Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tillie Cole. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tillie Cole. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 września 2017

Raze, czyli krwawa zemsta, rosyjska mafia i miłość silniejsza niż śmierć

0
Tillie Cole to autorka, z którą zapoznałam się za pomocą Tysiąca pocałunków. Była to słodka, ciepła, podnosząca na duchu powieść, czyli zupełnie inna od Raze'a, który zgodnie z opisem miał być przepełniony pierwotną brutalnością. Byłam ciekawa, jak autorka poradziła sobie w kompletnie odmiennym, ciężkim gatunku, jakim jest dark erotic i jednocześnie obawiałam się, czy uda jej się stworzyć mroczną atmosferę oraz czy udźwignie całą historię. 

Aby przeżyć, musi zabijać...
Raze, szkolony w niewoli, aby okaleczać i zabijać, więzień numer 818, którego losem rządzi okrucieństwo i śmierć. Po latach niewoli w piekle w głowie kołacze mu się tylko jedna myśl: zemsta. Krwawa, powolna, brutalna zemsta. Zemsta na człowieku, który skłamał. Na człowieku, który go skrzywdził. Który go skazał i zmienił w pałającą wściekłością maszynę do zabijania. Potwora odartego z człowieczeństwa.
Kisa jest jedyną córką Kirilla „Silencera” Volkova, przywódcy niesławnej „Trójcy” bossów rosyjskiej Braci w Nowym Jorku. Jest chroniona, choć tak naprawdę żyje w więzieniu bez krat. Kisa marzy o wolności. Zna jedynie okrucieństwo i poczucie straty. Pracuje jako managerka imperium śmierci swojego papy, a jej codzienność wypełniają jedynie smutek i ból. Jej narzeczony, Alik, kontroluje każdy aspekt życia Kisy, panuje nad każdą jej decyzją i pilnuje, by pozostała uległa i martwa w środku. Ale jeden wieczór wszystko to zmienia. Kisa wpada na ulicy na wytatuowanego i pokrytego bliznami mężczyznę, który obudzi w niej głęboko skrywane uczucia. Pragnienia znajome, choć zakazane. Dziewczyna od razu wie, że wpadła w tarapaty. Piękny i groźny mężczyzna ma w oczach śmierć. Kisa ma na jego punkcie obsesję. Pragnie go. Łaknie jego dotyku. Musi zdobyć tego tajemniczego mężczyznę, którego zwą Raze.
Opis z LubimyCzytać

Raze to powieść bardzo mroczna, przepełniona przemocą i okrucieństwem. Zabierając się za książkę Tillie Cole, byłam świadoma tego, że jest ona dość brutalna, jednak nie spodziewałam się, że może być aż do tego stopnia wypełniona ludzkim sadyzmem, dlatego jeśli ktoś jest wrażliwy, raczej odradzałabym mu zapoznanie się z tą lekturą, bo niektóre opisy były doprawdy wstrząsające. Agresja oraz wulgarność wyzierały właściwie z każdej kartki, a ilość śmierci była tak znaczna, że w pewnym momencie przestałam zwracać na to uwagę i jedynie przeskakiwałam te fragmenty. Mam wrażenie, że autorka strasznie przerysowała całą mafijną rzeczywistość, jednocześnie wcale nie zawierając jej zbyt wiele w tej historii. Wątek interesów rosyjskiej Braci był jednym z tych, które w ogóle przyciągnęły mnie do tej powieści, tymczasem Tillie Cole podeszła do tematu po macoszemu, niewiele można się dowiedzieć o strukturze gangu, panujących w nim zasadach czy wykonywanej przez nich pracy. Najważniejsze były tylko jak najbardziej brutalne opisy kolejnych morderstw.

Przy tym wszystkim Raze posiada także drugą stronę, o wiele bardziej naiwną i delikatną, która nijak się ma do ponurej, przytłaczającej atmosfery panującej w powieści. Ta niewinność przebijała się głównie za pomocą wątku romantycznego, który był kompletnie nieprzekonujący, odrealniony i ckliwy. Sama autorka wpadła w błędne koło, wciąż powtarzając te same sceny z ich udziałem niemal słowo w słowo, dodatkowo dialogi między Kisą oraz Raze'em są tak sztywne oraz niezręczne, że nie mogłam się przestać krzywić. Zupełnie nie widziałam tej ich wielkiej miłości, żadnego iskrzenia tam według mnie nie było, ewentualnie jakiś sentyment i pożądanie. Wątek romantyczny wypada naprawdę słabo oraz kiczowato, a ciągłe powtarzanie, że ta dwójka jest dla siebie stworzona, bo jedno z nich ma w brązowych oczach błękitną plamkę... To było właściwie jedyne usprawiedliwienie autorki dla ich uczucia, które pojawiło się kilkanaście razy i już naprawdę nie mogłam tego czytać.

Przy tym wszystkim główni bohaterowie są po prostu głupi. Kisa jest tak żałosna, że to aż boli. Niby jest dorosłą kobietą, ale zachowuje się jak mała, zagubiona dziewczynka. Nie ma własnej opinii właściwie na żaden temat, jest kompletnie podporządkowana swojemu narzeczonemu Alikowi oraz ojcu. To żywa marionetka, która w dodatku cierpi na syndrom sztokholmski, bo inaczej nie mogę wytłumaczyć jej zachowania względem Alika, który jest skończonym psychopatą, ale którego Kisa nieustannie broni, mimo że on wciąż ją krzywdzi i kontroluje. Jest pusta oraz histeryczna, naprawdę niewiele wniosła do fabuły. Raze z kolei miał od początku przypisaną rolę i właściwie nie wyszedł z ram, które dla niego stworzyła autorka: był twardy, nieprzystępny, mroczny i brutalny. Przy okazji nie grzeszy inteligencją, a w co drugiej jego myśli przewija się słowo zemsta i na tym koniec.

Szczerze mówiąc, w Raze niewiele się dzieje. Pierwsze pięćdziesiąt stron powieści jest właściwie do wyrzucenia, potem raz na jakiś czas pojawiała się jakaś akcja, lecz nie było tego zbyt wiele. Spodziewałam się czegoś o wiele bardziej emocjonującego po książce Tillie Cole, zwłaszcza że opis brzmiał tak interesująco, ale jest to po prostu kolejny niewypał. Mam wrażenie, że autorka kompletnie zgubiła ideę, z którą zasiadała przed komputerem, by napisać tę historię. Właściwie nic mi się nie podobało w Raze. Nie polecam.

★★★★☆☆☆☆☆☆

Cykl Poranione dusze:
Raze // Reap // Ravage // Riot
Czytaj dalej »

poniedziałek, 10 lipca 2017

Tysiąc pocałunków, czyli chwile ulotne niczym kwiaty wiśni

0
Tysiąc pocałunków to książka, która początkowo niespecjalnie zwróciła moją uwagę, przechodziłam obok niej raczej obojętnie i nie planowałam jej kupować, lecz podczas robienia zamówienia coś mnie tknęło, a potem naczytałam się tylu pozytywnych recenzji, że naprawdę byłam podekscytowana perspektywą przeczytania historii spod pióra Tillie Cole. Opis na szczęście jest dość tajemniczy i niewiele zdradza, jednak dość szybko okazało się, że można wszystkiego się domyślić, a Tysiąc pocałunków nie wzbudziło we mnie równie wielkich zachwytów co u innych. Znowu. Czemu wciąż nabieram się na hype?

Wyobraź sobie, że otrzymujesz tysiąc małych karteczek i masz wypełnić je najpiękniejszymi momentami swojego życia…
Jeden pocałunek trwa chwilę. Tysiąc pocałunków może wypełnić całe życie. 
Chłopak i dziewczyna. Uczucie powstałe w jednej chwili, pielęgnowane później latami. Więź, której nie był w stanie zniszczyć ani czas, ani odległość. Która miała przetrwać już do końca. A przynajmniej tak zakładali.
Kiedy siedemnastoletni Rune Kristiansen wraca z rodzinnej Norwegii do sennego miasteczka Blossom Grove w stanie Georgia, gdzie jako dziecko zaprzyjaźnił się z Poppy Litchfield, myśli tylko o jednym. Dlaczego dziewczyna, która była drugą połową jego duszy i przyrzekła wiernie czekać na jego powrót, odcięła się od niego bez słowa wyjaśnienia?
Serce Rune’a zostało złamane, gdy dwa lata temu Poppy przestała się do niego odzywać. Jednak, gdy chłopakowi przyjdzie odkryć prawdę, jego serce rozpadnie się na nowo.
Opis z LubimyCzytać

Mam wrażenie, że w tej powieści wszystko dzieje się za szybko. I nie chodzi tutaj nawet o akcję, bo nie jest ona zbyt mocno rozbudowana czy zaskakująca – po prostu autorka zastosowała kilka dużych przeskoków w czasie, aby mocno posunąć fabułę do przodu. Z jednej strony to dobrze, że nie chciała sztucznie przedłużać powieści, ale z drugiej nie jestem fanką podobnego rozwiązania, które od razu wrzuca nas na głęboką wodę, zamiast stopniowo wszystko rozwijać. Nie dzieje się za wiele, nie ma zbyt wielu znaczących dla tej historii wydarzeń, lecz i tak mam wrażenie, że akcja pędzi do przodu, przynajmniej w pierwszej połowie, potem nieco wszystko się uspokoiło, stało się bardziej spójne i płynne. Jeżeli spodziewacie się zaskoczeń, to trafiliście pod zły adres – dość szybko można przewidzieć, w jakim kierunku podąży cała fabuła, niestety większa część książki jest dość schematyczna i jedynie pomysł związany z tytułowym tysiącem pocałunków wnosi odrobinę oryginalności do tej historii. Muszę tutaj wspomnieć o tym, że pod wieloma względami Tysiąc pocałunków jest bliźniaczo podobna do innej, bardzo znanej książki New Adult, którą wielbię całym sercem – nie chcę zdradzić tytułu, bo w ten sposób mogłabym wam zaspoilerować powieść Tillie Cole – i może z tego powodu nie była w stanie mnie porwać... Bo to już było i to w o wiele lepszym wydaniu.

Ogromny plus należy się jednak Tillie Cole za to, jak przedstawiła motyw artystyczny w Tysiąc pocałunków. Jestem zakochana nie tylko w jej opisie gry na wiolonczeli i tego, jak wiele muzyka znaczyła dla Poppy, ale także w fotografiach Rune'a, w cudownym sposobie, w jaki starał się uchwycić rzeczywistość. Wątki wiązane z artystami często występują w powieściach New Adult, ale uważam, że jak do tej pory Tillie Cole poradziła sobie z tym najlepiej, naprawdę urzekło mnie jej spojrzenie na sztukę, które pokazała w Tysiącu pocałunków. Był to jeden z niewielu elementów, które nie były wtórne w tej powieści. Ogólnie mam wrażenie, jakby pewne sceny i słowa Tillie Cole powtarzała bez końca, ten sam schemat oparty na pocałunkach, łzach, wyznawaniu sobie miłości, trochę smutno, trochę ckliwie, z czasem kolejne takie sceny zaczęły mi się zlewać w jedno i straciły swoją magię.

Jeśli chodzi zaś o bohaterów, to mam dość mieszane uczucia. Poppy bez wątpienia była jednym z najjaśniejszych punktów tej powieści, jej optymistyczne, choć przy tym także realistyczne podejście do życia, jej umiejętność do dostrzegania dobra w nawet najtrudniejszych sytuacjach, wyznawane przez nią wartości i własne przekonania... Bez wątpienia wszystko to sprawia, że trudno jej nie polubić. Bardzo doceniam jej kreację, bo choć Poppy wydaje się być bez wad, to jednak przy tym była bardzo ludzka. W moich oczach wypada o wiele lepiej niż Rune, który został poprowadzony mało konsekwentnie, co zawsze mnie irytuje. Został opisany jako mroczny anioł, humorzasty buntownik skrywający w sobie ogrom gniewu i nienawiści, ale w ogóle nie objawia się to w jego zachowaniu. Ta rozbieżność między jego charakterystyką a podejmowanymi przez niego decyzjami i jego prawdziwym usposobieniem strasznie kuła mnie w oczy. Wydaje mi się, że jego postać mogła zostać o wiele bardziej rozbudowana, tymczasem czuję dość duży niedosyt. Na szczęście o wiele bardziej przekonujący jest wątek romantyczny. Słodki, uroczy i delikatny, zdominował całą fabułę, lecz Poppy i Rune stanowili razem tak cudowną parę, że w ogóle mi to nie przeszkadzało. Bardzo się wspierali i widać było, że jedno skoczyłoby za drugim w ogień. 

Dość dużo narzekam na Tysiąc pocałunków, chyba dlatego, że po tych wszystkich zachwytach w blogosferze spodziewałam się czegoś więcej, ale tej książce udało się we mnie wzbudzić także głębsze emocje. W dwóch momentach nawet doprowadziła mnie do łez, choć wzruszenie nie trwało zbyt długo. Dla mnie podczas czytania zawsze najważniejsze są uczucia, więc częściowo powieść Tillie Cole wywiązała się ze swojego zadania i zasługuje na mocną szóstkę. Bez szaleństw, ale całkiem przyzwoicie.

★★★★★☆☆☆☆☆
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia