆☆☆

Seria Rick Riordan przedstawia:
Wyścig do słońca // Posłaniec burzy // Strażnik ognia // Smocza perła // Aru Shah i koniec czasu // Aru Shah i pieśń śmierci
Czytaj dalej »

piątek, 10 lipca 2020

Zdradziecka królowa, czyli błędy przeszłości nie definiują naszej przyszłości

0
Jestem wierną fanką twórczości Danielle L. Jensen. Najpierw zostałam zauroczona przez wykreowany przez nią świat trolli w Trylogii Klątwy, później bez wahania sięgnęłam po jej Mroczne Wybrzeża, gdzie piraci porwali mnie w samo serce przygody, ale chociaż czytałam te powieści z przyjemnością, to właśnie do Królestwa Mostu zapałałam największą miłością. Kiedy jednak sięgałam po kontynuację losów Lary, nie spodziewałam się, że autorka zachwyci mnie do tego stopnia!

Kiedy mąż Lary został wzięty do niewoli, ona sama myślała tylko o jednym: „Zrobię wszystko, co konieczne, by cię uwolnić”.
Lara – królowa na wygnaniu i zdrajczyni – patrzyła, jak jej ojciec podbija Ithicanę, i nie mogła zapobiec katastrofie. Ale kiedy dowiaduje się, że jej mąż Aren został wzięty do niewoli, wie, że ojciec zachował go przy życiu wyłącznie z jednego powodu – jako przynętę dla zdradzieckiej córki.
A ona całkowicie świadomie zamierza połknąć tę przynętę.
Ryzykując życie na Burzliwych Morzach, powraca do Ithicany z planem uwolnienia nie tylko króla, ale też całego Królestwa Mostu spod władzy swego ojca, i to za pomocą jego własnej broni – sióstr, których życie uratowała.
Jednak kiedy Lara i jej towarzyszki opracowują plan uwolnienia Arena z pałacu ojca, wkrótce odkrywają, że choć do środka nietrudno się dostać, zupełnie inaczej wygląda kwestia wydostania Arena i samych siebie z powrotem na zewnątrz. Ucieczka z pałacu wydaje się niemożliwa, a do tego w rozgrywce uczestniczy znacznie większa liczba graczy, niż Lara sądzi, w wojnie zaś o korony, królestwa i mosty wrogowie i sojusznicy nieustannie zmieniają strony. Jednak jej największym przeciwnikiem może się okazać właśnie ten mężczyzna, którego próbuje uwolnić – mąż, którego zdradziła.
Kiedy wszystko, co Lara kocha, jest zagrożone, ona sama musi podjąć decyzję, dla kogo – i dla czego – walczy: dla swojego królestwa, dla męża czy dla samej siebie.
Opis z LubimyCzytać

Zdradziecka królowa jest po brzegi wypełniona epicką akcją. Nie mogłam się od niej oderwać, z szybko bijącym sercem czytając o kolejnych pościgach, heroicznych, choć krwawych walkach i skomplikowanych intrygach politycznych, które obejmowały kilka zwaśnionych narodów. Historia przedstawiona w drugim tomie jest niezwykle dynamiczna, sytuacja ciągle się zmieniała, a stawka z każdą stroną zdawała się tylko rosnąć, prowadząc nas do finału, który zapiera dech w piersiach swoim rozmachem. Opisy bitw są tak obrazowe i intensywne, że miałam wrażenie, jakbym stała się częścią fabuły i na własne oczy mogła śledzić przebieg kolejnych potyczek, które sprawiały, że cała drżałam w obawie o losy swoich ulubionych bohaterów, bo aż do ostatniego zdania nie byłam w stanie przewidzieć, jak zakończy się ta cudowna, wypełniona bólem, poświęceniem i miłością opowieść. Zdradziecka królowa trzyma w ogromnym napięciu, naprzemiennie mnie niszczyła i scalała na nowo, nie chciałam, żeby ta historia kiedykolwiek się kończyła, ona jest po prostu zbyt dobra. Od dawna nie miałam okazji doświadczyć tak wielkiej gamy emocji podczas czytania, ale ta książka tego dokonała, zabierając mnie ze sobą na przygodę życia. Każdy element jest niezwykle dopracowany, a intrygi są tak błyskotliwe, że nie mogę wyjść z podziwu nad geniuszem autorki, która utkała tak zagmatwaną sieć.

Pierwsza część w dużej mierze skupiała się na budowie relacji Arena oraz Lary i na trudnych stosunkach pomiędzy Maridriną a Ithicaną, tymczasem Zdradziecka królowa zdaje się być pełniejszą historią, cały świat zbudowany przez autorkę się rozszerzył i pogłębił, Danielle L. Jensen ukazała zagmatwane stosunki pomiędzy poszczególnymi państwami, pojawiło się mnóstwo nowych bohaterów, którzy byli w stanie zmienić losy całej rozgrywki. Konflikt się rozrósł i przestał dotyczyć jedynie Arena oraz Lary, oni sami również dojrzeli i zaszły w nich przemiany, które mnie zachwyciły. Lara nie musi dłużej udawać, mogła odrzucić pętające ją więzy iluzji, którą zbudowała, by przeniknąć do obozu wroga i uwielbiam jej nową twarz – walecznej królowej, która nie cofnie się przed niczym, by obronić to, na czym jej najbardziej zależy. Wcześniej liczyło się dla niej ocalenie jedynie własnej skóry i zapewnienie przeżycia siostrom, jednak teraz marzenie Arena o lepszym świecie stało się także jej marzeniem. Jest bezwzględna, silna i niezłomna, ale posiada w sobie również delikatność. Jest bronią, lecz jest także człowiekiem. Aren z kolei musi zmagać się z własnym poczuciem winy, które kształtuje go na nowo i chociaż czytanie rozdziałów z jego perspektywy łamało mi serce, nie zatracił wszystkich swoich cech, za które pokochałam go już w pierwszej części. Tym razem relacja Arena i Lary została zepchnięta na nieco dalszy plan, jednak uwielbiam sposób, w jaki została przedstawiona, jak musieli się nauczyć, kim tak naprawdę chcą dla siebie być zupełnie od nowa. Tyle napięcia, złości, żalu, ale też tęsknoty i miłości... Ich związek jest przepiękny, nawet jeśli sponiewierał moją duszę, wysyłając ją na prawdziwy rollercoaster emocji.

Rzadko kiedy powracam do raz przeczytanych książek, ale jestem przekonana, że do Zdradzieckiej królowej powrócę jeszcze wiele razy. Ta powieść zupełnie mnie pochłonęła i zawładnęła moim umysłem, zostałam oczarowana przez historię Lary i Arena. Świat stworzony przez Danielle L. Jensen fascynuje, ta powieść aż kipi od emocji, które udzielają się czytelnikowi, sprawiając, że razem z bohaterami przeżywa ich wzloty i upadki, odczuwa ich ból jak swój własny, podobnie jak oni szukając wyjścia z trudnej sytuacji. Zdradziecka królowa to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Jest nie tylko niesamowitą rozrywką dzięki genialnie opisanym sekwencjom akcji, ale także przekazuje ważne wartości, opowiadając o braniu odpowiedzialności za swoje czyny, odkupieniu win i walce do samego końca, nawet jeśli wszystko wydaje się być stracone, nawet gdy cały świat cię nienawidzi i staje przeciwko tobie. Nie sądziłam, że pokocham tę serię tak bardzo, ale ze wszystkich powieści Danielle L. Jensen, jakie przeczytałam do tej pory, Królestwo Mostu jest jej najbardziej udanym tworem. Wyraźnie rozwinęła się jako pisarka i nie mogę się doczekać, aż poznam kolejne historie, które wyjdą spod jej palców. A wam z całego serca radzę – jak najszybciej przeczytajcie tę opowieść. Gwarantuję, że was w sobie rozkocha!

★★★★★★☆☆

Seria Królestwo Mostu:
Królestwo Mostu // Zdradziecka królowa // ... // ...
Czytaj dalej »

środa, 2 października 2019

Posłaniec Burzy, czyli czas ratować świat przed podstępnym bogiem śmierci z mitologii Majów

0
Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam mitologię! Już od dziecka byłam zafascynowana historiami pochodzącymi ze starożytnego Egiptu, Grecji czy Rzymu, a powieści oparte na mitach tylko jeszcze bardziej rozpalały moją ciekawość. Wśród autorów podobnych książek niedoścignionym numerem jeden pozostawał dla mnie Rick Riordan, ale z czasem zaczęłam się także interesować mitologią azjatycką i niesamowicie cieszę się, że powstała seria Rick Riordan przedstawia, dzięki której mam szansę poznawać kulturę z zupełnie nowych zakątków świata. O legendach Majów nie wiedziałam zupełnie nic, dlatego byłam tym bardziej podekscytowana faktem, że mogę przeczytać Posłańca Burzy.

Zane Obispo spędza niemal każdy dzień na badaniu wulkanu drzemiącego za jego domem. Wulkan, zwany przez niego „Bestią”, to jedyne miejsce, w którym chłopiec może się schronić przed innymi dzieciakami – często się z niego naśmiewają, bo Zane kuleje i musi chodzić o lasce.
Pewnego dnia w kraterze Bestii rozbija się dwusilnikowy samolot, a wkrótce potem Zane’a zaczepia tajemnicza dziewczyna o imieniu Brooks. Chce, by chłopak spotkał się z nią na osobności – zdradzi mu wówczas straszliwą tajemnicę. Zane godzi się, choć głównie dlatego że śliczne dziewczęta zwykle się do niego nie odzywają… Brooks wyjawia mu, że wulkan jest w rzeczywistości istniejącym od stuleci więzieniem boga śmierci Majów, którego los jest bezpośrednio związany z przeznaczeniem Zane’a.
„Co za bzdury”, myśli Zane. Jest przecież tylko lekceważonym przez wszystkich trzynastolatkiem i nieważne, jakie jest jego przeznaczenie – on, Zane, nie chce mieć z tym nic wspólnego, zwłaszcza jeśli ma to związek z jakimś bogiem śmierci. Ale Brooks otwiera mu oczy: magia, potwory i bogowie naprawdę istnieją, a według pradawnej przepowiedni, głoszącej zniszczenie świata, Zane ma do odegrania ważną rolę. Uwikłany w sieć niebezpiecznych tajemnic chłopiec wyrusza na wyprawę, która zabierze go daleko od domu i wystawi na ciężkie próby.
Opis z LubimyCzytać

Posłaniec Burzy jest to powieść skierowana raczej do młodszych, lecz gwarantuję, że dorośli także nie będą się przy niej nudzić! Ta historia jest przepełniona zaskakującymi zwrotami akcji, subtelnym humorem oraz pięknymi wartościami, które trafią do czytelnika w każdym wieku. Różnorodność, jaka panuje w tej książce, od razu mnie w sobie rozkochała; autorka sięgnęła nie tylko po raczej mało znane w naszej części świata wierzenia Majów, ale także przemyca elementy kultury latynoskiej czy pokazuje, że niepełnosprawność lub odmienność nie oznacza, że ktoś jest gorszy. Myślę, że właśnie to przesłanie sprawia, iż Posłaniec Burzy jest tak wartościową lekturą – pośród wszystkich zawirowań związanych z pradawną przepowiednią, podstępnymi magami, przerażającymi demonami i próbami ratowania świata przed nieuchronną zagładą z rąk boga śmierci J.C. Cervantes zwraca uwagę czytelnika na kwestię tolerancji i tego, że inność, postrzegana przez społeczeństwo jako wada, może się w rzeczywistości okazać największą zaletą. Krótsza noga Zane'a sprawia, że chłopak znacząco kuśtyka, przez co spotyka się z szykanami ze strony swoich rówieśników, tymczasem wychodzi na jaw, że jego niepełnosprawność jest tak naprawdę oznaką jego boskiego pochodzenia i źródłem jego uśpionych mocy. Sam bohater ma niskie poczucie własnej wartości, marzy jedynie o tym, by wtopić się w tłum, ale z czasem zaczyna akceptować siebie takim, jakim jest i myślę, że J. C. Cervantes daje młodym czytelnikom naprawdę piękną lekcję tolerancji.

Moim głównym zarzutem względem Posłańca Burzy jest nierównomiernie rozłożona akcja. Pierwsza połowa książki charakteryzowała się powolnym tempem i o ile byłabym w stanie przymknąć na to oko, gdyby nieśpieszny początek wynikał z wprowadzenia nas w mitologię, o tyle w przypadku Posłańca Burzy po prostu niewiele się dzieje, przez co kilkaset stron wypada mało atrakcyjnie, wręcz nużąco. Z kolei druga połowa historii była już wypełniona niezliczonymi, zadziwiającymi wydarzeniami, pojawia się wiele nowych, ciekawych bohaterów, przeszkody na drodze Zane'a Obsipio tylko się na siebie nawarstwiają, a poznane odpowiedzi prowadzą do kolejnych pytań i tajemnic. Dopiero po dwusetnej stronie Posłaniec Burzy wciągnął mnie w swoją magiczną rzeczywistość i wydaje mi się, że gdyby tempo powieści zostało lepiej zrównoważone, całość wypadłaby lepiej. Jestem natomiast oczarowana tym, jak zostały przedstawione wierzenia Majów i choć autorka nie szczędziła informacji na ten temat, wciąż czuję niedosyt, bo byłam tak zafascynowana kulturą Majów, że najchętniej nie przestawałabym o niej czytać! Nie miałam pojęcia, że te legendy są tak bogate – bogowie i bogurodzeni to zaledwie wierzchołek góry lodowej, oprócz nich występuję też zmiennokształtni, olbrzymy, czarownicy, wróżbici czy demony, a napojem bogów okazuje się być gorąca czekolada!

Posłaniec Burzy to książka, która łączy w sobie nieziemską przygodę, ważne wartości, błyskotliwy humor i wiedzę o intrygującej kulturze Majów. Myślę, że każdy czytelnik, niezależnie od wieku, znajdzie w tej powieści coś dla siebie, bowiem jest to historia, która zarówno bawi, jak i uczy. Magiczny, mityczny świat w Posłańcu Burzy ma tak wiele do zaoferowania, że koniecznie musicie się w nim zagłębić i lepiej go poznać! Czuję, że J.C. Cervantes skrywa jeszcze wiele asów w rękawie, którymi zaskoczy nas w następnej części i już nie mogę się doczekać, aby poznać kontynuację losów Zane'a.


Trylogia Posłaniec Burzy:
Posłaniec Burzy // The Fire Keeper // The Shadow Crosser

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!
Czytaj dalej »

sobota, 17 sierpnia 2019

Mroczne Wybrzeża, czyli starożytny Rzym spotyka Piratów z Karaibów

0
Miałam już okazję zapoznać się z twórczością Danielle L. Jensen przy okazji jej Trylogii Klątwy (której, notabene, jeszcze nie skończyłam, wstyd się przyznawać, ale trzeci tom wciąż przede mną). Może ta historia nie należy do moich ulubionych, ale bez wątpienia była to solidna fantastyka młodzieżowa, przy której świetnie się bawiłam. Kiedy tylko w zapowiedziach pojawiły się Mroczne Wybrzeża, wiedziałam, że muszę sięgnąć po tę książkę, bo kto nie kocha piratów i Starożytnego Rzymu?! Ale powieść ta zupełnie przerosła moje oczekiwania!

Teriana jest drugim oficerem na Quincense, statku oddanym bogini mórz, i spadkobierczynią jednej z Triumwiratu Maarinów. Jej lud zrodził się z morza i zna jego tajemnice, ale kiedy najlepsza przyjaciółka Teriany zostaje zmuszona do niechcianego małżeństwa, dziewczyna łamie przykazanie swojego ludu, by jej przyjaciółka mogła uciec – a wybór ten ma śmiertelnie niebezpieczne konsekwencje.
Marek jest dowódcą niesławnego Trzydziestego Siódmego legionu, który pomógł Imperium Celendoru podbić cały Wschód. Legion jest jego jedyną rodziną, a nawet jego towarzysze nie znają tajemnicy, którą ukrywa od dzieciństwa. Marek zrobi wszystko, by nie wyszła ona na jaw bez względu na koszty, ktokolwiek musiałby je ponieść – on czy reszta świata.
Kiedy jeden z senatorów Imperium dowiaduje się o istnieniu Mrocznych Wybrzeży, bierze do niewoli załogę Quincensei grozi wyjawieniem tajemnicy Marka, o ile nie ruszą na podbój nowych terytoriów, zmuszając dowódcę legionistów i Terianę do zawarcia niespodziewanego – i niechętnego – sojuszu. Łączą wysiłki dla dobra swoich rodzin, ale oboje muszą zdecydować, jak daleko są skłonni się posunąć i jak wiele są gotowi poświęcić.
Opis z LubimyCzytać

To, co najbardziej urzekło mnie w Mrocznych Wybrzeżach, to wykreowany przez autorkę niesamowity świat, który zapiera dech w piersiach i intryguje subtelną, magiczną atmosferą. Wyraźnie widać inspirację autorki starożytnym Rzymem, ale jednocześnie wiele elementów zostało zaczerpniętych z wyobraźni Danielle L. Jensen, nadając tej fantastycznej krainie unikatowego rysu. Świat przedstawiony jest piękny oraz, zachwyca dbałością o szczegóły i różnorodnością. Plastyczny, barwny styl pisania autorki sprawił, że miałam wrażenie, jakbym to ja znalazła się w samym sercu przygody; bez trudu mogłam poczuć kołysanie i ciche skrzypienie desek Quincense pod stopami, słony zapach morskiej bryzy czy przypiekające promienie słońca na twarzy, gdy wraz z bohaterami przemierzałam niezbadane wody. Widać, że autorka ma mnóstwo pomysłów na kreację rzeczywistości i nie mogę się doczekać, aż poznam kolejne smaczki, jakie dla nas przygotowała, bo wiele wątków i elementów pozostało częściowo owianych tajemnicą; Danielle L. Jensen pokazała nam wystarczająco dużo, abyśmy nie czuli niedosytu, jednocześnie pozostawiając sobie ogromne pole do popisu w kolejnej części. Mroczne Wybrzeże to jednak nie tylko dopracowany świat fantastyczny, ale także doskonale wykreowani bohaterowie z zagmatwaną przeszłością i tajemnicami skrytymi w mroku oraz idealnie zrównoważone tempo akcji. Wszystkie elementy składają się na obraz wciągającej, znakomicie napisanej historii, która porywa od pierwszych stron, sprawiając, że nie można jej odłożyć na bok! Od dawna nie miałam okazji czytać książki, która pochłonęłaby mnie do tego stopnia, a kiedy tylko zakończyłam lekturę, od razu chciałam się zabrać za drugi tom, na który niestety będziemy musieli jeszcze poczekać. 

Mroczne Wybrzeża zostały poprowadzone z dwóch perspektyw – Teriany i Marka, którzy pochodzą z dwóch różnych światów, dlatego obserwowanie, jak ich wychowanie i wierzenia najpierw ścierają się ze sobą, a później wzajemnie uzupełniają było pięknym przeżyciem. Mogłabym się rozpływać nad Markiem w nieskończoność, najwyraźniej mam słabość do żołnierzy z mroczną przeszłością, którzy każdego dnia muszą wybierać pomiędzy tym, co słuszne a tym, co zapewni im przetrwanie. Marek jest cudownie złożonym bohaterem, nic, co go dotyczy, nie jest ani czarne, ani białe; jest błyskotliwy, diabelsko inteligentny, a przy tym ma w sobie delikatność i empatię, choć nie zawaha się przed wydaniem bezlitosnych rozkazów, które pozbawią życia tysiące istnień. Teriana z drugiej strony potrafiła grać mi na nerwach – podejmowała głupie, ryzykowne decyzje, momentami bywała niedojrzała i rozwydrzona, ale w wielu sytuacjach nadrabiała swoim uporem, hartem ducha i temperamentem, zwłaszcza pod koniec zaczęła zdobywać moją sympatię, więc istnieje jeszcze duże pole do jej rozwoju. Teriana i Marek spędzali ze sobą dużo czasu, więc naturalnie zaczęli się poznawać i pojawił się między nimi cień sympatii, jednak mam mieszane uczucia względem łączącego ich uczucia. Mam wrażenie, jakby łącząca ich miłość została wymuszona, pojawiła się zbyt szybko i znikąd, nie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji, choć ich ostatnia wspólna scena była tak piękna, że zaczęłam spoglądać na naszą parę łaskawszym okiem i jestem ciekawa, jak ich losy potoczą się w drugim tomie. O wiele bardziej od romansu urzekła mnie jednak głęboka przyjaźń pomiędzy członkami legionu Trzydziestego Siódmego. Jako żołnierze przeszli wspólnie przez piekło, a choć tragiczne wydarzenia omal ich nie złamały, z czasem wzmocniły ich oddanie i bezwarunkowe zaufanie. Muszę też wspomnieć o Mikim i Kwintusie, którzy od pierwszego akapitu zdobyli moje serce, zarówno jako para, jak i postaci. Drugoplanowi bohaterowie nie stanowią tła w tej książce, a odgrywają pełnoprawne role i kocham ich wszystkich bez wyjątku, bo stanowią zabawną, uroczą zgraję, której nie da się nie pokochać. 

Mroczne Wybrzeża to historia, która jest pełna zwrotów akcji, pięknych wartości i przyjaźni, a przede wszystkim jest to niezapomniana przygoda, która wciąga od pierwszej strony i trzyma w napięciu aż do ostatniej. Jestem zafascynowana światem wykreowanym przez Danielle L. Jensen, każde słowo z tej książki budowało w mojej głowie spektakularny obraz rzeczywistości, do której chciałabym się jak najszybciej ponownie przenieść. Autorka doskonale połączyła intrygi i polityczne napięcia z zabawnymi fragmentami, tworząc kompletną, porywającą całość. Bardzo polecam wam Mroczne Wybrzeża, a sama nie mogę się już doczekać kolejnej części!


Seria Mroczne Wybrzeża:
Mroczne Wybrzeża // ...

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!

Czytaj dalej »

poniedziałek, 19 lutego 2018

Niedoskonali, czyli tragiczna w skutkach miłość pod Samotną Górą

Niedoskonali to pierwsza książka, którą przeczytałam od prawie czterech miesięcy, jest to również moja pierwsza recenzja napisana po długiej przerwie, dlatego mam nadzieję, że wybaczycie mi wszelkie nieścisłości oraz błędy. Nie wiem, który już raz zabieram się za stworzenie tego wpisu, za każdym razem miałam wrażenie, że z mojej recenzji wychodził bełkot, a jako perfekcjonistka nie chciałam opublikować postu słabej jakości. Dalej nie jestem zadowolona, lecz gdybym nie zdecydowała się w końcu zaryzykować, pewnie całe wieki musielibyście czekać na moją opinię na temat Niedoskonałych, a to nie wchodziło w grę.

Niedoskonali opowiadają historię miłości delikatnej Pénélope, starszej siostry Anais, która pewnego dnia miała zostać królową miasta wykutego pod Samotną Górą, oraz Marca, prawej ręki księcia trolli Tristana. Chociaż darzą się oni uczuciem, otaczające ich spiski i knowania wśród arystokracji trolli sprawiają, że ich miłość zostaje skażona przez niepewność oraz brak zaufania. Pénélope z powodu przypadkowego ujawnienia swojej nieuleczalnej choroby, uniemożliwiła ukochanej siostrze zostanie królową. Teraz jej ojciec, książę D'Angoulême daje jej ostatnią szansę na udowodnienie swojej przydatności – ma szpiegować ukochanego i zdobyć informacje na temat spisku jego oraz Tristana przeciwko koronie. Jeśli zawiedzie, jej życie będzie zagrożone. Marc dla sprawy poświęcił wszystko, pragnąc poprawić warunki życia trolli mieszanej krwi i pozbawić okrutnego tyrana władzy. Jest jednak jedna rzecz, której nie jest w stanie poświecić – życie oraz szczęście Pénélope są dla niego najważniejsze, dla niej jest w stanie sprzeciwić się nawet swojemu długoletniemu przyjacielowi i postąpić przeciw prawom panującym w Trollus. Marc i Pénélope muszą lawirować pośród skomplikowanych rozgrywek politycznych, a każda ze stron próbuje ich wykorzystać dla własnych korzyści. Będą musieli zrezygnować ze wszystkiego, co jest dla nich ważne, by ochronić swoją miłość. Lecz co jeśli bycie razem jest dla nich największym zagrożeniem?

Rzadko kiedy sięgam po prequele, bo z reguły są to cieniutkie książki, które niewiele wnoszą do całej historii. Robię wyjątki tylko wtedy, gdy naprawdę lubię daną serię lub coś w opisie mnie zaintryguje. Jednym z takich wyjątków stali się właśnie Niedoskonali, ta powieść jednak nie do końca sprostała moim oczekiwaniom. Już tłumaczę dlaczego – Danielle L. Jensen kompletnie nie wykorzystała okazji, jaką dawało jej napisanie prequelu. Niemal wszystko to, co się wydarzyło w Niedoskonałych, zostało już wcześniej opisane w Trylogii Klątwy, tylko wtedy zajęło to dwie strony. Sądziłam, że autorka wzbogaci historię Pénélope i Marca w więcej szczegółów, zdradzi nieco więcej informacji na temat napiętej sytuacji politycznej w Trollus przed pojawieniem się w mieście Cecil, ukaże relacje między grupą przyjaciół z innego punktu, tymczasem nic podobnego nie nastąpiło. Niedoskonali bardzo mocno skupia się na intrygach wśród arystokracji, lecz jednocześnie miałam wrażenie, jakby donikąd one nie prowadziły, przez co nie odczuwałam tak dużego niepokoju związanego z odkrywaniem kolejnych tajemnic spiskowców. Jak zawsze jednak w przypadku książek Danielle L. Jensen intryga jest na najwyższym poziomie, a fabuła pozostaje niezwykle zawiła do samego końca, sprawiając, że czytelnik cały czas musi mieć się na baczności, bo autorka cały czas zaskakuje nowymi zwrotami akcji, w sieć manipulacji oraz potyczek słownych wplatając niespodziewane fakty.

Niedoskonali skupia się oczywiście na relacji głównych bohaterów, którzy znają się od dziecka i od dawna darzą się miłością, lecz boją się wykonać ten pierwszy ruch, przekonani, że czeka ich odrzucenie. Jeśli mam być szczera, na początku kompletnie nie dostrzegałam głębi ich uczucia, jak na parę, między którą od lat powinno iskrzyć, byli wyjątkowo mdli i niewiarygodni. Bez wątpienia troszczyli się o siebie i nie chcieli, by temu drugiemu stała się krzywda, ale żadna wyraźna więź ich nie łączyła, przynajmniej w moich oczach. W momencie, w którym na ich związek zaczęła oddziaływać polityka i niezliczone spiski, liczyłam na pojawienie się jakiegoś napięcia w ich relacji, nieprzewidywalności, żaru, czegokolwiek, co byłoby w stanie nadać fabule ekscytującego charakteru, ale nic takiego nie nastąpiło. Wydaje mi się jednak, że moje rozczarowanie nie jest wywołane tym, iż autorka mnie zawiodła. Chodzi raczej o to, że z powodu znajomości Trylogii Klątwy spodziewałam się czegoś zupełnie innego, a początek Niedoskonałych kompletnie wybił mnie z rytmu. Z czasem jednak zaczęłam się przekonywać do związku Marca i Pénélope, zwłaszcza w drugiej połowie książki. Ich relacja była bardzo delikatna i łagodna, pełna słodyczy oraz opiekuńczości, czym bez wątpienia odróżnia się od tego, jak w większości powieści young adult ukazywana jest miłość. Nie byłam w stanie jedynie zrozumieć ich braku odpowiedzialności, który doprowadził do dalszych, tragicznych wydarzeń, taka lekkomyślność według mnie zupełnie nie pasuje do charakteru Marca, lecz z drugiej strony rozumiem, skąd się ona wzięła.

Niedoskonali ma ponad trzysta stron, więc jak na dodatek serii całkiem sporo. Danielle L. Jensen mogła przedstawić złożoną, przekonującą historię miłosną, tymczasem wydaje mi się, że nie do końca wykorzystała swoje możliwości oraz potencjał zawarty w tej opowieści. Sprawiła jednak, że znowu zatęskniłam za światem wykreowanym przez autorkę i gdy tylko skończyłam czytać tę lekturę, znowu zabrałam się za Porwaną pieśniarkę. Była to całkiem przyjemna lektura, z dopracowanymi intrygami oraz słodką, choć tragiczną historią miłosną, lecz Niedoskonałych poleciłabym głównie fanom Trylogii Klątwy.


Trylogia Klątwy:
Porwana pieśniarka // Ukryta łowczyni // Waleczna czarownica
Czytaj dalej »

środa, 19 lipca 2017

Inwazja na Tearling, czyli każda decyzja niesie ze sobą konsekwencje

0
Za Inwazję na Tearling zabierałam się dość długo, podchodząc do niej trochę jak pies do jeża. Pierwsza część była zaskakująco dobra, podobała mi się jej oryginalność i to, że pomysły Eriki Johansen odstawały od zwykłych schematów wykorzystywanych w gatunku young adult, ale od początku miałam złe przeczucia względem drugiego tomu. Zwłaszcza po przeczytaniu kilku fragmentów z Inwazji na Tearling, które w ogóle nie przypadły mi do gustu. Niestety, okazało się, że moja intuicja działa całkiem sprawnie, a druga część Królowej Tearlingu bardzo mnie sobą rozczarowała.

Z każdym dniem Kelsea Glynn coraz bardziej oswaja się z rolą władczyni. Kładąc kres zsyłką niewolników do sąsiedniego Mort, wchodzi w drogę czerpiącej moc z czarnej magii Szkarłatnej Królowej – a ta nie cofnie się przed niczym. Szkarłatna Królowa postanawia wysłać straszliwą armie, by upomnieć się o swoje. Nic już nie powstrzyma inwazji na Tearling. Lecz gdy mortmesneńskie wojska podchodzą coraz bliżej, Kelsea w tajemniczy sposób udaje się spojrzeć w czasy sprzed Przeprawy i odnaleźć w nich niezwykłą sojuszniczkę: Lily, która która walczy o życie w świecie, w którym już samo bycie kobietą bywa przestępstwem. Przyszłość Tearlingu – i duszy Kelsea – może zależeć od Lily i kolei jej życia, lecz młoda królowa ma bardzo mało czasu, by dowiedzieć się jaki los spotkał kobietę. 
Opis z LubimyCzytać

Szczerze mówiąc, miałam ogromne oczekiwania względem Inwazji na Tearling. Pierwszy tom był naprawdę obiecującym rozpoczęciem serii, pełen politycznych intryg, wojennych rozgrywek i pałacowych tajemnic. Naprawdę polubiłam główną bohaterkę, Kelsea, która w niczym nie przypominała innych heroin charakterystycznych dla gayunku young adult, polubiłam pozostałe postaci, podobała mi się kreacja świata z ciekawym twistem i liczyłam na to, że Inwazja na Tearling utrzyma zbliżony poziom lub nawet przebije swoją poprzedniczkę. Tymczasem wygląda na to, że ostatnio mam strasznego pecha, bo kolejne powieści, po których spodziewałam się wiele, po prostu mnie zawodzą i tak było podobnie w przypadku drugiej części trylogii Eriki Johansen.

Przede wszystkim w Inwazji na Tearling irytowała mnie Kelsea. Z inteligentnej młodej kobiety twardo stąpającej po ziemi, która przeszłaby po rozżarzonych węglach dla swojego ludu, przeistoczyła się w rozkapryszone, okrutne dziewczątko, które myśli tylko o tym, jak bardzo jej ciężko, bo nie dość, że nie jest piękna, to jeszcze nie ma odpowiedniego doświadczenia z mężczyznami, a bycie dziewicą w wieku dziewiętnastu lat to największa hańba, jaką mogła ją spotkać! Pomiędzy zamartwianiem się nad tym, że nie jest wystarczająco śliczna a wzdychaniem do kolejnych niedostępnych dla niej kochanków, Kelsea stała się brutalna, agresywna, pyskata i lekceważyła wszystkich dookoła, powoli przemieniając się w tyrankę. Nie rozumiem, co autorka próbowała w ten sposób osiągnąć, może pokazać, że nasza główna bohaterka dojrzewa, jednak dla mnie zachowanie Kelsea było na zmianę niewybaczalne oraz irytujące. Nie wiem, co się z nią stało, ale liczę na to, że jeszcze się ogarnie, bo aż mi wstyd, że tak bardzo chwaliłam ją w pierwszym tomie, by teraz oglądać jej absolutny upadek. Pozostali bohaterowie raczej mnie nie zawiedli, choć trzeba powiedzieć, że zostali mocno zepchnięci na drugi, jeśli nie trzeci plan. Inwazja na Tearling skupia się bardziej na wewnętrznej przemianie Kelsea i jej więzi z Lily. Mimo że nad królową wisi widmo właśnie nadchodzącej inwazji, wcale nie było czuć tego elementu grozy i napięcia.

W Inwazji na Tearling pojawił się nowy, dość mocno rozbudowany wątek tajemniczej kobiety, Lily, która żyła w czasach sprzed Przeprawy i która pojawia się w wizjach Kelsea. Niestety, ta część w ogóle nie przypadła mi do gustu, choć trzeba przyznać, że dość dużo wyjaśnia na temat warunków panujących w królestwie Tearlingu i historii jego powstania. Dla mnie wizja Williama Teara była szaleństwem, a przy tym wszystko bardziej przypominało mi sektę religijną niż prawdziwy bunt przeciwko szeroko rozwiniętej inwigilacji. Ten wątek był dla mnie nużący i dopiero pod sam koniec udało mu się mnie czymś zainteresować. Ogólnie przez większość czasu nie podobało mi się, w jakim kierunku zmierzała Inwazja na Tearling, dopiero ostatnie dwieście stron mnie wciągnęło, a zakończenie uważam za udane, lecz przytłaczająca większość książki niczym mnie nie zachwyciła, wręcz mi się dłużyła i z dość dużą niechęcią przerzucałam kolejne kartki.

Kiedy byłam mniej więcej w połowie Inwazji na Tearling, zastanawiałam się, czy jest w ogóle sens kontynuować tę trylogię, skoro druga część średnio mi się podoba. Pod koniec powieść nabrała nieco tempa i pojawiło się kilka wątków, których zakończenie interesuje mnie na tyle, żebym sięgnęła po Losy Tearlingu, ale to, że się wahałam, jasno świadczy o tym, jak bardzo drugi tom mnie zawiódł. Główna bohaterka straciła swoją ikrę, pozostałe postaci także, może z wyjątkiem cudownego Buławy, przebieg akcji był jakiś dziwny i momentami naprawdę nudny. Chcę jak najszybciej zapomnieć o tej wpadce i liczę na to, że trzecia część mnie zadowoli. Inwazja na Tearling bardzo mnie rozczarowała i cieszę się, że w ogóle udało mi się dobrnąć do końca, ponieważ momentami było z tym naprawdę ciężko. Po pierwszym tomie gorąco zachęcałabym was do zapoznania się z tą trylogią, po drugim tomie nie jestem już w stanie tego zrobić – zobaczymy, z jakimi odczuciami pozostawi mnie finalna część.


Trylogia Królowa Tearlingu:
Królowa Tearlingu // Inwazja na Tearling // Losy Tearlingu
Czytaj dalej »

czwartek, 1 grudnia 2016

Ukryta łowczyni, czyli tyrania, poszukiwania czarownicy oraz kończący się czas

0
Chociaż początkowo nie byłam przekonana do Porwanej pieśniarki, początek niezwykłej trylogii o trollach okazał się być strzałem w dziesiątkę. Może nie była to idealna lektura, ale mankamenty nie przeszkadzały w czerpaniu czystej radości z czytania o przygodach Cécil oraz Tristana. Ja sama dałam się porwać tej fali, stąd decyzja o zapoznaniu się z kontynuacją była jedynie formalnością.

W mieście pod górą tyran sprawuje władzę absolutną. Jedyny troll, który byłby zdolny mu się przeciwstawić, został oskarżony o zdradę i uwięziony. Cécile uciekła z mrocznego Trollus, ale już wkrótce zdała sobie sprawę, że wcale nie znajduje się poza zasięgiem władzy króla i jego manipulacji Cécile mieszka z matką w Trianon i każdego wieczora występuje na deskach sceny operowej. Za dnia zaś niestrudzenie szuka Anushki, czarownicy, która przez pięć stuleci umykała trollom. A niezależnie od tego, czy zwycięży, czy poniesie porażkę, jej bliscy zapłacą wysoką cenę.
Aby odnaleźć Anushkę, dziewczyna musi zagłębić się w magię, która jest mroczna i zabójcza. Czarownica jest jednak przebiegła, a Cécile może się okazać nie tylko łowczynią, ale i zwierzyną.
Opis z LubimyCzytać

Ukryta łowczyni zaskoczyła mnie pod tym względem, że zabrakło w niej wad, które wytykałam poprzedniemu tomowi, ale za to zaczęłam mieć zarzuty względem czegoś, co w poprzedniej części świetnie wychodziło Danielle L. Jensen, przez co trudno mi ocenić, który tom był lepszy. Przede wszystkim ilość zwrotów akcji przestała być tak przytłaczająca – uwielbiam szybki, zaskakujący przebieg wydarzeń, ale w Porwanej pieśniarce było tego tyle, że nawet ja dostawałam zawrotów głowy od pędzącej do przodu akcji. W Ukrytej łowczyni wciąż pojawia się wiele zagadek, niespodziewanych rozwiązań, cała historia wciąż ma dość szybkie tempo, ale nie było ono już tak bardzo gorączkowe. Całość była lepiej poukładana, mniej chaotyczna i dzięki temu bardziej dopracowana. Nie przytłaczał również wątek miłosny, który w Porwanej pieśniarce zdominował niemal całą treść. Więź łącząca Cécil oraz Tristana stała się o wiele bardziej dojrzała i tylko wzmocniła się przez ich dramatyczne przejścia. Strasznie się z tego powodu ucieszyłam, bo dzięki drobnemu wycofaniu się z wzajemnego afektu tej pary mieliśmy szansę mocniej zagłębić się w pokrętne intrygi i poznać inne oblicze bohaterów, gdy złączenie nie kierowało ich wyborami oraz uczuciami. 

Wciąż miałam dość duży problem z Cécil. W pewnym momencie jej postać zaczęła irytować mnie tak bardzo, że musiałam odłożyć książkę na bok i odpocząć od ciągłego niezdecydowania, naiwności oraz gwałtowności tej dziewczyny. Zupełnie nie potrafię zrozumieć jej wyborów podejmowanych przez pierwszą połowę książki, a jej przemyślenia były tak małostkowe i dziecinne, że mogłam jedynie wywracać oczami. Cécil naprawdę mocno grała mi na nerwach, zwłaszcza na początku, ale na szczęście w drugiej połowie książki zyskała trochę rozsądku i zaczęła brać na siebie konsekwencje swoich własnych czynów, zamiast uciekać od odpowiedzialności. Jedynym plusem jest to, że Cécil posiada wiele cech, które odróżniają ją od heroin ya, jest nieco delikatniejsza i bardziej płaczliwa, ale równie zawzięta i dzięki temu bardziej ludzka. Liczę, że polubię się z nią bardziej w trzecim tomie. Za to do Tristana nie trzeba mnie przekonywać. O ile to w ogóle jest możliwe, zaczęłam go podziwiać jeszcze bardziej, a czytanie narracji prowadzonej z jego perskepktywy stało się jeszcze większą przyjemnością. Nieustannie odkrywamy nowe twarze księcia trolli i każda jego kolejna odsłona jest jeszcze lepsza od poprzedniej.

Ogromnym minusem Ukrytej łowczyni jest jej przewidywalność. Historia przedstawiona w drugim tomie opierała się na próbach schwytania tajemniczej Anushki, wiedźmy, która rzuciła klątwę na trolle i znalazła sposób na zachowanie nieśmiertelności, dzięki czemu te istoty zostały zamknięte pod górą przez ponad pięć stuleci. Teoretycznie cała zagadka zostaje rozwiązana na ostatnich pięćdziesięciu stronach, w praktyce nie sądzę, by jakikolwiek czytelnik nie domyślił się tożsamości wielowiekowej czarownicy. Rozwiązanie było tak oczywiste i tak słabo zamaskowane, że czułam pewnego rodzaju niesmak, bo wiem, że Danielle L. Jensen potrafi tworzyć zawiłe, szokujące w swojej szczegółowości intrygi, co pokazała po raz kolejny za pomocą postaci króla trolli, który jest po prostu geniuszem zła, mistrzem spisków oraz dalekosiężnych planów. Z jednej strony mamy narrację Cécil, zupełnie oczywisty wątek odarty z jakiejkolwiek tajemnicy, a z drugiej perspektywę Tristana i ogrom manipulacji oraz knucia, jakie ma miejsce w Trollus, gdzie nie można być niczego pewnym. Z jednej strony irytacja i rozczarowanie, z drugiej podziw i zaskoczenie. Da się jednak odczuć, że w tym tomie gra rozgrywa się o coraz wyższą stawkę i nieustannie towarzyszyło mi napięcie związane z kolejnymi wyborami bohaterów.

Ukryta łowczyni to według mnie udana, choć przewidywalna kontynuacja Porwanej pieśniarki. Nie jest ani o wiele lepsza, ani dużo gorsza – po prostu inna pod wieloma względami, lecz autorce udało się utrzymać niezwykły, baśniowy klimat, złowrogą aurę nieuchronności, magiczną, ale też brutalną walkę o władzę. Liczę na to, że w kolejnym tomie intrygujący wątek zdolności Cécil oraz elfów zostanie bardziej rozwinięty, bo czuję ogromny niedosyt, nasza główna bohaterka w końcu weźmie się w garść, a Danielle L. Jensen przestanie momentami zasypywać nas banałami i wtedy otrzymamy naprawdę ciekawe zakończenie trylogii.

★★★★★★

Trylogia Klątwy:
Porwana pieśniarka // Ukryta łowczyni // Waleczna czarownica
Czytaj dalej »

czwartek, 13 października 2016

Misja Ambasadora, czyli zagraniczne intrygi, zepsucie w Gildii Magów i przestępcze imperium

0
Trudi Canavan zdecydowanie zalicza się do grona moich małych, grzesznych przyjemności. Jej książki zaczęłam czytać już pod koniec podstawówki, absolutnie zachwycona niesamowitymi krainami stworzonymi od podstaw przez autorkę, która w tamtym okresie była moją pisarską idolką. Potem na długi czas rozstałam się z twórczością Trudi – ostatnią jej powieść przeczytałam prawie pięć lat temu. Miesiąc guilty pleasures dał mi jednak odpowiedniego kopa do przypomnienia sobie, za co pokochałam Canavan i postanowiłam sięgnąć po jej trylogię, która na mojej półce zalega od naprawdę długiego czasu – po Trylogię Zdrajcy.

Lorkin, syn nieżyjącego Wielkiego Mistrza Akkarina, wybawiciela miasta, oraz Sonei, jednej z najpotężniejszych magów w Imardinie, odczuwa presję, by dokonać równie wielkich czynów co jego sławni rodzice. Kiedy więc Mistrz Dannyl postanawia objąć posadę Ambasadora Gildii w Sachace, chłopak zgłasza się na jego asystenta w nadziei, że uda mu się znaleźć cel, za który warto walczyć, mimo że w tym kraju czeka na niego jedynie zguba. Kiedy nadchodzi wieść, że Lorkin został porwany, prawo zabraniające Czarnym Magom opuszczania miasta pozwala Sonei jedynie mieć nadzieję, że Dannyl pomoże jej synowi. Sama za to musi skupić się na tajemniczym Łowcy Złodziei polującym na przywódców grup przestępczych w mieście. Kiedy rodzina jej najlepszego przyjaciela, Cery'ego, zostaje zamordowana, Sonea wie, że sprawy powoli wymykają się spod kontroli, a w mieście albo pojawił się dziki mag, albo ktoś z Gildii Magów zabija kolejnych Złodziei.

Nie będę ukrywać, że po Misję Ambasadora sięgnęłam głównie dlatego, że przedstawia dalsze losy Sonei – gdyby historie kręciła się jedynie wokół Lorkina, prawdopodobnie w ogóle nie zabrałabym się za czytanie tej powieści i niewiele bym straciła, bo jego losy w ogóle mnie nie interesowały, a do tego jego kreacja jest dość słaba i, ogólnie rzecz biorąc, podejmuje beznadziejne decyzje, przez które co chwila robiłam facepalma. Jednak wszystko po kolei. W Misji Ambasadora mamy cztery różne perspektywy – Lorkina, Sonei, Dannyla oraz Cery'ego – które zostały ze sobą połączone w taki sposób, że ostatecznie żadna z nich nie staje się nużąca po dłuższym czasie i nie wybija się na pierwszy plan. Oczywiście faworyzowałam jedną z narracji i przyłapywałam się na tym, że kartkuję książkę w poszukiwaniu danej perspektywy, ale nie odbiegały one od siebie drastycznie poziomem, dlatego nie mogę bardzo narzekać.

Trzeba to powiedzieć otwarcie – Trudi Canavan zdecydowanie nie jest mistrzynią tworzenia wyrazistych postaci. Gdyby nie imiona, bohaterowie prawdopodobnie zlewaliby się w mojej pamięci w jedną bezkształtną masę. Mam wrażenie, że w Trylogii Czarnego Maga poszczególne sylwetki były mocniej i lepiej zarysowane, tutaj trochę zabrakło charakteru. Jest jednak rzecz, z którą autorka ta radzi sobie doskonale – mianowicie są to relacje między bohaterami. Ich wzajemne interakcje i różnorodność targających nimi uczuć względem danej osoby były doskonale przedstawione oraz wyważone.

Misja Ambasadora toczy się niezwykle leniwym rytmem. Niby na horyzoncie pojawiają się niebezpieczeństwa, ale zupełnie zabrakło napięcia i elementu zaskoczenia. Większość wątków była przewidywalna, liczyłam na to, że może w ostatniej chwili autorka wywinie nam jakiś numer i jednak postawi na zaskakujące rozwiązanie, jednak nic z tego. Brakowało jakiejś konkretnej akcji, intensywności przeżyć, czegoś, co sprawiłoby, że poderwałabym się z łóżka albo zachodziłabym w głowę, jak autorce udało się na to wpaść. Również świat wykreowany przez Trudi Canavan w Misji Ambasadora stracił swój blask. Miałam nadzieję, że autorka skorzysta z niezwykłej okazji, jaką była podróż do zamkniętej dla magów w poprzednich tomach Sachaki i rozszerzy naszą wiedzę o realiach tej powieści, ale zupełnie się zawiodłam. Canavan bazowała na ustaleniach zawartych w Trylogii Czarnego Maga, przez co zupełnie zabrakło mi jakiegoś urozmaicenia, szerszego spojrzenia na inne nacje oraz kultury.

Ostatecznie Misję Ambasadora odbieram pozytywnie, choć bez fajerwerków. Z wyjątkiem Sonei, nie zaangażowałam się specjalnie w losy bohaterów, z umiarkowanym zainteresowaniem poznawałam kolejne wydarzenia, jednak nie czułam dużej potrzeby, by dowiedzieć się, co jeszcze autorka dla nas przygotowała. Ot dobrze skonstruowana historia, która nie pochłania, ale wciąga na tyle, że nie chce się jej od razu odłożyć na bok. Nie zakochałam się, lecz nie mogę też powiedzieć, że powieść mi się nie podobała – mimo to spodziewałam się czegoś nieco lepszego i jestem odrobinę rozczarowana przewidywalnym kierunkiem, w którym podążyła fabuła. Misja Ambasadora to książka dobra na chwilę relaksu z herbatą i pod kocykiem, ale raczej nie dostarczy szalonych wrażeń ani nie zauroczy kreacją postaci czy świata.


Trylogia Zdrajcy:
Misja Ambasadora // Łotr // Królowa Zdrajców
Czytaj dalej »

poniedziałek, 25 lipca 2016

Miecz Lata, czyli powstrzymujemy strasznego wilka Fenrira od rozpoczęcia Ragnaröku

23
Z wujkiem Rickiem łączy mnie skomplikowana relacja. Z jednej strony jestem pełna uwielbienia dla jego geniuszu, bo sposób, w jaki łączy starożytne mity z nowoczesnością jest zachwycający, ale z drugiej zdążyłam się już zawieść na kilku jego pozycjach. Numerem jeden po dziś dzień pozostaje Percy Jackson, z którym częściowo dorastałam – może nie w takim wymiarze, jak z Harry'm Potterem, ale ta seria zdecydowanie przez długi czas była obecna w moim życiu. Kroniki rodu Kane były już raczej poprawne, na pewno mnie nie oczarowały, mam za sobą także dwa pierwsze tomy Olimpijskich herosów, którzy na razie nie spełnili moich oczekiwań. Może dlatego do Miecza Lata podchodziłam z tak dużą rezerwą. Tymczasem okazało się, że zupełnie niepotrzebnie, bo znowu dostałam Ricka Riordana w jego najlepszym wydaniu. 

Od tragicznej śmierci matki przed dwoma laty Magnus Chase żyje na własną rękę na ulicach Bostonu. Dzięki wrodzonemu sprytowi i umiejętnościom przetrwania, które wpoiła mu rodzicielka, udaje mu się trzymać z daleka od policjantów, kuratorów i kłopotów. Kiedy jednak Magnus dowiaduje się, że poszukuje go wuj Randolph, przez którym mama zawsze go ostrzegała, chłopak wie, że wydarzy się coś złego, coś, co odmieni jego życie na zawsze. Próbując przechytrzyć krewnego, wpada wprost w jego pułapkę, a Randolph opowiada mu o skandynawskiej historii i jego dziedzictwie, zaginionej przed wieloma wiekami broni, od której zależą losy świata. Magnus staje przed wyborem, który może wszystko zmienić – albo przyczyni się do powstrzymania Ragnaröku, albo go przyspieszy, pogrążając świat w ciemności.

Uwielbiam Ricka Riordana i jego Easter Eggs. W Mieczu Lata pojawiła się Annabeth, krzyżując świat bogów olimpijskich z bogami Asgardu i chociaż jej rola nie jest znacząca to w każdym fanie autora takie nawiązanie do innej serii powinno wzbudzić entuzjazm. Może słyszeliście o Wielkim pożarze Chicago? Okazuje się, że wywołały go ogniste olbrzymy. To właśnie takie detale, szczegóły, który na pierwszy rzut oka wydają się być błahe i nieistotne dla fabuły, tworzą całą, fascynującą atmosferę jego powieści i zdecydowanie nie zabrakło ich w Mieczu Lata. Rick Riordan wspaniale łączy rzeczywiste wydarzenia z magią i mitologią (oczywiście nawiązanie do Avengersów i Chrisa Hemswortha musiało się pojawić!<3), porusza także tematy tabu pod przykrywką przygód młodych półbogów i to jedna z tych rzeczy, za które najbardziej cenię jego książki. W Mieczu Lata łamie kolejne stereotypy, między zaskakującą intrygę i gnającą do przodu akcję wplatając ważne przesłanie. Młoda, tradycyjna muzułmanka pragnąca zostać pierwszą kobietą pilot w amerykańskich liniach lotniczych, krasnolud bardziej zainteresowany modą niż standardowym rzemiosłem i głuchoniemy elf poszukujący akceptacji na świecie – za pomocą kolejnych postaci Riordan w nienachalny sposób dotykał tak ważnego problemu, jakim jest tolerancja czyjejś odmienności i ta kwestia zasługuje na szczególne podkreślenie.

Przemyślana, absorbująca fabuła, w której po prostu nie ma miejsca na nudę, autor cały czas zaskakiwał nas kolejnymi zwrotami akcji, stawiając na drodze Magnusa mnóstwo przeszkód, z którymi musiał się zmierzyć. W dodatku Rick Riordan tak wspaniale poradził sobie z przedstawieniem mitologii nordyckiej, że od razu zapragnęłam dowiedzieć się o niej więcej na własną rękę, bo nigdy nie miałam z nią większej styczności. Autor bardzo sprytnie przeprowadza nas przez zawiłości wierzeń wikingów, a ja z fascynacją dowiadywałam się nowych rzeczy o bogach i ich dziejach czy Ragnaröku. Sposób przedstawienia mitologii jak zawsze był świeży i fascynujący. Nie można też mówić o książkach Riordana bez wspomnienia o fantastycznym humorze zawartym na kartach kolejnej powieści. Miecz Lata jest po brzegi wypełniony zabawnymi wstawkami, a tytuły każdego rozdziału są po prostu rozbrajające, dlatego radzę zwrócić na nie uwagę podczas czytania! Trudno było mi się nie uśmiechać, jego poczucie humoru w tej powieści było równie fantastyczne co przy Percy'm, więc Magnus może mnie w sobie rozkochać z równą skutecznością co syn Posejdona. Wujek Rick powrócił w wielkim stylu!

Miecz Lata to wciągająca, porywająca lektura trzymająca w napięciu od pierwszych stron ze świetnie wykreowanymi, różnorodnymi bohaterami i doskonale przedstawioną mitologią nordycką przenikającą się ze współczesnym światem. Ostatnio zaczynałam wątpić w Ricka Riordana, ale tą powieścią udowodnił mi, że ma jeszcze wiele do przekazania i nie powinnam go skreślać. Naprawdę świetnie się bawiłam podczas czytania Miecza Lata, który zdecydowanie zasłużył na miejsce wśród moich ulubionych powieści od Ricka Riordana, wybijając się na tle Kronik rodu Kane czy Olimpijskich herosów! Jeżeli mieliście podobne wątpliwości co ja, możecie o nich zapomnieć i śmiało zabierać się za cudowny Miecz Lata!

★★★★★

Trylogia Magnus Chase i bogowie Asgardu:
Miecz Lata // The Hammer of Thor // ...
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia