Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowy Las. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowy Las. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 marca 2016

Wszystkie jasne miejsca, czyli próba poradzenia sobie z życiem

17
Wszystkie jasne miejsca to książka, którą widziałam dosłownie wszędzie i te wszystkie opinie można sprowadzić do trzech słów: musicie ją przeczytać. Z reguły nie ufam tak entuzjastycznym recenzjom, ale tym razem postanowiłam zaryzykować i właściwie pod wpływem impulsu postanowiłam kupić tę powieść. Okazało się, że Wszystkie jasne miejsca to wcale nie jest powieść genialna. Ba!, pod względem fabularnym jest zaledwie średnia. Więc dlaczego nie mogę się po niej pozbierać?

Theodore'a Fincha od dawna pasjonuje śmierć. Codziennie planuje swoje samobójstwo, jednocześnie rozpaczliwie poszukując czegoś, co zmusiłoby go do trzymania się życia. Z kolei Violet odlicza dni do zakończenia szkoły, marząc o wyrwaniu się z Indiany. Ta dwójka nieoczekiwanie spotyka się na szczycie szkolnej wieży i w zasadzie nie wiadomo, kto komu ratuje wtedy życie. Później sprawy tylko się komplikują, gdy obydwoje zostają uwikłani w projekt geograficzny i zaczynają zwiedzać "cuda" Indiany. 

Wszystkie jasne miejsca to książka trudna. Do tej pory ciężko zebrać mi myśli po jej lekturze, nie wspominając nawet o próbie oceny. To powieść pod wieloma względami banalnie prosta, a jednak pod powierzchnią okazuje się być przytłaczająco skomplikowana. Wszystkie jasne miejsca ma w sobie coś, co chwyta za serce, bo to książka odarta ze złudzeń, boleśnie prawdziwa i głęboka, a przez to przygnębiająca i zmuszająca do chwili refleksji. Pozostawia nas ze słodko-gorzkim uczuciem, które trudno opisać słowami, bo jest takie pełne sprzeczności - z jednej strony czułam się tak, jakby ktoś mi przywalił obuchem, a z drugiej Wszystkie jasne miejsca to książka tak subtelna, że trudno nazwać ją druzgocącą. To pozycja pełna paradoksów, nieoczekiwanych, a jednocześnie przewidywalnych. Trudno mi uchwycić moje własne wrażenia, bo mam w głowie pustkę - ale, co zaskakujące, to ten dobry rodzaj pustki. Taki, który zostawia po sobie książka mająca znaczenie i wywierająca na nas wpływ.

Naprzemiennie mamy do czynienia z narracją z perspektywy Violet oraz Fincha. Violet to dziewczyna, która była niegdyś popularna, pełna optymizmu i otwartości na świat, uwielbiała pisać i marzyła o studiowaniu kreatywnego pisarstwa w Nowym Jorku, ale odkąd uczestniczyła w wypadku samochodowym, w którym zginęła jej starsza siostra Eleanor, zamknęła się na bliskich i na słowa, które niegdyś niosły jej pociechę. Szczerze mówiąc, do tej pory nie jestem pewna własnych odczuć względem Violet. Czasami za bardzo zadzierała nosa i jej reakcje były przesadzone, ale ta dziewczyna ani mnie nie denerwowała, ani nie sprawiła, że ją polubiłam. O wiele ciekawszą postacią jest Theodore Finch, który zyskał miano Wariata, właśnie przez wielkie wu, a był po prostu bardzo wrażliwym dzieciakiem z trudną przeszłością, do którego nikt w odpowiednim momencie nie wyciągnął pomocnej dłoni, którym nikt się nie zainteresował. Finch żyje we własnym, nieco pokręconym, ale barwnym świecie i ma obsesję na punkcie statystyk dotyczących samobójstw, każdego dnia rozważa różne sposoby na odejście z tego świata, co czyni go jedną z najbardziej oryginalnych postaci, z jakimi miałam do tej pory do czynienia. 

Nie da się tej książki jednoznacznie opisać. Chyba najlepiej pasuje do niej określenie specyficzna. Nie jest fenomenalna ani emocjonująca, na pewno nie jest idealna, nie sprawiła, że drżałam z napięcia w oczekiwaniu na finał i nie mogłam usiedzieć w miejscu, nie zachwyciła mnie dialogami czy zaskakującym rozwojem fabuły, momentami była wręcz nużąca i niespecjalnie odkrywcza. Ale Wszystkie jasne miejsca ma w sobie coś, co sprawia, że trudno pozbyć się guli w gardle czy niespodziewanego ciężaru przygniatającego naszą klatkę piersiową po jej przeczytaniu. Ta powieść spowodowała, że w metaforycznym sensie stałam się zupełnie bezbronna. Wszystkie jasne miejsca to książka, która nie jest ani dobra, ani zła. Jest dziwnie nijaka i może przez to jest taka głęboka - te wszystkie niedociągnięcia, brak przekoloryzowania, nie silenie się na oryginalność, ale jednak podążanie własną ścieżką i trzymanie się rozdzierającej serce prawdy są wszystkimi jasnymi miejscami. Poszukajcie ich.

7/10
Czytaj dalej »

sobota, 5 marca 2016

Nick i Norah. Playlista dla dwojga, czyli rock'n'roll lekiem na złamane serce

21
Księga wyzwań Dasha i Lily to ciepła, niezwykle urokliwa, wręcz magiczna opowieść, która niemal od razu mnie zjednała. Kiedy tylko dowiedziałam się, że w Polsce pojawi się kolejna powieść tego wspaniałego pisarskiego duetu, od razu zapragnęłam ją przeczytać, przekonana, że David Levithan i Rachel Cohn ponownie mnie zaskoczą. I zaskoczyli. Tylko że Nick i Norah. Playlista dla dwojga kompletnie do mnie nie trafiła. 

Nick to uzdolniony tekściarz i basista nowojorskiej kapeli rockowej - muzyką próbuje uleczyć złamane serce. Norah również przeżyła zawód miłosny, więc kiedy nieznajomy chłopak prosi ją, by przez pięć minut udawała jego dziewczynę, zgadza się. W ten sposób krzyżują się drogi dwóch osób, których pozornie, poza gustem muzycznym, nic nie łączy, jednak to spotkanie szybko przeradza się w zwariowaną pierwszą randkę, która trwa całą noc i która ma szansę zmienić życie ich obojga.

Zacznę od tego, że Nick i Norah. Playlista dla dwojga to niemal zupełne przeciwieństwo Księgi Dasha i Lily. Tamta książka była słodka, zabawna, romantyczna i przede wszystkim niewinna. Z kolei klimat Nick i Norah. Playlista dla dwojga jest ciężki, momentami wręcz skandaliczny. Autorzy ukazali świat nastolatków od zupełnie innej strony niż poprzednio - tutaj króluje brzydota, zadymione kluby, nałogi, dzikie pożądanie, przekleństwa, zabawa, kaprysy i zachcianki. W głównej mierze to właśnie ta specyficzna, przybrudzona atmosfera powieści sprawiła, że nie potrafiłam wciągnąć się w tę historię. Cohn i Levithan chcieli postawić na maksymalny realizm, a ostatecznie wyszło to sztucznie. Bardziej niż z ekscytacją, patrzyłam na tę punkową otoczkę z niesmakiem, bo według mnie autorzy przesadzili z kontrowersyjnością i goryczą.

Bohaterowie też nie zachwycają. Drugoplanowe postacie zostały zepchnięte w kąt, aby zrobić miejsce dla rozwijającego się zauroczenia Nory i Nicka, co było ogromnym błędem, bo chociaż większości z nich autorowie poświęcili zaledwie kilka zdań, byli oni mniej papierowi niż nasz tytułowy duet. Zarówno Nick, jak i Norah stanowią świetny materiał na wielowymiarowych, głębokich bohaterów, ale ich potencjał nie został w pełni wykorzystany. W ostatecznym rozrachunku tak naprawdę nic o nich nie wiem poza tym, że mają ewidentny problem z buzującymi hormonami, bo ich relacja w dużej mierze została sprowadzona do fizyczności. Nick to wrażliwa dusza, ironiczny dżentelmen o łagodnym, nieco melancholijnym usposobieniu i zapałałam do niego sympatią od pierwszej strony, ale brakuje w nim jakiejś iskry. Do tej pory nie zdecydowałam, co myśleć o Norze, która nie wiedziała, czego chce od życia i momentami zachowywała się jak psychopatka. Była bardziej wyrazista niż Nick, ale przez to przekombinowana. Nie wiem, czy taki był zamysł autorów, ale przez całą książkę nie poznajemy żadnych faktów z ich przeszłości, jakby istnieli tylko w tej jednej chwili, przez co zostali znacząco spłyceni. Ich życie kręci się tylko wokół miłości lub jej braku, zabrakło mi szerszego spojrzenia zarówno na całą sytuację, jak i na bohaterów. Nicka i Norę ratuje humor, którego jest tutaj pod dostatkiem. Nie każdemu może on przypaść do gustu, momentami wydaje się być wymuszony, ale Levithan i Cohn serwują nam ironię w swoim najlepszym wydaniu. Niestety, książka została nieco przegadana. Dialogów jest naprawdę mało, a według mnie to one wychodzą temu duetowi najlepiej. Nick i Norah. Playlista dla dwojga została zdominowana przez rozwlekłe przemyślenia głównych bohaterów, które niepotrzebnie wydłużają akcję i utrudniają odbiór.

Nie potrafię pozbyć się wrażenia, że historia Nicka i Nory została niepotrzebnie spłycona. Podczas gdy Księga wyzwań Dasha i Lily mnie oczarowała, Nick i Norah. Playlista dla dwojga nie wzbudziła we mnie żadnych uczuć, to było trochę tak, jakby pękła bańka mydlana. Zamiast w radość, wprawiła mnie w przygnębiający, posępny nastrój. Czyżby magia zupełnie wyparowała? Na szczęście nie. Muzyka stanowi najjaśniejszy punkt całej książki. Przez kolejne tytuły piosenek każdy koneser klasycznego rock'n'rolla będzie się rozpływał, ale nawet laik doceni nie tyle gust muzyczny bohaterów, co ich oddanie dźwiękom. To, jak Nick i Norah znajdują wspólny język dzięki kolejnym składankom i zespołom jest wspaniałe. Zachwyciło mnie również nieoczywiste przedstawienie relacji damsko-męskich. Kobiety chyba faktycznie są z Wenus, a mężczyźni z Marsa, bo kolejne wydarzenia i sygnały zupełnie inaczej odbierała Norah, podczas gdy Nick podchodził do nich w odmienny sposób.

Nick i Norah. Playlista dla dwojga to książka, która nie każdemu się spodoba. Ja sama jestem okropnie zawiedziona, dlatego przy zakupie tej pozycji, nie kierujcie się swoim uwielbieniem do Księgi wyzwań Dasha i Lily, bo to dwie, zupełnie odmienne powieści. To historia o leczeniu złamanego serca za pomocą nowych, szalonych wyzwań i muzyki, która mnie nie poruszyła, ale wydaje mi się, że powinna przypaść do gustu każdemu miłośnikowi punka i rock'n'rolla.

4/10

Za możliwość przeczytania Nick i Norah. Playlista dla dwojga serdecznie dziękuję Wydawnictwu Bukowy Las!


Czytaj dalej »

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Księga wyzwań Dasha i Lily, czyli gra w podchody w świątecznym Nowym Jorku

26
W tamtym roku zakochałam się w idei czytania świątecznych opowiadań w okresie Bożego Narodzenia. Chociaż nigdy nie byłam entuzjastką tych świąt, muszę przyznać, że dzięki ubiegłorocznemu zbiorowi W śnieżną noc poczułam nieco więcej zimowej magii niż zazwyczaj. W tym roku wiedziałam, że również nie odpuszczę i wybrałam Księgę wyzwań Dasha i Lily, która towarzyszyła mi przy okazji zbliżającego się Bożego Narodzenia. 

Po raz pierwszy zbliżające się święta Bożego Narodzenia Lily ma spędzić zupełnie sama. Zainspirowana przez zakochanego brata zostawia w ulubionej księgarni czerwony notes ze wskazówkami, który czeka na odpowiedniego chłopaka gotowego podjąć wyzwanie. Szczęśliwym znalazcą okazuje się być ironiczny Dash, który z chęcią podejmuje grę. W ten sposób ta dwójka urządza sobie podchody na Manhattanie, szukając czerwonego notesu, w którym opisują swoje najskrytsze myśli, poznając się coraz lepiej i powoli odkrywając się przed sobą. Tylko czy będą potrafili się porozumieć, gdy ich świat z bezpiecznych kartek przeniesie się do rzeczywistości? 

Ta książka urzeka. W sposób lekki jak piórko opowiada historię dwójki nastolatków, którzy nawet nie wiedzieli, że się szukają. Jest świąteczna, ale ten fakt schodzi na drugi plan, bo przede wszystkim to inteligentna, nieco romantyczna i zabawna historia o pierwszej prawdziwej miłości. Daleko jej jednak do słodyczy Eleonory i Parka. Księga wyzwań Dasha i Lily jest o wiele bardziej prawdziwa, a przez to lepsza. Na próżno tu szukać wyidealizowanego uczucia - w powoli rodzącym się zauroczeniu są widoczne pierwsze zawiedzione oczekiwania i nierealne wyobrażenia, próby wzajemnego zrozumienia się, lęk, ale także pierwsze uniesienia oraz ekscytacja. Wciąż jestem pod wielkim wrażeniem pomysłu na fabułę - wszystko wyszło niesamowicie zgrabnie, a ja z zachwytem ruszyłam wraz z bohaterami na poszukiwanie kolejnych wskazówek. 

Już od pierwszej strony byłam zauroczona całą powieścią. Na pewno znacie to uczucie, gdy trudno wbić się w fabułę i potrzebnych jest co najmniej kilkadziesiąt stron, by wciągnąć się w daną książkę. Tutaj od razu zakochałam się w przedstawionej historii, która jest napisana w sposób wyjątkowy, a styl obu autorów jest fascynujący i niepowtarzalny. Nie miałam żadnego kłopotu z rozróżnieniem, kto teraz opowiada historię, bo Lily i Dash to postacie tak unikatowe, że nie da się ich pomylić z nikim innym. Nie są typowymi bohaterami książek dla młodzieży i może dlatego pokochałam ich tak bardzo. Lily to niezwykle ekscentryczna dziewczyna, która jest wrażliwa, delikatna i nieco dziecinna - ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Polubiłam wszystkie jej dziwactwa, które tak bardzo odróżniają ją od innych, czyniąc z niej podnoszącą na duchu postać. Dash za to jest raczej typem zamkniętego w sobie, cynicznego samotnika, który nienawidzi świąt i związanych z nimi fałszu. 
Niewątpliwym plusem tej książki jest humor - nie tylko bohaterowie są zabawni, ale także przytrafiające im się przygody bywają momentami komiczne i na mojej twarzy wielokrotnie pojawiał się uśmiech. Księga wyzwań Dasha i Lily to jedna z tych powieści, które sprawiają, że robi ci się cieplej na sercu, choć oprócz tego niejednokrotnie wzrusza czy zmusza do refleksji. Jest nastrojowa, pełna marzeń i nadziei, wręcz... magiczna. 

Księga wyzwań Dasha i Lily jest ciepłą oraz uroczą książką, która mimo swojej przewidywalności, niesamowicie wciąga i sprawia, że z radością przerzuca się kolejne kartki. Zostawia czytelnika z dziwnym, ale przyjemnym uczuciem lekkości i idealnie nastraja na okres świąteczny. Polecam każdemu, miłośnikowi świąt czy nie, a ja sama z chęcią sięgnę po kolejną wspólną książkę Davida Levithana i Rachel Cohn.

7,5/10
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia