czwartek, 13 października 2016

Misja Ambasadora, czyli zagraniczne intrygi, zepsucie w Gildii Magów i przestępcze imperium

0
Trudi Canavan zdecydowanie zalicza się do grona moich małych, grzesznych przyjemności. Jej książki zaczęłam czytać już pod koniec podstawówki, absolutnie zachwycona niesamowitymi krainami stworzonymi od podstaw przez autorkę, która w tamtym okresie była moją pisarską idolką. Potem na długi czas rozstałam się z twórczością Trudi – ostatnią jej powieść przeczytałam prawie pięć lat temu. Miesiąc guilty pleasures dał mi jednak odpowiedniego kopa do przypomnienia sobie, za co pokochałam Canavan i postanowiłam sięgnąć po jej trylogię, która na mojej półce zalega od naprawdę długiego czasu – po Trylogię Zdrajcy.

Lorkin, syn nieżyjącego Wielkiego Mistrza Akkarina, wybawiciela miasta, oraz Sonei, jednej z najpotężniejszych magów w Imardinie, odczuwa presję, by dokonać równie wielkich czynów co jego sławni rodzice. Kiedy więc Mistrz Dannyl postanawia objąć posadę Ambasadora Gildii w Sachace, chłopak zgłasza się na jego asystenta w nadziei, że uda mu się znaleźć cel, za który warto walczyć, mimo że w tym kraju czeka na niego jedynie zguba. Kiedy nadchodzi wieść, że Lorkin został porwany, prawo zabraniające Czarnym Magom opuszczania miasta pozwala Sonei jedynie mieć nadzieję, że Dannyl pomoże jej synowi. Sama za to musi skupić się na tajemniczym Łowcy Złodziei polującym na przywódców grup przestępczych w mieście. Kiedy rodzina jej najlepszego przyjaciela, Cery'ego, zostaje zamordowana, Sonea wie, że sprawy powoli wymykają się spod kontroli, a w mieście albo pojawił się dziki mag, albo ktoś z Gildii Magów zabija kolejnych Złodziei.

Nie będę ukrywać, że po Misję Ambasadora sięgnęłam głównie dlatego, że przedstawia dalsze losy Sonei – gdyby historie kręciła się jedynie wokół Lorkina, prawdopodobnie w ogóle nie zabrałabym się za czytanie tej powieści i niewiele bym straciła, bo jego losy w ogóle mnie nie interesowały, a do tego jego kreacja jest dość słaba i, ogólnie rzecz biorąc, podejmuje beznadziejne decyzje, przez które co chwila robiłam facepalma. Jednak wszystko po kolei. W Misji Ambasadora mamy cztery różne perspektywy – Lorkina, Sonei, Dannyla oraz Cery'ego – które zostały ze sobą połączone w taki sposób, że ostatecznie żadna z nich nie staje się nużąca po dłuższym czasie i nie wybija się na pierwszy plan. Oczywiście faworyzowałam jedną z narracji i przyłapywałam się na tym, że kartkuję książkę w poszukiwaniu danej perspektywy, ale nie odbiegały one od siebie drastycznie poziomem, dlatego nie mogę bardzo narzekać.

Trzeba to powiedzieć otwarcie – Trudi Canavan zdecydowanie nie jest mistrzynią tworzenia wyrazistych postaci. Gdyby nie imiona, bohaterowie prawdopodobnie zlewaliby się w mojej pamięci w jedną bezkształtną masę. Mam wrażenie, że w Trylogii Czarnego Maga poszczególne sylwetki były mocniej i lepiej zarysowane, tutaj trochę zabrakło charakteru. Jest jednak rzecz, z którą autorka ta radzi sobie doskonale – mianowicie są to relacje między bohaterami. Ich wzajemne interakcje i różnorodność targających nimi uczuć względem danej osoby były doskonale przedstawione oraz wyważone.

Misja Ambasadora toczy się niezwykle leniwym rytmem. Niby na horyzoncie pojawiają się niebezpieczeństwa, ale zupełnie zabrakło napięcia i elementu zaskoczenia. Większość wątków była przewidywalna, liczyłam na to, że może w ostatniej chwili autorka wywinie nam jakiś numer i jednak postawi na zaskakujące rozwiązanie, jednak nic z tego. Brakowało jakiejś konkretnej akcji, intensywności przeżyć, czegoś, co sprawiłoby, że poderwałabym się z łóżka albo zachodziłabym w głowę, jak autorce udało się na to wpaść. Również świat wykreowany przez Trudi Canavan w Misji Ambasadora stracił swój blask. Miałam nadzieję, że autorka skorzysta z niezwykłej okazji, jaką była podróż do zamkniętej dla magów w poprzednich tomach Sachaki i rozszerzy naszą wiedzę o realiach tej powieści, ale zupełnie się zawiodłam. Canavan bazowała na ustaleniach zawartych w Trylogii Czarnego Maga, przez co zupełnie zabrakło mi jakiegoś urozmaicenia, szerszego spojrzenia na inne nacje oraz kultury.

Ostatecznie Misję Ambasadora odbieram pozytywnie, choć bez fajerwerków. Z wyjątkiem Sonei, nie zaangażowałam się specjalnie w losy bohaterów, z umiarkowanym zainteresowaniem poznawałam kolejne wydarzenia, jednak nie czułam dużej potrzeby, by dowiedzieć się, co jeszcze autorka dla nas przygotowała. Ot dobrze skonstruowana historia, która nie pochłania, ale wciąga na tyle, że nie chce się jej od razu odłożyć na bok. Nie zakochałam się, lecz nie mogę też powiedzieć, że powieść mi się nie podobała – mimo to spodziewałam się czegoś nieco lepszego i jestem odrobinę rozczarowana przewidywalnym kierunkiem, w którym podążyła fabuła. Misja Ambasadora to książka dobra na chwilę relaksu z herbatą i pod kocykiem, ale raczej nie dostarczy szalonych wrażeń ani nie zauroczy kreacją postaci czy świata.


Trylogia Zdrajcy:
Misja Ambasadora // Łotr // Królowa Zdrajców
Czytaj dalej »

poniedziałek, 10 października 2016

Bezduszna, czyli nadnaturalne stworzenia panoszą się w XIX-wiecznej Anglii

0
Co jest największym z największych guilty pleasures książkoholików? Niezaprzeczalnie paranormal romance! Jest to taki gatunek, że nierzadko wstydzimy się przyznać do pochłaniania podobnych historii, bo nie ukrywajmy – są one głupiutkie, płytkie i odmóżdżające – ale i tak od czasu do czasu kochamy się w nich zanurzyć. Ponieważ październik obwołałam miesiącem guilty pleasures, uznałam, że jestem w pełni usprawiedliwiona, by pozwolić sobie na szaleństwo z tym gatunkiem i dzisiaj przychodzę do Was z recenzją Bezdusznej Gail Carriger. 

Alexia Tarabotti to pół-Włoszka, stara panna, a na dodatek nie ma w sobie ani grama duszy – oznacza to, że jest w stanie neutralizować właściwości nadnaturalnych stworzeń, które ogłosiły swoje istnienie za czasów panowania królowej Wiktorii. Jej życie jest już wystarczająco skomplikowane z powodu tych trzech elementów, ale jak na złość sprawy przyjmują nieoczekiwany obrót, gdy Alexia zostaje zaatakowana przez wygłodzonego, nieznającego zasad wampira i przypadkowo go zabija. Lord Maccon, czyli wyjątkowo gburowaty i zabójczo przystojny wilkołak, z którym panna Tarabotti od dawna ma na pieńku, wszczyna śledztwo na rozkaz królowej. Jedne wampiry znikają, inne pojawiają się znienacka, a Alexia zostaje wciągnięta w sam środek zamieszania, stając się celem nieznanych napastników. Czy uda jej się rozwikłać tę dziwną zagadkę, która wstrząsnęła życiem londyńskiej socjety?

Bezduszna nie jest typowym paranormalnym romansem, co niezwykle mnie ucieszyło. Po pierwsze, nie mamy do czynienia z nastolatkami, a z dojrzałymi już ludźmi. Główna bohaterka ma dwadzieścia siedem lat, a lord Maccon liczy sobie kilka stuleci, przez co ich relacja nie przypomina kolejnej słodkiej, głupiutkiej miłości. Po drugie, autorka dużo czasu poświęciła na wykreowanie świata, co rzadko się zdarza w tego typu historiach. Bardzo zgrabnie połączyła ona realia XIX-wiecznej Anglii z istnieniem wampirów, wilkołaków, duchów oraz innych nadnaturalnych stworzeń, przez co samo tło było już niebanalne i warte uwagi. To niezwykłe połączenie miało prawo nie zagrać, jednak jakimś sposobem Gail Carriger wyciągnęła z tych dwóch światów to, co najlepsze, połączyła w jedną, zaskakująco ciekawą rzeczywistość, dodając jeszcze coś od siebie do kreacji i zachowań różnych bestii! Po trzecie, to nie miłość jest głównym wątkiem Bezdusznej, a kryminalna tajemnica związana ze znikaniem samotników wśród wampirów i wilkołaków, przez co ta książka nie jest ani mdła, ani nudna. Na pierwszy plan wysuwa się także niesamowita zdolność Alexii, która nieustannie pakuje ją w coraz większe tarapaty.

Jednak mimo iż Bezduszna nie jest typowym przedstawicielem paranormal romance, nie znaczy to, że jest książką dobrą. W pewnym momencie to wszystko zupełnie się rozjechało, zapanował totalny chaos, a końcówka to po prostu miszmasz wszystkiego. Kryminał, komedia, miłość, nadnaturalność, oszustwa, wszystko nałożyło się na siebie w przeciągu kilku kartek, co zepsuło cały efekt. Przede wszystkim najbardziej przeszkadzał mi język, jakim została napisana cała powieść – jest on bardziej dziewiętnastowieczny niż styl, jakim zostały napisane książki pochodzące z tego okresu. Autorka postawiła również na dowcipną narrację, przez co całość wypadła sztucznie, wydawało się to być nadmiernie wymuszone i uniemożliwiało całkowite wciągnięcie się w fabułę, chociaż na pewno tworzyło niepowtarzalny klimat. Również romans nie do końca wyszedł autorce – odbiegł on od standardów dotyczących tego gatunku, ale za to Gail Carriger przesadziła w drugą stronę. Była to przysłowiowa relacja kto się czubi, ten się lubi, które wprost uwielbiam, jednak w wykonaniu Alexii i Maccona wypadło to naprawdę kiepsko. Te ich przepychanki były zupełnie niedorzeczne, wzbudzały raczej politowanie. W jednej chwili skakali sobie do gardeł, w drugiej się całowali, a ja zupełnie przeoczyłam moment, w którym pojawiło się głębsze uczucie. Że nie wspomnę o tym, że przybrało ono bardzo fizyczną formę.

Bezduszna to niebanalny przedstawiciel paranormal romance, ale mimo wszystko spełnia tę samą rolę, co pozostałe powieści z tego gatunku – bawi, wciąga, lecz nie zostawi po sobie w pamięci trwałego śladu. Alexia to pyskata, nieprzejmująca się konwenansami stara panna, Maccon przystojny, gburowaty, nieokrzesany wilkołak, znalazło się też miejsce dla dystyngowanego wampira, więc bohaterowie wpisują się w znany schemat. Nie da się ich nie polubić, jednak patrzy się na nich z politowaniem. Tło historii zostało naprawdę dobrze wykreowane, ale samej fabule brak proporcjonalności – przez bardzo długi czas większość kręci się wokół podchodów Alexii oraz Maccona, podczas gdy końcówka jest pełna szokujących wydarzeń i wyjaśnień, które nawarstwiły się na siebie. Bezduszna jest przyjemnym, trochę dziwacznym tworem, który czyta się szybko, a zapomina jeszcze szybciej przez niewykorzystany potencjał. Raczej nie sięgnę po kolejne tomy, jeden mi w zupełności wystarczy.


Cykl Protektorat parasola:
Bezduszna // Bezzmienna // Bezgrzeszna // Bezwzględna // Timeless
Czytaj dalej »

piątek, 7 października 2016

TOP 5: Guilty pleasures

0

Są takie książki, które nie mają prawa nam się podobać i w głębi duszy wiemy, że nie stoją one na najwyższym poziomie – ale guess what, nasze serce ma głęboko w poważaniu zdrowy rozsądek i po prostu zakochuje się w tych powieściach, a potem my spalamy buraka, gdy ktoś pyta nas o zdanie, bo wstyd się przyznać, że pałamy nieokiełznaną miłością do jakiejś pozycji. Guilty pleasures są nieodzowną częścią życia czytelnika i dzisiaj chciałabym Wam pokazać pięć serii, które teoretycznie nie powinny mnie zachwycić, a jednak jakimś cudem stało się inaczej. To takie oglądanie Trudnych spraw czy Ekipy z Warszawy/uwielbienie dla filmów na podstawie powieści Nicholasa Sparksa/nucenie na okrągło piosenek Spice Girls, Backstreet Boys, Britney Spears czy przebojów innych obciachowych wykonawców/zaglądanie do magazynów w stylu Życie na gorąco literatury, jeśli ma to jakikolwiek sens ;)

Seria o Stephanie Plum 
W Ameryce liczy już sobie dwadzieścia jeden części, w Polsce wydano ich piętnaście, z czego ja przeczytałam trzynaście. Mogłoby się wydawać, że w pewnym momencie powinnam się zmęczyć przygodami nieudolnej łowczyni nagród, ale wciąż z ogromną ochotą zagłębiam się w kolejne części, nie czując znużenia, bo każdy tom jest po brzegi naładowany akcją, humorem i absurdalnymi wydarzeniami, więc po prostu nie można się nudzić podczas czytania o kolejnych przeżyciach Stephanie. Ta seria łączy w sobie właściwie wszystko, co jest wyznacznikiem dobrej zabawy: kryminalna intryga, pociągający bohaterowie, niedorzeczne wydarzenia, które wywołują wybuchy śmiechu u czytelnika, zawrotne tempo akcji. Te książki są lekkie, wciągające, zabawne. Poprawa nastroju gwarantowana!

1-800-Jeśli-Widziałeś-Zadzwoń
Całą serię przeczytałam właściwie na jednym tchu i to jeszcze w 2011 roku, a do tej pory pozostaje jedną z moich ulubionych i doskonale pamiętam poszczególne sceny, które wywarły na mnie największe wrażenie. Wszystkie inne cykle Meg Cabot były raczej średnie, ale 1-800-Jeśli-Widziałeś-Zadzwoń? To był ogień. Mówi się, że Celaena Sordothien to obecnie najbardziej kick-assowa bohaterka w literaturze młodzieżowej, ale w bezpośrednim starciu nie wiem, czy miałaby szansę z badassową Jess, która przy wzroście 155 cm biła się z mięśniakami dwa razy większymi od niej, a przy tym nie posiadała wieloletniego szkolenia na zabójczynię. Kiedy byłam młodsza, chyba potrafiłam być bardziej obiektywna, bo dość nisko oceniłam poszczególne części na LubimyCzytac, ale kurczę, ile ja miałam zabawy podczas czytania tej serii! Każdy tom wypełniony był po brzegi akcją, która momentami była absurdalna, oraz świetnym poczuciem humoru. Tak, nie jest to seria ambitna, właściwie z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest raczej płytka, może nawet głupiutka i mocno stereotypowa. Ale to nie ma żadnego znaczenia, bo kocham całym sercem tę zwariowaną, wybuchową historię i nawet upływające lata nie są w stanie tego zmienić.
P. S. Możecie mi wierzyć na słowo, nigdzie nie znajdziecie lepszej sceny prawie zaręczyn. Na samą myśl nie mogę przestać się śmiać.

Inne Anioły
To jedna z pierwszych serii, która wywołała we mnie ogromne emocje. Pamiętam, z jaką niecierpliwością czekałam na kolejne tomy, jak bardzo zżyłam się z bohaterami i jak mocno im kibicowałam. Wtedy ta seria nie przypominała żadnej innej, jaką czytałam i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nadal wyróżnia się pewnymi rozwiązaniami fabularnymi zastosowanymi przez autorkę mimo upływu lat. Te książki były po brzegi wypełnione akcją, nie było miejsca na nabranie oddechu, a intryga była naprawdę zawiła. Miałam mnóstwo frajdy podczas czytania, wspominam tę serię z szerokim uśmiechem na ustach, bo to, przez jaki huragan emocji przechodziłam razem z Dru... tego nie da się opisać! Po dziś dzień Inne Anioły pozostają jedynym cyklem, w którym nie potrafię rozstrzygnąć trójkąta miłosnego, bo zarówno Gravesa, jak i Christophe'a kocham równie mocno. A zakończenie? Złamało mi serce. Wciąż mam je w pamięci i wciąż wzbudza we mnie taki sam uczuciowy rollercoaster. Przy Innych Aniołach śmiałam się i płakałam i chociaż wiem, że to paranormal romance, który nie stoi na najwyższym poziomie, nie potrafię patrzeć na tę serię przez taki pryzmat.

Piękna katastrofa
Piękna katastrofa jest jedną z pierwszych książek New Adult, po jakie sięgnęłam i wiem, że na wielu płaszczyznach ta powieść jest dosłownie tragiczna, nie zmienia to jednak faktu, że czytanie Pięknej katastrofy było emocjonalnym huraganem. Nawet jeśli w pewnym momencie zaczynało to przypominać Modę na Sukces, bo Abby i Travis schodzili się tylko po to, by zaraz ze sobą zerwać. Serio, nie wiem, czy w jakiejkolwiek innej książce było tyle rozstań i powrotów, w pewnym momencie stało się jasne, jak bardzo toksyczna jest ich relacja, ale kogo to obchodzi? Ja bawiłam się świetnie i z całych sił trzymałam kciuki za tę dwójkę, po prostu oddychałam tą powieścią i chyba nawet zarwałam przy niej dobrą część nocy, bo wiele można o niej powiedzieć, ale nie to, że jest nudna, bo jest wypełniona akcją i różnorodnymi wątkami. W głębi duszy wiem, że Piękna katastrofa jest strasznie chaotyczna, niedojrzała i mało wiarygodna, ale guilty pleasures rządzą się własnymi prawami ;)


Dark Elements
Na pierwszym miejscu znajduje się sprawca całego tego postu, czyli pierwsza część trylogii Dark Elements. Ognisty pocałunek zupełnie mnie zaskoczył, bo powieści zajmujące poprzednie miejsca czytałam co najmniej dwa lata temu i sądziłam, że zrobiłam się już za stara, by zakochać się w podobnym paranormal romance. Skucha. O. MÓJ. BOŻE. Co to jest za książka! Tak strasznie się wciągnęłam w całą historię, że nie mogłam się od niej oderwać, a potem nie potrafiłam przestać o niej myśleć. Od dawna nie czułam tak palącej potrzeby sięgnięcia po kolejny tom. Nie wiem, co takiego Jennifer L. Armentrout ma w sobie, że po prostu uzależnia. Ja wiem, że postaci, zwłaszcza główna bohaterka, mogą być irytujący i nie prezentują sobą za wiele. Rozumiem, że zostały tutaj wykorzystane chyba wszystkie możliwe schematy z literatury młodzieżowej. Jestem w pełni świadoma tego, że nie ma w tej powieści niczego nowatorskiego, interesującego czy błyskotliwego. Obiektywnie patrząc – to nie jest dobra książka. ALE WHO CARES? Nie interesuje mnie poziom, na jakim stała ta lektura, bo... Jestem oczarowana, zachwycona i oszołomiona Ognistym pocałunkiem. I tyle.


To teraz czas na Was - podzielcie się swoimi guilty pleasures, aż umieram z ciekawości! Czy któraś z powyższych serii również wami zawładnęła wbrew zdrowemu rozsądkowi? To może być cokolwiek, chętnie poznam Wasze grzeszne przyjemności z zakresu nie tylko literatury, ale także muzyki czy kina! :) 
Czytaj dalej »

wtorek, 4 października 2016

Arktyczny dotyk, czyli pół-demon, pół-strażnik kontra reszta świata

0
Ognisty pocałunek, wbrew zdrowemu rozsądkowi oraz logice, zupełnie mnie oczarował i sprawił, że jedyne, o czym mogłam myśleć, to dalsze losy moich ulubionych bohaterów z tej serii. Ta trylogia w ostatnim czasie stała się moją największą guilty pleasure i nie boję się do tego przyznać. Mimo to przez bardzo długi czas nie mogłam się przełamać do sięgnięcia po Arktyczny dotyk – strasznie się bałam tego, co zastanę w środku po zaskakującym, bolesnym zakończeniu poprzedniego tomu. I chociaż ta powieść nie doskoczyła do wysoko ustawionej przez Ognisty pocałunek poprzeczki, była wspaniałą, emocjonującą przygodą.

Layla Shaw próbuje pozbierać kawałki swojego roztrzaskanego życia. Nie jest to łatwe w przypadku siedemnastolatki święcie przekonanej, że gorzej już być nie może. Co gorsza, z uwagi na tajemniczą moc, jaką włada dziewczyna, jej niewiarygodnie przystojny przyjaciel, Zayne, na zawsze pozostanie dla niej nieosiągalny.
Klan strażników, który od zawsze chronił Laylę, nagle zaczyna skrywać przed nią niebezpieczne sekrety. Do tego dziewczyna nie potrafi przestać myśleć o Rocie – grzesznym, seksownym, demonicznym księciu, który rozumie ją lepiej niż ktokolwiek.
Nagle moc Layli zaczyna się przekształcać, przez co może ona poznać smak zakazanego do tej pory owocu. W najmniej oczekiwanym momencie wraca do niej Roth, przynosząc wieści, które na zawsze mogą odmienić los dziewczyny. W końcu dostaje to, czego pragnęła, jednak na ziemi rozpętuje się piekło, liczba ofiar zaczyna wzrastać, a cena za szczęście może okazać się zbyt wysoka…
Opis z Lubimyczytać

Arktyczny dotyk wrzuca nas na prawdziwy rollercoaster emocji. Podobnie jak w pierwszym tomie akcja gna do przodu i nie można się oderwać od tej książki, chyba że przewróci się ostatnią kartkę, która zostawia nas ze zszokowanym wyrazem twarzy i myślami: co się przed chwilą wydarzyło? Jennifer L. Armentrout zaserwowała nam takiego cliffhangera, że chyba nie będę mogła zasnąć spokojnie do momentu, w którym będę trzymała w dłoniach trzecią część. Lektura tak bardzo mnie zaabsorbowała, że zupełnie nie wiedziałam, co się dzieje dookoła mnie, liczyła się tylko ta niesamowita książka i pytania, które tłukły się przez cały czas po mojej głowie, bo Arktyczny dotyk zawiera w sobie mnóstwo tajemnic, zawiłych intryg oraz narastającego napięcia. Wzorcowo mnie w sobie rozkochał podobnie jak Ognisty pocałunek i trudno było mi przestać o nim myśleć. 

Na niekorzyść Arktycznego dotyku (chociaż to już baaardzo subiektywna kwestia) wpływa nadmiar Zayne'a i niedobór Rotha. Od początku nie ukrywałam swojej niechęci do Kamieniaka, który jest wyidealizowanym, anielskim chłopczykiem – tak mdłym, że już bardziej chyba nie można. Wszystko mnie w nim denerwuje, a jego kolejne decyzje sprawiały, że nie potrafiłam powstrzymać wywracania oczami i na moje nieszczęście w tej powieści było go mnóstwo. Po prostu między nim a Laylą nie ma żadnego iskrzenia, mimo to autorka uparła się na trójkąt miłosny i my, biedni, zdesperowani czytelnicy, musieliśmy znosić kolejne przydługawe wynurzenia Laleczki na temat perfekcyjnego Zayne'a a.k.a rozmemłanej kluchy. Od lukru w tych scenach bolały mnie zęby. Jestem całym sercem za grzesznym demonem, który jest tak cudownie wielowymiarowy, że mogę jedynie wzdychać z zachwytem. Tak, Jennifer L. Armentrout nie uchroniła go do końca przed schematem, ale Roth został tak wspaniale wykreowany i poprowadzony, że zupełnie nie zwraca się na to uwagi. Ze wszystkich bohaterów tej trylogii to właśnie jego charakter jest najbardziej skomplikowany, zawiły i mogłabym się nad nim rozpływać godzinami, dlatego rozumiecie, jak bardzo w moich oczach książka ucierpiała, gdy Rotha było mniej, a Zayne'a o wiele więcej. Skoro jesteśmy przy bohaterach, muszę również wspomnieć o Layli – wydawało mi się, że jest dla tej dziewczyny nadzieja, bo zaczynała akceptować swoją demoniczną stronę, ale później znowu zaczęła użalać się nad sobą, specjalnie izolowała się od innych, a potem narzekała, jaka jest biedna.

Co najlepsze, te wszystkie niedociągnięcia wcale nie sprawiły, że spojrzałam na trylogię Dark Elements inaczej. Wciąż z zawrotną wręcz prędkością pochłaniałam kolejne strony, całą sobą przeżywając to, co działo się z Laylą i nie mogąc się doczekać rozwiązania zagadki. Arktyczny dotyk za szybko się dla mnie skończył i podobnie jak w wypadku Ognistego pocałunku, znowu musiałam mierzyć się z kacem książkowym wywołanym powieścią napisaną przez Jennifer L. Armentrout, która plasuje się w ścisłej czołówce moich ulubionych autorów. Jak we wszystkich swoich książkach, zapewniła nam drugim tomem trylogii mnóstwo zaskakujących zwrotów akcji, dość zawiłą intrygę, ogrom napięcia trzymający na krawędzi fotela, buzujące w żyłach emocje oraz dawkę swojego fantastycznego, uzależniającego stylu. Jeżeli szukacie czegoś, co pochłonie was na długie godziny, które będą wydawały się sekundami i jesteście gotowi na szaloną jazdę bez trzymanki, serdecznie polecam wam Arktyczny dotyk Jennifer L. Armentrout.


Trylogia Dark Elements:
Ognisty pocałunek // Arktyczny dotyk // Ostatnie tchnienie
Czytaj dalej »

sobota, 1 października 2016

Kłamca, czyli Loki sieje zamęt w zastępach aniołów

16
Jak pewnie większość książkoholików, obecnie bardzo rzadko sięgam po książki rodzimych autorów. Na pewno nie jest to powód do dumy i usilnie staram się to zmienić poprzez dawanie szansy kolejnym polskim pisarzom. Jakub Ćwiek jest jednym z tych autorów, na których powieści czaję się od dłuższego czasu. Co prawda bardziej ciągnie mnie do Chłopców, ale o Kłamcy słyszałam dość dużo pozytywnych opinii, dlatego nie wahałam się, uznając, że to najwyższy czas, by zaznajomić się z twórczością kolejnego polskiego pisarza. Na razie wygląda jednak na to, że żaden rodzimy twórca nie jest w stanie mnie do siebie w pełni przekonać.

Odkąd nie ma Boga, anioły nie grają fair. I to tłumaczyłoby obecność Kłamcy...
Ocalony po szturmie na Valhallę Loki – adoptowany syn Odyna, patron oszustów i zdrajców – postanawia przystać do zwycięzców i staje się anielskim chłopcem na posyłki.
Szybko jednak okazuje się, że w świecie, gdzie zabłąkane, mitologiczne bóstwa bratają się z piekielnymi demonami, niezwykłe zdolności boga kłamstwa służyć mogą znacznie ważniejszym celom. Wyćwiczone sztuczki doskonale dezorientują wroga, a bezwzględność i pogarda wobec regulaminów i zasad czynią go naprawdę groźnym przeciwnikiem zła i występku. Tak przynajmniej sądzą archaniołowie, coraz bardziej zależni od pomocy nowego sojusznika. I może mają rację…
Ale Loki ma własne plany.
Opis z LubimyCzytac

Wydaje mi się, że autor wyszedł z błędnego założenia, że każdy, kto sięgnie po tę powieść, będzie zaznajomiony z mitologią nordycką. Ja sama, gdybym niedawno nie przeczytała Magnusa Chase'a i bogów Asagrdu Ricka Riordana, nie miałabym do końca pojęcia, kto jest kim i co się dzieje, a już zwłaszcza nie potrafiłabym zrozumieć idei Ragnaröku i tego, jaką rolę mają w nim odegrać poszczególne postaci. Podejrzewam, że osoby wchodzące zupełnie bez przygotowania w fabułę Kłamcy, miałyby ciężki orzech do zgryzienia, bo autor tak naprawdę nie wytłumaczył żadnych zawiłości dotyczących religii Wikingów, a do tego pomieszał ją z innymi wierzeniami, łącząc mitologię nordycką z grecką, słowiańską, a nawet z wiarą chrześcijańską. To była jedna, wielka, wybuchowa mieszanka, w której ciężko było mi się odnaleźć. 

Chaos brał się nie tylko z połączenia różnych mitologii, ale również ze sposobu prowadzenia narracji. W powieści widzimy przebieg wydarzeń nie tylko z perspektywy Lokiego, ale także wielu innych osób, które nie zawsze mają jakieś duże znaczenie dla fabuły. Zmienia się nie tylko narrator, ale bardzo często pojawiały się nowe lokalizacje, które nie miały ze sobą żadnego związku, wprowadzając jeszcze większy zamęt. Praga, Hiszpania, Egipt, Wrocław, Nowy Jork, Montecarlo, Walhalla... A żeby było lepiej, różniły się także epoki i okresy czasowe, zdarzały się przeskoki między mileniami. Od samej myśli można dostać zawrotów głowy, nie wspominając o próbie połapania się w tej poszatkowanej, rozłożonej na wiele pojedynczych fragmentów fabule. Próbowałam znaleźć metodę w tym szaleństwie, ale poszczególne wątki rzadko się ze sobą wiązały. Zupełnie nie rozumiem zamysłu na tę książkę. Akcja pędzi do przodu, lecz nie potrafię się pozbyć wrażenia, że jest jakaś... płaska, bez określonego celu, puenty, mającego sens ogniwa spajającego kolejne wydarzenia.

Z tego powodu trudno mi też napisać cokolwiek o bohaterach. Loki, które teoretycznie jest głównym bohaterem i wokół którego kręci się większa część akcji, mimo wszystko jest dziwnie schowany i trudno mi określić jego charakter. Szczerze mówiąc, po Kłamcy spodziewałabym się czegoś o wiele lepszego. Niby jest błyskotliwy, ale nie do końca, niby jest oszustem, któremu nie można ufać, ale nie jest to aż tak dostrzegalne, niby robi wszystko po swojemu, starając się, by jego było na wierzchu, ale... No właśnie, cały czas czegoś mi w jego kreacji brakowało. Najlepiej wypadał w momentach, w których odsłaniał swoją ludzką twarz, jednak to zdecydowanie za mało. Moją uwagę zwrócił także archanioł Michał, lecz nie został on wystarczająco wyeksponowany, bym mogła napisać o nim coś więcej. 

Podsumowując, Kłamca nie jest książką złą. Pojedyncze fragmenty są wypełnione akcją, sarkastycznym humorem i niespodziewanymi wydarzeniami, trudno było przewidzieć, co zaraz się stanie. Bohaterowie są w miarę w porządku, przynajmniej nie irytują, a to zawsze trzeba zaliczyć na plus. Praca boga kłamstw dla aniołów sama w sobie jest interesującym pomysłem, chociaż jak na razie donikąd nie zmierza. Przeczytałam tę powieść dość szybko mimo momentów znudzenia, ale to pewnie dzięki niewielkiej objętości – to 270-stronicowa książeczka. Zdarzały się autentycznie zabawne momenty, lecz Kłamca nie jest powieścią, którą bym poleciła. Na razie nie wiem także, czy zabiorę się za kolejne części, ponieważ ich opisy raczej mnie nie zainteresowały, jednak zobaczymy.



Seria Kłamca:
Kłamca // Kłamca 2. Bóg marnotrawny // Kłamca 3. Ochłap sztandaru // Kłamca 4. Kill'em all
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia