poniedziałek, 13 marca 2017

Płytkie groby, czyli intryga w samym sercu kryminalnego półświatka dziewiętnastowiecznego Nowego Jorku

0
Kiedy zabierałam się za Płytkie groby, właściwie nic nie wiedziałam o tej książce – tylko tyle, że jest to kryminał retro i że główna bohaterka traci ojca. Według mnie to najlepszy sposób, żeby podejść do lektury tej powieści, bo zabiera nas ona w szaloną podróż z salonów nowojorskiej śmietanki do przestępczych cieni wielkiego miasta. Cieszę się, że postanowiłam dać szansę Płytkim grobom, bo zupełnie mnie oczarowały i zdecydowanie większa liczba osób powinna zapoznać się z tą książką!

Nowy Jork, XIX wiek. Przed piękną i bogatą Jo Monfort rysuje się świetlana przyszłość. Jednak jej plany unicestwia rodzinna tragedia: ojciec Jo ginie od przypadkowego postrzału. Czy jednak naprawdę był to wypadek? Dziewczyna ma wątpliwości.
Z pomocą Eddiego – młodego, niezwykle przystojnego reportera – Jo próbuje dociec prawdy. Im bliżej jest rozwiązania, tym więcej może stracić. Ale jest już za późno, by się wycofać. A życie bywa mroczniejsze, niż Jo Monfort, dziewczyna z dobrego domu, mogła sobie wyobrazić.
Opis z Lubimyczytać

Nawet nie wiecie, jak świetnie się bawiłam podczas czytania tej książki! Jest niezwykle ekscytująca i czyta się ją bardzo szybko, ale jest także pełna niespodzianek i tajemnic, które tylko się nawarstwiają wraz z zagłębianiem się w dopracowaną w najmniejszym szczególe fabułę. W Płytkich grobach występuje wiele wątków, które łączą się ze sobą w zupełnie niespodziewany sposób, więc nawet jeśli uda wam się odgadnąć rozwiązanie jednej z wielu zagadek, przed wami wciąż pozostaje wiele do odkrycia. Jennifer Donnelly w idealny sposób budowała napięcie w tej książce, wciągając nas w samo serce przestępczego światka Nowego Jorku. Co prawda początek był dość wolny i pierwsze sto stron było dla mnie zniechęcające, ale służyło to budowaniu atmosfery XIX-wiecznej śmietanki towarzyskiej, w której od kobiety wymagano jedynie dobrego zamążpójścia oraz rodzenia kolejnych dzieci. Początkowo wyglądało na to, że Płytkie groby będą dotyczyły jedynie tajemnicy morderstwa oraz życia w wyższych sferach, ale mniej więcej w połowie cała fabuła niezwykle się rozrosła, obierając nowy, fascynujący kierunek, którego zupełnie nie przewidziałam. Kiedy już wydawało mi się, że autorka wyciągnęła wszystkie asy z rękawa, zaskakiwała mnie kolejnym odkryciem. Co prawda mniej więcej byłam w stanie przewidzieć rozwiązanie głównej zagadki, spodziewałam się, kto stoi za wszystkimi morderstwami, ale autorce i tak należą się wielkie brawa za zbudowanie tak skomplikowanej intrygi. 

Klimat panujący w tej książce jest zachwycający! Dosłownie czułam się tak, jakbym cofnęła się w czasie do 1890 roku, Jennifer Donnelly zadbała o każdy szczegół i z niezwykłą dbałością odwzorowała ten okres w swojej książce, pokazując zarówno jego zalety, jak i wady. Kobiety o randze społecznej Jo i jej majątku nie powinny zamartwiać swoich ślicznych główek czymś bardziej skomplikowanym niż w co się ubrać na następne przyjęcie. Nie powinny być uświadomione społecznie. Nie powinny martwić się czy nawet wiedzieć o niesprawiedliwości klasowej ani o warunkach, w jakich żyli najubożsi. Ciekawość, jaką przejawiała Jo w swoim zachowaniu, była uważana za niebezpieczną, bo mogła jej wręcz utrudnić dobre wyjście za mąż. Jestem jednak zupełnie urzeczona tą drugą, mroczną stroną Nowego Jorku, którą powoli odkrywaliśmy wraz z kolejnymi przygodami Josephine. Nie pamiętam, kiedy ostatnio aż tak wczułam się w atmosferę książki, to wszystko było wręcz namacalne i całą sobą chłonęłam to niezwykłe doświadczenie.

Uwielbiam bohaterów. Jennifer Donnelly udało się utrzymać doskonałą równowagę przy kreowaniu Jo. Ma silną wolę, jest ciekawska i charakterna, ale jednocześnie pasuje do swoich czasów i kręgu towarzyskiego, z jakiego się wywodzi. W dużej mierze pozostaje niewinna oraz nieuświadomiona, co powoli się zmienia wraz z kolejnymi wydarzeniami, których jest świadkiem. Powoli zaczyna rozumieć, jak ciasny do tej pory był jej świat i jak bardzo zakłamany. Obserwowanie rozwoju jej postaci było niesamowite, przeistoczyła się z rozdartej, zagubionej dziewczyny w młodą kobietę, która wie, czego pragnie i uparcie do tego dąży. W tym miejscu muszę również wspomnieć o pozostałych bohaterach, którzy od razu szturmem zdobyli moje serce. Młody reporter Eddie jest wprost czarujący, Oscar ze swoimi biologicznymi ciekawostkami na temat trupów jest rozkoszny, a Fay to czysta badass, z którą nikt nie chciałby zadzierać. W całej powieści widnieje szeroki przekrój postaci, ale wzajemna dynamika tej czwórki najbardziej mnie urzekła i wciąż nie mogę wyjść z podziwu nad tym, jak ich relacje zostały poprowadzone. 

Nie sądziłam, że Płytkie groby aż tak mi się spodobają, jednak niesamowity klimat Nowego Jorku końcówki XIX wieku, porywająca, skomplikowana intryga na wielką skalę oraz wspaniale wykreowani bohaterowie... Wszystkie te czynniki zupełnie mnie urzekły, składając się na wciągającą, zachwycającą powieść, o której ciężko będzie mi zapomnieć. Czytanie Płytkich grobów było dla mnie czystą przyjemnością i zapewniło mi cały wachlarz emocji, zupełnie zatraciłam się w tej historii, delektując się każdą stroną. To oryginalna, zaskakująca powieść, która sprawi, że będziecie siedzieć na krawędzi fotela, z rosnącym niepokojem oraz podziwem oczekując finału! Gorąco polecam!

★★★★★★★★☆☆

Czytaj dalej »

piątek, 10 marca 2017

Wieczna więź, czyli uczucie zdolne przezwyciężyć śmierć

0
Z reguły mam duże problemy z zabraniem się za kolejny tom serii, jednak w przypadku Podwieczności postanowiłam pójść za ciosem. Emocje po pierwszej części zdążyły już opaść, ale wciąż miałam je świeżo w pamięci, gdy zabierałam się za Wieczną więź, licząc na to, że kontynuacja okaże się być chociaż minimalnie lepsza od Podwieczności, choć szczerze mówiąc, nie miałam zbyt wysokich oczekiwań. I dobrze, bo moja recenzja wtedy byłaby o wiele bardziej krytyczna.  

Nikki Beckett dopiero co udało się uwolnić od długu zaciągniętego wobec Podwieczności, a mimo to postanawia tam wrócić dla swojego ukochanego, Jacka. Chłopak każdej nocy pojawia się w jej snach, jednak wraz z upływem czasu staje się coraz bardziej zdezorientowany i osłabiony. Jedyną osobą zdolną pomóc Nikki w ocaleniu miłości jej życia jest Cole, nieśmiertelny pragnący uczynić ją swoją królową, ale raz już ją oszukał. Choć dziewczyna wie, że nie powinna ufać Wiecznie Żywemu, jest gotowa pokonać wszelkie niebezpieczne pułapki i zmierzyć się z dziwnym światem Podwieczności, by odzyskać Jacka. 

To, co naprawdę podobało mi się w Wiecznej więzi, to głębsze nawiązanie do mitologii! Uwielbiam wszelkie wierzenia sięgające swoimi korzeniami do starożytności, więc z oczywistych względów byłam mocno podekscytowana tą trylogią, ale pierwsza część nie obfitowała specjalnie w nawiązania do opowieści o herosach. Wieczna więź była za to pełna mitów, które zostały bardzo zgrabnie przemycone do fabuły i przedstawione w nowy, odmienny sposób. Pod tym względem Brodi Ashton stanęła na wysokości zadania, wykorzystała mitologię w sposób, który wzbudził we mnie zachwyt. Mimo to nie udało jej się wykorzystać całego potencjału leżącego w wykreowanym przez nią świecie. Z jednej strony Podwieczność jest czymś niespotykanym, nie przypomina żadnej innej krainy z książek w gatunku paranormal romance, ale z drugiej jest ona dość płaska, bez życia i momentami po prostu nudna. W pierwszej chwili jest się urzeczonym, jednak im więcej czasu spędzałam wraz z główną bohaterką w Podwieczności, tym więcej wad i nieprawidłowości dostrzegałam. Nie dość, że poszczególne elementy nie tworzyły całości, to jeszcze większość z nich została oparta o ten sam schemat. A przecież kraina nieśmiertelnych posiadała taki potencjał!

Muszę też przyznać, że ta powieść była wypełniona po brzegi zwrotami akcji, których w ogóle się nie spodziewałam. Nie wiedziałam, czego mam oczekiwać po tej części, a autorce udało się mnie kilka razy porządnie zaskoczyć. Nawet jeśli przeczuwałam, że właśnie taki kierunek ostatecznie obierze fabuła drugiego tomu, nie miałam pojęcia, co może wydarzyć się po drodze. Nie zżyłam się jednak z tą historią na tyle, by odczuwać w związku z tym jakieś emocje, a momentami pojawiało się u mnie duże znużenie całym tematem. Żałuję, że Wieczna więź bardziej mnie nie zainteresowała, ale takie są fakty. Zabrakło jakiegoś urozmaicenia, całość przebiegła w dość jednakowym, niezmiennym tempie.

To chyba nie jest normalne, że przez całą książkę miałam ochotę zamordować główną bohaterkę. Ta dziewczyna kompletnie nie potrafiła wziąć się w garść, nic tylko użalała się nad sobą, podejmowała beznadziejne decyzje, a w dodatku okazało się, że nie ma w niej za grosz inteligencji czy sprytu, choć to jest już zdecydowanie wina świadomego przedstawienia sytuacji przez autorkę. Nikki po kilka razy pytała o to samo zagadnienie i otrzymywała to samo wyjaśnienie, niemal słowo w słowo. Coś, co rozumiało się samo przez się, było dokładnie tłumaczone dziewczynie, jakby była pięciolatką, która nie potrafi wyciągnąć żadnych wniosków czy połączyć ze sobą oczywistych faktów. Był to niezwykle irytujący zabieg, bo cała sytuacja była jasna i klarowna dla wszystkich, czytelnik już wiedział, co się dzieje, ale autorka i tak uparła się, by kilka razy od nowa pisać w dialogach o tych samych zasadach panujących w Podwieczności czy działaniach bohaterów, które byłby wcześniej już wałkowane.

O ile za Nikki nie przepadałam już w pierwszym tomie, choć według mnie tutaj wypada jeszcze gorzej, to zmieniło się moje postrzeganie innych postaci. W poprzedniej części dość mocno polubiłam Jacka i to jemu kibicowałam, ale w Wiecznej więzi autorka przedstawiła wiele retrospekcji ze związku Nikki oraz Jacka, które według mnie były zupełnie nieudane. Nie potrafiłam zrozumieć tej teoretycznie wielkiej miłości między nimi, jak dla mnie cała ich relacja w tej części była mocno naciągana i rozdmuchana. O wiele bardziej podobało mi się postępowanie Cole'a i nie byłam w stanie zrozumieć decyzji głównej bohaterki, która była względem niego strasznie niesprawiedliwa, zachowywała się jak ostatnia hipokrytka i miałam ochotę naprawdę porządnie nią potrząsnąć.

Przy Podwieczności nudziłam się chyba trochę mniej, ale zakończenie zdecydowanie ratuje Wieczną więź w moich oczach. Co się tam wydarzyło... Brodi Ashton genialnie uknuła tę intrygę i głównie z tego powodu oceniam pierwszy i drugi tom jako równe sobie, jednak wciąż mam bardzo mieszane uczucia względem tej trylogii. Są momenty, kiedy naprawdę mi się podoba i widzę jej potencjał, ale są też takie chwile, gdy najchętniej wyrzuciłabym ją przez okno i zapomniała, że miałam z nią w ogóle do czynienia. Z jednej strony jest oryginalna, a z drugiej nudna. Wiem, że wiele osób uwielbia tę trylogię, jednak po dwóch pierwszych tomach mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ja nie jestem jej fanką, a decyzję, czy zechcecie po nią sięgnąć, pozostawiam wam..

★★★★★☆☆☆☆☆

Trylogia Podwieczność:
Podwieczność // Wieczna więź // Wieczna prawda

Za możliwość przeczytania Wiecznej więzi serdecznie dziękuję Wydawnictwu Papierowy Księżyc!

Czytaj dalej »

wtorek, 7 marca 2017

Dręczyciel, czyli miłość i nienawiść dzieli cienka granica

0
Dręczycielem byłam podekscytowana już od dłuższego czasu. Miałam dobre przeczucia względem tej lektury od momentu, w którym dowiedziałam się, że ma zostać wydana w Polsce. Odkąd pamiętam, mam słabość do relacji budowanych na burzliwej przeszłości, dlatego sięgnięcie po powieść Penelope Douglas było dla mnie swego rodzaju koniecznością, nie mogłam pozwolić, by taka okazja przeszła mi koło nosa!

Tate i Jared znali się od dzieciństwa. Łączyła ich przyjaźń, byli sobie bliscy. Wszystko się zmieniło, gdy oboje mieli czternaście lat. Z dnia na dzień Jared zaczął dręczyć Tate – bez wyraźnego powodu. Upokarzał ją, poniżał, robił wszystko, aby zrujnować jej życie. Im bardziej Tate schodziła mu z drogi, tym bardziej sadystycznie ją prześladował. Wreszcie Tate uciekła na rok do Paryża. To ją odmieniło: przestała być przerażoną, zaszczutą dziewczynką, stała się młodą, pewną swojej wartości kobietą. Stała się silna, bardzo silna i zdecydowana. I postanowiła, że nie pozwoli więcej się dręczyć. Wreszcie była gotowa podnieść głowę i nie cofać się przed swoim prześladowcą. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Gdy przyjaciel staje się wrogiem, ma ogromną przewagę. Zna wszystkie sekrety, lęki, myśli swojej ofiary i wie, co zaboli najmocniej.
Dlaczego Jared stał się prześladowcą Tate? Jakie tajemnice skrywa? Możesz się tylko domyślać mrocznej przeszłości i niezagojonych ran, tych przerażających zdarzeń, które wszystko skomplikowały...
Opis z LubimyCzytać

Od początku coś mnie przyciągało do tej historii, jednak nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba! Co prawda gdzieś z tyłu głowy kołacze mi się cichutka myśl, że Dręczyciel wcale nie zasługuje na tak wysoką ocenę i pochwały z mojej strony, jednak ta książka okazała się być moją małą, grzeszną przyjemnością, którą czytałam z czystą rozkoszą. Strasznie żałuję, że ta powieść ma niewiele ponad trzysta stron, bo była tak dobra, że chciałabym po prostu móc cieszyć się tą lekturą dłużej, spędzić więcej czasu z Tate oraz Jaredem oraz ich historią. Nie wiem, jak autorce udało się tego dokonać, ale mam wrażenie, jakby zajrzała do mojej głowy i wyciągnęła stamtąd wszystkie moje ulubione motywy, by potem połączyć je w jedną zgrabną, fascynującą całość w postaci Dręczyciela. Nie mogę powiedzieć, że fabuła wypada wyjątkowo oryginalnie, lecz w tej chwili nie mogę sobie przypomnieć żadnego tytułu, w którym po wieloletniej przyjaźni doszłoby do takiego oziębienia stosunków, że stałyby się one wręcz toksyczne. Może wytłumaczenie Jareda jest odrobinę naciągane, jednak to historia, która doskonale pokazuje, że nienawiść może stać się sposobem na to, by skrywane przed światem rany nie bolały tak bardzo.

Ponieważ cała koncepcja opiera się właśnie na tym niespodziewanym zwrocie w relacji Tate oraz Jareda, bohaterowie są najważniejszym punktem tej książki i wyjątkowo udanym. Nie ukrywam, że były momenty, w których wręcz umierałam, żeby przeczytać scenę z punktu widzenia Jareda, strasznie chciałam się dowiedzieć, co dzieje się w jego głowie, jednak Tatum okazała się być wyjątkowo dobrą narratorką. Polubiłam tę dziewczynę od samego początku, bo choć jest zagubiona w całej sytuacji, nie daje sobą pomiatać i wie, czego chce od życia. Nie bawi się w podchody, mówi otwarcie, co jej leży na sercu; Tate jest po prostu twarda, choć nie w przerysowany sposób. To bohaterka z krwi i kości. Jareda do tej pory nie potrafię do końca rozgryźć, stąd moje uczucia względem niego są mieszane, ale ostatecznie rozumiem kierujące nim pobudki. Pozostałe postaci stanowiły raczej mdłe tło dla tej dwójki i ich relacji, jednak szczerze mówiąc, chciałabym dostać jeszcze więcej związku Tatum oraz Jareda! Serio, razem ta para jest bezbłędna pod każdym względem. Marzyłam o większej ilości retrospekcji z ich dzieciństwa, o mocniejszym podkreśleniu tego, jak wiele wiedzą o sobie nawzajem, ale także pragnęłam więcej ich w teraźniejszości, kiedy dogryzali sobie nawzajem i doprowadzali na skraj szaleństwa swoim zachowaniem. Powtórzę to jeszcze raz: chciałabym, żeby cała ta powieść była dłuższa, żebym mogła nadal podziwiać interakcje Jareda i Tate, bo między nimi nieustannie iskrzyło, a wszystko to miało swój fundament w niepodważalnej przyjaźni.

Jedyne, do czego mam poważniejsze zarzuty, to brak płynnego połączenia ze sobą różnych wątków. Penelope Douglas często muskała jakieś tematy, podrzucała nam wskazówki, a potem zwyczajnie nie wracała do danej kwestii, która urywała się bez wyjaśnienia. Gdzieś w tle przewijał się motyw Toru – nie do końca legalnych wyścigów samochodowych mocno podrasowanymi przez licealistów i studentów autami, ale ostatecznie nic z tego nie wynikło. W środku nocy pod domem Jareda doszło do poważnej bójki, jednak autorka nie wytłumaczyła, kto to był, dlaczego taka sytuacja w ogóle miała miejsce, a potem nawet do tego nie wróciła. Penelope Douglas próbowała urozmaicić fabułę na różne sposoby i w moim odczuciu podążała w dobrą stronę, jednak nie było jakiejś konsekwencji w tym wszystkim. Dobrze, że Dręczyciel nie kręci się jedynie wokół miłości, ale przez brak spójności pozostałych wątków trochę brakuje, by uznać tę powieść za wyśmienitą.

Dręczyciel doskonale gra na emocjach czytelnika. Jest wciągający, niebezpieczny i płomienny. Nie sądziłam, że tak bardzo zaangażuję się w przedstawioną w tej książce historię, ale była ona tak fascynująca, że nie chciałam, aby kiedykolwiek się kończyła. Dręczyciel jest napisany ze sporą dawką świetnego humoru, akcja pędzi do przodu tak bardzo, że nie ma chwili na nudę, a choć autorka wykorzystuje znane, oklepane motywy nie byłam w stanie się oprzeć tej powieści, którą skończyłam w jeden wieczór.

★★★★★★★☆☆☆

Za możliwość przeczytania Dręczyciela serdecznie dziękuję Wydawnictwu EditioRed (Grupie Wydawniczej Helion)!
Czytaj dalej »

sobota, 4 marca 2017

Stosik #9

0
Ostatnio udało mi się znacząco ograniczyć kupowanie książek, z czego jestem strasznie zadowolona. Z jednej strony trochę tęsknię za przekopywaniem się przez strony internetowych księgarni w poszukiwaniu najlepszych ofert wspaniałych powieści, ale z drugiej dzięki zmniejszeniu liczby kupowanych egzemplarzy miałam szansę zabrać się w końcu za książki, które już od dawna zalegają mi na półkach. Dlatego stosik prezentujący moje zdobycze ze stycznia i lutego jest dość skromny, jednak jak najbardziej udany :)

  • KRÓLOWIE DARY, Ken Liu – niedawno zabrałam się za Z mgły zrodzonego (trudno powiedzieć, kiedy pojawi się recenzja, bo to tak złożona powieść, że trudno mi wyrazić jakąś spójną opinię) i zachęcił mnie on do sięgnięcia po więcej tytułów z zakresu dojrzałej fantastyki. Królowie Dary zebrali mnóstwo pochlebnych opinii i mam nadzieję, że mnie również przypadną do gustu. W sumie nie jestem do końca pewna, czego się spodziewać, jednak ta nutka orientu w połączeniu z historią fantasy brzmi obiecująco i oryginalnie.
  • NAZNACZENI ŚMIERCIĄ, Veronica Roth – książka, którą znalazłam w Noworocznym MyBookBoxie; Naznaczeni śmiercią to powieść, która jednocześnie mnie intryguje i od siebie odpycha. Opis brzmi trochę tak, jakbym miała do czynienia z Niezgodną 2.0, która po prostu ma miejsce w kosmosie, ale mam nadzieję, że zupełnie się mylę i Veronica Roth zaskoczy mnie czymś nowym, świeżym i bardziej złożonym niż jej pierwsza trylogia. 
  • DRĘCZYCIEL, Penelope Douglas – egzemplarz recenzencki od Grupy Wydawniczej Helion; odkąd tylko zobaczyłam tę powieść w zapowiedziach, wiedziałam, że muszę się z nią zapoznać! Nie jestem w stanie powiedzieć wam, co tak bardzo mnie ciągnie do Dręczyciela, jednak już wkrótce mam zamiar się przekonać. Jestem zwłaszcza ciekawa, jak autorce uda się przedstawić głębię tak skrajnych emocji i jakim wytłumaczeniem podeprze działania swoich bohaterów. Zawsze miałam słabość do skomplikowanych relacji z burzliwą przeszłością, a Dręczyciel wydaje się być kwintesencją podobnego związku.
  • W SPOJRZENIU WROGA, Amie Kaufman, Meagan Spooner – udało mi się zdobyć te książki na wymianie i jestem z tego powodu mega szczęśliwa! Uwielbiam kosmiczne young adult, a pierwsza część była wystarczająco dobra, żebym chciała sięgnąć po kolejne tomy. Zwłaszcza że mają przepiękne okładki i stanowią cudowne uzupełnienie mojej książkowej kolekcji <3 
  • W SERCU ŚWIATŁA, Amie Kaufman, Meagan Spooner – jw.
  • DWÓR MGIEŁ I FURII, Sarah J. Maas – OMÓJBOŻECOTOJESTZAKSIĄŻKA! Jestem całkowicie oczarowana tą historią, Sarah J. Maas przeszła samą siebie. Ta kobieta jest geniuszem w najczystszej postaci! Nawet jeśli sceptyczna, zdroworozsądkowa część mnie podpowiada, że Dwór mgieł i furii nie jest idealny, ja sama jestem zachwycona. To było niesamowite, przepiękne, cudowne... Brak mi słów, by opisać, jak bardzo Dwór mgieł i furii zawładnął moim życiem, ale czytanie tej powieści było czystą magią. No i pełno tutaj Rhysanda <333 (Już wiecie, że możecie się spodziewać ody wychwalającej tej powieść pod niebiosa. Tak, jestem nudna, ale ta książka na to zasługuje!)
  • OSTATNIE TCHNIENIE, Jennifer L. Armentrout – nie mogę uwierzyć, że to już zakończenie jednej z moich ulubionych historii 2016 roku... Mam nadzieję, że finał dorówna poziomem poprzednim dwóm częściom i sprawi mi ogromną frajdę. Nie ukrywam, że Dark Elements to taka moja mała, grzeszna przyjemność, ale wprost uwielbiam uzależniające pióro Jennifer L. Armentrout, a Roth zajmuje specjalne miejsce w moim sercu. Może nie jest to wybitna historia, jednak cholernie wciąga i wzbudza ogrom emocji, dlatego mam ogromne oczekiwania względem Ostatniego tchnienia. 
  • POD PRESJĄ, Michelle Falkoff – egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Feeria; zapomniałam umieścić książkę na zdjęciu, ale możecie już przeczytać recenzję na blogu; choć Pod presją porusza niezwykle ważny temat, rzadko przedstawiany w książkach młodzieżowych, to jednak ma dość lekki, wręcz dziecinny wydźwięk. Myślę, że starszy czytelnik nie będzie w pełni usatysfakcjonowany, lecz dla przedziału wiekowego 12-15 lat powinna być idealna. W dodatku Pod presją ma bardzo ciekawą, niespodziewaną intrygę, która zdecydowanie wciąga i urozmaica fabułę. Całkiem przyjemna powieść, ale nic specjalnego.

Możliwe, że jest to jeden z najmniejszych stosików, jakie zaprezentowałam do tej pory na blogu, jednak tym razem zdecydowanie postawiłam na jakość, nie ilość. Mam dość średnich powieści niezdolnych mnie zainteresować. Czytanie ma być w końcu przyjemnością, nie drogą przez mękę. Wiem, że zakupione przeze mnie przez dwa ostatnie miesiące książki sprawią mi mnóstwo frajdy, dlatego jestem bardzo zadowolona ze swoich najnowszych nabytków! Dajcie znać, czy czytaliście już którąś z tych książek, jakie wywołała w was odczucia i opinię na temat której powieści chcecie poznać jak najszybciej :) 
Czytaj dalej »

środa, 1 marca 2017

Ocalenie Callie i Kaydena, czyli demony z przeszłości i brudne sekrety w końcu wychodzą na jaw

0
Byłam szczerze zauroczona Przypadkami Callie i Kaydena, nie spodziewałam się, że ta historia aż tak bardzo mi się spodoba, dlatego pragnęłam jak najszybciej zabrać się za kontynuację losów dwójki głównych bohaterów. Im więcej czasu jednak mijało, tym mniejszą ochotę miałam na zapoznanie się z Ocaleniem Callie i Kaydena, aż zachwyt, który odczuwałam w związki z pierwszym tomem, zupełnie wyparował i nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego w ogóle byłam aż tak podekscytowana tą serią.

Mroczny sekret, od lat skrywany przez Kaydena w końcu wyszedł na jaw. Co gorsza, chłopak stoi w obliczu groźby oskarżenia przed sądem o pobicie. Jedynym sposobem, by mógł oczyścić swoje imię jest zdradzenie przez Callie jej tajemnicy. Ale Kayden nigdy jej o to nie poprosi. Zamiast tego zrobi wszystko, co w jego mocy, by ją chronić. Nawet jeśli oznacza to opuszczenie przez niego jedynej dziewczyny, którą kiedykolwiek pokochał.
Callie wie, że Kayden pogrąża się w ciemności i rozpaczliwie pragnie go ocalić. Lecz uda jej się to jedynie wtedy, gdy stawi czoła swojemu największemu lękowi i wyzna wszystkim własne bolesne tajemnice. Pomysł przerwania milczenia wzbudza u niej trwogę, ale nie tak wielką, jak myśl o utracie Kaydena.
Opis z LubimyCzytać

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to styl Jessici Sorensen. Wydał mi się on niezwykle prosty, niewyrobiony, swoją zwyczajnością ginie w tłumie średnich powieści. Na próżno szukałam nieco bardziej poetyckich sformułowań czy choćby jednego zdania złożonego. W dodatku autorka zupełnie niepotrzebnie podkreślała czynności takie jak ubieranie się czy mycie zębów, o czym nieszczególnie chce wiedzieć czytelnik, jednak Jessica Sorensen najwyraźniej uparła się na ekstremalny realizm w swojej powieści. Książkę napisaną tak banalnym językiem powinno mi się czytać szybko, jednak Ocalenie Callie i Kaydena dłużyło mi się niemiłosiernie, wystawiając moją cierpliwość na próbę. Uparcie brnęłam jednak do przodu, licząc na to, że zaraz zacznie się jakaś akcja, że autorka ostatecznie czymś nas zaskoczy, że poleją się krew i łzy, że pojawią się emocje oraz napięcie... Nic takiego nie nastąpiło.

Według mnie Ocalenie Callie i Kaydena jest częścią zupełnie zbędną oraz... nudną. Wydaje się być pisana trochę na siłę i bez większego pomysłu na poprowadzenie fabuły. Tak naprawdę nie dzieje się w tej książce nic, czego czytelnik nie domyśliłby się po zakończeniu pierwszego tomu. Autorka poskąpiła nam nie tylko jakiejkolwiek akcji – która, jeśli się już pojawia, okazuje się być bezsensowna i niepotrzebna, doskonale czuć, że miała na celu jedynie przedłużenie całej książki – ale także ogromnego ładunku emocjonalnego, którego dostarczyły mi Przypadki Callie i Kaydena. Nie odczuwałam żadnego niepokoju o bohaterów, bo doskonale wiedziałam, jak potoczy się cała historia, jednak nie spodziewałam się, że będzie ona taka... pusta. Gdyby wyciąć wszystkie mało znaczące fragmenty, których było ich naprawdę sporo, zostałoby zaledwie kilka kartek, które spokojnie mogłyby się zmieścić jeszcze w pierwszej części, a tak dostajemy powieść pozbawioną zaskoczeń, interesujących wątków, akcji, emocji, nawet bohaterowie wydawali się być nijacy i mdli, podczas gdy wcześniej nie miałam podobnych zastrzeżeń. Callie irytowała mnie swoją nadmierną kruchością, płaczem i naiwnymi wątpliwościami, nieustannie rozczulała się nad sobą z głupich powodów, Seth ogólnie działał mi na nerwy, ratował się jedynie Kayden, choć moja sympatia do niego również doznała uszczerbku.

Co tu dużo mówić, Ocalenie Callie i Kaydena dopadł paskudny syndrom drugiego tomu. Ta powieść wydawała się być wymuszona, fabuła dość szybko stała się męcząca i z utęsknieniem odliczałam kolejne strony do końca, bo chciałam to mieć już za sobą. Według mnie Ocalenie Callie i Kaydena właściwie nic nie wnosi do historii dwójki głównych bohaterów oprócz rozdmuchanego dramatu, który jest jednak pozbawiony wszelkich emocji. Słabo napisana, nużąca i zdecydowanie niewarta poświęcenia jej czasu.

★★★★☆☆☆☆☆☆

Seria The Coincidence:
Przypadki Callie i Kaydena // Ocalenie Callie i Kaydena // Przeznaczenie Violet i Luke'a // The Probability of Violet and Luke // The Certainty of Violet and Luke // The Resolution of Callie and Kayden // Seth & Grayson
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia