środa, 31 sierpnia 2016

Podsumowanie sierpnia

25

Nadszedł jeden z najmniej wyczekiwanych dni roku, czyli ostatni dzień wakacji. Uczniowie muszą wracać do swoich obowiązków (mnie po raz pierwszy to nie czeka, chociaż wczoraj obudziłam się przekonana, że powinnam się zbierać do szkoły xD), a bloggerzy zastanawiają się, jak połączą codziennie obowiązki z pisaniem postów. Na razie jednak powinniśmy podsumować ostatni miesiąc!

ZRECENZOWANE

  • Zostań jeśli kochasz, Gayle Forman, 248 stron ★★★★★☆☆☆☆☆
  • Dwór cierni i róż, Sarah J. Maas, 527 stron ★★★★★★★★☆☆
  • Niezłomni, C. J. Daugherty, 383 strony ★★★★☆☆☆☆☆☆
  • Username: Evie, Joe Sugg, 192 strony ★★★★★★☆☆☆☆
  • Wyścig, Jenny Martin, 399 strony ★★★★☆☆☆☆☆☆
  • Promyczek, Kim Holden, 585 stron ★★★★★★★★★★
  • Epidemia, Suzanne Young, 411 stron ★★★★★★★☆☆☆
DODATKOWO


PODSUMOWANIE I PLANY
Sierpień minął mi głównie pod znakiem urodzin – w tym miesiącu blog skończył swój pierwszy roczek (<333), wciąż nie mogę w to uwierzyć. Przez ten czas weszliście na Books by Geek Girl 88 814 razy, zostawiliście 3402 komentarzy, 284 osób zostało obserwatorami bloga, 59 profilu Google+, 111 polajkowało fanpage. Te liczby są ogromne i nie przyszły łatwo, może dlatego są takie cenne. Przez ten czas napisałam 138 postów, w tym 78 recenzji, zaczęłam prowadzić 4 cykle (swoją drogą, na wakacjach nie pojawił się żaden tekst z owych cykli, trzeba będzie to jak najszybciej nadrobić!). Jeszcze raz dziękuję Wam, czytelnikom bloga, za całe wsparcie, jakie od Was otrzymałam <3
W tym miesiącu udało mi się opublikować aż 7 recenzji, trafiły się dwie perełki, pozostałe powieści były jednak raczej średnie i bez polotu. Najlepszą książką jest oczywiście Promyczek Kim Holden, który podbił moje serce tylko po to, by potem połamać je na drobne kawałeczki. Jedna z najbardziej wzruszających historii, jakie przeczytałam w tym roku i gorąco polecam ją każdemu. Najgorszą powieścią ostatecznie zostaje Wyścig Jenny Martin z irytującą dziewuchą jako główną bohaterką, bezsensownym trójkątem miłosnym i chaotyczną fabułą, która się nie kleiła. 
Podczas wakacji trochę się rozleniwiłam, ale teraz postaram się wrócić do większej aktywności. Wciąż także zastanawiam się nad zainstalowaniem Disqusa, który posiada bardzo wielu zwolenników i ułatwiłby komunikację. Nie chcę jedynie, bo osoby nieposiadające konta poczuły się pokrzywdzone, mimo to Disqus posiada wiele zalet i chyba ostatecznie się na niego zdecyduję :)


To takie pocieszenie na koniec wakacji, głowa do góry!
Czytaj dalej »

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Wakacyjne podsumowanie czytelnicze

24

Na początku wakacji wyznaczyłam sobie trzy cele czytelnicze, które teoretycznie miały mi przyświecać przez najbliższe dwa miesiące. Plany planami a rzeczywistość rzeczywistością, sami się za chwilę przekonacie, że moje wyniki nie są spektakularne, ale w lecie z reguły czytam bardzo niechętnie i niestety, te wakacje nie były wyjątkowe pod tym względem, szło mi to opornie. Nie przedłużając, przygotowałam dla Was krótkie, czytelnicze sprawozdanie.

CEL WAKACYJNY #1 – przeczytać Harry'ego Pottera w oryginale
Zasada jest prosta: tutaj nie miałam zamiaru się spieszyć, chciałam się w pełni rozkoszować ponownym zatopieniem się w świecie stworzonym przez J. K. Rowling. W trzy miesiące (zaczęłam w czerwcu) przeczytałam cztery części, więc uważam, że jest to i tak wysoki wynik. Oczywiście mam zamiar kontynuować tę przygodę dalej, ale już mogę wam powiedzieć, że to coś niesamowitego! Oryginał dość znacząco różni się od polskie tłumaczenia, styl jest zupełnie inny, a wiele żartów wydaje mi się po prostu zabawniejszych po angielsku. Moja miłość do bliźniaków Weasley tylko jeszcze bardziej wzrosła przez ostatnie miesiące <3

CEL WAKACYJNY #2 – zabrać się za książki zalegające na moich półkach od roku
Wyczytywanie moich zaległości zaczęłam od Chodzącej katastrofy Jamie McGuire. Nie jestem w stanie nawet dokładnie określić, od kiedy ta powieść znajduje się na mojej półce, a to już o czymś świadczy. Zabrałam się za tę książkę w połowie sierpnia i gdyby nie to, prawdopodobnie skończyłabym z haniebnym zerem na koncie w tej kategorii. Po przeczytaniu historii z punktu widzenia Travisa mam mieszane uczucia, bo z jednej strony ciekawie było przypomnieć sobie fabułę jednej z pierwszych książek NA, jakie przeczytałam, a z drugiej zaczęłam dostrzegać słabe strony Pięknej katastrofy. Rzutem na taśmę przeczytałam również Zimę koloru turkusu Cariny Bartsch, Lato koloru wiśni czytałam dokładnie rok temu i od tamtej pory marzyłam, by zabrać się za kontynuację losów Elyasa i Emely. Pod względem fabularnym zaskoczenia nie było, ale autorka pisze w taki sposób, że nie można się od książki oderwać, śledziłam strony z wypiekami na twarzy!
Ostatecznie jednak po tych wakacjach zostałam z mnóstwem powieści, które od wielu miesięcy czekają, aż się z nimi zapoznam. Postaram się jednak pomiędzy nowości wpleść te starsze bestsellery.

CEL WAKACYJNY #3 – zapoznać się z klasyką literatury
Wstyd się przyznać, ale do klasyki podchodziłam trochę jak pies do jeża. Bardzo nieufnie, bardzo niechętnie, udało mi się jednak przełamać i co? Mam zamiar kontynuować swoją przygodę z klasyką, bo przeczytane przeze mnie powieści bardzo mi się podobały! Zaczęłam od Rozważnej i romantycznej Jane Austen, którą przeczytałam w ramach maratonu 7ReadUp. Okazuje się, że Jane Austen ma niezwykle błyskotliwy, cięty dowcip, czego zupełnie się nie spodziewałam! Co prawda postać Marianny niezwykle mnie irytowała, ale nie wynika to ze złej kreacji bohaterki, po prostu skrajnie różnimy się temperamentami i mój system wartości był o wiele bardziej podobny do tego należącego do Eleonory, którą niesamowicie polubiłam. Po Austen dałam szansę Charlotte Brontë i Dziwnym losom Jane Eyre. Do pewnego momentu nietrudno było przewidzieć rozwój fabuły, ale potem autorka naprawdę mnie zaskoczyła zwrotami akcji, tajemniczością oraz bardzo feministycznymi poglądami jak na tamte czasy. Moje pierwsze niewymuszone spotkanie z klasyką okazało się być świetną przygodą, czytało mi się te powieści niezwykle przyjemnie, choć musiałam im poświęcić nieco więcej czasu i uwagi. Na pewno ten wynik mnie nie satysfakcjonuje, ale po protu za późno przekonałam się do sięgnięcia po podobne lektury na tych wakacjach. Za niedługo wybieram się do biblioteki i wypożyczę kolejny klasyk, gorąco zachęcam was do tego samego!
P. S. Interesowałyby Was pełne recenzje klasyków, a może lepszym rozwiązaniem byłoby kilka mini recenzji w jednym poście? Jak sądzicie?
7READ UP 3.0
Od 15 do 21 sierpnia brałam udział w swoim pierwszym czytelniczym maratonie organizowanym przez Marthę Oakiss, więc wypadałoby podsumować także tę przygodę. Jak szaleć to na całego, więc postawiłam na wersję hard, do dziesięciu wytycznych dopasowałam sześć książek, które łącznie miały 2230 stron i 14,9 cm szerokości grzbietów. O moich planach zresztą mogliście przeczytać w tym poście. Teraz przyszedł czas na zbiorowe podsumowanie mojego udziału w maratonie. W pierwszy dzień przeczytałam Rozważną i romantyczną Jane Austen oraz obejrzałam ekranizację z 1995 roku m. in. z Kate Winslet i Alanem Rickmanem <3 Drugiego dnia trochę rzutem na taśmę, bo koło północy skończyłam czytać Playlist for the dead. Posłuchaj, a zrozumiesz Michelle Falkoff. Bardzo szybko przez nią przebrnęłam, ale zdecydowanie spodziewałam się więcej, recenzja powinna pojawić się za niedługo. Trzeciego i czwartego dnia czytałam Powietrze, którym oddycha Brittainy C. Cherry i nie ukrywam, że zawiodłam się na tej książce. Przez ostatnie trzy dni maratonu nie mogłam się zabrać za czytanie, ale udało mi się przeczytać 85 stron Mroczniejszego odcienia magii V. E. Schwab oraz 250 stron Epidemii Suzanne Young, która co prawda nie znalazła się w moim TBR, ale dzięki ośmioliterowemu tytułowi wpasowała się w wyzwanie. Recenzję Epidemii znajdziecie już na blogu.
Nie tknęłam Blackoutu Miry Grant (tego akurat się spodziewałam, mój okropny nawyk nie czytania ostatnich tomów jest trudny do przezwyciężenia) oraz powieści Kiedy pada deszcz Lisy De Jong (to mnie zaskoczyło, ale podejrzewam, że to wina Promyczka, pod którego wpływem wciąż się znajduję). Ostatecznie udało mi się przeczytać w ten tydzień 1226 stron, co daje ok. 7,7 cm, czyli podstawowy cel maratonu został osiągnięty. Czy jestem zadowolona ze swojego wyniku? Niekoniecznie, bo dopadł mnie leń i wiem, że mogło być o wiele lepiej, ale wynik nie jest tragiczny. W końcu wzięłam udział w jakimś maratonie i to się liczy :)

Jestem ciekawa, czy stawialiście sobie jakieś cele na wakacje i czy udało Wam się je osiągnąć. Dajcie też mi znać w komentarzach, jak poszedł Wam 7Read Up 3.0, jestem naprawdę ciekawa Waszych osiągnięć! 
Czytaj dalej »

piątek, 26 sierpnia 2016

Program. Epidemia, czyli poszukiwanie własnej tożsamości

20
Program to, przynajmniej dla mnie, bardzo dziwna seria. Były momenty, w których ją uwielbiałam, w większości jednak uważałam ją za dobrą, ale nie zachwycającą, bo brakowało mi jakiejś iskry w fabule, czegoś, co trzymałoby mi na krawędzi fotela, nie pozwalając się oderwać od lektury, dopóki nie poznam zakończenia. Czytałam kolejne tomy, lecz choć każdy kolejny był lepszy od poprzedniego, wciąż nie mogłam znaleźć tego, czego szukałam. Aż pojawiła się Epidemia.

Quinlan McKee przez wiele lat była najlepszą w swoim fachu – jako sobowtór na pewien czas wcielała się w rolę zmarłych nastolatek, kopiując ich wygląd, zachowanie oraz przyzwyczajenia, by dać rodzinie szansę na pożegnanie się z ukochanym dzieckiem i pogodzenie się z jego śmiercią. Kiedy jednak Quinn odkryła, że wydział żałoby, dla którego pracowała, przez ponad dekadę ukrywał przed nią jej prawdziwe pochodzenie, a ludzie, którym najbardziej ufała, ją zdradzili, dziewczyna zrozumiała, że nic nie jest takie, jakie jej się wydawało. Tymczasem fala samobójstw wśród nastolatków zatacza coraz szersze kręgi, skłaniając Quinlan do poszukiwania odpowiedzi na dręczące ją pytania u samego źródła. 

Według mnie Epidemia to najlepsza część całej serii Program. Czytało mi się ją najszybciej, najprzyjemniej i o ile w przypadku poprzednio przeczytanych przeze mnie tomów czasami zmuszałam się do lektury, z dużym trudem przerzucając kartki, o tyle w przypadku Epidemii byłam szczerze zainteresowana dalszym losem bohaterów i nie mogłam się doczekać, aż wszystko stopniowo zacznie się wyjaśniać. Ten tom ze wszystkich chyba był najbardziej bogaty w akcję oraz urozmaicony, autorka nie skupiła się tylko na jednym temacie, w końcu pojawiła się ta upragniona przeze mnie wielowątkowość! Suzanne Young nie zrezygnowała z dalszego przedstawiania zawiłości pracy sobowtóra, ale tym razem mieliśmy szersze spojrzenie na falę samobójstw, wybuch choroby, a także jej rozprzestrzenianie się i pierwsze próby zapobiegania jej, dzięki czemu fabuła wydawała mi się być pełniejsza. Dostajemy także wszystkie odpowiedzi na nurtujące nas pytania, autorce bardzo zgrabnie udało się domknąć całą historię, chociaż muszę przyznać, że nie do końca przekonuje mi wyjaśnienie, skąd się wzięła cała plaga samobójstw, dla mnie było to naciągane, jednak pozostałe wytłumaczenia w pełni mnie satysfakcjonują.

W Remedium nie do końca byłam przekonana do bohaterów, uważając, że mamy do czynienia ze Sloane i Jamesem wersją 2.0 Epidemia pokazała mi, jak bardzo się myliłam! Quinn wspaniale rozwinęła się w tej części, stając się wielowymiarową postacią, której ciężko nie polubić. Jej oddanie oraz lojalność, mimo że wielokrotnie mogły ją doprowadzić do porażki, były niezachwiane, Trzymała emocje na wodzy w najbardziej stresujących sytuacjach, zachowując się jak rasowa twardzielka, ale pozwalała sobie również na chwile słabości, wiedząc, że nie ma w nich nic złego. Niezmiennie jestem zachwycona także Deaconem, którego przeszłość oraz motywy mamy szansę poznać w tym tomie. Ten chłopak ciągle mnie zaskakiwał, idealnie równoważąc w sobie arogancję z troskę o innych. Związek Quinlan oraz Deacona ewoluuje, ich więź staje się prawdziwsza niż kiedykolwiek wcześniej i byłam po prostu zauroczona rozwojem tej relacji. Na uwagę zasługują również Aaron oraz Reed, którzy wprowadzili element humorystyczny do tej melancholijnej, momentami przygnębiającej lektury. Uwiódł mnie zwłaszcza Reed, który może nie odegrał wielkiej roli w fabule, ale udało mu się podbić moje serce.

Według mnie Remedium oraz Epidemia zdecydowanie stanowią tę lepszą część całego cyklu. Urzekli mnie nie tylko różnorodni bohaterowie, którzy są świetnymi kłamcami – niejednokrotnie przyjaciel okazywał się wrogiem, a wróg przyjacielem – ale także uniwersalność tej serii, która w oryginalny sposób dotyka tematu samobójstw i społecznej paranoi, a także opowiada o sztuce odnajdywania samego siebie. Pokazuje, jak łatwo można się zatracić i zagubić po drodze oraz jak bardzo na człowieka może wpłynąć strata ukochanej osoby. Epidemia bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, swoim poziomem zupełnie deklasując poprzednie części. Naprawdę świetnie się bawiłam podczas czytania tej książki i gorąco ją polecam wraz z Remedium, jeśli poszukujecie czegoś świeżego i innowacyjnego. 


Cykl Program

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!


Czytaj dalej »

wtorek, 23 sierpnia 2016

Promyczek, czyli światełko na końcu tunelu

35
Już wielokrotnie przyznawałam Wam się do tego, że do książek wychwalanych pod niebiosa przez kolejnych bloggerów podchodzę z dużą dozą dystansu. Więcej razy się na nich sparzyłam, niż zakochałam i może stąd wynika moja ostrożność. Czasem jednak warto wyjść ze swojej strefy komfortu i po prostu zaryzykować, by potem poznać jedną z najbardziej zaskakujących i zarazem najcudowniejszych historii, jakie kiedykolwiek zostały napisane. Promyczek jest tak wspaniały i tak mocno na mnie wpłynął, że nie będę w stanie użyć odpowiednich słów, by opisać to, co czuję, ale postaram się. Bo chcę, by jak największa liczba osób zapoznała się z tą powieścią i straciła dla niej serce tak jak ja. 

Życie Kate Sedgwick nigdy nie było bezbarwne. Dziewczyna pomimo problemów i tragedii zachowała pogodę ducha – nie bez powodu jej przyjaciel Gus nazywa ją Promyczek. Kate jest pełna życia, bystra, zabawna, ma również wybitny talent muzyczny. Nigdy jednak nie wierzyła w miłość. Właśnie dlatego – gdy wyjeżdża z San Diego by studiować w Grant, małym miasteczku w Minnesocie – kompletnie nie spodziewa się, że przyjdzie jej pokochać Kellera Banksa.
Oboje to czują.
Oboje mają powód, by z tym walczyć.
Oboje skrywają tajemnice.
Kiedy wyjdą one na jaw, mogą uzdrowić…
Mogą również zniszczyć.
Opis LubimyCzytać

Promyczek nie jest typową powieścią New Adult, więc jeżeli macie w głowie obraz namiętnego romansu dwójki bohaterów poznaczonych przez blizny z przeszłości, natychmiast wyrzućcie go z głowy! Co prawda Kim Holden sięgnęła po kilka schematów charakterystycznych dla tego gatunku, ale nigdy nie przedstawiła ich wprost, posługiwała się niedopowiedzeniami i wskazówkami, które bardzo powoli budowały odpowiednią atmosferę. Jeśli jednak miałabym krótko scharakteryzować fabułę tej powieści, najlepiej byłoby powiedzieć, że jest to historia o życiu. O czerpaniu garściami z chwili obecnej, o docenianiu małych rzeczy, okruchów szczęścia, jakie niesie nam codzienność, o nieprzewidywalności i niesprawiedliwości losu, o walczeniu o swoje marzenia mimo wszystko, o trzymaniu się nadziei nawet w najmroczniejszych momentach istnienia.

W Promyczku urzekła mnie główna bohaterka i nie można napisać recenzji o tej książce, nie wspominając o optymistycznej, pełnej życia Kate, która wszystkich obdarowywała swoim ciepłem oraz miłością, szukając dobra w każdej osobie. Równie energicznej, trochę impulsywnej i zwariowanej bohaterki na próżno szukać w wydawanych obecnie powieściach i jej postać wniosła mnóstwo świeżości. Moim najnowszym mottem, którym kieruję się od czasu przeczytania Promyczka, jest: co by na moim miejscu zrobiła Kate? Bo chcę tak jak ona cieszyć się życiem, tak jak ona znosić przeciwności losu.

Kolejnym elementem, który pokochałam całym swoim zmaltretowanym serduchem, jest pewna relacja. I nie mówię tutaj o uroczym wątku romantycznym, który notabene był bardzo subtelnie wpleciony w całość i stanowił zaledwie tło dla wydarzeń. Mówię o niesamowitej przyjaźni Kate i Gusa, która była tak autentyczna, głęboka i realna, że wciąż mam ciarki, gdy tylko pomyślę o tej dwójce. To, jak się o siebie troszczyli, jak wiedzieli o sobie wszystko i wspaniale się uzupełniali... Ich więź poruszyła we mnie najczulsze struny, o których istnieniu zdążyłam już zapomnieć.

Nie będę ukrywać – Promyczek jednocześnie niszczy i scala, doprowadza do łez i śmiechu. Jeszcze nigdy od razu po zakończeniu lektury nie czułam takiej potrzeby, by od razu zabrać się za nią ponownie i dać się wchłonąć całej historii po raz kolejny, mimo że każda kolejna scena powoli roztrzaskiwała moją duszę. Istnieją jednak historie warte bólu i Promyczek jest jedną z nich. To było wzruszające. Miażdżące. Emocjonalne. Wstrząsające. Piękne. Euforyczne. Inspirujące.  

Po zakończeniu tej powieści zapragnęłam coś zmienić. Promyczek wpłynął na mnie w sposób, jakiego zupełnie się nie spodziewałam, stając się dla mnie jednym z najbardziej bezcennych doświadczeń czytelniczych w tym roku. Przeżyłam to zakończenie tak mocno, że nawet po kilku dniach na samą myśl o Promyczku w oczach stawały mi łzy i czułam ścisk w gardle, ale jednocześnie pojawiała się potrzeba, by stać się lepszym człowiekiem. Jeśli nie to jest wyznacznikiem wartościowej lektury, to ja już nie wiem, co nim jest. To jedna z najpiękniejszych historii, jakie czytałam w życiu i chociaż złamała mnie, rozbiła na kawałeczki, po prostu zniszczyła, jednocześnie napełniła mnie optymizmem oraz nadzieją. Ta książka była tak dobra, że przypomniała mi, dlaczego kocham czytanie. Tak dobra, że nie potrafię Wam opisać swoich uczuć, bo słowa to w tym przypadku za mało. Tak dobra, że czuję ucisk w piersi, gdy tylko o niej pomyślę, ale także pewnego rodzaju wyzwolenie. Promyczek to mały cud, który trzymałam w rękach.


To historyczna chwila. Wiecie dlaczego? Bo nigdy nie dawałam książkom 10. Zawsze dawałam 9, to była taka moja gwarancja bezpieczeństwa na wypadek, gdyby znalazła się powieść, która będzie znaczyła dla mnie więcej niż inne, która dosłownie wstrząśnie moim światem. Promyczkowi się to udało.

Jestem emocjonalnym wrakiem. Tyle mam do powiedzenia.
Czytaj dalej »

sobota, 20 sierpnia 2016

Wyścig, czyli kosmiczna Formuła 1 oraz międzyplanetarna walka o władzę

19
Wyścig Jenny Martin był reklamowany jako połączenie Szybkich i wściekłych oraz Gwiezdnych wojen, więc jako fanka obu tych filmowych serii musiałam się zabrać za tę powieść. Taka zapowiedź brzmi cudownie, czyż nie? Z Szybkich i wściekłych spodziewałam się tego adrenalinowego kopa, spalin i palących się gum, niebezpiecznych starć na torze oraz poza nim. Sądziłam, że z Gwiezdnych wojen autorka też wyciągnie to, co najlepsze – czyli międzyplanetarne spory, mroczne intrygi mające na celu przejęcie władzy nad galaktyką oraz gwiezdnych rebeliantów. Nie mogę powiedzieć, że tego zabrakło, ale Wyścig zdecydowanie nie zaoferował mi tego, czego się spodziewałam.

Na zdominowanej przez wielkie korporacje planecie Castra nielegalne wyścigi uliczne są jedną z niewielu rozrywek biednej ludności, a także sposobem na wzbogacenie się. Siedemnastoletnia Phoebe van Zant, córka legendarnego kierowcy wyścigowego, jest jedną z najlepszych w swoim fachu, w jej żyłach zamiast krwi płynie benzyna. Po nieudanym rajdzie ulicznym Phee zostaje postawiona przed wyborem, który zdeterminuje nie tylko jej przyszłość, ale także życie mieszkańców trzech sąsiadujących ze sobą planet. 

Wydawało mi się, że połączenie Gwiezdnych wojen oraz Szybkich i wściekłych nie może nie wypalić. A jednak. Z tego, co widziałam, Wyścig ma albo dużych fanów, albo ogromnych wrogów, ja z kolei plasuję się gdzieś po środku i wciąż próbuję dojść do ładu z tym, co się w tej książce działo. To był jeden wielki chaos. Mam wrażenie, że autorka chciała z tej powieści zrobić coś więcej niż wskazywał na to potencjał historii i właśnie na tym się przejechała. Przez większą część Wyścigu nie działo się nic specjalnego, a potem nagle pojawili się rebelianci, tajne zgromadzenia przeciwników właściciela głównej korporacji, intrygi dotyczące trzech planet, do tego prawdziwe pochodzenie Phoebe... Natłok wątków, które w końcówce zaczęły się na siebie nakładać, raczej nie pomógł tej powieści. To wszystko się ze sobą w ogóle nie kleiło i nie potrafię powiedzieć, skąd w ogóle wzięło się w tej książce, bo nic nie wskazywało na to, że autorka pójdzie w tym kierunku. Ostatecznie okazało się, że Wyścig Jenny Martin to schemat na schemacie, do złudzenia przypominający Igrzyska Śmierci swoimi końcowymi rozwiązaniami. 

Powiem szczerze, nie rozumiem postępowania głównej bohaterki. Nie rozumiem też tego całego trójkąta miłosnego. Phoebe nie potrafiła trzymać języka za zębami nawet wtedy, gdy groziło jej to śmiercią. Była stylizowana na pyskatą, zranioną w dzieciństwie buntowniczkę, tymczasem to po prostu lekkomyślna, impulsywna dziewczyna, która strasznie mnie irytowała swoim zachowaniem. W dodatku była strasznie płytka i egoistyczna, nie zwracała uwagi na to, co się wokół niej działo. Ta rozkapryszona, niewdzięczna dziewucha bardzo zalazła mi za skórę swoim rozchwianiem emocjonalnym. Denerwował mnie także rozwlekły trójkąt miłosny, którego nie jestem w stanie pojąć. Bear to najlepszy przyjaciel Phee, zawsze stał za nią murem i ryzykował dla niej wszystko, a ona w ogóle nie potrafiła docenić tego, co dla niej zrobił. Jej fascynację obudził za to tajemniczy Cash i to zaledwie po kilkuminutowej wymianie zdań. Nie rozumiem, jak do tego doszło, ich relacja była po prostu śmieszna. To nowy rekord, nawet jak na insta love, serio. Ogólnie rzecz biorąc, drugoplanowi bohaterowie nie odegrali zbyt wielkiej roli w fabule, wszystko toczyło się wokół Phoebe i jej bezsensownych, miłosnych rozterek. 

Czego jeszcze zabrakło mi w Wyścigu oprócz logicznej fabuły, dobrze poprowadzonych wątków i interesującej bohaterki? Samego wyścigu. Teoretycznie właśnie na rajdach oraz prędkości powinna opierać się cała fabuła, tymczasem dostajemy zaledwie dwa opisy zmagań na torze, a właściwie jeden i pół. Spodziewałam się czegoś emocjonującego, wręcz wybuchowego, na co wskazywałby opis powieści, ale tego nie dostałam. Do tego język, jakim napisana została ta książka, jest bardzo prosty. Tak prosty, że to aż kuło w oczy, nie wiem, czy w ogóle możemy w tym przypadku mówić o stylu pisarskim. Pojawiło się także mnóstwo powtórzeń, których nie dało się zignorować. Mimo to stworzony przez autorkę świat, którym rządzą korporacje oraz czarny sap, czyli narkotyk o niezwykle wyniszczającym działaniu, były interesujące. W kreacji galaktycznej rzeczywistości widać ogromne luki, niektóre rzeczy zostały tak chaotycznie wytłumaczone, że do tej pory nie rozumiem pewnych aspektów konstrukcji świata, ale muszę przyznać, że tutaj zamysł był niezły.  

Wyścig to zdecydowanie nie jest powieść must have, ale idealnie nadaje się na wakacyjne odmóżdżenie. Nie wymaga zbyt wiele uwagi od czytelnika, może nie jest bardzo wciągająca, ale wystarczy, by zapchać dłużące się godziny. Mam wrażenie, że ostatnio trafiam na same książki, które mają potencjał, a mimo to go nie wykorzystują i Wyścig zdecydowanie do nich należy. Możecie jednak nazwać mnie masochistką, bo chcę sięgnąć po drugą część, ta książka została zakończona takim cliffhangerem, że jestem skłonna jeszcze trochę się pomęczyć.  


Duologia Tracked:
Wyścig // Marked
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia