Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Jaguar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Jaguar. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 października 2021

Lore, czyli boska moc na wyciągnięcie ręki

0

Moja relacja z powieściami Alexandry Bracken jest dość trudna. Podobały mi się jej Mroczne umysły, natomiast duologia Pasażerka okazała się być dla mnie drogą przez mękę. Lore jednak od początku przyciągało mnie motywem greckiej mitologii, który uwielbiam w książkach, więc postanowiłam zaryzykować. 

Współczesny Nowy Jork. Na świecie wciąż żyją greccy bogowie. Co siedem lat Zeus zsyła część z nich na ziemię, gdzie przez siedem dni pozbawieni są nieśmiertelności. W tym czasie polują na nich ludzie i półbogowie, by przejąć ich moce. To kara, na jaką Zeus skazał niepokornych bogów.
Lore pochodzi z rodu Perseusza. Przed siedmiu laty jej rodziców i siostry wymordowali potomkowie Kadmosa. Dziewczyna cudem uniknęła śmierci i ukryła się w Nowym Jorku. Stara się zapomnieć o swoim pochodzeniu, jednak przeszłość nieoczekiwanie pojawia się pod jej drzwiami pod postacią rannej Ateny, która w zamian za pomoc zgadza się wyświadczyć jej wielką przysługę. Lore będzie musiała wiele poświęcić. Czy uda jej się odnaleźć w sobie siłę, by zapobiec upadkowi świata?

Lore to książka, która bardzo mocno opiera się na fabule i pędzącej do przodu akcji, więc jest to historia dla fanów mocnych wrażeń oraz zaskakujących zwrotów, które zapierają dech w piersiach i zostawiają czytelnika z mętlikiem w głowie. Momentami miałam wrażenie, że dzieje się aż za dużo, przez co wkradał się chaos i odrobinę gubiłam się w wątkach, które zaczęły zlewać się ze sobą, ale całość jest tak wciągająca, że nie sposób się od niej oderwać. Jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłu autorki, który jest niezwykle oryginalny i im bardziej zagłębiałam się w świat Lore oraz zasady rządzące Agonem, tym bardziej byłam zachwycona. Co prawda żałuję, że nie dostaliśmy więcej szczegółów, bardzo chętnie poznałabym całą historię Agonu czy tajniki funkcjonowania poszczególnych Domów i ich łowców, jednak przekazanie tylu informacji mogłoby być trudne, biorąc pod uwagę liczne wydarzenia. Alexandra Bracken bardzo sprytnie dawkowała różne wiadomości odnośnie bogów czy zasad rządzących tym światem, dzięki czemu nie czułam się przytłoczona, a niektóre tajemnice udało jej się zachować do samego końca. Zostałam mile zaskoczona, bo często mi się zdarza, że udaje mi się wcześniej przewidzieć kierunek, w jakim zmierza fabuła, tymczasem tutaj nie byłam pewna, jak wszystkie wątki zostaną rozwiązane. Byłam trzymana w napięciu aż do ostatniej strony i chociaż zabrakło mi mocnego uderzenia na sam koniec to podziwiam rozmach, z jakim została poprowadzona cała historia. 

Lore jest przepełnione akcją i przez to zabrakło miejsca na rozwój bohaterów, którzy są dla mnie najsłabszym ogniwem. Nie czułam się związana emocjonalnie z żadną z postaci, momentami wybory Lore mocno mnie irytowały, a ona sama była niezdecydowana, nie została poprowadzona w konsekwentny sposób, ciągle sama sobie zaprzeczała swoimi słowami i działaniami. Generalnie lubiłam większość bohaterów, ale jednocześnie nie czułam potrzeby, by im kibicować, nie zżyłam się z nimi, byli mi obojętni, bo wszyscy wypadają dość płasko. Pojawia się również wątek romantyczny, który jest zepchnięty na dalszy plan, ale i tak wolałabym, gdyby w ogóle go nie było, ponieważ wydawał mi się być wymuszony i zupełnie niepotrzebny, nie uwierzyłam w ten związek, podobnie jak nie uwierzyłam w wiele relacji, które zostały przedstawione w książce. 

Lore w genialny sposób łączy w sobie starożytne, greckie wierzenia ze współczesnością. Mogłoby się wydawać, że połączenie igrzysk śmierci z Percy Jacksonem nie wypali, lecz ta mieszanka okazała się być niezwykle udana. To jedna z najbardziej zaskakujących młodzieżówek tego roku i chociaż niektóre elementy mogłyby zostać lepiej dopracowane to świetnie się przy niej bawiłam! Lore to fenomenalna przygoda, która zabierze was w świat okrutnych bogów, gdzie za chwałę płaci się własnym życiem, a niewłaściwy krok może być tym ostatnim. Cieszę się, że postanowiłam dać tej książce szansę, bo zakochałam się w tej fabule!

★★★★★★☆☆☆
Czytaj dalej »

środa, 29 września 2021

Heartstopper. Tom 1, czyli za dużo słodyczy, za mało fabuły

0

Heartstopper to obecnie jedna z najgłośniejszych powieści graficznych wśród miłośników książek. Już od dawna spotykałam się z tym tytułem na zagranicznym bookstagramie i zupełnie nie spodziewałam się, że zostanie on wydany również w Polsce, ale wydawnictwo Jaguar sprawiło mi niesamowitą niespodziankę. 

Charlie i Nick poznają się w szkole. Charlie był tam prześladowany, ale wreszcie może otwarcie mówić o swojej orientacji. Nick gra w szkolnej drużynie rugby i słyszał trochę o Charliem – chłopaku, który został wyoutowany rok wcześniej – choć nigdy nie miał okazji z nim porozmawiać.
Nick i Charlie trafiają na wspólne zajęcia i siadają w jednej ławce. Szybko stają się przyjaciółmi i wkrótce Charlie zakochuje się w Nicku, choć wydaje mu się, że nie ma najmniejszych szans. Obaj mają wspólne pasje, odwiedzają się w domach. Przyjaciele Charliego nie rozumieją: co on widzi w tym potężnym chłopaku z drużyny sportowej? Sam Nick nie do końca rozumie, co się z nim dzieje, ale czuje, że to przy Charliem może być nareszcie sobą. Wreszcie, podczas urodzinowej imprezy kolegi Nicka, dochodzi do przełomu w ich relacji. Charlie zostaje z pytaniem: co się właściwie wydarzyło i czy Nick odwzajemnia jego uczucie?

Heartstopper to historia, której przeczytanie zajęło mi zaledwie pół godziny. Przez całość się płynie, co wynika z prostolinijności całej fabuły i dla mnie ta prostota jest jednocześnie największą zaletą i wadą komiksu. Uwielbiam to, że rozwój relacji Nicka i Charliego jest niewymuszony, naturalny i swobodny, chłopcy powoli się ze sobą zaprzyjaźniają, mimo że osoby z ich otoczenia nie są w stanie tego zrozumieć przez wzgląd na różnicę w ich charakterach i zainteresowaniach. Jest w tej historii jakaś piękna, subtelna otwartość, miałam wrażenie, jakbym stała z boku i na własne oczy śledziła przyjaźń młodych chłopców. Przy tym mam jednak poczucie, że całość jest... za prosta. Fabuła właściwie nie istnieje, dostajemy jedynie wyrwane z codzienności fragmenty, w których obserwujemy, jak Nick i Charlie się do siebie zbliżają. Poza tym nie dzieje się nic, a całość wypada bardzo przewidywalnie. Przyznaję, że relacja głównych bohaterów jest słodka i na swój sposób czarująca, jednak do mnie nie do końca trafiła, zupełnie nie byłam zainwestowana w kolejne wydarzenia, nie czułam tego ciepła na serduszku, jakie z reguły wywołuje u mnie taki uroczy romans i myślę, że częściowo jest to wina tego, że jestem już na podobne historie za stara. Po prostu wiele rozwiązań fabularnych było dla mnie zbyt dziecinnych i nie używam tego słowa w negatywnym znaczeniu. Jest tutaj taka naiwność, delikatność i prostota, która jest w stanie rozkochać sobie młodszą młodzież, jednak dla mnie brakowało tutaj głębi, zarówno samej relacji, jak i całej fabuły. Nie ma tutaj żadnego napięcia, zaskoczenia, jest tylko słodycz i wrażenie, że nigdzie nie zmierzamy z tą opowieścią. 

Heartstopper w bardzo dużej części opiera się na doskonale znanych schematach. Mamy Charliego, który jest wyrzutkiem, szkolnym prymusem i przeszedł trudne chwile, gdy wszyscy w szkole dowiedzieli się, że jest gejem, a Nick stanowi jego przeciwieństwo: złoty chłopiec, popularny gracz rugby, który do tej pory spotykał się jedynie z dziewczynami, ale przy Charliem zaczyna kwestionować swoją seksualność. Pozostałe postaci właściwie nie istnieją, są zlepkiem szybkich kresek i przypadkowych imion. Wydawałoby się, że skoro poboczni bohaterowie niewiele wnoszą do fabuły, Nick oraz Charlie na swoich barkach będą dźwigać całą historię, ale dla mnie oboje są pozbawieni charakteru i iskry, a ich relacja nie miała w sobie żadnego iskrzenia. Autorce należą się jednak brawa za to, jak zdrowa jest ich przyjaźń i odpowiednia do wieku. 

Nie miałam względem Heartstopper wysokich wymagań, nastawiałam się na uroczą i przyjemną lekturę, która stanie się moją comfort read, jednak magia tej historii mi się nie udzieliła. Jestem też trochę rozczarowana bardzo prostą kreską (może kiedyś bym nie narzekała, ale odkąd zaczęłam czytać webtoony, moje podejście się zmieniło). Myślę, że książka znajdzie swoich odbiorców i to wspaniałe, że została wydana, bo w cudowny sposób prezentuje osoby LGBTQIA+, ale mnie nie wciągnęła na tyle, żebym mogła ją z czystym sumieniem polecić.  

Za egzemplarz Heartstopper serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar!

Czytaj dalej »

sobota, 2 lutego 2019

Okrutny książę, czyli elfy nie robią na mnie wrażenia

0
Okrutny książę to książka, która podbiła blogosferę, wszyscy rozpływali się w zachwytach, a że tęskno mi było do fascynującej powieści z gatunku fantasy young adult, dałam się skusić i zostałam porwana przez falę hype'u. Wcześniej nie miałam do czynienia z twórczością Holly Black, więc podchodziłam do książki z dużymi oczekiwaniami, ale zupełnie na świeżo. 

Krwawa zbrodnia na zawsze odmienia los trzech sióstr. Zostają porwane do świata elfów, bajecznego Elysium. Upływa dziesięć lat; Jude pragnie za wszelką cenę odnaleźć swoje miejsce w krainie elfów – lecz dumni elfowie gardzą śmiertelniczką, a wzgardliwszy od innych jest książę Cardan, najmłodszy i najokrutniejszy z potomków Najwyższego Króla.
By zdobyć pozycję na Dworze, musi rzucić Cardanowi wyzwanie – a następnie ponieść konsekwencje.
Jude poznaje labirynt intryg i ułudy, odkrywa własną przebiegłość i to, że zdolna jest zadać ból, a nawet śmierć. Gdy za sprawą zdradzieckich knowań elfowym dworom zagraża niebezpieczeństwo pogrążenia się w chaosie krwawej wojny, Jude gotowa jest narazić życie, by ocalić siostry i Królestwo.
Opis z LubimyCzytać

Największym problemem w Okrutnym księciu jest brak logiki w fabule. Cała powieść jest bardzo poprawna, ale średnia. Żałuję, że świat elfów nie został bardziej rozbudowany, bo wprowadzenie obiecywało wiele, jednak mam wrażenie, jakby autorka w kółko się powtarzała na temat ustroju politycznego i praw panujących w krainach tych magicznych istot. Uniwersum stworzone przez Holly Black zdecydowanie zasługuje na szersze opisanie, niestety nie poświęcono mu wystarczająco dużo uwagi, ale ogólnie mieści się w granicach, do jakich przywykłam z innych książek z tego gatunku. Mogłabym się nawet dobrze bawić przy okazji lektury Okrutnego księcia, gdyby nie to, że co kilka stron uderzała mnie myśl, jak bardzo bez sensu postępuje nasza główna bohaterka. Nie byłam w stanie zrozumieć decyzji podejmowanych przez Jude, nie przekonywała mnie przede wszystkim jej motywacja, a to właśnie motywacja jest siłą napędową całej fabuły. W momencie, w którym zaczynam wątpić w powody kierujące główną protagonistką, z perspektywy której śledzimy całą akcję, akcja staje się pozbawiona logiki, nie ma tutaj żadnego ciągu przyczynowo-skutkowego, a przez to nie potrafiłam czerpać z fabuły przyjemności, bo gdzieś z tyłu głowy tłukła mi się myśl, że Jude powinna już dawno temu opuścić Krainę Elfów i jej tłumaczenia nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Holly Black robiła, co mogła, żeby uargumentować wybory Jude, jednak ja nie znoszę takiej niekonsekwencji w zachowaniu postaci, która najpierw mówi jedno, ale po chwili robi coś zupełnie innego i stąd nie czułam wielkiej frajdy podczas czytania Okrutnego księcia. Zresztą, takie chwiejne zachowanie przejawia nie tylko główna bohaterka, ale także inne postaci, których zachowanie nijak ma się do tego, jak zostali opisani zaledwie dwie strony wcześniej. 

W takim razie może poświęcimy trochę czasu postaciom, skoro już przy tym jesteśmy. O ile uwielbiam główne bohaterki, które są silne, zdecydowane, a przy tym mają w sobie odpowiednią dozę mroku, która czyni ich kimś z pogranicza bieli i czerni, o tyle Jude jest tak nieprawdziwa i sztuczna w tym, co robi, że nie potrafiłam jej polubić, a ta cała otoczka jej brutalności jest po prostu czymś wprowadzonym na siłę przez autorkę i to czuć. Przez większość czasu, chociaż Holly Black próbuje nam wmówić, że dziewczyna wie co robi, Jude miota się, walcząc sama ze sobą i nie robi niczego, co byłoby naprawdę warte uwagi, a do tego sama nie kontroluje swoich poczynań. Poza tym wydawałoby się, że książę Cardan odegra większą rolę w fabule, ale niestety, jedyna postać, która miała w sobie jakąś głębię i konsekwencję prowadzenia, została zepchnięta na odległy plan przez o wiele bardziej jednowymiarowe, nudne marionetki, które właściwie nie odegrały żadnej roli, ale po prostu sobie istnieją, żeby nie było, że to teatr jednego aktora. Liczę na to, że w drugim tomie czeka na nas więcej Cardana, bo jestem naprawdę ciekawa, jak się rozwinie i jak potoczy się jego relacja z Jude, bo ten krótki przebłysk, który otrzymaliśmy w końcówce Okrutnego księcia, był naprawdę obiecujący.  

Przez ponad dwieście stron w Okrutnym księciu nie dzieje się nic i mówię to z ręką na sercu. Jeżeli nie mieliście jeszcze do czynienia z przypadkiem ogromnego lania wody, to ta książka jest idealnym przykładem tego, jak przez pierwszą połowę zwodzić czytelnika, nie dając mu nic w zamian. Mnóstwo tutaj opisów sukienek, żyrandoli, ślicznych sal balowych, ale akcji tutaj nie znajdziecie. Nie ma tutaj niczego porywającego czy oryginalnego, a rewelacje ujawnione pod koniec nie zszokowały mnie specjalnie, bo choć fabuła ostatecznie obrała ciekawy kierunek, mam wrażenie, że zabiegi do tego potrzebne spłyciły jeszcze bardziej motywację pewnych bohaterów. 

Wiem, że głównie narzekam, ale lektura Okrutnego księcia wcale nie była tak zła, jak może wam się wydawać po przeczytaniu mojej recenzji. Po prostu spodziewałam się więcej i czułam potrzebę wytknięcia wszystkich tych potknięć. To lekka, przyjemna książka, a druga połowa była o wiele lepsza od pierwszej i zwiastuje naprawdę fascynujące intrygi w kolejnym tomie, dlatego dam Holly Black kolejną szansę, bo Okrutny książę jest obiecujący i autorka udowodniła, że potrafi tworzyć zawiłe spiski, a polityczne zagrania i intrygi to coś, co uwielbiam. Więcej Cardana i akcji, mniej niepotrzebnego lania wody, Jude trochę się ogarnie, a świat przedstawiony rozwinie i będzie idealnie! 


Cykl Okrutny książę:
Okrutny książę // The Wicked King // The Queen of Nothing
Czytaj dalej »

środa, 5 kwietnia 2017

Naznaczeni śmiercią, czyli przeznaczenie zapisane w gwiazdach

0
Naznaczeni śmiercią to książka, do której podchodziłam bardzo nieufnie. Nie byłam nawet pewna, czy zdecyduję się po nią sięgnąć, skłaniałam się raczej ku ignorowaniu jej istnienia mimo szeroko zakrojonej akcji marketingowej, jednak powieść ta pojawiła się w Noworocznym MyBookBoxie, stąd mimo wszystko zdecydowałam się ją przeczytać. Czy żałuję swojej decyzji? A może Veronice Roth udało się mnie pozytywnie zaskoczyć?

Na jednej planecie żyją dwa wrogie narody – Shotet to lud nomadów, który z czasem przekształcił się w brutalnych zabójców trzymanych w ryzach przed ród Noaveków, z kolei Thuvhe to kraj łagodny i często pomijany, gdzie najważniejszą wartość ma wyrocznia oraz jej przepowiednie. Cyra oraz Akos, choć pochodzą z dwóch odmiennych światów, od zawsze mieli się spotkać, zapisano to w ich losie. Ona jest narzędziem w dłoniach swojego starszego brata, który prowadzi swój reżim w Shotet. Wychowywana w otoczeniu śmierci, przemocy i manipulacji stała się Biczem Ryzeka, jego prywatnym narzędziem tortur dla osób sprzeciwiających się władzy – dar ofiarowany jej przez nurt niesie niewyobrażalny ból każdemu, kogo dotknie, ale dotyczy to również jej samej. Cyra chce być jednak kimś więcej niż bronią sadystycznego brata. Akos z kolei należy do pokojowo nastawionego narodu Thuvhe i potrafi zniwelować działanie każdego daru nurtu. Po ogłoszeniu przeznaczenia wybrańców losów zostaje porwany wraz z bratem z domu i zabrany do Shotet, gdzie ma wypełnić się jego przepowiednia. Przetrzymywany we wrogim obozie Akos marzy jedynie o uratowaniu brata i pomszczeniu śmierci ojca. Z dala od swojego kraju poznaje Cyrę, z którą musi spędzać wiele czasu. Pokonując wzajemną nienawiść, zaczynają sobie ufać. Czy razem uda im się przetrwać w potwornym imperium Ryzeka? Czy będą w stanie zmierzyć się z pisanym im losem?

Chyba muszę zacząć od tego, że zabierając się za Naznaczonych śmiercią kompletnie nie spodziewałam się tego, co dostałam. A dostałam międzygalaktyczne uniwersum będące prawdziwą ucztą dla wyobraźni. Dziewięć różnych planet zamieszkiwanych przez narody różniące się kulturą oraz wierzeniami, tak wiele do odkrycia! Na razie Roth uchyliła jedynie rąbka tajemnicy, wpuszczając nas do tego tajemniczego, podlegającego kształtowaniu nurtu świata, ale ja już jestem urzeczona tą różnorodnością, choć mimo wszystko odczuwam niedosyt. Jest to jednak spowodowane tym, jak bardzo jestem urzeczona tą ideą, po prostu chciałabym głębiej poznać tą niezwykłą rzeczywistość, a nie jakimkolwiek brakiem w kreacji galaktyki. Trzeba otwarcie powiedzieć, że trudno przebrnąć przez początek, bo jest najeżony obcobrzmiącymi terminami – autorka pokusiła się o stworzenie nowych gatunków roślin czy zwierząt, należało także przyswoić sobie historię wrogich narodów, ideę wyroczni, wybrańców losu oraz nurtu, czyli siły napędzającej cały ten dziwaczny skrawek kosmosu i przepływającej przez każdą istotę. Z jednej strony nagromadzenie informacji, z drugiej niemal całkowity brak popchnięcia akcji do przodu, skomplikowane nazwy i tworzy się niezły bałagan. Mogę powiedzieć, że dopiero w granicach sto pięćdziesiątej strony naprawdę się wciągnęłam. 

To, co naprawdę urzekło mnie w Naznaczonych śmiercią, to bohaterowie. Są cudownie złożeni, wielopłaszczyznowi i nieprzewidywalni. Na tym polu nie da się uniknąć porównania do trylogii Niezgodna, gdzie postacie były jednowymiarowe oraz mało interesujące. Jeśli chodzi o głównych bohaterów zarówno Cyra, jak i Akos są niesamowicie wykreowani, to zupełnie odmienne, skomplikowane osobowości, którym nie da się przykleić jednej łatki. Cyra na pierwszy rzut oka wydaje się być potworem pozbawionym sumienia, nieznającym pojęcia miłosierdzia. Kiedy ją poznajemy, dostrzegamy w niej obojętność na los innych, twardą, zaciekłą wojowniczkę, jednak z czasem jej wizerunek w naszych oczach ulega zmianie. Uwielbiam fakt, że autorka stopniowo odkrywała przed nami kolejne aspekty osobowości Cyry, że wraz z biegiem czasu jej charakter stawał się coraz bardziej złożony i niejednoznaczny. Nie mogę powiedzieć, bym jakoś specjalnie się z nią zżyła, jednak bez wątpienia doceniam kunszt jej kreacji. Veronica Roth popisała się również w kreacji Akosa, silnego i miękkiego jednocześnie, chociaż nie jest on równie skomplikowany co Cyra. Trudno jednak nie szanować jego wytrwałości mimo wewnętrznego zwątpienia oraz zahartowania się w nieprzyjaznych warunkach przy jednoczesnym zatrzymaniu miękkiego serca. Na uwagę zasługuje także subtelna, pełna wdzięku relacja Cyry i Akosa, która według mnie rozwinęła się w niezwykle naturalny sposób. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, łączące ich uczucie powstało na mocnym fundamencie partnerstwa i wzajemnego szacunku. Wątek miłosny absolutnie nie przytłaczał, a był jedynie dodatkiem idealnie wkomponowującym się w całość.

Naznaczeni śmiercią to bez wątpienia powieść specyficzna. Z wieloma koncepcjami nie spotkałam się do tej pory w książkach. Sporo wątków jest wtórnych i znajomych, jednak tło całej historii, to galaktyczne uniwersum stworzone przez Roth jest na tyle oryginalne, że odwraca uwagę czytelnika od odtwórczości pewnych schematów. Szczerze mówiąc, od dawna nie miałam tak bardzo mieszanych odczuć względem jakiejś książki. Pod wieloma względami Naznaczeni śmiercią byli fascynującą lekturą, pełną niespodziewanych i świeżych rozwiązań, ale jednocześnie pojawiły się pomysły, które najzwyczajniej w świecie mi się nie podobały i mnie od siebie odrzucały. W niektórych momentach autentycznie nie mogłam się oderwać od tej powieści, bo byłam ciekawa, czym zaraz zaskoczy nas Veronica Roth, jednak zaraz potem rozpoczynał się pewien okres posuchy, bo według mnie akcja była za mało urozmaicona i zbyt długo stała w miejscu, krążąc wokół błahych spraw. Z nieco innym zakończeniem wystarczyłby mi jeden tom i byłabym w pełni usatysfakcjonowana. Z tego powodu moje wrażenia po zakończeniu lektury Naznaczonych śmiercią są ze sobą sprzeczne i choć pod wieloma względami mogłabym się pokusić o osiem gwiazdek, momentami ta powieść nie zasługiwała nawet na pięć. Ostatecznie jestem jednak bardzo ciekawa, w jakim kierunku podąży cała fabuła w drugiej części, bo mimo wad, bez wątpienia Naznaczeni śmiercią to historia, na którą warto zwrócić uwagę.

★★★★★★

Seria Naznaczeni śmiercią:
Naznaczeni śmiercią // ...
Czytaj dalej »

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Jedyna, czyli bajkowy romans z nutą goryczy

0
Seria Selekcja bez wątpienia zalicza się do guilty pleasures. Jest to przykład mało ambitnej literatury, ale za to jak wciągającej! Kiedy zabieram się za którąś z książek Kiery Cass, po prostu nie jestem w stanie się od niej oderwać, dopóki nie doczytam jej do końca, bez względu na to, jak przewidywalna i oklepana jest fabuła. Nie potrafię powiedzieć, w czym tkwi fenomen Selekcji, ale z Jedyną miałam bardzo podobnie jak w przypadku poprzednich tomów, choć okazało się, że z trzecią częścią miałam najwięcej problemów. 

America jest jedną z czterech dziewcząt, które utrzymały się w ścisłej czołówce Eliminacji. Ukochana przez zwykłych ludzi, znienawidzona przez obecnego króla, dziewczyna wciąż nie jest pewna swych uczuć. A jednak nadchodzi moment ostatecznego wyboru, tym trudniejszego, że cały los Illei może spoczywać właśnie w rękach Ami.
Czy dziewczyna powróci do swej dawnej miłości, czy zdecyduje się zostać królową i podjąć walkę o lepszy świat dla siebie i wszystkich mieszkańców Illei?
Opis z LubimyCzytać

Moim głównym zastrzeżeniem do Jedynej jest... brak chemii między Maxonem oraz Americą. Według mnie autorka poświęciła im w tym tomie zdecydowanie za mało czasu, wcześniej byłam zauroczona ich słodką, powoli rozwijającą się relacją, a teraz mój zachwyt dotyczący ich związku gdzieś wyparował, podobnie jak moja sympatia do młodego księcia. Relacja Ami oraz Maxona została zepchnięta na bok, pozbawiona wcześniejszego ognia i romantyzmu, rywalizacja między dziewczętami ograniczyła się do trzech scen, a cała otoczka tego przedsięwzięcia straciła na blasku oraz bajkowości. Zabrakło mi po prostu magii, którą odczuwałam do tej pory w związku z tą serią (mimo mankamentów oraz rozdwojenia jaźni głównej bohaterki) i możliwe, że jest to spowodowane rozwinięciem kwestii trudnej sytuacji w kraju. Kiera Cass po prostu nie radzi sobie z budowaniem intryg mających ręce oraz nogi, wszystko jest u niej przerysowane i nijak się ma do osi fabularnej. W jej powieściach nigdy nie byłam fanką wątku dystopijnego związanego z działaniem rebeliantów, a przytłaczająca część trzeciego tomu dotyczyła właśnie politycznych zawirowań w kraju, które według mnie były nierealne i nijak się miały do głównego tematu, czyli samej Selekcji, której wyjątkowo brakowało mi w Jedynej. Lubiłam tę trylogię jako niezobowiązującą, przyjemną historię o miłości wzrastającej w niekoniecznie sprzyjającym otoczeniu, a teraz trochę mi tego zabrakło. 

Kiera Cass wykazała się ogromną niekonsekwencją w tej części, nie tylko ze względu na porzucenie urokliwego klimatu i odsunięcie się od podstawowych założeń na tę trylogię, ale także w kreacji bohaterów. Widać to zwłaszcza w postawie Americi, która nagle zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni, głównie w swojej relacji z Aspenem, lecz straciła także swój temperament i butę, jej zachowanie wydawało mi się być strasznie na pokaz, jakby Kiera Cass próbowała w tym tomie zrobić z niej osobę, którą nigdy nie była. Autorka zniszczyła także postać Celeste, która w niczym nie przypomina siebie z poprzednich dwóch tomów, to chyba na nią przeniosło się dotychczasowe rozdwojenie jaźni Ami. Te gwałtowne przemiany były niezwykle sztuczne. Elitę czytałam dwa lata temu, więc skoro po tym czasie udało mi się wychwycić duże sprzeczności w przedstawieniu postaci, muszą być one naprawdę znaczne. 

Jedyna nie zaskakuje właściwie niczym. Jeszcze zanim zabrałam się za tę książkę, wiedziałam, czego się spodziewać i jak zostaną rozwiązane poszczególne wątki fabularne, choć autorce udało się mnie odrobinę zszokować samym zakończeniem. Może odrobinę poszła na łatwiznę, pozbywając się w ten sposób wielu kłopotliwych kwestii, ale nie spodziewałam się, że zdecyduje się na tak drastyczny sposób. Przewidywalność Jedynej jednak mi nie przeszkadzała, bo zabierając się za podobną historię, nie można mieć względem niej wielu oczekiwań. Ta powieść pomogła mi się zrelaksować, pochłonęłam ją niezwykle szybko, w miarę dobrze się przy niej bawiąc, choć nie aż tak wspaniale, jak sądziłam. Wymagałam nieco więcej od finału miłosnej historii Maxona i Americi, więc nie jestem w pełni usatysfakcjonowana; na pewno czytało się ją przyjemnie, ale bez fajerwerków i raczej z pobłażliwym uśmiechem na ustach. 

Możliwe, że zbyt surowo oceniam Jedyną, ale mam wrażenie, że poprzednie dwie części, mimo zawirowań i niezdecydowania Americi, podobały mi się bardziej. Żałuję, że autorka zboczyła z kursu, lecz mimo wszystko polecam jej powieści dla odstresowania się, bez wątpienia umilą wam czas i sprawią, że przez kilka godzin poczujecie się jak najprawdziwsze księżniczki, nawet jeśli nigdy nie miałyście takich aspiracji ;)

★★★★★

Seria Selekcja: 
Rywalki // Elita // Jedyna // Następczyni // Korona
Czytaj dalej »

poniedziałek, 14 marca 2016

Próba ognia, czyli czarownice z Salem rządzą światem

20
Trylogię Spętani przez bogów Josephine Angelini wprost uwielbiam, ale kiedy na półkach księgarni pojawiła się jej najnowsza książka, Próba ognia, nie byłam do tego pomysłu przekonana. Zwłaszcza po Wszechświatach Leonardo Patrignaniego, który również wykorzystał motyw alternatywnych rzeczywistości, a którego książka niemiłosiernie mi się dłużyła (i chyba tylko cudem przy niej nie usnęłam).

Dla Lily Proctor cały świat jest potencjalnie niebezpiecznym alergenem. Dziewczyna całe życie chorowała, a drobne, codzienne przyjemności, które dla innych są normalnością, dla niej są zakazanym owocem, bo chwila nieuwagi może skończyć się dla niej tragicznie. Lily postanawia jednak zaryzykować i wraz z najlepszym przyjacielem, który ostatnio stał się kimś więcej, wybiera się na imprezę. Ta przybiera niekorzystny dla niej obrót i Lily pragnie zniknąć. Jej życzenie się spełnia - dziewczyna trafia do równoległego wymiaru, w której nauka została zakazana, a miastem rządzi potężna, okrutna czarownica Lillian, jej własne alter ego.

Znacie takie uczucie, które pojawia się tuż po przeczytaniu powieści z wyjątkowo interesującym światem, kiedy wydaje się Wam, że w porównaniu z fikcją nasza rzeczywistość nie jest wystarczająco dobra? Właśnie tak poczułam się po zakończeniu Próby ognia, bo Josephine Angelini stworzyła intrygujące, magiczne tło dla wydarzeń i chociaż przez chwilę chciałabym stać się częścią społeczności czarownic i mechaników, nawet jeśli rządziła się ona okrutnymi, brutalnymi prawami. Od dawna nie zdarzyło mi się, bym tak bardzo wsiąkła nie tyle w historię, co w sam świat przedstawiony, a Salem z równoległej rzeczywistości po prostu podbiło moje serce. Autorka sprytnie połączyła ze sobą opowieści o czarownicach oraz ludowe legendy z własną wyobraźnią, tworząc niepowtarzalny, ciekawy obraz świata, w którym to nauczyciele i lekarze są prześladowani, skazywani na śmierć za potajemne doświadczenia naukowe czy leczenie pacjentów za pomocą rozumu, nie magii.

Dość dużym problemem dla mnie okazała się być Lily. Jej upór czy współczucie były wielokrotnie podkreślane, a ja w ogóle nie dostrzegałam tych cech w jej postępowaniu. Ponadto Lily wydawała mi się być bardzo infantylna, co tylko pogłębiło moją niechęć - pod koniec staje się nieco bardziej dojrzała, ale jest to dosłownie chwilowy przebłysk. Według mnie wszystko przychodziło Lily zbyt łatwo, a ona sama była niemal idealna. Poboczni bohaterowie zostali tylko powierzchownie nakreśleni, przez co przyjemnie się o nich czytało, ale byli papierowi, przez co w ogóle nie interesowałam się ich losami. Najlepiej Angelini wyszły dwie postacie: Lillian oraz Rowan. Potężnej czarownicy przyświecały kiedyś podobne ideały co samej Lily, wciąż wierzy, że postępuje w imię większego dobra, a z drugiej strony jej działania cechuje okrucieństwo, co czyni z niej interesującą bohaterkę. I oczywiście Rowan, och Rowan... To już drugi bohater o tym imieniu, w którym jestem absolutnie zakochana. Josephine Angelini jest mistrzynią romansu, co udowodniła już po raz drugi. Wszystko toczy się bardzo płynnie i naturalnie, autorka dała Lily i Rowanowi czas, by powoli się do siebie zbliżyli. Ta relacja kształtowała się przepięknie na naszych oczach, a między tą dwójką naprawdę iskrzyło.

Próba ognia Josephine Angelini, przy wszystkich swoich zaletach, jest książką raczej średnią. O wiele bardziej do gustu przypadła mi trylogia Spętani przez bogów i, szczerze powiedziawszy, byłam dość zdeterminowana, żeby dać książce niższą ocenę. W pewnym momencie zauważyłam jednak, że przepadłam. Wciągnęłam się w historię przedstawioną przez autorkę i nie mogłam się od niej oderwać, dopóki nie przeczytałam ostatniego zdania, bo gdy tylko zamykałam książkę, moje myśli od razu wracały do Lily i jej przygód. No cóż, powieść o czarownicach rzuciła na mnie czar. Nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po kolejny tom, bo Josephine Angelini zakończyła Próbę ognia w strasznym momencie, a książkę polecam każdemu, kto poszukuje przyjemnej opowieści o magii oraz miłości, lecz bez wygórowanych oczekiwań.

6/10
Czytaj dalej »

piątek, 26 lutego 2016

Posłaniec Strachu, czyli okrutna gra o wolność z twoim największym koszmarem

24
Seria GONE Michaela Granta jest prawdopodobnie jedną z najbardziej rozpoznawalnych serii młodzieżowych. Nie mogę powiedzieć, że jestem jej ogromną fanką, ale pozostawiła po sobie niezatarty ślad w mojej głowie. Posłaniec Strachu od razu przykuł moją uwagę, a po przeczytaniu opisu wiedziałam, że nie odpuszczę, dopóki nie zapoznam się z historią Mary. 

Mara budzi się we mgle, nie pamiętając niczego poza swoim imieniem. Od tej pory musi towarzyszyć smutnemu chłopakowi o pięknych oczach, który jest Posłańcem Strachu - odnajduje on tych, którzy popełnili zło, a nie dosięgła ich kara i proponuje im udział w przerażającej grze. Jeśli wygrają, będą mogli odejść wolni bez żadnych konsekwencji. Jeśli przegrają, będą musieli stawić czoło swojemu największemu lękowi i spróbować to przetrwać. 

Po przeczytaniu Posłańca Strachu będziesz poddawał w wątpliwość wszystko, co już wiesz, bo pod płaszczykiem literatury młodzieżowej skrywa się brutalne przesłanie o ciemnej stronie natury człowieka. W każdym z nas drzemie zło, chociaż nie zawsze przybiera ono oczywistą formę. W tej książce wielokrotnie powtarzana jest konieczność utrzymania kruchej równowagi między tym, co jest dobre, a tym, co jest złe. Kara i pokuta, śmierć i odkupienie - te motywy przez cały czas były obecne, a w dodatku zostały genialnie opisane. Obawiałam się na tym polu pewnej banalności, ale autor mnie nie zawiódł. Wymierzana przez Posłańców sprawiedliwość, chociaż tak potrzebna, w większości przypadków jest okrutna, bo z definicji brakuje w niej litości. Michael Grant stawia nas przed dylematem, którego nie sposób rozwiązać: czy nawet największy zbrodniarz zasługuje na nieludzkie katusze? Po zakończeniu lektury byłam całkiem rozbita. Jednocześnie pusta i sponiewierana, ponieważ podczas czytania przebrnęłam chyba przez wszystkie możliwe stany emocjonalne. To autor, który nie bawi się w subtelności, bo życie jest brzydkie i brutalne, a on nie próbuje tego przesłania złagodzić cukierkową otoczką pod tytułem wszystko będzie dobrze. Należy przygotować się na zderzenie ze wstrząsająca prawdą oraz bezwzględną rzeczywistością wykreowaną przez Michaela Granta.

Posłaniec Strachu nie jest jednak powieścią idealną. Pojawiły się w nim dziury logiczne i brakowało mi jeszcze dokładniejszego przedstawienia pracy Posłańca oraz kierujących nim zasad. Uwielbiam sam pomysł na tę książkę, kreację świata oraz zupełnie nową mitologię stworzoną przez autora, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że nie jest to nawet ułamek tego wszystkiego, że z fabuły dałoby się wycisnąć o wiele, wiele więcej. Wciąż nie dostałam odpowiedzi na dręczące mnie pytania odnośnie funkcjonowania Posłańców czy siedmiu bóstw. Wszystko to owiane jest jeszcze większą tajemnicą niż sam mentor Mary, ale mam wrażenie, że nie wynika to z chęci zaintrygowania czytelnika, a z niedopracowania - w końcu polskie wydanie Posłańca Strachu składa się tak naprawdę z dwóch tomów wydanych w Ameryce oddzielnie i jeszcze z opowiadania, a nie przekracza 450 stron. Nie mogę powiedzieć, że jestem rozczarowana, bo idea jest naprawdę genialna, jednak wydaje mi się, że Michael Grant nie poświęcił temu pomysłowi należytej mu uwagi. Pojawiła się też dość duża powtarzalność, brakowało mi jakiegoś urozmaicenia, które całkowicie wbiłoby mnie w fotel, ale i tak Posłaniec Strachu dostarczył mi mnóstwo powodów do rozmyślań, sprawiając, że pod koniec byłam wykończona nadmiarem wrażeń.

Posłaniec Strachu to zaskakująca, intensywna powieść z niespotykaną koncepcją, którą czyta się z zapartym tchem. Mimo mankamentów poruszyła mnie do głębi i podejrzewam, że przez dłuższy czas nie będę się mogła po niej pozbierać.

7,5/10
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia