środa, 16 sierpnia 2017

K-drama: Legend of the Blue Sea

0
Legend of the Blue Sea miało być dla mnie zwykłą odskocznią. Do tej pory oglądałam głównie dramy historyczne lub melodramaty/romanse, dlatego chciałam spróbować czegoś z wątkiem fantastycznym w ramach przerywnika, który miał mi zapewnić nieskomplikowaną rozrywkę. Przeczytałam też kilka średnio pochlebnych recenzji o Legend of the Blue Sea, dlatego nie nastawiałam się na wiele. Tymczasem ta drama dość szybko podbiła moje serce i wskoczyła do pierwszej trójki moich ulubionych koreańskich seriali, bo była absolutnie cudowna, zachwycająca, magiczna i porywająca! I cierpię, tak bardzo cierpię, że to już koniec.

Sim Cheong to syrena, która nie ma pojęcia o życiu na lądzie we współczesnych czasach. Przez przypadek zostaje złapana przez Heo Joon Jae, wyrachowanego oszusta i naciągacza, który widząc jej nieporadność, nie jest w stanie zostawić jej samej na pastwę losu. Żadne z nich nie wie jednak, że narodzili się na nowo z tymi samymi twarzami i prześladującym ich, nieszczęśliwym przeznaczeniem po tym, jak ich miłość miała swoje dramatyczne zakończenie za czasów Joseon. Jeżeli chcą zapobiec powtórnej tragedii, muszą przypomnieć sobie poprzednie życie i ustrzec się przed popełnieniem podobnych błędów.


Legend of the Blue Sea to bezwarunkowe guilty pleasure, ale ta historia zupełnie mnie w sobie rozkochała i gdy tylko pojawiła się finałowa scena, zaczęłam płakać, bo wiedziałam, że to koniec mojej przygody z piękną opowieścią o wiecznej miłości młodego mężczyzny i syreny, która wyszła dla niego na ląd, a naprawdę nie chciałam, by ta drama kiedykolwiek się skończyła. Tak się wciągnęłam, tak bardzo kibicowałam bohaterom, że co jakiś czas moja siostra czy mama zaglądały do mojego pokoju, żeby sprawdzić, dlaczego wydaję z siebie tak dziwne odgłosy ;) Nawet nie wiem, od czego miałabym zacząć, bo w tym serialu dzieje się tak wiele, że na początku trudno było to wszystko ogarnąć. Bo Legend of the Blue Sea to bałagan przez sporą ilość odcinków, nikt nie wie, co się dzieje, niektóre sceny są mocno naciągane i nielogiczne, pojawiają się jacyś dziwni ludzie, którzy wzięli się znikąd i nie wiadomo, po co oni w ogóle są, wątków jest tyle, że trudno się w nich wszystkich nie pogubić, ale zapewniam was, że kiedy w końcu wszystko się ze sobą ładnie połączy, opadnie wam szczęka ze zdziwienia. Ten chaos ma miejsce jakoś tak to dziesiątego odcinka, potem wszystko ładnie zaczęło ze sobą współgrać i naprawdę miałam ogromną frajdę z tych wszystkich wątków, bo przy Legend of the Blue Sea po prostu nie da się nudzić i każdy znajdzie coś dla siebie! Szczypta magii, ładnie rozwijający się, choć nie dominujący nad fabułą romans, mnóstwo humoru, akcji, do tego dochodzą intrygi i morderstwa, mocno rozbudowany wątek rodzinny, plus sceny historyczne z epoki Joseon... Każdy znajdzie coś dla siebie!

To ja, kiedy widzę koreańską dramę!
Rzadko się zdarza, żeby jakaś drama wciągnęła mnie już od początku, z reguły pierwsze dwa, trzy odcinki są dla mnie trudne i mocno przy nich marudzę, dopiero potem zaczynam się angażować w przedstawioną historię, tymczasem Legend of the Blue Sea ma cudowne dwa pierwsze odcinki, byłam nimi naprawdę zachwycona. Potem zaczyna się właśnie ten bałagan, bo pojawia się mnóstwo nowych wątków, które jeszcze się ze sobą nie łączą i trudno było mi się rozeznać w tym, kto jest kim, kto jest z kim spokrewniony i czego chce od naszych głównych bohaterów, ale tak jak mówiłam, później wszystko się wygładza, staje się spójne i logiczne, więc nawet jeśli na początku mnogość wątków będzie was przerażać, to uwierzcie mi na słowo, że potem drama tylko na tym skorzysta i będzue układać się naprawdę ładnie. Jestem zwłaszcza zakochana w idei ponownego narodzenia się i powiązania historii Sim Cheong oraz Heo Joon Jae w czasach obecnych z ich historią w przeszłości w czasach Joseon. Uwielbiam dramy historyczne, więc zobaczenie tego akcentu w Legend of the Blue Sea oczywiście zaliczam na ogromny plus, ale już sam sposób, w jaki połączyli wszystkich bohaterów z przeszłości i teraźniejszości był cudowny, wypadło to naprawdę zgrabnie i pasjonująco. Nie mogłam się doczekać kolejnych scen z odwołaniami do historii, do tej pory nie oglądałam dramy, w której motyw ponownych narodzin zostałby tak mocno wykorzystany, ale obecnie jestem zakochana w tej idei dzięki Legend of the Blue Sea. Początkowo nie byłam przekonana do kryminalnej strony serialu, bo odrobinę nużył mnie wątek złej macochy, lecz kiedy już się rozwinął, na jaw wyszła jej przeszłość i pewne powiązania, byłam naprawdę zadowolona z ostatecznego efektu.


Teraz muszę wspomnieć o bohaterach i o mój Boże, nie wiem, czy kiedykolwiek skończę o nich pisać, bo jestem pod ogromnym wrażeniem wszystkich postaci. Rzadko się zdarza, żebym w serialu tak bardzo polubiła tak wiele osób, ale w Legend of the Sea nie ma nikogo, kto nie wniósłby jakiejś wartości do tej dramy. A w tym wszystkim najważniejsze jest to, że każdy z bohaterów się rozwija, zmienia się, przechodzi transformację. Nie zawsze jest to od razu widoczne gołym okiem, jednak patrząc na postaci na samym początku, a potem na samym końcu, przemiany są wręcz uderzające i jestem przeszczęśliwa, że na przestrzeni dwudziestu odcinków aktorom udało się tak bardzo rozwinąć swoje kreacje, jednocześnie nie zatracając ich pierwotnego rysu. Sim Cheong, czyli nasza syrenka, po zejściu na ląd nie miała bladego pojęcia o funkcjonowaniu współczesnego świata, więc to ona była źródłem mnóstwa komicznych sytuacji w Legend of the Blue Sea. Była przy tym słodka, odrobinę głupiutka i naiwna. Z reguły takie bohaterki mnie irytują, lecz jej po prostu nie da się nie polubić, uwielbiam ją i wszystkie te zabawne nieporozumienia z nią w roli głównej. Mimo to Sim Cheong nie jest typową, zagubioną dziewczynką, od początku potrafiła walczyć o swoje i była niezwykle lojalna. Na przestrzeni kolejnych odcinków niezwykle się rozwija, dojrzewa, ale przy tym zachowuje swoją wiarę w dobro. Muszę tutaj pochwalić aktorkę grającą syrenę, czyli Jun Ji Hyun, od której nie mogłam oderwać oczu! Jest nie tylko piękna, ale też niezwykle utalentowana, nie sądzę, by znalazło się wiele kobiet zdolnych do udźwignięcia tej roli bez zbędnego przerysowania jej. Heo Joon Jae z kolei to oszust, który jest przy okazji mistrzem hipnozy. Wraz z Jo Nam Doo, który nauczył go fachu kanciarza oraz Tae Oh (kocham go!) będącym uzdolnionym hakerem kradnie pieniądze zarobione na czarno przez bogaczy. Na początku nie obchodzi go nic poza powiększaniem majątku i odnalezieniem matki, z którą został rozdzielony, gdy miał dziesięć lat, jest uzdolnionym kłamcą bez wyrzutów sumienia, ale pod wpływem Sim Cheong zaczyna się zmieniać, pragnie stać się lepszym człowiekiem dla jej dobra i zapewnić jej bezpieczeństwo.


Romans między Sim Cheong i Heo Joon Jae jest wspaniały. Chyba mogę się uznać za ekspertkę w dziedzinie wątków romantycznych w koreańskich dramach, tymczasem miłość w Legend of the Blue Sea nie przypomina żadnej, z jaką się do tej pory spotkałam w azjatyckich produkcjach. Scenarzyści nie czerpali z utartych schematów, by stworzyć tę relację, z czego jestem niezwykle zadowolona, bo związek Sim Cheong i Heo Joon Jae wypada niezwykle dojrzale, ale także słodko i ujmująco. Może na początku brakowało między nimi komunikacji, lecz z czasem zaczęli to nadrabiać i jestem zauroczona tym, jak bardzo się o siebie troszczyli, a przy tym potrafili świetnie się ze sobą bawić i naprawdę między nimi iskrzyło. Nie da się im nie kibicować, a przy ich wspólnych, słodkich scenach po prostu się rozpływałam. Chciałabym jeszcze wspomnieć o zaledwie ośmioletniej aktorce Shin Rin Ah, która zagrała młodą przyjaciółkę Sim Cheong, bo według mnie wykonała kawał dobrej roboty. W ogóle cała produkcja Legend of the Blue Sea stoi na bardzo wysokim poziomie, jakość jak na standardy koreańskie jest bardzo wysoka, serial w dodatku kręcono za granicą, więc możecie się spodziewać pięknych, nadmorskich krajobrazów, grafiki są niesamowite, w OST jestem zakochana, to bez wątpienia jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych, z jakimi się spotkałam w koreańskich serialach... Nawet gdybym chciała się do czegoś przyczepić to tego nie zrobię, bo Legend of the Blue Sea mnie kupiło i jestem tak bardzo zachwycona, że nie umiem tego nawet ubrać w słowa.


Rzadko kiedy jakaś koreańska drama jest w stanie mnie zaskoczyć, ale w Legend of the Blue Sea pojawiło się kilka tak niespodziewanych zwrotów akcji, że musiałam zbierać szczękę z podłogi. A emocje sięgają zenitu i nie będę kłamała, czasami musiałam zastopować odcinek i odejść od komputera, żeby choć trochę ochłonąć, bo napięcie jest ogromne! Nie potrafiłam też opanować śmiechu, bo ten serial to w dużej mierze świetna komedia, było również mnóstwo scen, w których po prostu się rozpływałam i robiło mi się cieplej na sercu. Legend of the Blue Sea kompletnie mnie sobą zauroczyło, tak że wciąż nie mogę przestać myśleć o moich ulubionych bohaterach. Nawet jeśli scenarzyści mogli darować sobie dwa ostatnie odcinki, które według mnie były niepotrzebne, to muszę powiedzieć, że każda minuta spędzona na oglądaniu Legend of the Blue Sea była czystą przyjemnością i gorąco polecam wam tę dramę, która niepostrzeżenie przeniknęła do mojego serca.

Czytaj dalej »

niedziela, 13 sierpnia 2017

Bez serca, czyli cena, jaką trzeba zapłacić za zemstę w Krainie Czarów

0
Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, dlaczego Królowa Kier ścina swoim poddanym głowy? Albo jak to się stało, że Szalony Kapelusznik jest szalony? Odpowiedzi na te pytania i wiele innych możecie znaleźć w powieści Bez serca Marissy Meyer, która zasłynęła swoją Sagą księżycową, w której na nowo opowiedziała historie Kopciuszka, Czerwonego Kapturka, Roszpunki i Królewny Śnieżki. Tym razem na tapetę wzięła Alicję w Krainie Czarów i napisała coś w rodzaju genezy doskonale znanych nam postaci z utworu Lewisa Carrolla. 

Na długo przed tym, zanim została postrachem Krainy Czarów – niesławna Królowa Kier – była tylko dziewczyną pragnącą się zakochać. 
Catherine jest być może jedną z najbardziej pożądanych dziewcząt w Krainie Czarów i ulubienicą jeszcze niezamężnego Króla Kier, ale interesuje ją zgoła co innego. Ma talent do pieczenia i wraz ze swoją przyjaciółką chce otworzyć piekarnię, by zaopatrywać Królestwo Kier w przepyszne placki i inne słodycze. Jednak jej matka uważa, że to niedopuszczalne dla młodej kobiety, która mogłaby zostać kolejną Królową. Na królewskim balu, na którym wszyscy oczekują, że król oświadczy się Cath, dziewczyna poznaje Jokera, przystojnego i tajemniczego błazna. Po raz pierwszy czuje, że to prawdziwe zauroczenie. Ryzykując obrazę Króla i wściekłość swoich rodziców, Cath i Figiel adorują się w tajemnicy. Cath chce sama decydować o swoim losie i zakochać się na własnych warunkach. Ale w świecie przenikniętym przez magię, szaleństwo i potwory, los ma inne plany.
Opis z LubimyCzytać

Według mnie koncepcja Marissy Meyer była genialna. Nie sądzę, by ktokolwiek wpadł na pomysł przedstawienia okrutnej Królowej Kier jako zwykłej, miłej, pełnej życia dziewczyny z marzeniami i byłam bardzo ciekawa, jakie wydarzenia doprowadziły do tego, że stała się bezduszną monarchinią znaną nam już z powieści Lewisa Carrolla. Byłam urzeczona tą obiecującą ideą jeszcze zanim zaczęłam czytać, ale już pierwszy rozdział dość szybko rozwiał wszelkie moje złudzenia na temat Bez serca. Został napisany bez polotu, był mdły i płaski, a reszta książki w dużej mierze stała się potwierdzeniem moich wrażeń z początku. Dopiero koło dwusetnej strony coś ruszyło, bo wcześniej najzwyczajniej w świecie było nudno, lecz zaraz znowu Bez serca straciło tempo i utknęłam w miejscu, zmusiłam się, by dobrnąć do końca. Zabrakło mi napięcia, jakiejś tajemnicy, a oprócz tego lepszej struktury, jakaś akcja pojawiała się dopiero wtedy, gdy na strony powieści wkraczał Dżabbersmok, mityczny potwór, ale miał on tylko trzy wielkie wejścia, więc wyglądało to tak, jakby trzeba było zapchać jakoś miejsce pomiędzy, przez co momentami było naprawdę nieciekawie.

Nie oznacza to jednak, że Marissa Meyer zupełnie nie wykorzystała potencjału zawartego w tym pomyśle. Bez serca ma cudowny klimat, który łączy w sobie absurdalność i przesadę pochodzące z Alicji w Krainie Czarów ze sztywną etykietą i manieryzmami charakterystycznymi dla wiktoriańskiej Anglii. Autorka nie wahała się sięgać do oryginalnego dzieła, wyciągając z niego kadryla z homarami czy grę w krokieta flamingami. Pojawiają się także tak znane i uwielbiane przez nas postaci – czarujący, choć nieco złośliwy Kapelusznik urządzający niezwykłe herbatki z pomocą Marcowego Zająca, tajemniczy Kot z Cheshire rozsiewający wszędzie plotki czy Biały Królik z nieodłączną kolekcją zegarków – ale Marissa Meyer nadała im nowy rys, stopniowo ukazując ich przemianę w wersję znaną nam właśnie z Alicji w Krainie Czarów. Drobne smaczki przewijały się przez całą powieść, jak choćby powód, dla którego Królowa Kier znienawidziła białe róże i byłabym zachwycona, gdyby nie to, że atmosfera wydawała mi się być zbyt lekka i przyjazna. Ostatnie kilkadziesiąt stron było przesiąknięte intrygującym mrokiem i gdyby Marissa Meyer zdecydowała się wprowadzić podobny klimat nieco wcześniej, całość mogłaby wypaść lepiej.

Jeżeli zaś chodzi o bohaterów, nie mogę powiedzieć, bym polubiła kogokolwiek z wyjątkiem Figla, czyli Jokera – nadwornego błazna. Z kolei cudowny Kapelusznik był najbardziej interesującą postacią na kartach tej powieści, co nie jest specjalnym osiągnięciem, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że reszta bohaterów nie zachwyca. Wpasowali się w pewien schemat, jakby każdy z nich został określony jedną cechą charakteru i autorka trzymała się tego założenia od początku do końca, czyniąc ich jednowymiarowymi i mało ciekawymi. Jedynie w postać Kapelusznika wkrada się niejednoznaczność, pewien głębszy rys. Catherine irytowała mnie nieustannie swoją naiwnością i niezdecydowaniem, bo niby wiedziała, czego chce, ale tak naprawdę nic w tym kierunku nie robiła i głównie użalała się nad sobą. Była tak słodka, że aż mdła, pozostałych za to w ogóle nie warto wspominać.

Podsumowując, spodziewałam się o wiele więcej po Marissie Meyer i Bez serca. Wydaje mi się, że gdybym była młodsza, byłabym zauroczona tą lekturą; pojawia się tutaj dużo baśniowej naiwności, ogólnie mam wrażenie, że jest to powieść, która przypadłaby do gustu raczej młodszej młodzieży. Zabrakło mi w tej historii zwrotów akcji, intryg, niewiele się tutaj dzieje, Bez serca ratuje głównie klimat i ogólny pomysł. Przeczytałam tę książkę niedawno, ale ostatecznie niewiele z jej wydarzeń pozostało mi w głowie. To taka powieść, która ginie gdzieś w tłoku, za kilka miesięcy pewnie nie będę nawet pamiętać, że coś takiego czytałam. Myślę, że Marissa Meyer mogła o wiele więcej wyciągnąć z tej historii, a tak jest to po prostu niewykorzystany potencjał.

★★★★★☆☆☆☆☆

Za możliwość przeczytania Bez serca serdecznie dziękuję Wydawnictwu Papierowy Księżyc!
Czytaj dalej »

czwartek, 10 sierpnia 2017

Milion odsłon Tash, czyli jak zostać sławnym vlogerem i nie zwariować

0
Jedna z moich ulubionych booktuberek, Ashley z kanału A Dash of Ash, gorąco polecała Milion odsłon Tash, więc gdy tylko dostałam szansę, by przedpremierowo zapoznać się z tą powieścią, bez wahania z niej skorzystałam. Nastawiałam się na inteligentną i bardzo współczesną historię coming of age. Nie ukrywam, że miałam dość duże oczekiwania, bo od dawna nie przeczytałam żadnej książki z gatunku contemporary, która by mnie urzekła, a wyglądało na to, że Milion odsłon Tash może się okazać strzałem w dziesiątkę. Czy rzeczywiście tak było? 

Mogłoby się wydawać, że Natasha to zwykła nastolatka. Od rówieśników odróżnia ją jednak niezrównana miłość do pisarza Lwa Tołstoja, która natchnęła dziewczynę do stworzenia amatorskiego serialu internetowego będącego współczesną adaptacją Anny Kareniny. Nieszczęśliwe rodziny nie cieszyły się zbyt dużą popularnością do czasu, aż znana vlogerka poleciła serial na swoim kanale. W przeciągu jednej doby liczba subskrybentów kanału Tash na YouTubie wzrosła do kilkudziesięciu tysięcy, a ona sama musiała zmierzyć się z setkami komentarzy, fanartów, GIFów, maili i tweetów. Wraz z rosnącą liczbą odsłon kanału Tash odkrywa także siebie – jako uczennica, która po wakacjach rozpocznie ostatnią klasę, zaczyna myśleć o swojej przyszłości, jej matka nagle zachodzi w nieplanowaną ciążę, pojawia się także chłopak, który jej się podoba, ale Tash nie wie, jak ma stworzyć z nim związek przez wzgląd na swoją aseksualność i powolne odkrywanie tego, co się z tym wiąże... Natasha musi odnaleźć w sobie odwagę, by zmierzyć się ze swoimi problemami w realnym świecie.

Milion odsłon Tash to książka bardzo młodzieżowa. Często się zdarza, że gdy któryś z autorów stara się być na czasie i na siłę naśladuje styl mówienia nastolatków czy próbuje przedstawić ich problemy, wypada to co najmniej niezręcznie, ale w książce Kathryn Ormsbee wszystko było zupełnie naturalne i rzeczywiste. Powieść kręci się wokół serialu internetowego tworzonego przez Tash będącą scenarzystką i reżyserką oraz jej najlepszą przyjaciółkę Jack, która odpowiada między innymi za montowanie oraz pilnowanie, by Natasha nie ześwirowała przez wzgląd na swój perfekcjonizm i trudności w dogadywaniu się z aktorami. W Milion odsłon Tash pojawia się wiele tematów, które z własnego doświadczenia znają wszyscy blogerzy, vlogerzy czy też fangirls – posty na Tumblrze, shippowanie i OTP, ale także goniące terminy, przez które klawiatura wydaje się płonąć pod palcami. Można spojrzeć na kręcenie filmów na YouTubie w zupełnie inny sposób, jest to rzut oka za kulisy i wydaje mi się, że stanowi to niezwykle oryginalny, ciekawy dodatek nie tylko dla osób, które na co dzień w tym siedzą. Natasha musiała sobie poradzić z nagłą popularnością w sieci, gdy jej vlog stał się viral, a także z konsekwencjami internetowej sławy, między innymi z sodówką uderzającą do głowy, paniką czy szerzącą się falą hejtu, która potrafi być bardzo bolesna i może namieszać w głowie.

Przy okazji Kathryn Ormsbee przemyciła w swojej powieści wiele problemów socjalnych i wątków, z którymi do tej pory nie spotkałam się w literaturze młodzieżowej. Rodzina Tash składa się głównie z imigrantów – jej dziadkowie od strony ojca przyjechali z Czech i są prawosławni, z kolei jej mama przyleciała z Nowej Zelandii i praktykuje buddyzm, przez co dziewczyna musiała poradzić sobie z ustaleniem własnej tożsamości czy wiary, jaką chciałaby wyznawać, a także iść na kompromisy związane z wychowywaniem się w wielokulturowej rodzinie. Ponadto bardzo ważną kwestią w Milion odsłon Tash jest seksualność. Główna bohaterka wie, że jest aseksualna, jednak dopiero uczy się tak naprawdę, co to oznacza, walcząc z własnymi wątpliwościami i strachem. Momentami Natasha bywała zbyt przewrażliwiona na tym punkcie i miałam ochotę wywrócić oczami, gdy najmniejsza wzmianka mogła stać się iskrą zapalną do kłótni lub gdy po raz kolejny wracała do tych samych przemyśleń, dochodząc do identycznych wniosków, co było dość frustrujące, lecz na pewno trzeba zaliczyć ten wątek na plus. Pojawia się także wiele innych wątków dostarczających materiałów do przemyśleń, ale w większości wypadków autorka wprowadzała je w niezwykle subtelny, nienarzucający się sposób, mimo że wiele z nich porusza istotne kwestie.

Niestety, nie mogłoby być tak kolorowo do końca. Co prawda Kathryn Ormsbee udało się stworzyć ogromną różnorodność wśród postaci w Milion odsłon Tash – nie tylko pod względem seksualności (bo znajdziecie tutaj zarówno, hetero-, homo-, bi-, jak i wcześniej wspomnianych aseksualistów), ale także charakterologicznym. To nie jest długa powieść, mimo to autorce udało się tutaj umieścić mnóstwo bohaterów i jeszcze każdego z nich dość dokładnie przedstawić, za co należą jej się ogromne brawa. Znajdziecie tutaj wyluzowanego rockmana, wycofaną i chłodną gothkę, kochaną miss piękności, zadzierającego nosa gwiazdora, nerda bez wiedzy na temat popkultury... Przekrój jest szeroki, a ja muszę korzystać z tych uproszczeń, bo opisanie wszystkich mogłoby mi zająć kilkanaście stron w Wordzie. Nie mogę jednak powiedzieć, bym zżyła się z którymkolwiek z nich i specjalnie im kibicowała. Mimo tej różnorodności miałam wrażenie, że postaci są dość papierowe. Sama Tash przez większość czasu była w porządku, lecz pod koniec znacząco straciła w moich oczach i miałam ochotę naprawdę mocno nią potrząsnąć.

Milion odsłon Tash to powieść dobra, która pod wieloma względami odróżnia się od innych powieści młodzieżowych na rynku, lecz nie spełniła moich oczekiwań. Myślałam, że bardziej się w nią wciągnę i że będę nią zachwycona, tymczasem kolejne kartki przerzucałam raczej z umiarkowanym zainteresowaniem, a całość była dość przewidywalna. Mimo to Milion odsłon Tash to doskonała lektura na wakacje lub na leniwy wieczór początku zbliżającego się roku szkolnego i szkoda byłoby przegapić tę premierę, bo uważam, że pod względem tematyki i różnorodności wybija się na tle innych książek.

★★★★★★☆☆☆☆
Czytaj dalej »

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

K-drama: Strong Woman Do Bong Soon

0
Wciąż pozostaję na fali koreańskich dram i nie wiem, kiedy się to skończy i czy to w ogóle możliwe, bo naprawdę nie pamiętam, jak wyglądało moje życie przed odkryciem azjatyckich produkcji. Nie sądzę, żebym na tym etapie była w stanie się bez nich obejść, bo są mocniejszym uzależnieniem niż jakiekolwiek, które do tej pory miałam być może nawet wciągają bardzo niż książki. Tym razem postanowiłam zabrać się za Strong Woman Do Bong Soon, która jest dość popularna i zebrała mnóstwo pozytywnych recenzji, a w dodatku gra w niej dwójka aktorów należących do moich ulubieńców, czyli Park Hyung Shik i Ji Soo.

W rodzinie Do Bong Soon z matki na córkę przekazywana jest ogromna, herkulesowa siła, mimo to dziewczyna pragnie wieść normalne życie i ukrywa swoją nadnaturalną zdolność przed światem, a zwłaszcza przed In Gook Doo, policjantem, przyjacielem z dzieciństwa i jej zauroczeniem. Przez przypadek jej umiejętności odkrywa Ahn Min Hyuk, rozpuszczony i lekceważący innych prezes firmy, który od jakiegoś czasu dostaje pogróżki, stąd postanawia zatrudnić Do Bong Soon jako swojego ochroniarza, by wraz z nią rozwikłać tę sprawę, ponieważ nie ufa policji. W międzyczasie w spokojnej okolicy, w której mieszka Do Bong Soon, dochodzi do serii porwań młodych, pięknych dziewcząt, co wprowadza chaos do życia wszystkich mieszkańców. Jednocześnie chroniąc życie swojego szefa, Bong Soon podejmuje decyzję, by powstrzymać przestępcę, ale musi uważać: jeśli użyje swojej siły, by zranić kogoś niewinnego, utraci ją na zawsze. 


Strong Woman Do Bong Soon to dziwny miszmasz gatunkowy składający się z komedii, romansu, kryminału, krwawego thrillera, nawet trochę paranormal się wkradło. Ta różnorodność, która w zamierzeniu miała zatrzymać widza przed telewizorem/monitorem, tak naprawdę okazała się być przeszkodzą w utworzeniu dobrej, spójnej i płynnej fabuły. Nie było szans, żeby te wszystkie gatunki ładnie się połączyły i ze sobą zgrały. Kiedy zaczynałam oglądać tę dramę, spodziewałam się słodkiego, urzekającego romcomu, dlatego byłam strasznie zdziwiona, gdy okazało się, że w pakiecie dostajemy także motyw psychopatycznego porywacza-mordercy i według mnie właśnie ten element najbardziej zaburza odbiór serialu. Nawet jeśli na początku wprowadzenie thrillera było niczym zaskakujące, mocne uderzenie, z czasem ten wątek zaczął mnie nudzić i nijak się miał do raczej lekkiego tonu całej historii, a sam czarny charakter był strasznie przerysowany i irytujący. Wydaje mi się, że gdyby ze Strong Woman Do Bong Soon wyłączyć zupełnie niepotrzebny i na dłuższą metę słaby wątek porwań niszczący uroczą atmosferę, byłabym o wiele bardziej zachwycona tym serialem.


Żałuję także, że scenarzyści pociągnęli niektóre wątki, które absolutnie nic nie wnosiły do fabuły, a porzucili te, które miały ogromny potencjał, były istotne i dla mnie o wiele bardziej interesujące jak choćby napięte relacje w rodzinie Ahn Min Hyuka. Nie do końca doceniam także humor przedstawiony w tej dramie. Był wymuszony i przesadzony, jakby scenarzyści aż za bardzo się starali, a wiadomo, że w takiej sytuacji coś, co miało być zabawne, łatwo może przerodzić się w coś żenującego. Trochę szkoda, że w zamierzeniu śmieszne elementy wcale komiczne nie były, co nie znaczy, że w ogóle się nie uśmiechałam podczas oglądania Strong Woman Do Bong Soon, bowiem odpowiednią dawkę radości zapewniała mi relacja Do Bong Soon i Ahn Min Hyuka. Przez bardzo długi czas darzyli się wzajemną niechęcią i choć moment przejścia z wrogości do sympatii był dla mnie trochę zbyt gwałtowny to jednak nie przeszkadzało mi to zbyt mocno, bo uwielbiam tę dwójkę razem i bez wahania mogę ich zaliczyć do mojego grona OTP. Z jednej strony ich relacja jest zadziorna, a ich przekomarzanki autentycznie rozbawiały mnie do łez, a z drugiej jest ona tak słodka, że aż mi się cieplej na sercu robiło i z tego zachwytu zaczynałam się hiperwentylować. Ich związek jest tak cudowny, że nie umiem wyrazić tego słowami i jest głównym powodem, dla którego oglądałam Strong Woman Do Bong Soon, bo to było idealne! Może dlatego wciąż było mi mało scen z ich udziałem.


Jeśli chodzi o bohaterów to polubiłam Do Bong Soon. Została obdarzona niesamowitą siłą, jest uparta i zdecydowana, ale przy tym wewnątrz potrafi być krucha i delikatna, w taki pozytywny sposób. Co prawda czasami była zbyt impulsywna i podejmowała głupie decyzje, nie chcąc polegać na innych, jednak przy tym pozostawała na tyle urocza, że trudno było się na nią zbyt długo gniewać. Aktorka grająca Do Bong Soon, czyli Park Bo Young, wydawała się być jakby stworzona do tej roli, wydaje mi się, że to typ postaci, który jej pasuje, choć nie sądzę, by udźwignęła nieco inny charakter. Natomiast Park Hyung Shik grający Ahn Min Hyuka jest po prostu genialny. Nie dość, że piękny, to jeszcze utalentowany! Dostał rolę aroganckiego, zapatrzonego w siebie prezesa AINSoft, firmy wypuszczającej gry online, którą zbudował od zera. Naprawdę potrafi zaleźć za skórę, ale o rany, kiedy cieszył się jak dziecko, był przesłodki. Nie widziałam jeszcze w żadnej dramie bohatera podobnego do Ahn Min Hyuka pod względem charakteru, to ogromny plus i ja też chcę takiego chłopaka! Moje największe zastrzeżenia dotyczą detektywa In Gook Doo, który jest także najlepszym przyjacielem Bong Soon i jej niedostępnym obiektem westchnień od liceum. Naprawdę uwielbiam Ji Soo i przykro mi, że za każdym razem kończy z rolą second leada, który nie dostaje dziewczyny, ale nawet on nie był w stanie sprawić, bym polubiła szorstkiego, sztywnego Gook Doo i w ogóle nie było mi go szkoda. Ten trójkąt miłosny był strasznie słaby, właściwie nie miał żadnego sensu, bo nie wpłynął na fabułę, a ja i tak od początku shippowałam Min Mina z Bong Bong.


Strong Woman Do Bong Soon jest dramą, którą całkiem przyjemnie mi się oglądało, choć nie obyło się bez potknięć. Nieco kiczowate efekty specjalne w połączeniu z komediowymi wstawkami i przeuroczym romansem to część, która podbiła moje serce i wolałabym zapamiętać ten serial właśnie jako słodki romcom, jednak z powodu nudnego, kryminalnego wątku skupiającego się na prowadzeniu śledztwa w sprawie porwań oraz niepasującego elementu thrillera związanego z przedstawianiem kolejnych działań psychopatycznego zbrodniarza Strong Woman Do Bong Soon kwalifikuje się jako średnio-dobra produkcja. Całość ratuje głównie cudowna relacja Bong Soon i Min Hyuka, którego rewelacyjnie zagrał Park Hyung Shik. W zasadzie ani nie polecam, ani nie odradzam, bo sami musicie zdecydować, czy jesteście gotowi na podobny miszmasz gatunkowy.

Czytaj dalej »

środa, 2 sierpnia 2017

Co przyniesie wieczność, czyli milczenie jest bronią

0
Powieści Jennifer L. Armentrout biorę w ciemno, o czym osoby czytające tego bloga od jakiegoś czasu już doskonale wiedzą. Jest to autorka, która pisze w tak uzależniający sposób, że kompletnie nie przeszkadza mi wykorzystywanie przez nią kolejnych wyświechtanych schematów czy momentami kiczowatych chwytów. Potrafi naprawdę zaangażować czytelnika w historię, która zabiera na emocjonalny rollercoaster, więc bez wahania postanowiłam wyposażyć się w jej najnowszą powieść wydawaną w Polsce, Co przyniesie wieczność, choć nawet do końca nie znałam zarysu fabuły. 

Mogłoby się wydawać, że po wielu latach Mallory Dodge w końcu udało się wyrwać z prawdziwego piekła – od czterech lat ma kochających opiekunów, którzy o nią dbają, mieszka w pięknym domu, a dzięki terapii jest w stanie na kolejny krok, jakim jest powrót do szkoły po latach nauczania indywidualnego. Myszka, choć czuje się już bezpieczna, wciąż pozostaje pod wpływem przyzwyczajeń, które wyniosła z patologicznego domu, w którym spędziła większość dzieciństwa – nauczyła się, że lepiej jest pozostawać cicho i nie wydawać żadnych dźwięków, dlatego milczenie traktuje jak swój pancerz ochronny. Nie chce jednak spędzić w ten sposób całego życia, stąd decyzja o uczęszczaniu do ostatniej klasy liceum. Mallory nigdy nie przypuszczałaby jednak, że w tej samej szkole będzie się uczył Rider Stark, jej jedyny przyjaciel z dzieciństwa i obrońca, który wychowywał się w tym samym toksycznym środowisku. Szybko okazuje się, że ich więź przetrwała mimo czterech lat rozłąki i zmian, które w nich zaszły. Okazuje się jednak, że nie tylko Mallory zmaga się z demonami przeszłości. Teraz to od niej zależy, czy jak zawsze zachowa milczenie, czy może zdecyduje się walczyć o osobę, która jest dla niej najważniejsza na świecie. 

Minęło już trochę czasu, odkąd przeczytałam Co przyniesie wieczność, dlatego emocje dawno opadły i została tylko moja opinia. Po przeczytaniu właściwie wszystkich powieści Jennifer L. Armentrout, jakie się u nas ukazały do tej pory, mogę śmiało powiedzieć, że o wiele lepiej wychodzą jej historie z nutką magii i paranormalne romanse niż New Adult. Nie chodzi o to, że Co przyniesie wieczność było złe, ale po prostu czuję różnicę między tą książką a serią LUX czy trylogią Dark Elements, które pochłonęły mnie bez pamięci, podczas gdy w tym wypadku nie byłam aż tak przejęta bohaterami i tym, co się z nimi stanie. Pewną rolę odegrał w tym także fakt, że bez trudu przewidziałam kolejne wydarzenia już na samym początku, wszystkie moje przeczucia ostatecznie się sprawdziły, więc nie czekały na mnie żadne zaskoczenia i może z tego powodu nie byłam aż tak oddana lekturze. Tym razem Jennifer L. Armentrout nie tyle korzystała ze znanych szablonów, co raczej bieg fabuły był łatwy do przewidzenia i każdy z głową na karku powinien być w stanie określić, w jaką stronę to wszystko zmierza, co jednak jest w stanie odebrać trochę frajdę z czytania.

Również bohaterowie nie sprawili, że jakoś specjalnie chciałam im kibicować. Mallory zgodnie ze swoim przezwiskiem jest cicha, nieśmiała i płochliwa jak Myszka. Bardzo trudno jest jej stanąć we własnej obronie czy komuś się przeciwstawić, a wypowiedzenie kilku słów do kogoś obcego właściwie graniczy dla niej z cudem. Jej zachowanie zostało w ten sposób ukształtowane przez traumatyczną przeszłość, a autorka ukazała to w taki sposób, że mimo kruchości i tego, że ciągle ktoś musi roztaczać nad nią opiekę, Mallory nie jest słabą postacią. Na przestrzeni książki przechodzi stopniową przemianę, powoli otwiera się na świat i wychodzi ze swojej skorupy. O ile cały proces dojrzewania dziewczyny do pewnych rzeczy został wspaniale ukazany, o tyle już ta nowa wersja Myszki okazała się być o wiele bardziej denerwująca niż nieśmiała Mallory, bo podejmowała głupie, impulsywne decyzje i momentami zachowywała się naprawdę dziwnie, zupełnie irracjonalnie. Była jedna taka scena, której zupełnie nie rozumiem, chociaż wygląda to na wymysł autorki, która chciała wzbudzić w nas wzruszenie, ale wypadło to słabo. Jeśli zaś chodzi o Ridera to oczywiście należy do niezawodnego gatunku troskliwego, ciepłego chłopaka, lecz jedynie w stosunku do Myszki, bo od innych odgrodził się lodową ścianą. Wszyscy spisali go już na straty, nie wróżąc mu żadnej świetlanej przyszłości i tak w zasadzie nie zależy mu na niczym oprócz Mallory, właściwie więcej na temat jego charakteru powiedzieć nie można. Mam wrażenie, że ostatnio pojawił się taki trend w literaturze młodzieżowej, w którym męscy bohaterowie są ukazani jako opiekuńczy, ale przy tym są strasznie mdli i brakuje im temperamentu.

Jeżeli chodzi o elementy typowe dla gatunku New Adult, czyli romans i traumy z przeszłości, to oczywiście występują, choć Jennifer L. Armentrout różnie sobie z tym poradziła. Nie do końca przekonuje mnie bowiem do siebie relacja Mallory i Ridera. Zupełnie nie czułam między nimi iskrzenia, bardziej przypominało mi to zażyłość starszego brata i młodszej siostry niż pary. To oczywiste, że wzajemnie chcieli się sobą opiekować i dużo wiedzieli na swój temat, bo razem się wychowywali, lecz nie uważam, by kryła się za tym prawdziwa miłość. Jestem tym strasznie zaskoczona, bo do tej pory wątki romantyczne były najmocniejszą stroną Jennifer L. Armentrout, tymczasem romans w Co przyniesie wieczność przynajmniej mnie nie przekonuje. O wiele lepiej natomiast wypada trudna tematyka przemocy domowej, nierówności społecznych czy zespołu stresu pourazowego. Naprawdę widać, że autorka miała coś do przekazania za pomocą tej powieści i dobrze się do tego przygotowała. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak realistycznie przedstawiła zmagania się z przebytą traumą i mam nadzieję, że zawarte w Co przyniesie wieczność wartości oraz swego rodzaju morał staną się światełkiem w tunelu dla każdego, kto tego potrzebuje.

Co przyniesie wieczność nie jest też naładowana akcją. Objętościowo jest to całkiem spora książka, ale tak naprawdę nie dzieje się dużo, można by spokojnie zabrać kilkadziesiąt kartek i nie wpłynęłoby to na przebieg fabuły, jednak mamy do czynienia z Jennifer L. Armentrout, a jej historie zawsze czyta się szybko i przyjemnie, nawet gdy monologi Mallory zaczynają się dłużyć. Szczerze mówiąc, nie sądzę, bym za kilka miesięcy była w stanie przywołać wiele szczegółów z Co przyniesie wieczność, to raczej lektura na jeden raz, niezobowiązująca i lekka, choć motywująca i z przesłaniem. Poleciłabym ją fanom autorki, lecz jeśli dopiero chcecie się zapoznać z Jennifer L. Armentrout, lepiej nie zaczynajcie od tej historii, bo możecie się odrobinę rozczarować.

★★★★★★☆☆☆☆
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia