Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 kwietnia 2019

Serial: The Umbrella Academy

0
Jak już na pewno zdążyliście zauważyć, rzadko oglądam amerykańskie seriale. Sprawdziłam i wychodzi na to, że raz na trzy-cztery miesiące nachodzi mnie ochota, żeby znowu dać szansę zachodnim produkcjom, z lepszymi lub gorszymi skutkami. Tym razem nie mogłam przejść obojętnie koło The Umbrella Academy, które ostatnio widziałam dosłownie wszędzie, ale podeszłam do tej historii zupełnie bez oczekiwań, nawet nie do końca znając fabułę i to była świetna decyzja!

W 1989 roku w ciągu jednego dnia czterdzieści trzy kobiety rodzą noworodki i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że żadna z nich jeszcze kilka godzin wcześniej nie była w ciąży. Ekscentryczny miliarder Reginald Hargreeves postanawia zaadoptować niezwykłe dzieci, a każde z nich wykazuje niesamowite zdolności. Tworzy z nich drużynę, której misją jest ratowanie świata i walka ze złoczyńcami, a choć zapewnia im dogodne warunki do rozwoju, nie potrafi im dać tego, czego najbardziej pragną – ojcowskiej miłości. Numer Pięć zaginął w trakcie swojej podróży w czasie, a Ben, Numer Sześć, umarł w niewyjaśnionych okolicznościach, co z czasem doprowadziło do rozpadu grupy. Numer Jeden, Luther, który posiada nadludzką siłę, jako jedyny został przy ojcu, ale został przez niego odesłany na Księżyc. Numer Dwa, Diego, który zawsze trafia do celu, naginając przy tym prawa fizyki, wciąż nielegalnie bawi się w superbohatera, walcząc z przestępcami, ale za dnia sprząta salę treningową. Numer Trzy, Allison, która potrafiła słowami nakłonić ludzi do wierzenia w to, co chciała, została gwiazdą filmową, nie potrafi jednak pogodzić się z rozpadem małżeństwa i utratą praw do opieki nad córką. Numer Cztery, Klaus, potrafi kontaktować się ze zmarłymi, a jedynym sposobem, by odciąć się od ich głosów, są używki, dlatego bez przerwy jest na haju i właśnie wyszedł z kolejnego ośrodka odwykowego. Na końcu mamy Numer Siedem, Vanyę, która pozornie nie posiada żadnych zdolności, przez co w dzieciństwie zawsze była izolowana przez ojca i niedoceniana przez pozostałych. Rodzeństwo spotyka się ponownie, gdy dociera do nich wiadomość o śmierci ojca, a Numer Pięć powraca z przyszłości, przynosząc wieści o zagładzie świata, która nastąpi za dziesięć dni.


Recenzję The Umbrella Academy piszę właściwie od razu po obejrzeniu finału, dlatego wszystkie emocje wziąć we mnie buzują, bo CO TO BYŁ ZA FINAŁ. Właśnie z takim przytupem powinno się kończyć dobry serial, który na całe szczęście już ma potwierdzony drugi sezon, choć czekanie na niego na pewno będzie dla mnie udręką. Już sam fakt, że obejrzałam The Umbrella Academy praktycznie w przeciągu dwóch dni, choć starałam się sobie dawkować odcinki, jasno świadczy o moim uzależnieniu od tej historii, bo po prostu nie potrafiłam trzymać się z daleka od tej produkcji i powstrzymać się przed kliknięciem play. Co prawda dwa pierwsze odcinki były dość powolne, choć możliwe, że tak to odbieram po ilości akcji i rozbudowanych wątków, jakie zaserwowały nam kolejne odcinki, wynika to jednak z konieczności wprowadzenia do barwnego i bardzo skomplikowanego życia rodziny Hargreeves, których obecnie nie łączy praktycznie nic, ich drogi rozeszły się przed wieloma laty i na początku dostajemy zaledwie okruchy, które z czasem przekształcają się w kompleksową opowieść o siódemce obdarzonych mocami dzieciaków, zmagających się z osobistymi demonami, traumami i niespełnionymi marzeniami. 


The Umbrella Academy to serial absurdalny, przepełniony groteską i przemocą, ale przy tym sprytnie przemyca elementy dramaty psychologicznego. Nie jest to typowa produkcja o superbohaterach, którzy cechują się silnym kompasem moralnym i podniosłymi motywami, to dysfunkcyjna grupa egoistycznych, przepełnionych goryczą i niewłaściwymi pobudkami osób i myślę, że to właśnie w tym tkwi siła całego serialu. Nie jestem fanką typowego kina superbohaterskiego, a The Umbrella Academy mnie urzekło; nie tylko swoją karykaturalną dziwacznością, ale także doskonale skrojonymi bohaterami i, skoro przy tym jesteśmy, także antybohaterami, którzy byli równie intrygujący i niejednoznaczni jak nasi protagoniści. Moje serce bezpowrotnie skradli Klaus oraz Numer Pięć, Robert Sheehan i Aidan Gallagher wręcz brawurowo odegrali swoje role, ale Diego, Allison i Luther również niesamowicie mnie interesowali. Jak zawsze musiała pojawić się jedna narracja, która mi się nie podobała i ten mało zaszczytny tytuł przypada Vanyi, która jako ta normalna w rodzinie Hargreevesów była, no cóż, nudna. Dopiero w ósmym odcinku zaczęłam żywić względem niej cieplejsze uczucia. Cieszę się, że scenarzyści nie zmarnowali potencjału bohaterów, a pozwolili im się rozwinąć i dojrzeć, każde z rodzeństwa Hargreeves dostało swój moment, by błyszczeć i jestem pod wrażeniem tego, jak sprytnie udało się poprowadzić wszystkie te wątki, by ze sobą współgrały, a jednocześnie uwypuklały zupełnie inną postać. The Umbrella Academy jest idealnie dopracowane także od strony technicznej, montaż i zdjęcia są świetne, ale ścieżka dźwiękowa to już w ogóle mistrzostwo, znajduje się na zupełnie innym poziomie w stosunku do innych seriali, jakie oglądałam. Jakość tej produkcji jest niesamowita. 


The Umbrella Academy to serial mroczny, abstrakcyjny, przerysowany i genialny w swoim uporządkowanym szaleństwie. Nie spodziewałam się, że tak bardzo mi się spodoba, ale zupełnie sobą zachwycił. Znajdziecie tutaj wszystko, co powinno znaleźć się w dobrym serialu: oryginalne podejście do tematu, mnóstwo akcji, czarny humor, komiczną rozrywkę przeplataną z dramatem psychologicznym i wielowymiarowych, skomplikowanych bohaterów, którzy skrywają o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nawet jeżeli nie jesteście fanami kina superbohaterskiego, nie mam wątpliwości, że serial wam się spodoba, bo może znajdziecie tutaj ludzi obdarzonych nadludzkimi zdolnościami, ale do superbohaterów im daleko. Obejrzyjcie. Naprawdę warto.

Czytaj dalej »

środa, 19 grudnia 2018

Serial: Chilling Adventures of Sabrina

0
Odkąd odkryłam koreańskie dramy, bardzo rzadko oglądam amerykańskie seriale, ale kiedy zobaczyłam zwiastun Chilling Adventures of Sabrina, wiedziałam, że muszę obejrzeć tę produkcję! Od dawna nie byłam równie podekscytowana, a tutaj nie mogłam się doczekać i odliczałam dni do premiery. Co prawda ostatecznie uczelnia dość mocno pokrzyżowała mi plany i dopiero teraz udało mi się skończyć pierwszy sezon, jednak wreszcie mogę się z wami podzielić moimi wrażeniami. 

Sabrina Spellman to nastoletnia pół-czarownica, pół-człowiek. W dniu swoich szesnastych urodzin Sabrina musi podjąć decyzję, która zaważy na jej całym przyszłym życiu – albo dołączy do wiedźm, zdobywając niesamowite moce i nieśmiertelność, w zamian oddając swoją wolność i zrzekając się kontaktów ze śmiertelnikami, albo ucieknie od swojego przeznaczenia, tym samym wciąż żyjąc pośród ludzi, mając cudownych przyjaciół i chłopaka, którzy nie zdają sobie sprawy z drugiej natury dziewczyny.


Zaczniemy od plusów, bo jest ich całkiem sporo. Przede wszystkim urzekł mnie klimat w Chilling Adventures of Sabrina – z jednej strony jest odrobinę makabryczny, a więc leje się krew, zdarzają się akty kanibalizmu, rytualne morderstwa i krwiożercze demony, ale z drugiej strony twórcom udało się utrzymać lekko komediowy, niewinny ton w tym wszystkim, głównie za pomocą naiwności nastoletniej Sabriny i jej ludzkich przyjaciół. Chociaż o wiele bardziej urzeka mnie świat czarownic i rządzące nim brutalne prawa, to przełamanie utrzymuje fajną równowagę, sprawiając, że nie jesteśmy przytłoczeni mrokiem. Jak wielokrotnie wspominałam, nie jestem fanką horrorów, więc jeśli boicie się tego aspektu w Chilling Adventures of Sabrina to kompletnie niepotrzebnie – widać, że jest to serial skierowany bardziej do młodzieży, więc twórcy nie przesadzają z ukazaniem przerażających fragmentów. Uwielbiam tę produkcję również za część postaci; przede wszystkim nie mogę wyjść z podziwu, jeśli chodzi o Ambrose'a, już od pierwszego odcinka był moim faworytem, ale po skończeniu pierwszego sezonu mogę z całą pewnością stwierdzić, że to najlepszy bohater w całym serialu i tak, zakochałam się. Kocham również ciotki Sabriny, Zelda i Hilda są tak wspaniałe, że znacząco przerosły moje oczekiwania, ogromną sympatią darzę również przerażające siostrzyczki, czyli trzy wiedźmy uczące się w magicznej szkole Sabriny. Gdyby nasza główna bohaterka miała w sobie choć ułamek charyzmy, jaką emanuje Prudence... Ale do tego jeszcze dojdziemy. Chciałam również pochwalić Chilling Adventures of Sabrina za poruszanie bardzo aktualnych tematów, jak choćby feminizmu, oczekiwań wobec dziewcząt i krzywdzących stereotypów płciowych, społeczne kwestie zostały bardzo sprytnie wplecione w fabułę i doceniam scenarzystów za ich próbę zwrócenia uwagi na współczesne problemy. 

Jak radzić sobie z wkurzającą młodszą siostrą – wersja Zeldy Spellman
Chociaż oglądanie Chilling Adventures of Sabrina dostarczyło mi mnóstwa frajdy, nie jest to serial pozbawiony wad. Przede wszystkim jestem rozczarowana dwójką głównych bohaterów, czyli Sabriną i Harvey'em. O ile Kiernan Shipka i Ross Lynch wypadają wiarygodnie w swoich rolach, o tyle dostał im się tragiczny materiał do pracy. Ich postaci są po prostu... nudne. Wypadają niezwykle blado na tle intrygujących drugoplanowych bohaterów, naprawdę trudno się ich ogląda na ekranie, zarówno oddzielnie, jak i razem, bo w ich związku brakowało mi jakiejkolwiek chemii. Nie do końca podoba mi się również epizodyczność Chilling Adventures of Sabrina, czyli w każdym odcinku zajmujemy się zupełnie innym wątkiem, poszczególne elementy nie są ze sobą w żaden sposób powiązane, dany odcinek skupia się na jednej kwestii, a kolejny jest już o czymś zupełnie innym. Osobiście jestem fanką seriali, w których poszczególne wątki łączą się ze sobą w ładną całość, a ciągłość jest utrzymana, dlatego nie jestem do końca usatysfakcjonowana sposobem, w jaki została przedstawiona cała historia. 


Ogólnie Chilling Adventures of Sabrina jest całkiem przyjemnym serialem. Nie wymaga zbytniego zaangażowania od widza, spokojnie nadaje się na odprężenie po ciężkim dniu. Miałam ogromne oczekiwania i może dlatego czuję lekki niedosyt, ale całość oceniam pozytywnie, głównie przez wzgląd na genialny klimat i wspaniałego Ambrose'a. Na pewno tkwi w tym serialu potencjał i jestem ciekawa, jak twórcy zdecydują się rozwinąć historię Sabriny w drugim sezonie, liczę przede wszystkim na to, że dodadzą nieco niejednoznaczności, kolorytu naszym głównym bohaterom, a wtedy serial będzie ciekawszy. Nie żałuję, że obejrzałam Chilling Adventures of Sabrina, ale gdzieś z tyłu głowy tłucze mi się myśl, że mogło być o wiele lepiej. A jakie są wasze wrażenia? Koniecznie się nimi podzielcie!

A na koniec Ambrose, bo to najlepsza postać w tym serialu i nie mogło go zabraknąć ♥
Czytaj dalej »

sobota, 15 września 2018

Serial: Cloak&Dagger

Cloak&Dagger to serial, który niejako skorzystał z mojego kaca dramowego. Przez lipiec i sierpień nie miałam ochoty na żadną koreańską produkcję, ale coś oglądać musiałam – tym sposobem zabrałam się za historię o skrajnie różniących się nastolatkach, którzy w wyniku wybuchu platformy zyskali niesamowite moce, stając się jedynymi osobami zdolnymi do uratowania miasta przed zagładą. Cloak&Dagger jest o tyle dziwnym wyborem w moim repertuarze (uwaga, zaraz posypią się hejty), ponieważ nie jestem specjalną miłośniczką Marvela czy DC i jestem chyba najmniej zorientowaną osobą w blogoferze, jeśli chodzi o ekranizacje komiksów. Mniej więcej kojarzę, co się dzieje MCU, ale niewiele z tych filmów widziałam na własne oczy, podobnie sprawa ma się z serialami. Co takiego ma więc w sobie Cloak&Dagger, że co tydzień z niecierpliwością oczekiwałam na kolejne odcinki i na pewno zapoznam się z sezonem drugim?

Tandy (Olivia Holt) i Tyrone (Aubrey Joseph) to dwójka nastolatków, która została połączona przez traumatyczne wydarzenia z przeszłości – tego samego dnia zginęły bliskie im osoby. Tandy straciła ukochanego ojca w wypadku samochodowym, natomiast starszy brat Tyrone'a umarł zastrzelony przez spanikowanego policjanta w trakcie próby ucieczki po tym, jak Ty ukradł samochodowe radio. Oboje znaleźli się w wodzie w momencie, w którym na pobliskiej platformie doszło do eksplozji, tym samym zyskując nadprzyrodzone moce, które ujawniły się w momencie ich ponownego spotkania po latach.


Cloak&Dagger to serial utrzymany na zasadzie kontrastu, który miesza w głowie. Mogłoby się wydawać, że pochodząca z dobrego, bogatego domu Tandy, która w dzieciństwie była przesłodką baletnicą o twarzy aniołka, a teraz zyskała moce związane ze światłem i nadziejami, będzie stanowiła przykład grzecznej, poukładanej dziewczynki. Tymczasem dosypuje nadzianym chłoptasiom narkotyków do drinków, okrada ich, mieszka w starym kościele, niemal nie utrzymując kontaktu z matką-alkoholiczką, sama jest za to uzależniona od prochów i nie potrafi z nikim utrzymać zdrowej relacji. Tandy została przedstawiona jako zdeprawowana, toksyczna i egoistyczna osoba, która myśli tylko o sobie i nie zastanawia się nad przyszłością – ona sama doskonale zdaje sobie z tego sprawę, nie robi jednak nic, żeby wyrwać się z takiego życia. Tyrone natomiast z młodego, aroganckiego złodziejaszka wyrósł na grzecznego, niemal idealnego chłopaka, który dusi w sobie złość i robi wszystko zgodnie z oczekiwaniami innych, starając się wynagrodzić rodzicom stratę starszego syna. Jest reprezentantem szkoły w koszykówkę i nie sprawia żadnych problemów wychowawczych, każdego dnia dając z siebie wszystko. Chociaż jego moc związana jest z mrokiem i potrafi zobaczyć największe lęki innych, jego osobowość wyraźnie wskazuje na protagonistę, podczas gdy Tandy możemy uznać niemal za pogubiony czarny charakter. Bardzo podoba mi się to, jak Cloak&Dagger zmusza nas do wyłamania się spoza ram narzuconych przez społeczeństwo, do szerszego spojrzenia na bohaterów, których nie możemy wepchnąć do wygodnych szufladek. Ich charaktery niejako przekładają się również na posiadane moce – z jasnego światła Tandy powstają zabójcze sztylety, natomiast moc Tyrone'a pozwala mu się teleportować.


Co prawda nasi główni bohaterowie posiadają nadprzyrodzone moce i są określani mianem niebiańskiej pary, która pojawia się raz na kilka stuleci, gdy miastu zagraża niebezpieczeństwo, a ich zadaniem jest obrona mieszkańców, lecz nie jest to typowy przykład superbohaterów. Długo zajmuje im poskromienie własnych zdolności, a jeszcze dłużej uświadomienie sobie, że dzięki nim mogą zdziałać coś dobrego – początkowo skupiają się jedynie na dokonaniu zemsty na osobach, które uważają za winne utraty bliskich. Tak naprawdę Cloak&Dagger bardziej przypomina mi teen dramę, mamy tu do czynienia z wieloma wątkami obyczajowymi, zarówno Tandy, jak i Tyrone muszą sobie poradzić z prześladującymi ich demonami przeszłości oraz trudnymi wyborami dotyczącymi ich teraźniejszości czy zawiłymi relacjami z rodzicami. Dopiero pod koniec pojawiają się motywy znane nieco bardziej z filmów o superbohaterach, choć narracja w Cloak&Dagger jest dość statyczna, niemal leniwa. Nie spodziewajcie się skomplikowanych sekwencji akcji, walki w imię podniosłych ideałów, epickiego ratowania świata czy prawdziwych dylematów moralnych. Nie ma tutaj nacisku na walkę ze złem. To serial o nastolatkach dla nastolatków, choć absolutnie nie ma w tym nic złego i właśnie to, co odróżnia Cloak&Dagger od produkcji typowo superbohaterskich, jest jego atutem.


Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem w pełni zachwycona tym serialem. Bywały odcinki świetne, ale znalazło się kilka takich, zwłaszcza w pierwszej połowie, które niesamowicie mi się dłużyły. Momentami zastanawiałam się, co scenarzysta brał, kiedy pisał ten odcinek, a efekty specjalne zdecydowanie nie powalają. Na to wszystko można jednak przymknąć oko, mimo to jest pewien aspekt, który dość mocno mnie rozczarował. Z reguły odcinek wyglądał tak, że mieliśmy część Tandy, potem mieliśmy część Tyrone'a i dopiero pod sam koniec dochodziło do ich ponownego spotkania. Wolałabym, żeby nasi bohaterowie bardziej ze sobą współpracowali, pomagając sobie nawzajem w rozwiązywaniu problemów, bardzo lubiłam ich wspólne sceny i rozmowy, dlatego tak bardzo boli mnie fakt, że nie dostali zbyt wielu okazji, by wspólnie pojawić się na ekranie. Tyrone stał się dla Tandy kimś, kogo od dawna potrzebowała w swoim życiu – zarówno przyjacielem, jak i głosem rozsądku, który zmusza ją do stawienia czoła własnym błędom; ona z kolei zachęca Tyrone'a do mówienia o swoich emocjach, które do tej pory uparcie w sobie dusił, a także wyrywa go z comfort zone. Byłam nastawiona na romans między tą dwójką, były momenty, kiedy między nimi naprawdę mocno iskrzyło, lecz w pierwszym sezonie niestety nie uświadczyliśmy wątku romantycznego, ponadto Tyrone jest w związku z Evitą, za którą niestety nie przepadam i za każdym razem, gdy widziałam ją na ekranie, nie mogłam powstrzymać frustracji. Nie rozumiem idei jej postaci. Nie do końca podoba mi się również motyw z szamanką i laleczkami voodoo. Scenarzyści wyraźnie chcieli skorzystać z klimatu, jaki daje osadzenie akcji w Nowym Orleanie, lecz mnie ten motyw w ogóle do siebie nie przekonuje.


Podsumowując, Cloak&Dagger to serial, który nieoczekiwanie mnie wciągnął i sprawił, że od początku kibicowałam naszym bohaterom, nawet jeśli czasami ich wybory doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Ścieżka dźwiękowa jest doskonała, cała historia ma w sobie ogromny potencjał i jestem bardzo ciekawa, jak rozwinie się w drugim sezonie, zwłaszcza że finał daje ogromne pole do popisu, zarówno jeśli chodzi o fabułę, jak i relacje bohaterów. Cloak&Dagger nie uciekło od wad i momentami abstrakcyjnych scen, przez które zastanawiałam się, jakim cudem wciąż to oglądam, nie mogłam jednak oderwać wzroku od ekranu i co tydzień z niecierpliwością czekałam na kolejny odcinek. Nie jest to wybitna produkcja, lecz bez wątpienia ma w sobie coś, co odróżnia ją od innych współczesnych seriali. Jeśli nie macie pomysłu na to, co teraz obejrzeć, z czystym sumieniem mogę wam polecić Cloak&Dagger jako mroczną, dojrzałą opowieść o nastolatkach starających się zrozumieć, gdzie jest ich miejsce na ziemi, kim tak naprawdę są i co to znaczy postępować właściwie. A przy okazji zobaczycie kilka ciekawych akcji i przebłyski rozwijających się umiejętności.

Czytaj dalej »

niedziela, 16 lipca 2017

Serial: Ania, nie Anna – sezon 1

0
Nie wiem, czy wiecie, ale jestem ogromną fanką Ani z Zielonego Wzgórza. To chyba moja ulubiona książka z dzieciństwa, przeczytałam ją milion razy i nigdy mi się nie znudziła, w kółko oglądałam także filmy z moim ulubionym rudzielcem, skrycie marząc, by być taka, jak główna bohaterka. To jedna z tych historii, które zostają z tobą na długo, zawsze gdzieś skryte na dnie serca, dlatego tak bardzo bałam się nowej ekranizacji. Nie ukrywam, że oglądanie Ani, nie Anny okazało się być stresującym przeżyciem, bo cały czas martwiłam się o to, czy scenarzyści zaraz czegoś nie popsują. Na szczęście wykonali kawał dobrej roboty, ale to bez wątpienia aktorzy tchnęli życie w tę historię i uczynili ją czymś niezapomnianym.

Ania Shirley to rudowłosa sierota o nieograniczonej wyobraźni i temperamencie równie ognistym co jej włosy. Na skutek przypadku, bowiem jej opiekunowie potrzebowali chłopca do pomocy w gospodarstwie, zostaje przygarnięta przez niezamężne rodzeństwo Cuthbert, Marylę oraz Mateusza, którzy posiadają farmę na Zielonym Wzgórzu. Od tej pory Ania przeżywa niezliczone przygody, próbując oswoić się z myślą, że nareszcie ma dom i rodzinę, o której tak bardzo marzyła. 


Wiem, że główną bohaterką jest Ania i grająca ją Amybeth McNulty wydaje się być stworzona do tej roli, ale muszę, po prostu muszę zacząć od Gilberta. Bo zakochałam się w nim po uszy. Bo od momentu, w którym pojawił się na ekranie, przepadłam. Wie ktoś, gdzie mogę znaleźć swojego własnego, serialowego Gilberta Blythe'a? Potrzebuję jednego w trybie natychmiastowym. Lucas Jade Zumann to absolutna perfekcja, a w dodatku wątek Gilberta został rozbudowany i cieszyłam się z tego jak mała dziewczynka. Nawet jeśli nie do końca podoba mi się ukazanie relacji Ani oraz Gilberta w serialu, przynajmniej na razie, to i tak będę ich shippowała, bo liczę, że jeszcze to naprawią. Muszę przyznać się do tego, że przed zobaczeniem serialu byłam pełna obaw względem Amybeth McNulty, ale wystarczyło mi pierwsze dziesięć minut, żebym zakochała się w sposobie, w jaki gra główną bohaterkę, jestem pod ogromnym wrażeniem jej zdolności i jest po prostu cudowna, choć nie ukrywam, że Megan Follows zajmuje w moim sercu specjalne miejsce. W ogóle uważam, że cała obsada została dobrana w genialny sposób, Maryla została dosłownie zdjęta z kartek książki. Jedynie Diana mnie do siebie nie przekonuje, lecz to naprawdę niewielki mankament w porównaniu z resztą aktorów.


Ania, nie Anna została pod wieloma względami unowocześniona. Przede wszystkim ogromną rolę w fabule odgrywa wątek feministyczny, który pojawia się właściwie w każdym odcinku – główna bohaterka podkreśla na każdym kroku swoją niezależność, przypominając, że może robić to samo co chłopcy, a nawet lepiej i że jej jedynym przeznaczeniem wcale nie musi być zamążpójście, a następnie rodzenie dzieci. O ile podoba mi się to nowe podejście w adaptacji, to mam wrażenie, że czasami twórcy aż nazbyt mocno chcieli podkreślić to nowoczesne podejście, przez co w paru momentach wypadło to sztucznie, na siłę. Zachowanie Ani pod wieloma względami było również zbyt swawolne, a Maryla nie była na tyle pobłażliwa, by pozwolić na podobne pyskówki, mimo to dziewczynka nie mierzyła się z żadnymi konsekwencjami swoich czynów. Muszę podkreślić również to, że klimat Ani, nie Anny jest o wiele dojrzalszy i mroczniejszy niż w powieści, gdzie nawet traumatyczna przeszłość głównej bohaterki jest przedstawiana z przymrużeniem oka. W serialu, mimo gadatliwej i intrygującej osobowości Ani, atmosfera jest posępna i czasami ciężka. Fabuła została także urozmaicona o nowe wątki, choć uważam, że część z nich została dodana bez sensu, rozwinięto także kilka sytuacji, które w książce zostały ledwie muśnięte i na tym polu scenarzyści wypadli lepiej. Z jednej strony uważam, że odświeżenie nieco tej historii było potrzebne, z drugiej nie wszystkie zabiegi mi się podobały, co potwierdza choćby fakt, że drugi odcinek, właściwie z całości złożony z wątków, które w Ani z Zielonego Wzgórza nie występowały, podobał mi się najmniej z całego sezonu. Zakończenie też mi się nie podobało. Ogromnie jednak cenię scenarzystów nawet za przemycenie bardzo subtelnej aluzji wątku homoseksualnego.


Podsumowując, jestem zachwycona najnowszą adaptacją Ani z Zielonego Wzgórza. Tak, pojawiły się potknięcia. Tak, nie ze wszystkiego jestem zadowolona. Ale Ania, nie Anna podstępem mnie zauroczyła i po skończeniu sezonu nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, bo ja chcę więcej już, teraz, zaraz, natychmiast, tymczasem nawet nie wiemy, czy pojawi się kolejna odsłona przygód kochanego rudzielca. Martwiłam się, że serial mnie zawiedzie, tymczasem bardzo mi się spodobał. Czy przebija filmową ekranizację z Megan Follows? Trudno powiedzieć, zwłaszcza że pierwsze sezon pokrywa około połowę rozdziałów Ani z Zielonego Wzgórza i jeszcze za wcześnie, by to określić, lecz na razie jestem zadowolona i was również zachęcam do zapoznania się z netlixową adaptacją. Choćby dla cudownego Gilberta! A ja idę cierpieć w oczekiwaniu na kolejne odcinki.

Czytaj dalej »

czwartek, 8 czerwca 2017

Serial: The Good Wife – sezon 1

0

Do obejrzenia The Good Wife zabierałem się od kilku dobrych miesięcy, ale zawsze udawało mi się znaleźć jakąś wymówkę, żeby odłożyć to na później. Może było to spowodowane zwykłym lenistwem, a może tym, że seriale prawnicze to tak naprawdę nie moja bajka i dość szybko mnie nudzą. Przyszedł jednak ten magiczny dzień, kiedy stwierdziłem, że już naprawdę nie mam co oglądać i postanowiłem udać się na wycieczkę po Netflixie. Wtedy właśnie po raz kolejny natknąłem się na ten serial. Z miską popcornu na wypadek nudy i raczej dość negatywnym nastawieniem zabrałem się za pierwszy odcinek. I przyznam szczerze — żałuję, że nie udało mi się przełamać wcześniej. 


Alicia Florrick (Julianna Margulies) to matka dwójki nastolatków i żona Petera Florricka (Chris Noth) — prokuratora stanowego. Można powiedzieć, że ich życie jest jak z bajki: dom w bogatej dzielnicy Chicago, wielu zamożnych i wpływowych znajomych. Wszystko zmienia się jednak diametralnie, gdy na jaw wychodzą kompromitujące fakty związane z życiem Petera. Ujawnione zostają nie tylko afery korupcyjne z jego udziałem, ale też nagrania ze spotkań z prostytutką. Florrick zostaje skazany i trafia do więzienia. Ludzie zaczynają się zastanawiać, jak z problemem poradzi sobie Alicia: postanowi wiernie trwać przy boku męża i wspierać go, a może odejdzie? Kobieta sprzedaje dom i przeprowadza się do mieszkania w innej części miasta. W opiece nad dziećmi pomaga jej teściowa, Jackie Florrick (Mary Beth Peil). Alicia, po 13-nastu latach przerwy, decyduje się wrócić do zawodu prawnika. Pomocną dłoń wyciąga do niej przyjaciel, będący jednocześnie miłością z dawnych lat — Will Gardner (Josh Charles), jeden z właścicieli firmy prawniczej "Stern, Lockhart & Gardner". 


Zdecydowanie największym plusem serialu, pomijając interesującą fabułę, są genialni bohaterowie, którzy zasługiwaliby na oddzielny post i lawinę pochwał. Cała plejada świetnie wykreowanych postaci sprawiła, że ciężko było mi oderwać się od ekranu chociaż na chwilę i ta obsesja  poskutkowała obejrzeniem pierwszych dwóch sezonów w zaledwie 4 dni. Zresztą uzależniłem się od nich na tyle, że nawet przed zaśnięciem nie mogłem przestać myśleć o tym, jak potoczą się ich dalsze losy, jakie jeszcze tajemnice skrywają. Nikt nie jest wyidealizowany: każda z postaci ma swoje lepsze i gorsze chwile, przeżywa kryzysy, popełnia głupie błędy. A tak w sumie, to poświęcę postaciom osobny akapit.


Zacznijmy od głównych bohaterów. Alicia Florrick zdecydowanie zasługuje na miano "żony idealnej"— wiernie trwa przy boku męża, nawet jeśli sprawia jej to ból. Uczciwa do bólu (czasami aż za bardzo, co potrafi zirytować), oddana zarówno pracy, jak i rodzinie, zawsze chętna do pomocy innym. Może nie zapamiętam jej jako najlepszej postaci z The Good Wife, ale na pewno znajdzie się w czołówce tych ulubionych. Na osobistą listę najlepiej wykreowanych postaci żeńskich w serialach też ją wcisnę. Z kolei Peter Florrick raczej nie będzie przeze mnie wspominany dobrze, nawet mimo sympatii, którą momentami do niego czułem. Z jednej strony pozornie się zmienia, z niewiernego męża powoli staje się kimś lepszym, a z drugiej widać, jak bardzo stara się manipulować swoim otoczeniem. Na wyróżnienie (chociaż niekoniecznie pozytywne) zasługuje też kilka postaci drugoplanowych. Moje serce już na samym początku skradła Kalinda Sharma — śledcza ze "Stern, Lockhart & Gardner". Inteligenta, sprytna, potrafiąca wybrnąć z każdej sytuacji, a do tego umiejętnie posługuje się sarkazmem. Następny w kolejce jest Cary Agos, czyli chyba najbardziej irytująca postać w całym serialu. Jest arogancki, zupełnie ignoruje uczucia innych. Samo pisanie o nim sprawia, że mam ochotę wskoczyć w ekran i porządnie nim potrząsnąć, żeby się w końcu ogarnął. Natomiast Diane Lockhart i Will Gardner to postacie, na których temat nie jestem w stanie wypowiedzieć się jednoznacznie: kobieta pozornie chłodna i zdystansowana, ale broniąca swoich wartości, no i kobieciarz, któremu zdarzają się chwile czułości. Momentami ich kocham, momentami nienawidzę, jednak nie wiem które uczucie dominuje. A co z Grace i Zachiem, czyli dziećmi Florricków? Tutaj sprawa jest raczej prosta. Denerwują mnie do granic możliwości i naprawdę podziwiam ich matkę. 


The Good Wife to serial, który nie stara się udawać arcydzieła. Ma swoje wady, jak chociażby momentami niepotrzebne odwlekanie wydarzeń w czasie i nadmierne rozciąganie akcji lub okazjonalne sypanie banałami, ale mimo to według mnie w tym serialu przeważają plusy. Bohaterowie nie są przerysowani, ich wspaniale opowiedziane historie porywają widza od pierwszego odcinka. Fabuła przykuwa do ekranu już od samego początku, mimo że akcja pierwszego sezonu kręci się głównie wokół afery korupcyjnej z Peterem Florrickiem w roli głównej. Na pochwałę zasługuje też fakt, że w każdym odcinku firma pracuje nad inną sprawą (niestety, tematyka jest dość standardowa dla produkcji prawniczych: głównie morderstwa, gwałty, przekręty) i, oczywiście, nie zawsze są to procesy wygrane. Do tego dochodzi mnóstwo intryg i tak niespodziewanych zwrotów akcji, że czasami trzeba się cofnąć o parę minut i obejrzeć dany fragment od nowa. Każde 40 minut (bo tyle zazwyczaj trwają odcinki) pozostawia niedosyt. Serial naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył i żałuję, że nie zabrałem się za oglądanie go wcześniej. Gorąco polecam wszystkim. Nawet tym, którzy do produkcji prawniczych pałają tak dużą miłością jak ja.


Cześć, kochani! Jak widzicie, na jeden dzień udostępniłam bloga Burtonowi, który spamuje mi tym serialem od bardzo dawna i musiał się w końcu komuś wygadać. A że najwyraźniej nie jestem wdzięcznym słuchaczem, przyszedł do was ze swoją recenzją The Good Wife ;) Mam nadzieję, że przyjmiecie go cieplutko; to pierwsza recenzja, jaką kiedykolwiek napisał, dlatego miejcie to na uwadze. Według mnie świetnie się spisał (zwłaszcza patrząc na moje pierwsze recenzje)! 
Czytaj dalej »

środa, 26 kwietnia 2017

Serial: Flesh and bone

0
Flesh and bone to serial, na którego recenzję w blogosferze trafiłam zupełnie przypadkiem i od tamtej pory znalazł się na mojej liście must watch. Cała produkcja liczy sobie zaledwie jeden ośmioodcinkowy sezon, ale to, co się tam dzieje... Wciąż nie mogę zdecydować, czy Flesh and bone jest dziełem niezrównoważonego psychicznie szaleńca czy może szokującego geniusza, jednak bez wątpienia jest to mocny serial poruszający wiele skandalicznych wątków.

Claire Robbins to obiecująca baletnica, która po trzech latach tajemniczej przerwy od tańca ucieka z domu i startuje w castingu do prestiżowego zespołu baletowego w Nowym Jorku, którego kierownikiem artystycznym jest apodyktyczny Paul. Dostrzega on w Claire niespotykany potencjał i swoją szansę na wyciągnięcie zespołu z ogromnych długów, ale młoda balerina w drodze na szczyt będzie musiała zmierzyć się z presją otoczenia, nieustanną rywalizacją, nieczystymi zagraniami współpracowników, sadystyczną dominacją dyrektora artystycznego oraz własną, mroczną przeszłością. 


Flesh and bone to serial brutalny, surowy i trudny w odbiorze. Mrok oraz beznadzieja wyzierają z każdej sceny, przez co ogląda się go jednocześnie z fascynacją i ze strachem, nie wiedząc, czym jeszcze będzie w stanie nas zaskoczyć, bo tutaj nie istnieje temat tabu. Problemy z odżywaniem, uzależnienie od narkotyków, presja, brak pieniędzy, dążenie do nieistniejącej perfekcji, wykorzystywanie seksualne tancerzy, którzy są jedynie narzędziami w dłoniach choreografów, sponsorów czy rodziny, ich smukłe, twarde jak stal ciała od dawna nie należą tylko do nich. Jeżeli jesteście zaznajomieni z produkcjami o świecie baletu, na pewno mniej więcej wiecie, czego się spodziewać: nowej gwiazdy rzucającej wyzwanie doświadczonej balerinie, szantaży oraz niezobowiązującego seksu mającego zapewnić jak najwyższe miejsce w zespole, sabotaży, wkładania szkła do butów, narkotyków mające uśmierzyć ból po kontuzji. Ale choć można to uznać za powielanie banalnych schematów, Flesh and bone jest o wiele bardziej realistyczne i makabryczne niż ugrzecznione filmy o rywalizujących baletnicach. Może z powodu wręcz naturalistycznych ujęć, może poprzez wykorzystanie prawdziwych tancerzy jako aktorów, a może dlatego, że jest to serial o dominacji oraz przemocy. Jest w nim jednak coś boleśnie prawdziwego, a przez to dojmującego i przerażającego. 


Flesh and bone porusza ogrom wątków i czasami trudno mi było za nimi nadążyć, poukładać sobie to wszystko w głowie. Balet znajduje się w epicentrum, jest źródłem i to dookoła niego budowane są kolejne sceny, ale wcale nie gra głównej roli. Homoseksualizm, kazirodztwo, konieczność dorabiania w klubie ze striptizem, nagły paraliż przerywający kolejną karierę i przekreślający całe życie, rodzice żerujący na dzieciach, nielegalny handel ludźmi... Każdy odcinek odkrywał przed nami kolejną kartę, a pytania tylko się namnażały i, niestety, większość z nich pozostanie już bez odpowiedzi, niektóre wątki zostały porzucone już w trakcie trwania serialu mimo swojego niewątpliwego potencjału, inne są nierozwiązane, bo drugi sezon został anulowany, nad czym ogromnie ubolewam. Pierwsza część sezonu mnie nie oczarowała, podczas tych czterech odcinków Flesh and bone jednocześnie mnie odrzucało i fascynowało, ale piąty odcinek był tym przełomowym i wtedy po prostu się zakochałam. To było po prostu... mocne. Wstrząsające, ale też piękne i właśnie na to liczyłam, kiedy zabierałam się za ten serial. Według mnie warto było czekać, by nabrał rozpędu.


Główna bohaterka była czasami irytująca, czasami ciekawa, a czasami miałam wrażenie, że jest po prostu psychopatką i trzeba ją jak najszybciej zamknąć w odosobnieniu. Do tej pory nie jestem pewna własnych odczuć względem Claire, bo też nie udało mi się rozszyfrować jej postaci; nie stoi za tym dobre aktorstwo, a raczej interesujące rozpisanie jej w scenariuszu. Na początku wydawało się, że mamy do czynienia z grzeczną, bezbronną i skromną dziewczynką, ale uwierzcie mi na słowo, ona skrywa w sobie ogromne pokłady mroku. Co prawda ta zewnętrzna poza szarej myszki potrafi zajść widzowi za skórę, jednak okrywająca jej przeszłość tajemnica jest na tyle wstrząsająca, że warto się z nią pomęczyć. Problem w tym, że po odkryciu niemal wszystkich kart, traci się dużą część zainteresowania Claire, jednak wątki drugoplanowych postaci zdecydowanie nadrabiają, nawet jeśli w ostateczności odczuwam niedosyt. Daphne, Mia, Kiira czy Ross – Flesh and bone nie jest tylko historią Claire i strasznie się z tego powodu cieszę, ale prym wśród postaci zdecydowanie wiedzie Paul, czyli maniakalny kierownik artystyczny całego zespołu. Ben Daniels w tej roli po prostu błyszczał, tworząc autentyczny, nieprzerysowany portret wymagającego perfekcji, nieco sadystycznego geniusza-wizjonera, który posiada wiele twarzy. Najbardziej nieprzekonywujący był dla mnie wątek Romeo, bezdomnego mężczyzny, który wydawał się mi być bardzo sztuczny. Ogólnie gra aktorska w serialu nie powala, bo prawdziwi tancerze zostali obsadzeni w serialu, ale wcale nie wypadli koszmarnie.


Flesh and bone to serial dobry, choć odrobinę psychodeliczny. Nie poleciłabym go każdemu, jest raczej dla osób o mocnych nerwach – niektóre wątki są trudne do przełknięcia, do tego dochodzi epatowanie golizną, a ciemna strona baletowego biznesu jest naprawdę brutalna. Trudno się wbić w szokujący początek, jednak według mnie im dalej, tym lepiej, a finał zapewnia cudowne widowisko, przedstawiony tam balet jest prawdziwą ucztą dla oczu i duszy. Nawet osoby, które niespecjalnie interesują się tańcem na co dzień, powinny znaleźć w tej produkcji coś dla siebie ze względu na różnorodność poruszanych wątków. To bajka o korupcji i pragnieniu; opowieść o tym, jak niewinność jest miażdżona przez oczekiwania wielkiego świata. Ja sama jestem zafascynowana serialem, mimo że dość mocno mnie na początku odrzucał. Ale sztuka nie zawsze jest łatwa, a samo Flesh and bone to czysty artyzm.

Czytaj dalej »

niedziela, 19 marca 2017

Serial: The Crown – sezon 1

0
Po oglądnięciu czterech koreańskich dram zaledwie w dwa tygodnie zaczęłam odczuwać pewien przesyt azjatyckimi produktami i postanowiłam zrobić sobie od nich przerwę. Aby trochę urozmaicić swój program, zdecydowałam się sięgnąć po brytyjski serial, o którym ostatnio zrobiło się naprawdę głośno. Nie byłam przekonana, czy The Crown ostatecznie mi się spodoba, jednak potrzebowałam odskoczni, a produkcja o królowej, która do tej pory kojarzyła mi się z zimną, wyniosłą kobietą tak bardzo odbiegała klimatem od koreańskich dram, jak tylko mogła. Ostatecznie The Crown okazało się być czymś o wiele więcej niż tylko odskocznią, a ja sama jestem pod ogromnym wrażeniem całego serialu.

The Crown ma opowiadać historię Elżbiety Windsor od momentu jej koronacji aż do czasów współczesnych. Pierwszy sezon obejmuje jej drogę do tronu i kilka pierwszych lat planowania młodej królowej, która przejęła koronę po niespodziewanej śmierci jej ojca, króla Jerzego VI, w 1952 roku. Rozpoczyna się od ślubu Filipa oraz Elżbiety, a kończy w momencie, w którym jest ona już ukształtowaną władczynią. 


To, co podoba mi się w The Crown to fakt, że rzeczywistość rodziny królewskiej i jej zachowanie nie zostaje sztucznie upiększone, ale nie jest również w żaden sposób oceniane. Z ekranu emanuje naturalność i prawdziwość Windsorów, którzy zostali ukazani jako czujący, oddychający ludzie, mimo że naród chce w nich widzieć jedynie przedmiot – noszoną z dumą koronę. Nie są idealni, ale nie są także nadmiernie obarczeni wadami; są po prostu ludzcy. Popełniają błędy, kłócą się z najbliższymi, podejmują wyrachowane decyzje, które trudno nam zrozumieć, ale ciężar odpowiedzialności na ich barkach uniemożliwia podążanie za głosem serca. The Crown odsłania przed nami brytyjską monarchię w sposób do tej pory niespotykany, ale z ogromną dozą subtelności oraz szacunku, tutaj królują niedomówienia, które nadają całej produkcji niesamowitej atmosfery. Początkowo nie byłam pewna, czy historia Elżbiety II będzie w stanie mnie sobą zainteresować, ale jestem wprost oczarowana, choć nie jest to mój typowy wybór serialu. Nie ma tutaj pędzącej do przodu akcji, skandali, masowo wypadających trupów z szaf, knujących arystokratów próbujących wbić sobie nawzajem nóż w plecy, jednak to wcale nie znaczy, że The Crown pozbawione jest emocji czy napięcia. Skrywają się one pod pozornie spokojną powierzchnią podobnie jak monarcha musi okiełznać własne uczucia i zdystansować się od otaczającej go rzeczywistości. Do gustu niezwykle przypadła mi formuła całego serialu – każdy kolejny odcinek skupia się wokół jednego ważnego historycznego wydarzenia, wplatając w to również bardziej osobiste rozterki, dzięki czemu całość jest spójna i płynna, mimo że akcja obejmuje kilka lat rządów młodziutkiej królowej.


Na szczęście The Crown skupia się nie tylko na obowiązkach nowej, niepewnej monarchini nieprzygotowanej do przejęcia władzy po ojcu, ale także na trudnych relacjach rodzinnych, pozostałych członkach dworu czy samym rządzie reprezentowanym głównie przez Winstona Churchilla. Mamy możliwość wyjścia poza pałac i zetknięcia się z opinią publiczną czy politycznymi rozterkami po wojnie. Fabuła może nie jest ekscytująca, skoro brakuje tutaj poważnych zdrad, morderstw, intryg czy pikantnych szczegółów, ale jest niesamowicie wciągająca. Jednak choć krążymy między różnymi wątkami, ostatecznie wszystko jest w jakiś sposób powiązane z Elżbietą, która ma być dla swoich ludzi symbolem. The Crown bardzo dużo miejsca poświęca na dokładne wytłumaczenie, czemu służy monarchia w dzisiejszych czasach, jaka jest jej rola. Królowa jest najważniejszą osobą w państwie i teoretycznie wszyscy liczą się z jej opinią, lecz ostatecznie nie ma nic do powiedzenia. Bo symbole nie mówią. 


Muszę wspomnieć o dbałości o szczegół, z jaką została zrealizowana cała produkcja. Ogląda się ją z prawdziwym zachwytem! Nie sposób nie docenić cudownej muzyki, kostiumów, scenografii... Jednak to bohaterowie przykuwają wzrok, są olśniewający oraz nietuzinkowi, a ich historie, wszystkie bez wyjątku, poruszają. Elżbieta kieruje się w swoim życiu rozsądkiem, jest pozbawiona charyzmy i zdeterminowana, by postępować zgodnie z obowiązującymi od setek lat zasadami, co powinno z niej uczynić mało interesującą postać, jednak jej charakter jest wielopoziomowy. Z jednej strony to młoda kobieta, która pragnie być jedynie żoną i matką, a z drugiej królowa, która w imię panujących na dworze reguł musi odrzucić wszelkie osobiste przekonania, by dobrze spełniać swoją rolę, przez co sprawia wrażenie oziębłej. Brak doświadczenia w politycznych gierkach ją gubi, a potrzeba sprostania oczekiwaniom jako władczyni doprowadza do rozpadu jej dobrych relacji z mężem czy siostrą. Sam Filip również jest fascynującą postacią. Sfrustrowany i nieszczęśliwy, zamknięty w pałacu i sprowadzony do roli królewskiej ozdoby, wrzucony w sam środek życia, którego nie chciał, a wszystko to w imię miłości do Elżbiety. Łatwo polubić księcia Edynburga, zdecydowanie trudniej ocenić jego działania, bo zamiast okazywać wsparcie, obarczał swoją żonę pretensjami i subtelnymi oskarżeniami. A to tylko dwójka głównych bohaterów. Król Jerzy VI, Maria – królowa wdowa, księżniczka Małgorzata, książę Edward, który abdykował i w końcu Winston Churchill... Każde z nich skrywało drugie, a nawet trzecie oblicze, wszyscy byli cudownie niejednoznaczni i skomplikowani, a obserwowanie ich wzajemnych interakcji było niesamowite. Chyba jeszcze nigdy nie oglądałabym serialu tak skupionego na bohaterach, jednak ostateczny obraz – inteligentny, pełen niuansów, wielowarstwowy – jest genialny.


The Crown urzeka swoją subtelnością, oczarowuje widza prawdziwością oraz intymnością. Piękna, bogata scenografia, aktorzy, którzy odwalili kawał dobrej roboty i nie mogę wyjść z podziwu nad ich umiejętnościami, wspaniały klimat połowy XX wieku... To wszystko tworzy produkcję bez wątpienia wartą poświęcenia jej czasu. Nie sądziłam, że The Crown aż tak mi się spodoba. Może nie wbiło się do czołówki moich ulubionych seriali, jednak pozostaję pod ogromnym wrażeniem całości i chętnie się przekonam, co przyniesie ze sobą kolejny sezon. 

Czytaj dalej »

wtorek, 13 grudnia 2016

Serial: The Flash – sezon 1

0
Cześć robaczki! Dzisiaj porozmawiamy o pewnym superbohaterze, który jedynie swoim urokiem osobistym mógłby pakować przestępców za kratki, wystarczyłoby, że ładnie by się uśmiechnął i zaczął rzucać nerdowskie komentarze. Jeśli mi nie wierzycie, w takim razie jesteście bardzo zacofani w dziedzinie seriali (tak, wiem, i kto to mówi?) i jeszcze nie zapoznaliście się z The Flash. Ale nic straconego, macie w końcu mnie i z chęcią przybliżę wam nieco produkcję o przygodach czerwonej smugi.

Pewnej burzowej nocy młody naukowiec, Barry Allen, pracujący dla Departamentu Policji w Central City zostaje porażony przez nadnaturalny piorun, który wytworzył się po wybuchu akceleratora cząsteczek. Chłopak zapada w śpiączkę na dziewięć miesięcy, a gdy się budzi, okazuje się, że Barry zyskał nową umiejętność – superszybkość. Postanawia jej użyć do walki z przestępcami, którzy w wyniku awarii akceleratora również uzyskali zaskakujące zdolności. W jego roli wybawiciela miasta wspierają go nowi, genialni przyjaciele: doktor Harrison Wells, Cisco Ramon oraz Caitlin Snow. 


Zacznijmy od plusów serialu, bo ich jest mnóstwo! Po pierwsze, Barry. Po drugie, Barry Allen. Po trzecie, Flash będący Barry'm Allenem. Czy muszę dodawać coś więcej? Grant Gustin w tej roli zupełnie mnie kupił. Pomijając oczywistą oczywistość (czyli to, jak bardzo jest przystojny), Barry w jego wykonaniu jest po prostu genialny. Nie tylko uroczo nerdowski, trochę nieporadny, supersłodki i pełen optymizmu, ale także inteligentny, skłonny do poświęceń, trochę narwany oraz nieidealny. Bo tak, popełnia błędy, jednak za każdym razem wyciąga wnioski, bierze się w garść i zaskakuje nas czymś nowym. Barry to taki superbohater, z którym łatwo się identyfikować, bo z podobnymi wątpliwościami co on musimy mierzyć się na co dzień, a przy tym jest tak uroczy, że OMÓJBOŻEMOJESERCE. 
W ogóle bohaterowie w The Flash zostali wykreowani w świetny sposób (może z wyjątkiem niezwykle irytującej Iris oraz Eddiego, pasowali do siebie ze względu na to, jak bardzo oboje mnie denerwowali swoim zachowaniem). Główny antagonista, którego imienia wam na razie nie zdradzę, choć nie jest to jakaś wielka niespodzianka, został wspaniale poprowadzony, bardzo rzadko się zdarza, by czarny charakter dostał aż tyle czasu antenowego i z reguły nie poznajemy dogłębnie jego motywów, ale serial pod tym względem stanął na wysokości zadania! Uwielbiałam dowiadywać się nowych rzeczy na temat naszego głównego złoczyńcy. A Caitlin oraz Cisco? Po prostu cud, miód i orzeszki! Nie stanowili jedynie wsparcia Flasha, przewijając się w tle niczym mdli pomagierzy, każde z nich jest indywidualnością, każdego z nich pragnie się dogłębnie poznać. 


Ale choć bohaterowie sami w sobie są fantastyczni, to tak naprawdę kocha się ich za cudowne relacje. Nawet nie wiem, od czego powinnam zacząć, bo każda z nich jest unikatowa oraz rewelacyjna. Na pierwszy plan wybijają się jednak dwie więzi: między Barry'm a jego adopcyjnym ojcem oraz między chłopakiem a Harrisonem Wellsem, jego mentorem. W ogóle w całym serialu wątek rodzinny odgrywa ogromną rolę, ale uwielbiam oglądać na ekranie Joe oraz Barry'ego razem. Joe stara się wspierać Flasha w jego decyzjach, jednak jest również głosem rozsądku w grupie, nie pozwala Barry'emu zbłądzić i porzucić swoich początkowych celów. Cały team The Flash jest genialny, ale to doktor Wells z jego motywującymi gadkami i bezwzględnym spokojem geniusza zwraca na siebie całą uwagę. Rola mentora jest z natury trudna do zagrania, jednak Harrison jest cudownie niejednoznaczny, tajemniczy i nieustannie chce się go dalej poznawać. 
Teraz czas na coś, co tygryski lubią najbardziej, czyli wątki romantyczne! Niestety, faworytem producentów wydaje się być więź między Barry'm a Iris, jego adopcyjną siostrą, w której jest zakochany od niepamiętnych czasów i strasznie ją idealizuje, a ja tej dwójki razem po prostu nie lubię. Zero chemii! Za to Barry oraz Caitlin? KOCHAM. Z pewnych względów nie byłoby im łatwo, jednak po prostu nie mogłam się nasycić ich wspólnymi scenami, piszczałam z radości jak prawdziwa fangirl, gdy dochodziło do nieco bardziej intensywnych epizodów. Oni po prostu do siebie pasują, są razem przeuroczy, a do tego to iskrzenie... 

Znajdą się tutaj jeszcze jacyś shipperzy Snowbarry? <3
No dobrze, słodziłam już odnośnie bohaterów i łączących ich relacji, ale co z właściwą akcją serialu? Powiem wam szczerze, że jestem mocno rozdarta. Wszystkie odcinki są ze sobą zespojone za sprawą tajemnicy śmierci matki Barry'ego oraz naszego cudownego, głównego antagonisty, a ostatnio zaczęłam się skłaniać właśnie ku podobnej ciągłości. Z drugiej strony w każdym odcinku Flash ma inne zadanie – musi się zmierzyć z innym metaczłowiekiem, który sieje zamęt w Central City i to już nie do końca mi odpowiadało. Pewnie, na początku odkrywanie nowych, niezwykłych zdolności było świetnie, naprawdę się w to wciągnęłam, ale gdzieś w połowie sezonu zaczynałam odczuwać znużenie. Ogólny schemat odcinków był bardzo podobny: pojawia się nowy zbrodniarz wyposażony w nadludzkie moce, Barry idzie się z nim mierzyć, coś idzie nie tak, chłopak liże swoje rany, a potem wzmocniony przez wsparcie przyjaciół wraca i kopie tyłek przestępcy. W tym serialu jest mnóstwo akcji, jednak taka powtarzalność w pewnym momencie mogła się znudzić, chociaż zdarzały się wyjątki, jak choćby Captain Cold, którego postać uwielbiam. Zdarzały się również odcinki, podczas których siedziałam z szeroko otwartymi oczami i wpatrywałam się w ekran, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje (wszyscy, którzy oglądali, na pewno będą wiedzieć, o jaki dramatyczny odcinek mi chodzi).

Jeśli wciąż nie możecie się zdecydować – no popatrzcie na tego słodziaka, jak go tu nie oglądać?
Ogólnie rzecz biorąc, The Flash jest serialem dobrym, choć spodziewałam się po nim nieco więcej. Na pewno jest przepełniony świetnym humorem, mnóstwem akcji, niesamowitymi efektami specjalnymi oraz niewiadomymi, na których rozwiązanie czeka się aż do samego końca jak na szpilkach. Z jednej strony bardzo mi się podobało, z drugiej w pewnym momencie cały sezon zaczął mi się dłużyć i straciłam trochę entuzjazmu. Jednak dla Barry'ego, team Flash, Snowbarry i szaleństwa, jakie pozostawił po sobie ostatni odcinek (co tam się działo, czysta epickość) na pewno będę dalej oglądać. 

sezon 1 // sezon 2 // sezon 3

Czytaj dalej »

środa, 23 listopada 2016

Serial: The Royals – sezon 1

0
Do napisania recenzji serialu The Royals zabierałam się trochę jak pies do jeża. Cały czas wynajdywałam sobie coraz to nowe wymówki, byle tylko uniknąć opisywania swoich odczuć, a pierwszy sezon skończyłam oglądać około dwa miesiące temu i emocje powinny opaść na tyle, żebym była w stanie wydusić z siebie kilka merytorycznych uwag. Problem w tym, że The Royals jest takim serialem, na punkcie którego trudno wypowiadać się krytycznie, nawet jeśli ma wiele wad – zbyt łatwo przyszło mi stracić głowę dla zaskakującej, momentami absurdalnej fabuły i pełnokrwistych, choć schematycznych bohaterów. Jeśli już klasyfikujemy produkcje, to The Royals znalazłby się zdecydowanie w TOP 10 seriali guilty pleasures w historii. Teoretycznie wiem, że jest zły, ale w praktyce z wypiekami na twarzy jestem w stanie odtwarzać tylko kolejne odcinki i próbować jakoś się pozbierać, gdy kolejny wątek niespodziewanie wybuchnie nam w twarz.


Fabuła serialu jest dość prosta – mamy do czynienia z fikcyjną rodziną królewską osadzoną w czasach współczesnych. Bliźniaki Liam oraz Eleanor cieszą się z rozrywek dostępnych dla nich jako członków rodziny królewskiej, wiedząc, że to na barkach ich starszego brata spoczywa odpowiedzialność bycia następcą tronu Anglii. Kiedy jednak Robert umiera, rodzina pogrąża się w chaosie i żalu. Król Simon zastanawia się nad sensem dalszego istnienia monarchii, Liam musi przywyknąć do nowej, nieoczekiwanej roli, jednocześnie walcząc ze swoim zauroczeniem Ophelią, córką szefa ochrony pałacu. Jego autodestrukcyjna siostra, Eleanor, osiągnie dna, kiedy okaże się, że jej nowy ochroniarz jest oszustem. Natomiast królowa Helena będzie walczyła po trupach o utrzymanie rodziny królewskiej pod swoją kontrolą i zawrze sojusz ze spragnionym władzy Cyrusem, bratem Simona, by zachować ich sposób życia za wszelką cenę. 

Ten serial jest typowo rozrywkowy i nie wiem, czy znajdziecie obecnie na rynku lepszą produkcję do odstresowania po długim dniu. Akurat czegoś takiego potrzebowałam i może dlatego przepadłam po pierwszym odcinku, nie mogąc się oderwać od kolejnych. Skandal goni skandal, każdy odcinek obfituje w zaskakujące wydarzenia, zawiłe intrygi i nigdy nie wiadomo, czy ujawniona informacja jest prawdą czy kłamstwem. Kiedy wydawało mi się, że już rozgryzłam twórców i wiem, dokąd zmierza fabuła, zaskakiwali mnie zwrotem akcji o sto osiemdziesiąt stopni i zabawa zaczynała się od nowa. Zdarzały się odcinki, po których po prostu siedziałam, wgapiając się w monitor szeroko otworzonymi oczami z opadniętą do ziemi szczęką i zastanawiałam się, co za geniusz zła stoi za tym serialem, bo niektóre rewelacje były naprawdę szokujące. To, ile emocji dostarczyły mi niektóre odcinki, jest nieporównywalne z jakimkolwiek innym serialem. Siedziałam jak na szpilkach, tylko czekając, aż kolejna bomba ulegnie detonacji.


Jeśli chodzi o bohaterów, mogłabym na ich temat stworzyć oddzielny post, ale pewnie i tak nie wystarczyłoby mi miejsca, żeby zmieścić się z opisem i moimi przemyśleniami. Niby kreacje postaci są typowe, wręcz schematyczne – mamy królową a.k.a zimną sukę, mamy uwielbianego przez tłumy, pełnego współczucia i dobroci króla, mamy rozsądnego i nieskazitelnego niczym łza następcę tronu, mamy zagubionego księcia będącego nieodpowiedzialnym kobieciarzem i w końcu mamy zbuntowaną księżniczkę, której całe życie kręci się wokół szalonych imprez, mocnych narkotyków i durnych wyskoków – ale pod każdą maską znajduje się coś więcej. Na przestrzeni sezonu powoli poznajemy inne oblicze każdego z naszych bohaterów. Najmniej w tym przypadku przekonała mnie do siebie królowa Helena, ta jej ludzka strona ogromnie mnie nudziła, a aktor grający Liama pozostawał sztywny, jednak ogólnie zaliczam postaci na plus. Twórcom oraz aktorom udało się stworzyć taki rodzaj bohaterów, za których trzyma się kciuki niezależnie od tego, jak głupie decyzje podejmują; nie można pozostać obojętnym, po prostu nie da się nie zaangażować w ich losy.


The Royals uzależnia. W ten dziwny, zupełnie niezrozumiały sposób przedostaje się do naszego umysłu, zupełnie przejmując kontrolę i stając się taką małą obsesją, od której nie można się uwolnić. Nie znajdziecie tutaj lepszych i słabszych odcinków, wszystkie są równie intrygujące, choć może nie tak samo emocjonujące. Dramaty, skandale, zdrady i intrygi wylewają się z każdego odcinka, przez co siedzi się na krawędzi fotela, wstrzymując oddech w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. The Royals to serial idealny dla fanów Plotkary czy Skins, ale dosłownie każdy może się w nim zakochać. Ja to zrobiłam i niczego nie żałuję.

sezon 1 // sezon 2 // sezon 3

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia