W niedalekiej przyszłości życiem wszystkich ludzi zawładnęła technologia. Trudno oderwać im oczy od handheldów, a rekordy popularności bije aplikacja Lux, bez której nikt właściwie nie potrafi się obejść. Jeśli musisz podjąć jakąś decyzję, od wyboru ubrania po spotykanie się z danym chłopakiem, wystarczy, że zapytasz Luxa, a on wybierze dla ciebie najlepszą opcję. Nie musisz się dłużej martwić, że zmarnujesz jakąś szansę, podejmując złą decyzję.
Rory Vaughn nie jest wyjątkiem przynajmniej do czasu, gdy dostaje się do elitarnej Akademii Theden. Tam Rory powoli zaczyna odkrywać, że Lux nie jest tak idealny, jak jej się wydawało, a jego twórcy mają dużo wspólnego ze śmiercią jej matki i innymi tajemnicami związanymi z Theden. Wkrótce dziewczyna przestaje postępować zgodnie z rekomendacjami aplikacji, a zaczyna słuchać głosu intuicji, zwanego Zwątpieniem i uważanego za chorobę, który usilnie ignorowała przez całe swoje życie. Jej wybór prowadzi do odkrycia prawdy, której nikt nie mógł się spodziewać.
Na moje nieszczęście zaczęłam czytać Aplikację w momencie, w którym byłam zawalona sprawdzianami. Skończyło się to tak, że odkładałam ją na bok z wyrzutami sumienia, by zająć się nauką, a później szybko ją podnosiłam, obiecując sobie, że przeczytam jeszcze tylko jeden rozdział, który ostatecznie rozrósł się do rozmiaru dwustu stron. Gdy już się zacznie czytać tę książkę, po prostu nie można się od niej oderwać! To, co Lauren Miller pokazała w swojej powieści, jest innowacyjne i unikatowe. Trudno dopatrzeć się jakichkolwiek schematów, a czytanie tej książki to po prostu czysta przyjemność. Autorka wzięła trochę z każdego gatunku i połączyła w jedną, bardzo zgrabną całość - znajdziemy tu dystopię, sci-fi, thriller, powieść trochę sensacyjną, trochę szpiegowską, a do tego utrzymaną w klimacie młodzieżowym, więc właściwie każdy znajdzie tu coś dla siebie.
To książka, o której trudno przestać myśleć, możliwe rozwiązania zagadek wciąż chodziły mi po głowie, a ja nie mogłam spocząć, dopóki wszystkie tajemnice nie zostały rozwikłane, a było ich naprawdę sporo i każda z nich łączyła się z inną. Ile razy wydawało mi się, że w końcu udało mi się dociec prawdy, Lauren Miller zaskakiwała mnie kolejnymi sekretami. Nic nie jest tym, czym się wydaje. Od początku czujemy, że coś się nie zgadza, coś nam umyka. Autorka umiejętnie wplata wątki, które mieszają czytelnikowi w głowie i chociaż snułam różne scenariusze, żaden tak naprawdę się nie sprawdził. Strony skrywają nie tylko tajemnice związane z poszczególnymi postaciami czy spiskiem, ale także pojawia się wiele zagadek związanych z tajnymi stowarzyszeniami, greckimi literami czy fragmentami Raju Utraconego. Razem z bohaterką próbowałam rozwikłać wszystkie tajemnice niczym marna podróbka Sherlocka. Na każdym kroku można spotkać pułapki. Aplikacja jest dopracowana do granic możliwości, dopieszczona w każdym calu zarówno pod względem przedstawionego świata, jak i wszystkich wątków. Trudno nie docenić trudu, jaki Lauren Miller włożyła w stworzenie fabuły. Jedyne, co mnie nieco zawiodło, to końcówka. Trochę za dużo przypadku i szczęścia w tym wszystkim, oczekiwałam nieco większego zaangażowania członków korporacji, która swój plan miała rozpisany na dziesięciolecia i większej ilości przeszkód, ale w ostatecznym rozrachunku jestem usatysfakcjonowana.
Jeżeli chodzi o Rory, początkowo była niezwykle irytująca i z trudem powstrzymywałam się przed przewróceniem oczami, gdy zachowywała się wyjątkowo denerwująco. Jej sposób myślenia i styl bycia potrafiły naprawdę zaleźć za skórę, ale z czasem jej postać zmienia się na lepsze, przede wszystkim staje się bardziej dojrzała i w pewnym momencie nawet zapomniałam, że ma zaledwie szesnaście lat. Nie mogę powiedzieć, że zapałałam do niej sympatią, była mi raczej obojętna, chociaż zdarzały się lepsze momenty z jej udziałem. North był w porządku, ale chociaż teoretycznie miał wszystko, co uwielbiam w męskich bohaterach, nie sprawił, że serce zabiło mi mocniej. Romans między tą dwójką odgrywa dość dużą rolę, ale na szczęście nie jest przytłaczający. Zbyt szybko się rozwinął i wypadło to raczej dziwnie, jednak później ich relacja stała się bardziej naturalna, przede wszystkim nie była ckliwa, z czego strasznie się ucieszyłam. Momentami North i Rory przypominali bardziej zgranych przyjaciół, sojuszników, niż parę i dzięki temu wątek romantyczny nie przytłacza. Z bohaterów najbardziej jednak polubiłam Hershey, choć nic nie wskazywało na to, że tak bardzo przypadnie mi do gustu. Przez pierwszą połowę irytowała mnie nawet bardziej niż Rory, ale później okazała się wspaniałą przyjaciółką. Podobnie było z doktor Tarsus.
Kiedy zaczynałam czytać tę książkę, spodziewałam się zwyczajnej, młodzieżowej dystopii, bo pierwsze strony nie zachwycają. Tymczasem okazało się, że Aplikacja skrywa w sobie o wiele więcej i całkowicie mnie tym oczarowała. Zostałam wyłączona z życia na dobre kilka godzin przez zaskakujące zwroty akcji, szokujące tajemnice i ogromny spisek korporacyjny. Polecam Wam Aplikację, bo jest to książka warta każdej minuty, jaką jej poświęcicie.
P. S. Dzisiaj na blogu wybiło 1000 komentarzy! Jestem Wam wszystkim niezmiernie wdzięczna za to, że ze mną jesteście, czytacie i komentujecie <3
8,5/10
P. S. Dzisiaj na blogu wybiło 1000 komentarzy! Jestem Wam wszystkim niezmiernie wdzięczna za to, że ze mną jesteście, czytacie i komentujecie <3