środa, 31 października 2018

Podsumowanie października

0
W październiku musiałam wrócić na uczelnię i już się zaczęło... W przeciągu pierwszego miesiąca miałam tyle wejściówek i kolokwiów, że aż sama w to nie wierzę, strach się bać, co będzie dalej. Mimo to sukcesywnie piszę recenzje na bloga, staram się być aktywna na Instagramie na tyle, na ile pozwalają mi na to komunikacja miejska i wykłady (xD). Do tego w październiku udało mi się przeczytać 3 książki, z czego jestem raczej średnio zadowolona, mam nadzieję, że listopad będzie lepszy. Do tego razem z Chaos Cupcake wybrałam się na Targi Książki w Krakowie i jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu ♥ Same targi wypadły dość średnio w moim odczuciu, ale dobrze było się tak wyrwać na weekend, do tego obkupiłam się jak szalona na stoisku EpikPage ;) 


Z R E C E N Z O W A N E

W październiku na blogu pojawiły się cztery recenzje książek. Miesiąc zaczęliśmy z Pasażerką Alexandry Bracken. Miałam okazję zapoznać się już z ta autorką przy okazji jej trylogii Mroczne umysły, jednak ta powieść jest według mnie słabsza od jej poprzednich książek. Bracken nie stanęła na wysokości zadania, ta historia miała tak ogromny potencjał, a został on kompletnie zmarnowany, do tego dochodzi moja ogromna niechęć do głównej bohaterki i przepis na katastrofę gwarantowany. Następnie mogliście przeczytać recenzję Języka cierni Leigh Bardugo, czyli jednej z moich najukochańszych autorek. Oczywiście i tym razem nie zawiodła, tworząc niesamowity, klimatyczny zbiór opowiadań z krain, które poznaliśmy przy okazji jej uniwersum Grisza. W ramach mojego przekonywania się do polskich pisarzy, sięgnęłam po Clovisa La Fay. Magiczne akta Scotland Yardu i powiem wam, że to było naprawdę dobre! Może opisy momentami mnie nużyły, lecz świat wykreowany był intrygujący, a bohaterowie wielowymiarowi i przyjemnie wspominam tę lekturę. Nie spodziewałam się, że aż tak przypadnie mi do gustu. Na końcu nareszcie opublikowałam zaległą recenzję Dworu skrzydeł i zguby Sary J. Maas. Książkę przeczytałam jeszcze w kwietniu, lecz długo nie potrafiłam zebrać moich myśli. Szczerze, seria Dworów nie jest jakaś specjalnie wybitna i w zasadzie mogę powiedzieć, że kocham ją tylko ze względu na drugi tom, czyli niezapomniany, cudowny Dwór mgieł i furii. Zakończenie trylogii odnoszącej się do losów Feyry i Rhysanda był całkiem w porządku, ale mnie nie zauroczył, zabrakło mi akcji, a Sarze odwagi... Więcej jednak przeczytacie o tym w recenzji ;)




I N N E   P O S T Y

Październik zaczęliśmy od mojego podsumowania pierwszego miesiąca spędzonego na Instagramie! Przedstawiłam wam kilka powodów, dla których naprawdę warto dołączyć do społeczności bookstagramowiczów, za niedługo minie drugi miesiąc i wciąż jestem zachwycona tym miejscem. Jeśli jeszcze nie widzieliście mojego profilu, koniecznie wpadnijcie i zostawcie po sobie ślad (@booksbygeekgirl)! Następnie kontynuowałam naszą małą serię i opublikowałam drugi przegląd dramowy, w którym przedstawiłam wam tytuły, jakie obejrzałam na przestrzeni kwietnia, maja i czerwca! Na liście znalazło się kilka naprawdę wartych polecenia seriali, zarówno tych o lżejszej, jak i dojrzalszej tematyce, dlatego jestem pewna, że każdy z was znajdzie coś dla siebie. Później na blogu pojawił się Przegląd filmowy #2, w którym opowiedziałam wam o pięciu nowych filmach, jakie obejrzałam.


Listopad to miesiąc, w którym będę jeszcze bardziej zajęta niż teraz. 9-11 listopada jadę na wycieczkę do Pragi, oczywiście mam zamiar wybrać się do kina na Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda oraz Burn The Stage: The Movie z moim ukochanym BTS ♥ W międzyczasie pewnie dopadnie mnie uczelnia, ale staram się o tym nie myśleć ;) A wy jakie macie plany na listopad? Koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach! Oraz oczywiście wrażeniami z Targów Książki w Krakowie! Byliście czy nie udało wam się dotrzeć? Co wam się podobało, a co nie? Jakie książki przywieźliście ze sobą? 
Czytaj dalej »

środa, 24 października 2018

Dwór skrzydeł i zguby, czyli gdzie jest mój obiecany, epicki finał?!

0
Napisanie tej recenzji nie było dla mnie łatwe. Wręcz przeciwnie, próbowałam napisać ją kilka razy i każde podejście kończyło się fiaskiem, bo z jakiegoś powodu im więcej powieści Sary J. Maas czytam, tym trudniej mi je ocenić. Wiadomo, że każda recenzja jest subiektywna, ale zawsze staram się spojrzeć na książkę z szerszej perspektywy, zachować jakąś odrobinę bezstronności i posłużyć się nią, by rzeczowo wskazać zalety w książkach, które mi się nie podobają i wady w powieściach, które pokochałam. Sarah J. Maas to autorka, która towarzyszy mi od tak dawna, że nie wyobrażam sobie życia bez jej książek. To jedna z naprawdę niewielu autorek, które czytam regularnie, w ciemno sięgając po kolejne tomy i serie, dlatego moje oczekiwania względem jej twórczości są ogromne i bardzo trudno jest mi ją oceniać. Chociaż Dwór skrzydeł i zguby jest dobrą powieścią, którą czyta się niesamowicie szybko mimo jej objętości... To już nie było to.

Feyra musi rozegrać śmiercionośną, przewrotną grę, by zdobyć informacje o planach wroga próbującego zniszczyć świat, który dziewczyna kocha całym sercem. W obliczu wojny, która ogarnia wszystkich, Feyra znów musi decydować, komu może ufać i szukać sojuszników w najmniej oczekiwanych miejscach. Niebawem dwie armie zetrą się w krwawej, nierównej walce o władzę. Kto zwycięży? Czy Feyrze uda się ochronić wszystkich przyjaciół bliskich jej sercu, czy być może będzie zmuszona się z kimś pożegnać? Los ludzkości leży w jej dłoniach.

Dwór mgieł i furii był tak cudowny i tak bardzo zawrócił mi w głowie, że mimo upływu kolejnych miesięcy nie byłam w stanie napisać jego recenzji. Wiedziałam, że bardzo ciężko będzie Sarze przeskoczyć tak wysoko postawioną poprzeczkę, lecz byłam przekonana, że finalna część opowieści o Feyrze i Rhysandzie mnie w sobie rozkocha. A tak się nie stało. Ta powieść miała tak wielki potencjał, Maas niesamowicie stopniowała napięcie w poprzednim tomie, budując oczekiwanie względem emocjonującego zakończenia w Dworze skrzydeł i zguby... Więc gdzie podziały się te wszystkie uczucia, które wzbudziła we mnie druga część? Akcja w tej książce jest tak rozwlekła, że to aż boli. Nie zrozumcie mnie źle, przy Maas nie da się nudzić, a nawet jeśli jej język jest tak poetycki, że mogłabym czytać książkę telefoniczną napisaną przez nią i wciąż byłabym zachwycona, ale spodziewałam się większej ilości szalonych zwrotów akcji i nieprzewidywalnych wydarzeń. Tymczasem Dwór skrzydeł i zguby skupia się na przygotowaniach do wielkiej bitwy i zdobywaniu sojuszników, a co to oznacza w świecie Fae? Niekończące się narady, rozmowy i układy. W ogóle nie czułam tej gęstniejącej atmosfery, nie siedziałam na krawędzi fotela, przerzucając kolejne strony jak szalona, by przekonać się, jak sytuacja się rozwinie... Nie miałam problemu z odłożeniem książki na bok nawet w środku teoretycznie ważnej sceny, bo tak naprawdę całość rozegrała się dopiero na stu ostatnich stronach.

Pokochałam jednak te trylogię za bohaterów, więc jak się sprawa ma w Dworze skrzydeł i zguby? Kiepsko. Naprawdę kiepsko. O ile Feyra utrzymuje swój typowy temperament, który dla mnie zawsze był dość neutralny, o tyle naprawdę nie wiem, co stało się z resztą moich ulubieńców. Najbardziej ubolewam nad Rhysandem, bo mój cudowny książkowy mąż powoli zamienia się w rozgotowaną kluchę, która potrafi myśleć tylko tym, co ma między nogami. Pokochałam związek tej dwójki za to, jak bardzo się wspierali, jak Rhysand troszczył się o Feyrę, ale jednocześnie dawał jej przestrzeń i niezależność, zachęcając do podejmowania własnych decyzji, tymczasem nagle ich piękna, pełna wzajemnego zaufania i zrozumienia więź zamieniła się w zwykły seks i ja nie jestem w stanie tego zrozumieć. Podobno w Dworze szronu i blasku gwiazd jest z tym jeszcze gorzej, więc nie wiem, czy Sarah po prostu przechodzi taką fazę..?  Nie jestem również w stanie zaakceptować zachowania Morrigan. Przepraszam, ale nie; fałszywe zwodzenie dwóch facetów, do tego najlepszych przyjaciół, przez kilka stuleci jest niedopuszczalne, nawet z takim wytłumaczeniem. O Elainie i Neście nie chcę nawet wspominać. W drugiej części na chwilę zrobiły się znośne, ale w Dworze skrzydeł i zguby znowu odgrywają nafoszone, zadufane w sobie księżniczki i najchętniej mocno potrząsnęłabym zarówno jedną, jak i drugą, a potem wyrzuciła kompletnie z fabuły. Kocham Sarę J. Maas i jej twórczość, lecz przy tak zachowującej się Neście nie jestem w stanie sięgnąć po kontynuację Dworu cierni i róż z nią w roli głównej. Po prostu tego nie zniosę. 

Wiem, że głównie narzekam, ale Dwór skrzydeł i zguby to dobra książka, którą warto przeczytać, by poznać zakończenie, choć nie było ono dla mnie do końca satysfakcjonujące. Zupełnie nie tego od tej powieści oczekiwałam i muszę wytknąć to, co najbardziej mnie boli, bo ta część jest po prostu... nijaka. Rozliczne epizody, które niewiele wprowadzają do fabuły, ale są odpowiednimi zapychaczami. Najbardziej intrygujące wątki zostały strasznie uproszczone i ograbione ze swojej tajemniczości. Do tego Sarah J. Maas stchórzyła w końcówce, jednak będziecie musieli sami przeczytać tę powieść, by zrozumieć, o czym mówię. Jak zawsze czyta się lekko, szybko i przyjemnie, jednak Dwór skrzydeł i zguby utracił magię poprzednich tomów. Spodziewałam się prawdziwego wstrząsu i emocji sięgających zenitu... A dostałam irytację, odrobinę niezadowolenia i trochę ulgę, że to już koniec. 


Seria Dwór cierni i róż:
Dwór cierni i róż // Dwór mgieł i furii // Dwór skrzydeł i zguby // Dwór szronu i blasku gwiazd // ?
Czytaj dalej »

sobota, 20 października 2018

Przegląd filmowy #2

0
Ostatni przegląd filmowy pojawił się ponad rok temu, więc pomyślałam, że musimy to jak najszybciej nadrobić! Zwłaszcza że na tegorocznych wakacjach obejrzałam zaskakująco dużo (jak na mnie) filmów, więc będę miała o czym z wami rozmawiać! Standardowo przyjmuję od was wszelkie polecenia w komentarzach, podzielcie się ze mną wartościowymi produkcjami na długie, jesienne wieczory!


WHIPLASH
(2014)

Andrew jest utalentowanym, ale nieśmiałym perkusistą, uczniem konserwatorium muzycznego na Manhattanie. Chłopak marzy o wielkiej karierze. Aby zrealizować plany, postanawia dołączyć do szkolnej orkiestry jazzowej prowadzonej przez okrutnego nauczyciela Terence'a Fletchera. Pod kierunkiem bezwzględnego Fletchera, Andrew zaczyna dążyć do doskonałości za wszelką cenę - nawet własnego człowieczeństwa.

Whiplash to film, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się wiele, bo fabuła brzmiała raczej schematycznie i wydawało mi się, że motyw wrednego mentora doprowadzającego młodego muzyka do prawdziwej wirtuozerii jest nagminnie wykorzystywany, lecz Whiplash to zupełnie nowa jakość w tym zakresie. Przede wszystkim ogromne brawa należą się aktorom grającym pierwszoplanowe role – Miles Teller jako ambitny perkusista, który przechodzi przez prawdziwe piekło, by stać się godnym uwagi profesora Fletchera i J. K. Simmons w roli demonicznego Terence'a Fletchera uciekającego się do wyzwisk, a nawet rękoczynów, by wyciągnąć ze swoich muzyków maksimum ich umiejętności. Obaj panowie byli niesamowici. Whiplash od początku do końca trzyma w niesamowitym napięciu lepiej niż niejeden thriller czy film akcji, gra na emocjach, które sięgają zenitu, wbija w fotel, szokuje, ale też zmusza do przemyśleń.


THOR: RAGNAROK
(2017)

Thor zostaje uwięziony po drugiej stronie wszechświata. Osłabiony i pozbawiony swojego młota musi znaleźć sposób, by powrócić do Asgardu i pokonać bezwzględną, potężną Helę, tym samym powstrzymując zbliżający się Ragnarok, czyli zmierzch bogów i zagładę całej asgardzkiej cywilizacji. Przedtem jednak musi wydostać się z dziwacznej planety, stając do pojedynku z nie kto innym jak niesamowitym Hulkiem!

W sporze między fanami Marvela a DC nie zajmuję żadnego stanowiska. Właściwie można powiedzieć, że jestem mocno zacofana, bo większości filmów z uniwersum Marvela nie widziałam, w DC też mam tyły, Thor jest właściwie jedynym superbohaterem, z którym jestem na bieżąco, wcześniejsze dwa filmy widziałam w kinie, więc i na trzeci musiałam się wybrać. Oglądając Thor: Ragnarok, miałam wrażenie, że klimatem mocno odbiega od poprzednich części, lecz w zasadzie wyszło mu to na dobre. Nigdy nie byłam fanką irytującej Jane, w którą wcielała się Natalie Portman, więc jej brak już na wstępie poprawił mi humor, a dalej było tylko lepiej! Trochę absurdalnie, ale za to naprawdę zabawnie. No i jak tutaj się nie cieszyć, kiedy przez cały film można było podziwiać słowne przepychanki Lokiego i Thora?
P. S. Macie jakiegoś ulubionego Avengera? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!


PONAD WSZYSTKO
(2017)

Ponad wszystko opowiada historię nastoletniej Maddie, która właściwie całe życie spędziła w swoim sterylnym, zamkniętym domu ze względu na chorobę odpornościową, która nie pozwala jej wieść normalnej egzystencji. Pewnego dnia do domu obok wprowadza się Olly wraz z rodziną, który zaczyna interesować się Maddie i wbrew okolicznościom, zakochują się w sobie.

Naprawdę lubię oglądać ekranizacje książek młodzieżowych. Z reguły robię to już po zapoznaniu się z lekturą, lecz w przypadku Ponad wszystko odwróciłam kolejność i nie znając jeszcze powieści, obejrzałam film. Niestety, nie mogę powiedzieć, żebym straciła dla niego głowę. Może kilka lat temu by mi się podobał, lecz teraz przez większość czasu się nudziłam. Nie czułam żadnego iskrzenia między głównymi aktorami, a większość Ponad wszystko skupiała się na budowaniu relacji między Maddie oraz Olly'm. Ich miłość kompletnie mnie nie interesowała, nie wydarzyło się nic specjalnego na przestrzeni całego filmu z wyjątkiem jednego momentu – szokującej koncówki, która jako jedyna mnie zaskoczyła i częściowo wynagrodziła mi spędzony z Ponad wszystko czas. Jest to całkiem przyjemna historia, która jednak nie zostawia po sobie trwałego wrażenia oraz śladu w pamięci. Słyszałam, że ekranizacja jest o wiele lepsza od książki, więc chyba podaruję sobie lekturę powieści Nicoli Yoon.


KINGSMAN: ZŁOTY KRĄG
(2017)

Siedziba brytyjskich agentów Kingsman zostaje wysadzona w powietrze. Ocaleli z zamachu członkowie dowiadują się, że w USA działa podobna organizacja szpiegowska, Statesman. Młody agent Eggsy wyrusza do Ameryki, by z pomocą tamtejszych agentów powstrzymać zagrażającą całemu światu, demoniczną Poppy Adams, szefową wielkiego kartelu narkotykowego i przestępczego stowarzyszenia Złoty Krąg.

Szczerze? Nie mam do powiedzenia nic pozytywnego na temat tego filmu. Nie wiem, jakim cudem udało mi się dotrwać do samego końca, lecz to bez wątpienia jedna z najgorszych produkcji, jakie oglądnęłam w życiu. Całość, która w zamierzeniu miała być prześmiewcza, dla mnie była raczej prostacka. Rozumiem, że zamysłem reżysera było stworzenie pastiszu, lecz humor kompletnie do mnie nie przemawiał i mimo że jest to film akcji, przez większość czasu ziewałam z nudów, nie czułam żadnego napięcia, sekwencje walki nie wywarły na mnie żadnego większego wrażenia, kompletnie mnie nie interesowało, co wydarzy się dalej, a cała fabuła była tak bezsensowna, że bardziej się już nie dało. Podobno pierwsza część była lepsza, nie wiem i nie mam zamiaru tego sprawdzać, bo oglądając Kingsmana: Złoty krąg, przeżyłam traumę i chcę ten film jak najszybciej wymazać z mojej pamięci, bo naprawdę cierpiałam katusze podczas seansu. Każdemu, kto zmarnował pieniądze i trzy godzinny cennego czasu na ten koszmar, serdecznie współczuję i łączę się z nim w bólu.


TWO LIGHTS: RELUMINO
(2017)

Two Lights: Relumino opowiada historię grupy ludzi z zaburzeniami wzroku, którzy spotykają się co tydzień na zajęciach z fotografii prowadzonych przez widzących wolontariuszy. Film skupia się przede wszystkim na rozwoju relacji pomiędzy testerką zapachów Soo Yeong oraz muzykiem In Soo, którzy pierwszy raz poznają się w ramach tego klubu.

Jest to krótki, zaledwie półgodzinny film, lecz uwierzcie mi, że naprawdę warto go zobaczyć! Wzruszający, uroczy, a przy tym pouczający, brak mi słów, by opisać, jak piękne jest Two Lights: Relumino. Kinematografia dosłownie zapiera dech w piersiach, aktorzy są niesamowici, grając osoby niewidome, zwłaszcza Han Ji Min stanęła na wysokości zadania. Mogłoby się wydawać, że w zaledwie trzydzieści minut nie da się opowiedzieć pełnej historii, że na końcu pojawi się niedosyt, lecz jest to tak zgrabnie nakręcony film, tak dopracowany i przemyślany, że na końcu byłam całkowicie usatysfakcjonowana seansem. Zdarzały się momenty, w których byłam bardzo blisko łez, ale także chwile, w których wybuchałam śmiechem i cieszyłam się razem z bohaterami. To piękna, znacząca historia pokazująca codzienność osób z różnymi uszkodzeniami wzroku i naprawdę warto dać jej szansę, gwarantuję, że na końcu będziecie czuć czystą radość. Two Lights: Relumino obejrzałam już kilka razy i z każdym odtworzeniem zakochiwałam się w tym filmie coraz bardziej, dlatego jestem przekonana, że wy też się w nim zakochacie! 
Czytaj dalej »

środa, 17 października 2018

Clovis La Fay. Magiczne akta Scotland Yardu, czyli rodzinne tajemnice, cmentarne ghule i magiczne śledztwo

0
Clovis La Fay. Magiczne akta Scotland Yardu to powieść, którą w zeszłym roku zupełnie przypadkiem zakupiłam na Targach Książki we Wrocławiu. Początkowo w ogóle nie miałam zamiaru zabierać się za tę powieść, ale pan na stoisku Wydawnictwa SQN był tak sympatyczny i tak miło mi się z nim rozmawiało, że ostatecznie opuściłam stoisko ze świeżutkim egzemplarzem Clovisa. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że wybór okazał się nadzwyczaj trafny, o czym zaraz sami się przekonacie!

Clovis LaFay ma kłopoty rodzinne. Nieżyjący już ojciec miał reputację czarnego maga, znacznie starszy przyrodni brat jest wrogo nastawiony, a dzieci tego ostatniego… No cóż, na pewne zaburzenia nie ma jeszcze nazw – jest rok 1873 – co nie znaczy, że nie istnieją te zjawiska.
John Dobson, dawny przyjaciel Clovisa i nadinspektor świeżo utworzonej jednostki wydziału detektywistycznego londyńskiej policji metropolitalnej również ma liczne problemy. Z pieniędzmi nie jest najlepiej, z prowincji przyjechała młodsza siostra, podwładni krzywo patrzą na zwierzchnictwo młodego eksporucznika artylerii, a najgorsze, że w Londynie drastycznie brakuje egzorcystów!
Alicja Dobson waha się: zamążpójście czy pielęgniarstwo? Sęk w tym, że konkurenci się nie tłoczą, a zajęcia z magii leczenia na kursie pielęgniarskim okazały się nie całkiem tym, na co miała nadzieję. Clovis LaFay chętnie służy pomocą w tym drugim problemie, a kto wie, może i w pierwszym? Chociaż czegoś się jakby boi…
Opis z LubimyCzytac.pl

Clovis La Fay. Magiczne akta Scotland Yardu to powieść, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Naprawdę nie miałam względem niej większych oczekiwań i myślałam, że będzie to kolejna książka, którą kupiłam niepotrzebnie pod wpływem impulsu, przeleży na półce nieczytana kilka lat, a potem się jej pozbędę, tymczasem pewnego dnia, gdy żaden inny tytuł w mojej biblioteczce mnie nie przekonywał, postanowiłam dać jej szansę i absolutnie tego nie żałuję. Historia Clovisa niesamowicie mnie wciągnęła, do tego stopnia, iż strasznie żałuję, że nie doczekaliśmy się jeszcze drugiej części spod pióra Anny Lange (ktoś wie, czy w ogóle możemy się spodziewać kolejnego tomu przygód młodego nekromanty?). Bardzo urzekł mnie klimat wiktoriańskiego Londynu, subtelny humor powieści, nieco bardziej ambitna fabuła, mimo wyraźnego skierowania w stronę młodzieży oraz połączenie magii z wątkami kryminalnymi. 

Nie obyło się jednak bez wad. Mam wrażenie, że Clovis La Fay. Magiczne akta Scotland Yardu jest trochę za bardzo przegadany, a przez to momentami ciężki w odbiorze – jest to lektura, której absolutnie nie da się przeczytać za jednym zamachem, musiałam rozłożyć czytanie na kilka dni, bo już po kilkudziesięciu stronach czułam znużenie rozległymi opisami. W dodatku akcja toczy się dość leniwym tempem i jest przerywana – teraźniejszość co rozdział przeplata się z przeszłością, ukazując historię Clovisa, Johna czy Alicji jeszcze za czasów szkolnych i choć ten zabieg pozwolił nam spojrzeć na wydarzenia z innej perspektywy, to nie ukrywam, że według mnie rozdziały zostały źle rozłożone. Po prostu o wiele bardziej ciekawiły mnie bieżące wydarzenia, a ten przerywnik po każdym rozdziale strasznie wybijał mnie z rytmem i sprawiał, że najchętniej ominęłabym go bez czytania, wracając do kryminalnej zagadki rozwiązywanej przez naszą trójkę głównych bohaterów. To wszystko sprawiło, że płynność czytania i całej akcji była zachwiana, przez co skończenie Clovisa La Faya zajęło mi więcej niż zwykle i wymagało ode mnie większych nakładów skupienia oraz cierpliwości.

Po powieści, która zawiera w sobie nekromantów, opętania i skomplikowaną, rodzinną przeszłość skrywającą wiele trupów w szafach (dosłownie i w przenośni) spodziewałam się bardziej mrocznego, ciężkiego klimatu, lecz atmosfera jest zaskakująco lekka, a błyskotliwy humor stanowi bez wątpienia ogromną zaletę Magicznych akt Scotland Yardu. Intryga, choć przewidywalna, była dobrze skrojona i dostarczyła dreszczyku emocji, również bohaterowie zasługują na pochwałę. Clovis La Fay jest bardzo nietuzinkowym głównym bohaterem – to wrażliwy introwertyk lubujący się w historii i nauce, który całe godziny mógłby spędzać na dyskusjach i przytaczaniu naukowych dzieł, naprawdę trudno nie polubić tego małego geniusza, który ożywia się w trakcie rozmowy o swoich pasjach. John Dobson mógłby stać się typowym mięśniakiem, a zamiast tego jest porządnym młodym mężczyzną, który mimo powściągliwości, ma w sobie mnóstwo empatii i zawsze postępuje słusznie, a do tego grona dołącza jeszcze jego siostra, Alicja, która pragnie więcej, niż może otrzymać jako kobieta w tych czasach. Wątek romantyczny jest bardzo subtelny i przewija się gdzieś w tle, stanowiąc bardziej dodatkowy smaczek niż główną oś wydarzeń. 

Clovis La Fay. Magiczne akta Scotland Yardu urzekają kreatywnym sposobem na włączenie społeczności magów w krajobraz XIX-wiecznej Anglii, intrygującymi bohaterami, wysublimowanym humorem i ciekawym klimatem. Jest to całkiem udane połączenie fantastyki, powieści historyczno-obyczajowej i kryminału; może nie porywa specjalnie i nie wbija w fotel, ale bez wątpienia pozostawia pozytywne odczucia po lekturze i jestem naprawdę mile zaskoczona tym, że polska autorka stworzyła równie intrygującą historię, która spokojnie mogłaby konkurować z tymi zagranicznymi. Uważam, że warto dać Clovisowi szansę, choćby po to, by się przekonać, że nasi rodzimi pisarze też potrafią napisać ciekawe fantasy young adult!

Czytaj dalej »

sobota, 13 października 2018

Język cierni, czyli podszyte mrokiem i magią baśnie z uniwersum Griszy

0
Leigh Bardugo to autorka, po którą będę sięgać w ciemno. Najpierw podbiła moje serce swoją Trylogią Grisza, by później całkowicie wziąć moją duszę we władanie, gdy przeczytałam i pokochałam jej duologię Szóstka Wron. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że zostanie wydany zbiór baśni ze świata uniwersum Griszy, wiedziałam, że muszę go mieć, nawet jeśli z reguły nie przepadam za dodatkami do serii. 

Leigh Bardugo, autorka z listy bestsellerów New York Timesa, zainspirowana mitami, baśniami i folklorem stworzyła cudownie klimatyczny zbiór opowiadań, których akcja wprost skrzy się od zdrad, zemsty, aktów poświęcenia i miłości. Wejdźcie do świata griszów...
Miłość przemawia kwiatami. Prawda wymaga cierni.
Udajcie się do świata mrocznych paktów zawieranych w blasku księżyca; świata nawiedzonych miast i głodnych lasów; świata zwierząt mówiących ludzkim głosem i golemów z piernika. Do świata, w którym młoda syrena głosem przywołuje śmiercionośne sztormy, a strumień może spełnić życzenie usychającego z miłości chłopaka - lecz zażąda za to okrutnej ceny.
Opis z LubimyCzytac.pl

Muszę zacząć od cudownej oprawy graficznej, która zachwyciła mnie dbałością o szczegóły. Przede wszystkim obudziła we mnie dziecięcy sentyment; faktura okładki przypomina bowiem te ze starych zbiorów baśni, które czytano mi na dobranoc, a znajdujące się w środku ilustracje, które z każdą stroną nabierają rozmachu, rozrastając się w pełny obraz, sprawiły, że cofnęłam się pamięcią właśnie do tych wieczornych opowieści. Ma się wrażenie, jakby Język cierni był autentycznym zbiorem bajek, który moglibyśmy spotkać na półkach mieszkańców Ravki czy Kerchu. Z reguły nie jestem fanką dodatków do serii czy zbiorów opowiadań i staram się ich unikać, lecz choćby ze względu na cudowne wykończenie tej książki nie mogłam przejść obok niej obojętnie i uważam, że Język cierni pięknie zdobi moją biblioteczkę. W dodatku Leigh Bardugo to jedna z moich ulubionych autorek, dlatego byłam bardzo ciekawa, jakie niespodzianki przygotowała dla czytelnika. 

W zbiorze znajdziemy sześć opowieści, jedna z Nowoziemia, trzy z Ravki, jedna z Kerchu i jedna z Fjerdy, czyli krain, które już poznaliśmy w ramach Trylogii Grisza oraz duologii Szóstka Wron. Znalazły się historie, które pokochałam i takie, które nie do końca przypadły mi do gustu, ale wciąż były dobre, więc tak naprawdę nie mogę za bardzo narzekać na jakość tomiku. Przede wszystkim to, co mnie urzekło, to fakt, że każda historia odwzorowuje klimat miejsca, z którego pochodzi i wpasowuje się w wyznawane przez tamtejszą ludność wartości. Leigh Bardugo jest dla mnie królową różnorodności, co potwierdziła w Szóstce Wron w kreacji bohaterów, każdy z nich pochodził z innego środowiska, więc różnił się podejściem do życia, celami, mogłabym wymieniać w nieskończoność, ale ta recenzja nie dotyczy Kaza i jego gangu, więc postaram się ograniczać. W każdym razie ta różnorodność przeniosła się także na historie przedstawione w Języku cierni. Co prawda są to tylko baśnie, a jednak widać w nich kunszt autorski Leigh. 

Wszystkie baśnie zostały częściowo oparte na znanych nam opowieściach, jednak w każdej z nich autorka zastosowała jakiś twist, sprawiając, że są one o wiele bardziej mroczne, mają niepokojący, drażniący wydźwięk i tylko w niewielkim stopniu pokrywają się z oryginałem. Każda z nich zawiera także kilka różnych, ale niezwykle ważnych morałów. Ayama i cierniowy las to pierwsza historia zawarta w tomiku i równocześnie jedna z moich ulubionych. Opowiada o dziewczynie, która była tak brzydka, że postanowiono wysłać ją jako emisariuszkę do potwora nękającego ziemie królestwa, ponieważ nikt by za nią nie tęsknił. Potwór obiecał, że daruje życie Ayamie, jeśli ta opowie mu wystarczająco ciekawą opowieść. Ayama i cierniowy las pokazuje, że przerażający wygląd niekoniecznie oznacza, iż dana osoba jest bestią, a prawdziwy potwór może kryć się za piękną, dobroduszną maską. Że osoby, które powinny nas kochać, czasami nie są do tego zdolne, a tych, którzy dopuścili się straszliwych zbrodni, nie zawsze spotyka odpowiednia kara. O lisie, który chciał być za sprytny to opowiadanie, które najmniej mi się podobało; jeśli mam być szczera, momentami czułam się już znużona, a zajmuje jedynie dwadzieścia pięć stron. Opisuje leśną społeczność zwierząt, których spokój zostaje zaburzony przez pojawienie się nowego myśliwego, po kolei mordującego zwierzynę, dopóki lis, uważającego się za najsprytniejszego, nie postanawia go powstrzymać. Wydaje mi się, że ta historia ma przede wszystkim nauczyć pokory i pokazać, że ci, którzy wydają się najbardziej bezbronni, w rzeczywistości wcale tacy nie są. Ostatecznie jednak nie jestem zadowolona z tej lektury, choć wpływ na to może mieć fakt, że nigdy nie lubiłam baśni o zwierzętach.

Wiedźma z Duvy to według mnie najlepsza baśń zawarta w Języku cierni. Bardzo luźno oparta na historii o Jasiu i Małgosi, z tym że Jaś został zepchnięty na bardzo odległy plan, a napastnikiem okazał się być ktoś zupełnie inny, niż można się tego było spodziewać i może właśnie dlatego jest to równocześnie najbardziej przerażający fragment z całego tomiku, "mroczne rzeczy umieją bowiem prześlizgiwać się przez najwęższe szpary". Wiedźma z Duvy była tak wstrząsająca, że nawet kilka dni po jej przeczytaniu nie mogłam przestać o niej myśleć. Następnie Leigh Bardugo przedstawiła nam Mały Nożyk i jest to druga historia, która średnio przypadła mi do gustu. Opowiada dość tradycyjną historię o królu, który posiada piękną córkę i obiecuje wydać ją za mąż osobie, która spełni wyznaczone przez niego próby. Dalej był Książę-żołnierz, stanowiący połączenie Dziadka do orzechów oraz Aksamitnego królika, która dotyka problemu fantazji oraz poczucia, że istniejemy tylko dzięki miłości. Jak woda wyśpiewała ogień jest ostatnią historią, która stanowi niejako prequel historii o Małej Syrence i opowiada o przeszłości Urszuli, która według Bardugo początkowo była piękną, uzdolnioną syreną, zanim zamieniła się w zgorzkniałą wiedźmę i stała się główną antagonistką w życiu Arielki. Ze wszystkich opowiadań, to było chyba najbardziej kreatywne i zaskakujące, czuło się w nim najwięcej magii znanej z innych książek Leigh Bardugo, cały pomysł niesamowicie mnie zachwycił.

Jestem bardzo zadowolona z lektury Języka cierni. Starałam się dawkować sobie poszczególne opowieści, chciałam czytać jedną dziennie, ale tak się po prostu nie dało! Mimo że jest to jedynie zbiór baśni, niesamowicie wciąga. Podoba mi się to, że Leigh Bardugo każdej historii nadawała swój własny, indywidualny rys, bawiąc się konwenansami i typowymi motywami, a klimat całości, podszyty mrokiem i magią, jest wprost niepowtarzany. Uważam jednak, że jest to pozycja raczej dla zagorzałych fanów autorki i jej serii, w przeciwnym razie niewiele wniesie do waszego życia.


Inne zrecenzowane powieści Leigh Bardugo:
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia