czwartek, 31 sierpnia 2017

Podsumowanie sierpnia

0
Aż trudno mi uwierzyć w to, że wakacje dobiegły końca. Na całe szczęście czeka mnie jeszcze miesiąc wolnego, zanim rozpocznę moją uniwersytecką karierę, ale wrzesień na pewno będzie zabiegany, więc to dla mnie też koniec leniuchowania. Zanim to jednak nastąpi, mam dla was standardowe podsumowanie miesiąca, więc możecie sprawdzić, co się u mnie ostatnio działo.

ZRECENZOWANE


DODATKOWO


PODSUMOWANIE I PLANY

Muszę zacząć od tego, że w połowie sierpnia Books by Geek Girl obchodziło swoje drugie urodziny. Wciąż trudno mi uwierzyć, że przez ostatnie dwa lata regularnie publikowałam posty na blogu, który stał się dużą częścią mojego życia. Wiele się nauczyłam przez ten czas, otworzyłam się także na nowe rzeczy, od których wcześniej stroniłam (czyt. koreańskie dramy, bez których obecnie nie umiem już żyć). Blog był obecny w moim życiu, gdy musiałam zmierzyć się z maturą, teraz towarzyszy mi przy szaleństwie związanym ze studiami... Po prostu jest ze mną przez cały czas, a ja w zamian staram się wypełnić go moją pasją i jestem szczęśliwa, że dwa lata temu podjęłam decyzję o założeniu Books by Geek Girl. Chciałabym znowu Wam podziękować jako czytelnikom tego bloga, bo bez was pewnie już dawno bym się poddała, a tak wciąż prę do przodu, starając się nie tracić optymizmy. Dziękuję za każde wejście, każde słowo i w ogóle wasz wsparcie, nieważne, czy zaglądasz tutaj dzisiaj pierwszy raz, czy towarzyszysz mi od samego początku. To dla mnie niezwykle ważne.
Zgodnie z obietnicą, w sierpniu na blogu pojawiło się więcej recenzji k-dram niż do tej pory, popełniłam też swój pierwszy post odnośnie koreańskich seriali, w których wytłumaczyłam, dlaczego amerykańskie produkcje właściwie przestały dla mnie istnieć ;) Wciąż mam mnóstwo recenzji k-dram w wersjach roboczych, bo w sierpniu również spędziłam mnóstwo czasu na oglądaniu kolejnych pozycji z mojej listy must watch, więc lepiej bądźcie przygotowani! Moja obsesja rozrasta się w zastraszającym tempie, k-pop też mnie już wciągnął (Taeyang, Wanna One i EXO to moje życie ♥).
Jeżeli chodzi o powieści, to w tym miesiącu nie trafiła się żadna perełka, którą chciałabym wyróżnić. Najwięcej gwiazdek zgarnęła oczywiście Pieśń Jutra Samanthy Shannon, ale trzeba powiedzieć otwarcie, że szału nie było. Jeżeli chodzi o najgorszą powieść, to według ocen wychodzi na to, że jest nią Bez serca Marissy Meyer. Tragedii nie było, lecz dość mocno zawiodłam się na retellingu Alicji w Krainie Czarów, liczyłam na coś więcej.

To piękna piosenka. Po prostu posłuchajcie. Bez żadnych uprzedzeń. I zakochajcie się. W jego głosie lub kaloryferze, to już od was zależy ;)
Czytaj dalej »

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Pieśń Jutra, czyli rewolucja nabiera rumieńców

0
Na Pieśń Jutra byłam zmuszona czekać dwa długie lata. Dwa długie lata nieustannej ekscytacji tym, co się wydarzy w następnym tomie i nadziei, że będzie równie dobry co niesamowity Czas Żniw i genialny Zakon Mimów. Seria Samanthy Shannon jest jedną z moich ulubionych, a ponieważ kazała nam tyle czekać na kolejną część, moje nadzieje oczywiście rosły wraz z upływającym czasem.

Po krwawych zmaganiach Paige Mahoney osiągnęła swój cel – została Zwierzchniczką podziemnego syndykatu i zjednoczyła londyńskich kryminalistów, by przygotować ich do walki z Refaitami oraz każdym, kto zagraża przyszłości jasnowidzów. Jej panowanie może jednak szybko dobiec końca, odkąd w stolicy pojawiła się Tarcza Czuciowa, zupełnie nowa technologia zdolna do wykrywania kilku kategorii jasnowidzenia. Liczba sojuszników Paige drastycznie spada, a ona sama nie jest pewna, komu powinna zaufać. Jedno jest pewne – świat, który znała, dobiegł końca. Teraz musi zawalczyć o przetrwanie.

Czas Żniw to skomplikowana seria. Mogłoby się wydawać, że w przeciągu dwóch tomów zdążyłam się zadomowić w złożonym świecie wykreowanym przez autorkę, lecz długa przerwa pomiędzy wydaniem drugiej a trzeciej części sprawiła, że znowu kompletnie straciłam orientację i gubiłam się w poszczególnych terminach oraz wydarzeniach. W pewnym momencie trudno było ogarnąć, co się tak naprawdę dzieje, mimo że pierwsza połowa powieści nie dostarcza wielu zwrotów akcji, jest raczej skupiona na planowaniu i taktyce, jaką należy obrać w trakcie nadchodzącej wojny. Zakon Mimów został uformowany z niczego, jakby pomiędzy drugim a trzecim tomem, struktura jego działania była dla mnie niezrozumiała, a całość wypada raczej blado, jakby cały wątek był niepotrzebny. Pieśń Jutra wydaje się być przechodnią książką – zawiera niewiele istotnych informacji z punktu widzenia całej historii, posuwa fabułę do przodu, choć niezbyt mocno i pojawiają się nowi bohaterowie, którzy być może odegrają większą rolę w dalszych wydarzeniach. Jednocześnie nie czuję, by wniosła wiele do całej serii.

Dość sporo narzekam, bo względem Samanthy Shannon mam ogromne oczekiwania, a Pieśń Jutra nie była tak zachwycająca jak poprzednie tomy. Nie znaczy to jednak, że autorka odeszła od początkowych założeń; to wciąż Czas Żniw, to wciąż ta sama Shannon. Nawet jeśli akcja nie pędziła do przodu, to widać, że zarówno fabuła, jak i bohaterowie dojrzewają, a klimat się zmienia, staje się bardziej mroczny, krwawy i rzeczywisty. Intrygi polityczne stają się coraz bardziej zagmatwane, do gry wchodzą nowi zawodnicy, autorka wiele miejsca poświęca także na przedstawienie ucisku i rozwijającego się państwa policyjnego, które coraz bardziej kontroluje obywateli. Choć Pieśń Jutra to dystopia i mogłoby się wydawać, że w tym gatunku już wszystkie możliwe wizje zostały wykorzystane, to autorce udało się znaleźć niszę i zaprezentować walki oraz bunt w sposób, w jaki nie zrobił tego nikt przed nią.

Podoba mi się, że Samantha Shannon nie zrobiła ze swojej głównej bohaterki Mary Sue. Paige przeszła już naprawdę wiele i widać, że powoli zaczyna brakować jej sił, bo nie jest jakąś Superwoman z nieograniczonymi możliwościami oraz wytrwałością. Jest niedoświadczona, zmęczona, wszystko wali jej się na głowę i czuje, że nie ma w nikim stuprocentowego oparcia, więc od czasu do czasu zdarza jej się podjąć głupią decyzję. Stara się robić wszystko zgodnie z własnymi przekonaniami, ale jednocześnie musi zapewnić przetrwanie jasnowidzom w tych ciężkich czasach. Widać, jak Paige dorośleje, lecz przy tym pozostaje także sobą. Cieszę się, że Samantha Shannon nie robi z tej postaci kogoś, kim nie jest. Nie ukrywam jednak, że dość mocno brakowało mi pozostałych bohaterów, jak choćby cudownego Jaxona czy skrytego Naczelnika. Brakowało mi także dalszego rozwijania niesamowitych zdolności Paige, a to jeden z najbardziej intrygujących punktów serii – moce jasnowidzów.

Pieśń Jutra okazała się być przejściowym tomem charakterystycznym dla środka serii. Nie dostarczyła ani zbyt wielu emocji, ani ważnych odpowiedzi, nie czuję też, by specjalnie posunęła fabułę naprzód. Jak na razie jest to najkrótsza część, na którą musieliśmy bardzo długo czekać i według mnie ostateczny efekt nie jest na tyle dobry, by usprawiedliwić odwlekanie tej premiery. Nie czerpałam takiej przyjemności z czytania jak w przypadku dwóch pierwszych tomów, nie odczuwałam tego samego zachwytu związanego z tą historią, ale liczę na to, że kolejna część powali mnie na kolana.

★★★★★★★☆☆☆

Seria Czas Żniw:
Czas Żniw // Zakon Mimów // Pieśń Jutra // ...
Czytaj dalej »

piątek, 25 sierpnia 2017

K-drama: Doctors

0
Jak już pisałam, ostatnio staram się sięgać po różne gatunki dram, ponieważ jestem ciekawa, czy koreańscy scenarzyści są równie błyskotliwi i oryginalni co w wypadku melodramatów, romansów i seriali historycznych. Najpierw zabrałam się za wypełnionego akcją i reporterskimi śledztwami Healera, w którym się zakochałam (ta recenzja pisze się, pisze i napisać się nie może, ale mam nadzieję, że w końcu się pojawi), potem obejrzałam produkcję fantasy, czyli Legend of the Blue Sea, które jeszcze bardziej podbiło moje serce i w ramach mojego eksperymentu z różnymi gatunkami, który przebiega lepiej, niż mogłabym się tego spodziewać, postanowiłam oglądnąć dramę medyczną i stąd właśnie Doctors. 

Yoo Hye Jung w szkole średniej sporo rozrabiała. Wyrzucono ją z kilku szkół, należała do dziewczęcego gangu, nie wahała się załatwiać swoich problemów poprzez używanie pięści, kradzieże czy rozboje. Miała wiele blizn z dzieciństwa, przez co nikogo nie chciała wpuścić do swojego serca i starała się pozostać niezależna. W pewnym momencie jej ojciec miał jej dość i porzucił ją u babci, po której Hye Jung odziedziczyła mocny charakter. W nowym mieście Hye Jung poznaje swojego nauczyciela, Hong Ji Honga, który z czasem staje się jej mentorem i wraz z babcią dziewczyny odgrywa kluczową rolę w jej przemianie z twardzielki w pełną współczucia lekarkę.


Przede wszystkim, jeśli jesteście fanami Chirurgów i macie takie same wymagania względem dramy medycznej, musicie jak najszybciej zapomnieć o podobnych oczekiwaniach, bo Doctors nie jest tego typu serialem. Nie znajdziecie tutaj medycznych cudów, gdy osoba, która nie powinna przeżyć, nagle wraca do zdrowia, skomplikowanych przypadków, które trafiają się raz na kilka milionów pacjentów czy mających zainteresować widza, niekończących się dramatów w życiu osobistym rodem z Mody na Sukces. Jest to drama, która skupia się na oddaniu rzeczywistości lekarzy i wydaje mi się, że pod tym względem jest o wiele bardziej prawidłowa niż wizja znana nam z amerykańskich seriali. Przemęczenie, brak czasu, żeby cokolwiek zjeść, góry papierów do wypełnienia, do czego wykorzystuje się z reguły najmłodszych stażystów i rezydentów będących kimś w rodzaju popychadła na oddziale. Bardzo szczegółowo zostały pokazane standardowe, neurochirurgiczne operacje, więc jest co oglądać. Możliwe, że nie wszystkich zainteresują te aspekty, ale dla mnie jako dla przyszłej studentki medycyny, wyłapywanie takich niuansów było ważne i dało mi to rzeczywisty obraz sytuacji.


Doctors to drama, w której odrobinę zabrakło mi spójnej fabuły. Nie dzieje się zbyt wiele, nie ma zbyt wiele do opisywania, ten serial opiera się bardziej na ogólnikach i relacjach między bohaterami. Co prawda pojawia się wątek oszustw finansowych prowadzonych przez prezesa wraz z dyrektorem szpitala, ale te elementy polityczne były tak nudne, że właściwie większość tych scen nadawała się do przewinięcia i zmuszałam się, by jakoś je oglądnąć. Pojawia się konflikt między szczerymi lekarzami, którym zależy na dobru pacjentów a dyrekcją szpitala nastawioną jedynie na wielomilionowe zyski, lecz to też było jakoś mało interesujące i przekonujące. Oprócz tego dostajemy dość standardowy wątek dziewczyny pochodzącej z bogatej rodziny Jin Seo Woo, córki dyrektora szpitala, która nie może znieść, że zwykła główna bohaterka z nizin społecznych jest od niej lepsza, więc zaczyna się nad nią znęcać. Jin Seo Woo była o tyle irytująca, że przez większość czasu po prostu chodziła i strzelała fochy na to, że ludzie lubią Hye Jung, jej największą rywalkę albo na to, że obiekt jej westchnień nie odwzajemnia jej uczuć. Dosłownie ciągle się obrażała, więc wyglądało na to, że miała dużo wolnego czasu jak na neurochirurga. Ogólnie w Doctors dość ważna jest kwestia nierówności społecznych na przykładzie głównej bohaterki, która kiedyś należała do gangu, była chuliganem i nawet jej ojciec odesłał ją z domu po tym, jak po raz kolejny została wyrzucona ze szkoły. Mimo to udaje jej się odbić od dna i zostać uznanym neurochirurgiem.


Między innymi z tego powodu postać Yoo Hye Jung jest niezwykle inspirująca. Z jednej strony jest kobieca, ale z drugiej niezły z niej badass i to nie tylko dlatego, że umie się bić lepiej niż gangsterzy, ale wie, czego chce i nieprzerwanie do tego dąży. Nie pozwala sobie w kaszę dmuchać i umie postawić na swoim. W dodatku jest niezwykle ambitna oraz kompetentna w pracy, której w zupełności się oddaje i widać, że kocha bycie neurochirurgiem. Samodzielnie osiągnęła swój sukces, nie boi się kolejnych wyzwań i jest bohaterką, którą podziwiam z całego serca i w przyszłości chciałabym stać się właśnie takim lekarzem jak Hye Jung (przy okazji chętnie skradłabym jej też całą garderobę!). Mimo że osiągnęła sukces, nie zapomniała też o byciu człowiekiem i o starych przyjaciołach. Chyba po raz pierwszy w koreańskiej dramie spotkałam się z damską przyjaźnią, która tak bardzo mnie zauroczyła, a mówię tutaj o przecudownej relacji Hye Jung i Sun Hee. W ogóle w Doctors można przebierać, bo jest tutaj mnóstwo postaci pobocznych, między którymi rozwijają się różnego rodzaju relacje i byłam nimi wszystkimi zachwycona.


Mieszane uczucia mam jedynie względem głównego wątku romantycznego między Hye Jung oraz profesorem Hong Ji Hong. Poznali się, gdy on robił przerwę od medycyny i był nauczycielem, a ona stała się jego uczennicą w liceum. Zakochali się w sobie, nie byli jednak w związku. Skandal i tak wybuchł, więc ich drogi się rozeszły, po kilkunastu latach spotkali się w jednym szpitalu na oddziale. Co prawda dzieląca ich różnica wieku nie jest aż tak przerażająca (9 lat), lecz wciąż trudno było mi zapomnieć o tym, że kiedyś on był jej nauczycielem, nawet jeśli nie przekroczyli granicy. Gdyby jednak przymknąć na to oko, trzeba przyznać, że Hong Ji Hong odegrał ogromną rolę w życiu Hye Jung w sprowadzaniu ją na dobrą drogę, a jego ciepło, otwartość i skłonność do żartów zburzyły mury, jakie wokół siebie wybudowała. Ich związek był dojrzały, pozbawiony dziecinnych dramatów czy kiczowatości, co stanowiło ciekawą odmianę po wielu słodkich związkach z azjatyckich seriali.


Powiedziałabym, że Doctors to drama dość standardowa. Może nie zachwyciła mnie specjalnie, ale też nie odczuwałam znużenia podczas oglądania i był to naprawdę przyjemny serial, klasyczny dla medycznego gatunku, choć nieco bardziej realistyczny oraz stonowany. Wybranie neurochirurgii, która jest bardzo wąską, specjalistyczną i prestiżową dziedziną z jednej strony nadaje Doctors oryginalności, bo do tej pory żaden oglądany przeze mnie serial medyczny nie skupiał się tylko na tej specjalizacji, ale z drugiej strony przez takie zamknięcie się w obrębie neurochirurgii sprawia, że wkrada się pewna powtarzalność. Zachwycają wzajemne relacje między bohaterami, zwłaszcza te zbudowane na gruncie solidnej przyjaźni, lecz mnie osobiście główny wątek romantyczny nie zachwycił. Główna bohaterka jest genialna, przynajmniej co do tego nie mam wątpliwości. Doctors idealnie nada się jako przerywnik, jednak jest to raczej średnia drama, która nie ma czym zachwycić, lecz nie powinna też mocno rozczarować. 

Czytaj dalej »

wtorek, 22 sierpnia 2017

Naznaczeni. Mroczna strona, czyli uczeń przerasta mistrza

0
Kiedy zabierałam się za pierwszą część Naznaczonych, nie miałam wielkich oczekiwań. Tymczasem literackie Zabójcze umysły w wersji young adult bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły, nie spodziewałam się, że aż tak wsiąknę w tę historię i będę tak zadowolona z kryminalnej intrygi, którą stworzyła autorka. Nic więc dziwnego, że na drugi tom wyczekiwałam z utęsknieniem i kiedy tylko do mnie dotarł, od razu zaczęłam czytać, licząc na to, że Naznaczeni. Mroczna strona dorówna pierwszej części. 

Cassie ma 17 lat i niezwykły talent do wnikania w ludzkie umysły. Dzięki niemu dołączyła do elitarnego programu FBI, gdzie wraz z czwórką pozostałych uczestników rozwiązuje sprawy kryminalne z przeszłości. Michael odczytuje emocje z twarzy równie łatwo, jak reszta ludzi czyta nagłówki w gazetach. Sloane potrafi analizować dane lepiej niż niejeden komputer. Lia to chodzący wykrywacz kłamstw a Dean rozumie morderców lepiej niż ktokolwiek inny. Ale kiedy dochodzi do kolejnej zbrodni, chłopak nie chce mieć ze sprawą nic wspólnego. Morderca traktuje swoje ofiary w taki sposób, jak robił to kiedyś ojciec Deana… Zaczyna się śmiertelna gra. Czy Cassie uda się pomóc chłopakowi? Czy uczucie, które się między nimi pojawia, nie skomplikuje sprawy? Czy Naznaczonym uda się uciec przed psychopatycznym mordercą?
Opis z LubimyCzytać

Mam wrażenie, jakby w tym tomie autorce zabrakło trochę pomysłu na to, jak pociągnąć akcję. Miała skonstruowaną, w miarę porządną intrygę, miała jakieś początkowe założenia, ale jakby z czasem doszła do wniosku, że za mało się dzieje i zrobiła chyba najgorsze, co mogła zrobić; czyli dała nam powtórkę z rozrywki z pierwszego tomu. Naprawdę starałam się zrozumieć, co kierowało autorką, gdy w tak lekceważący sposób ukazała FBI, jeśli chodzi o ochronę utalentowanych dzieciaków przebywających w ich tajnym programie. Jennifer Lynn Barnes mogłaby zachować choć trochę realizmu w swojej powieści. Naprawdę ostatkiem sił powstrzymuję się przed spojlerami, bo to było tak niedorzeczne, że chciałabym się tym z wami podzielić i trochę wyżyć na autorce, ale powiem wam tylko, że to nie miało żadnego sensu, było absurdalne i pod wieloma względami było identyczne jak zakończenie pierwszego tomu, więc wygląda na to, że ani bohaterowie, ani pisarka nie wyciągnęli żadnych wniosków i po raz kolejny popełniają ten sam błąd. W dodatku, o ile w pierwszym tomie miałam problem z odgadnięciem, kto jest mordercą, o tyle w tym wypadku część kryminalna okazała się być przewidywalna mimo wszystkich komplikacji. 

W tym tomie zabrakło mi trochę bohaterów i ich talentów, które przecież są niezwykle fascynujące. Większa część Naznaczonych. Mrocznej strony kręciła się wokół wewnętrznych rozterek Cassie dotyczących wydarzeń z poprzedniej części, a także tego, co czuje względem dwóch chłopaków w domu naznaczonych. Co prawda pojawiają się pierwsze wskazówki dotyczące przeszłości pozostałych postaci, więc możemy się dowiedzieć odrobinę więcej o ich historii, ale zabrakło mi w tym ich samych, ich charakterów i ikry. Cassie na szczęście nie jest już taką straszną Mary Sue, straciła idealny rys, więc nie była już tak bardzo irytująca, jednak tęsknię za Sloane, Michaelem czy Lią, bo wiele wnosili do fabuły. Pojawiła się za to nowa agentka, która okazała się być niezwykle intrygującą osobą i sama nie wiem, co o tym sądzić. Czasami Jennifer Lynn Barnes ma przebłyski geniuszu, a czasami zawodzi na całej linii. 

Chociaż mówię to z bólem serca, Naznaczeni. Mroczna strona nie wywarła na mnie tak dobrego wrażenia jak pierwsza część. Trudno mi określić, czy jest to związane z niechlubną klątwą drugiego tomu, czy może urok nowości już przeminął, a sama fabuła nie jest na tyle dobra, by mnie kupić. Naznaczeni zawierają motywy, z którymi do tej pory nie spotkałam się w literaturze młodzieżowej i o ile zachwyciło mnie to w przypadku mojego pierwszego spotkania z twórczością Jennifer Lynn Barnes, o tyle drugi tom powinien bazować na czymś więcej, tymczasem mam wrażenie, że znowu powtórzył się ten sam schemat. W dodatku zbyt łatwo zorientowałam się w tym, kto jest sprawcą kolejnych zbrodni, co zostawiło mnie z niesmakiem, bo choć przyznaję, że autorka całkiem zgrabnie to sobie obmyśliła to jednak fakt, że byłam w stanie się wszystkiego domyślić i to na jeszcze dość wczesnym etapie śledztwa, okazał się być ogromnie rozczarowujący. Jeżeli lubicie klimaty Zabójczych umysłów i chcecie się przekonać, jak to wypada w wersji młodzieżowej, to sięgnijcie po Naznaczonych. Ja będę kontynuowała swoją przygodę z tą serią, bo jestem ciekawa, jak autorka to dalej pociągnie, lecz Mroczna strona niestety nie była tak wciągająca jak pierwszy tom.

★★★★★☆☆☆☆☆

Seria Naznaczeni:
Naznaczeni // Mroczna strona // All In // Bad Blood
Czytaj dalej »

sobota, 19 sierpnia 2017

5 powodów, dla których k-dramy zniszczyły dla mnie amerykańskie seriale

0
Dramaland to straszne miejsce – kiedy już raz tam wkroczysz, nie będzie dla ciebie odwrotu. Nie da się uciec. Twoje życie zostanie w dużej mierze podporządkowane temu rozwijającemu się wewnątrz ciebie szaleństwu i nie będziesz mógł nic na to poradzić. Próbowałam już kilka razy z powrotem zabrać się za amerykańskie seriale, ale okazało się, że wszystko, co do tej pory mnie w nich zachwycało i skutecznie przykuwało do monitora, teraz straciło swój czar. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do struktury i stylu k-dram, tak bardzo się w nich zakochałam, że produkcje z USA nie mają już czym mnie zaskoczyć. Jestem pewna, że osoby, które podobnie jak ja zostały wciągnięte do Dramalandu, zrozumieją większość moich problemów. 
Kiedy zaczynasz oglądać koreańską dramę i po prostu w nią wsiąkasz. 

1. Rozwój fabuły
Zaczniemy od podstaw, czyli od samej historii. Fabuła w k-dramie przypomina idealnego muffinka. Nie jest zbyt słodka, chrupiąca na wierzchu, mięciutka w środku, z płynnym nadzieniem, zawsze z dodatkiem czegoś niespodziewanego. Radość jest ogromna, a smak utrzymuje się dłużej na języku, dzięki czemu możemy zapamiętać tę przygodę na dłużej. Właśnie takie są k-dramy, a przy tym z reguły nie są ani za długie, ani za krótkie, głównie dzięki temu, że liczba ich odcinków waha się od 16 do 20 odcinków, przy czym każdy z nich trwa mniej więcej cudowną godzinę, podczas której naprawdę wiele może się stać. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że przy tak krótkim i jednym sezonie w fabule nie ma miejsca na niepotrzebne sceny. Każde wydarzenie ma jakiś cel, a przy tym ładnie łączy się z całą historią, nawet jeśli na pierwszy rzut oka widz może tego nie dostrzegać, dopiero później poszczególne sceny mogą nabrać głębszego znaczenia w kontekście pełnego obrazu. Uwielbiam w koreańskich serialach właśnie to, że poszczególne wątki z czasem się ze sobą spajają, a każdy z nich wnosi coś do fabuły. 
Z kolei w amerykańskich produkcjach z reguły każdy odcinek dotyczy czegoś innego. Pojawia się jakiś główny motyw, który przewija się przez całość, ale poszczególne epizody się ze sobą nie łączą. Przez to, że odcinki trwają krócej, w celu opowiedzenia pełnej historii powstają kolejne sezony, co z czasem może stać się niezwykle frustrujące. Scenarzyści rozwlekają całą fabułę, pojawia się mnóstwo nieistotnych wątków, powoli zaciera się główna oś całego serialu, który wraz z kolejnymi sezonami traci rozmach i staje się monotonny. W pewnym momencie nikt już nie pamięta, o co chodziło na samym początku i wszystko się zaciera. 
Nie, po prostu nie. 
Bardzo często zdarza się, że amerykańskie produkcje nie są w stanie utrzymać mojego zainteresowania i po obejrzeniu około trzech sezonów po prostu je porzucam, bo nie znoszę, gdy fabuła ciągnięta jest na siłę, zwłaszcza że brakuje spójności i jakiejś ekscytacji związanej z kolejnymi odcinkami, ponieważ już wszyscy wiedzą, czego można się spodziewać. Oglądanie amerykańskich seriali jest jak patrzenie na skomplikowaną układankę rozkładaną w kółko na czynniki pierwsze, gdzie każdy element wydaje się składać z kolejnych, jeszcze bardziej skomplikowanych kawałeczków, aż zaciera się gdzieś pierwotny obraz. Można powiedzieć, że w k-dramach jest na odwrót: do fabuły dodawany jest kawałek po kawałku, aż ze wszystkich elementów tworzy się perfekcyjnie zgrana całość.


2. Cliffhangers
Powód, dla którego nie wolno oglądać emitowanych dram, chyba że jest się masochistą gotowym czekać cały tydzień na kolejny odcinek w zawieszeniu i stresie. Za każdym razem cliffhanger na końcu odcinka sprawia, że mam ochotę krzyczeć, a jednocześnie zmusza mnie do tego, bym odpaliła następny odcinek. 
Like a boss
Kiedy już raz wsiąkniecie w świat koreańskich dram, nie będziecie mogli się z niego wydostać między innymi dzięki tym strasznym cliffhangerom, które sprawiają, że natychmiast rzucasz się na kolejny epizod, bo niektóre z nich są tak okrutne, że to aż boli. Czy on w końcu pocałuje dziewczynę?! Czy powie jej prawdę?! Czy ten postrzał był na tyle niebezpieczny, by go zabić?! Nawet jeśli jestem dopiero w środku dramy, do końca zostało mi jeszcze aż 10 odcinków, więc to raczej oczywiste, że nie pozbędą się głównego bohatera na tym etapie, to napięcie jest tak ogromne, że po prostu muszę włączyć kolejny odcinek i upewnić się, że mój ulubieniec jest bezpieczny! Koreańczycy to mistrzowie cliffhangerów, biorą z zaskoczenia, a ja za każdym razem się na to łapię. Amerykańskim cliffhangerom sporo brakuje, nie są tak intensywne i nieprzewidywalne. K-dramy to poziom: WOWOWOW, a USA po prostu meh. 


3. Niemożliwe zdarzenia
Powiedzmy sobie otwarcie: amerykańskie seriale nie mają tego samego dramatycznego rysu, który pojawia się w koreańskich produkcjach. Gdyby Hollywood chciało dorównać pod tym względem Azjatom, musieliby wprowadzić kilka elementów:


Przeznaczenie

Bromance

Jednostronna miłość
Second Lead Syndrome hurts so bad.
Tragedia

Epickie sceny akcji

Po prostu życie w k-dramach jest o wiele bardziej burzliwe i pasjonujące. Wydaje mi się, że między innymi za to tak bardzo je kochamy. Są tak dramatyczne i momentami przerysowane, że stają się wspaniałą rozrywką. Nie ma co ukrywać, w porównaniu telewizja amerykańska wypada blado i raczej niemrawo. To, co dzieje się w koreańskiej dramie w przedziale 16 odcinków, scenarzyści w Ameryce rozciągnęliby na 16 sezonów.


4. Związki
Jeżeli spojrzycie na moje recenzje k-dram, zobaczycie, że w tych postach mnóstwo miejsca poświęcam wątkowi romantycznemu oraz poszczególnym relacjom między bohaterami. Przyczyna jest prosta: UWIELBIAM sposób, w jaki związki są ukazywane w azjatyckich produkcjach. Pod tym względem Koreańczycy są niezrównani, a lista moich OTP nieustannie się rozrasta. Nigdy nie zdarzyło mi się, żebym podczas oglądania amerykańskiego serialu mocno shippowała ze sobą bohaterów, tymczasem rozwój relacji w k-dramach oglądam z wypiekami na twarzy, szczerząc się jak głupia, gdy główne postaci choćby przypadkiem się dotkną i piszcząc z zachwytu, gdy nadchodzi czas wyczekiwanego pocałunku, a każda przeszkoda na drodze do ich szczęścia wywołuje u mnie ogromną złość, frustrację i smutek. Przeżywam te związki całą sobą i nic nie potrafię na to poradzić.

Tak, czasami romans w k-dramie jest totalnie kiczowaty.

Jest też na wskroś prosty

I bywa niezręczny

Ale między innymi za to kocham koreańskie seriale. Miłość stopniowo rozkwita między bohaterami w czasie trwania dramy, ich więź staje się coraz silniejsza mimo przeciwności losu. Romanse ukazane w k-dramie dowodzą, że to właśnie małe rzeczy liczą się najbardziej i nawet jeśli czasami chciałabym dostać więcej, to ta subtelność i delikatność powoli rozwijającej się miłości jest absolutnie urzekająca. Poza tym istnieje szeroki przekrój: są związki dojrzałe i poważne, są młodzieńcze i szalone, są te wypełnione dramatyzmem i te z mnóstwem zabawy. Bohaterowie droczą się ze sobą, wywołując śmiech, ale też wspierają się w najtrudniejszych sytuacjach wzbudzających płacz. Głębia ukazywanych w k-dramach relacji zapiera dech w piersiach.
Wciąż przez nich płaczę, ale to najpiękniejszy romans w historii.
Tymczasem romans w amerykańskich serialach ukazany jest zupełnie inaczej, przynajmniej tak to wynika z mojego doświadczenia. Okres rozwoju uczuć bohaterów jest o wiele krótszy i bardziej gwałtowny. Zbliżają się do siebie w trakcie dwóch czy trzech odcinków, by potem nagle między nimi wszystko stało się bardzo intymne i swobodne. Dzieje się to tak szybko, że przedstawione uczucie wydaje się być fałszywe, między odtwórcami głównych ról brakuje chemii, a wiarygodność gdzieś ucieka. Oglądając k-dramę, nawet jeśli romans mnie nie zachwycał, nigdy nie miałam wątpliwości, że główni bohaterowie coś do siebie czują, choć w tym samym czasie mogłam cierpieć na Second Lead Syndrome. Wszystko jest ukazane w tak stopniowy, a przy tym urzekający sposób, że aktorom po prostu się wierzy, a bohaterom kibicuje z całego serca.

5. Zaangażowanie emocjonalne
Oglądanie koreańskich dram nie jest zdrowe. Tak właściwie można to uznać za niekończące się, wyniszczające emocjonalnie szaleństwo. To jak przejażdżka rollercoasterem bez trzymanki. Pełna podekscytowania wsiadasz do wagonika po długim oczekiwaniu, potem kolejka powoli pnie się do góry, nabierając tempa, a ty do ostatniego momentu nie masz pojęcia, co cię czeka. Nagle z zawrotną prędkością zaczynasz zjeżdżać w dół, wrzeszcząc z całych sił z powodu nagromadzonego napięcia, adrenaliny i emocji... I tak właśnie wygląda oglądanie k-dram.

Przez większość czasu odczuwasz ekscytację

Często nie możesz powstrzymać swoich uczuć
Kiedy emocje stają się zbyt silne.
I prawdopodobnie będziesz nieustannie płakać

Jednak kiedy dobrniesz do końca i wydostaniesz się z wagonika, będziesz kompletnie wycieńczona, ale też dziwnie usatysfakcjonowana.

Amerykańskie seriale z kolei przypominają mniejsze kolejki górskie dla maluchów, które co jakiś czas mają nieco gwałtowniejsze zrywy; wszystkie dzieci ekscytują się, jakby to było coś wielkiego, ale gdy cała jazda się skończy, zaczynasz się zastanawiać nad zmarnowanym właśnie czasem. Większość osób ponownie wsiądzie do wagonika, lecz wiedząc już, jak wygląda przejażdżka prawdziwym rollercoasterem, będziesz chciał się stamtąd jak najszybciej ulotnić, by znowu przeżyć coś niesamowitego i wielkiego. Teraz nie mogę sobie wyobrazić mojego życia bez koreańskich dram i nie sądzę, bym kiedykolwiek miała wyleczyć się z tego uzależnienia, ale kompletnie mi to nie przeszkadza!
K-drama do amerykańskiego serialu.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia