sobota, 11 stycznia 2020

TOP 5: Najlepsze dramy 2019 roku



Mogę śmiało powiedzieć, że z roku na rok moje uzależnienie już nie tylko koreańską, ale ogólnie azjatycką kulturą coraz bardziej się pogłębia. W 2017 obejrzałam 29 tytułów, w 2018 już 35, a w 2019 kończę z wynikiem 45(!) dram na koncie. Co prawda coraz trudniej jest mi znaleźć dramy, które absolutnie mnie zachwycą, ponieważ z każdym obejrzanym serialem moje oczekiwania wzrastają, ale dzięki temu zaczęłam sięgać po zupełnie nowe gatunki i kraje. W tym roku obejrzałam po raz pierwszy obejrzałam produkcje z Tajwanu i Tajlandii, zaczęłam też mocniej się zakochiwać w chińskich serialach, do których wcześniej podchodziłam z dystansem, a teraz aż dwie z pięciu ulubionych dram tego roku zostało wyprodukowanych właśnie w Chinach.
UWAGA: na liście mogą znajdować się tytuły, które obejrzałam w tym roku, ale które zostały wyprodukowane przed 2019.


Romantic Doctor Teacher Kim

Romantic Doctor Teacher Kim jest tytuł, którzy obejrzałam jeszcze w styczniu jako mój pierwszy serial tego roku, ale wywarł na mnie tak ogromne wrażenie, że do tej pory pozostaje świeży w mojej pamięci, jakbym skończyła go oglądać zaledwie wczoraj. Opowiada historię tajemniczego lekarza Kim Sa Bu, który niegdyś był określany jednym z najlepszych chirurgów w kraju i pracował w dużym szpitalu w Seulu, ale u szczytu swojej kariery nagle zniknął i przeniósł się do podrzędnego ośrodka w małej, niemal wiejskiej miejscowości. Yoon Seo Jung jest pełną pasji lekarką, którą wciąż prześladuje błąd z jej przeszłości, natomiast Kang Dong Joo to ambitny chirurg wywodzący się z biednej rodziny, który goni za sukcesem, poświęcając przy tym swoje ideały. Kiedy Dong Joo i Seo Jung spotykają Kim Sa Bu, ich życie oraz poglądy ulegają zmianie.


Romantic Doctor Teacher Kim jest nie tylko jedną z moich ulubionych dram, jakie obejrzałam w tym roku, ale także najlepszą dramą medyczną, jaką miałam okazję do tej pory obejrzeć. Jako studentka na trzecim roku medycyny już dostrzegam u siebie pewne zboczenie zawodowe i w wielu dramach medycznych wyłapuję podstawowe błędy, które mnie irytują, natomiast Romantic Doctor Teacher Kim w sposób realistyczny pokazuje pracę lekarzy, przywiązując wagę do nawet najdrobniejszych detali i przedstawiając przypadki, które są spotykane najczęściej w życiu codziennym, jednocześnie pozostając fascynującym, wciągającym serialem. Jednak to, co najbardziej ujęło mnie w tej dramie, to pytanie co to znaczy być dobrym lekarzem?, które przewijało się w każdym odcinku. Mogłoby się wydawać, że odpowiedź jest prosta, ale Romantic Doctor Teacher Kim pokazuje, że nie ma dobrego ani złego rozwiązania tej zagadki, że każdy ma swoją własną definicję dobrego doktora i choć mogą one być ze sobą sprzeczne, nie oznacza to, że któraś z nich jest niewłaściwa. Ten tytuł w niesamowity sposób ukazuje dylematy moralne, a także wyrzuty ciążące na lekarskim sumieniu i pod tym względem jest to ogromnie inspirująca historia. Nie mogę też nie wspomnieć o bohaterach, aktorzy wykonali kawał świetnej roboty. Han Seok Kyu błyszczy w roli niejednoznacznego Kim Sa Bu, a Dong Joo i Seo Jung są moim ukochanym OTP, nawet jeśli ich wątek romantyczny dostawał zaledwie kilka minut i to nie w każdym odcinku, między nimi tak iskrzy, że nie można od nich odwrócić wzroku. Uwielbiam także wszystkich drugoplanowych bohaterów i jestem przeszczęśliwa, że Romantic Doctor Teacher Kim powraca z drugim sezonem na początku stycznia, choć zabraknie w nim Dong Joo i Seo Jung. 




Put Your Head on My Shoulder

Muszę się przyznać, że długo wahałam się pomiędzy Put Your Head on My Shoulder a Le Coup de Foudre. Okazało się bowiem, że Chińczycy są mistrzami realnych, uroczych historii coming of age o pierwszej miłości z czasów liceum/college'u i zakochałam się w tym gatunku, właściwie nałogowo oglądam obecnie podobne dramy. Ale o ile Le Coup de Foudre ma genialny początek (z czasem niestety widać spadek poziomu) i pięknie przedstawia relacje rodzinne, o tyle Put Your Head on My Shoulder trzyma wysoki poziom od początku do końca i jest pierwszą chińską produkcją, która tak bardzo mnie zauroczyła. Put Your Head on My Shoulder przedstawia historię Si Tu Mo, studentki księgowości i Gu Wei Yi, genialnego studenta fizyki. Powoli zbliża się moment ukończenia studiów, ale Si Tu Mo wciąż waha się, jaką ścieżkę kariery powinna wybrać. W wyniku rodzinnych zawirowań Si Tu Mo i Gu Wei Yi zostają współlokatorami i tak zaczyna się ich historia miłosna.


Po opisie mogłoby się wydawać, że historia przedstawiona w Put Your Head on My Shoulder jest zbyt prosta, a przez to nudna, jednak nie moglibyście być w większym błędzie! Według mnie prostolinijność i naturalność fabuły są największym atutem tej dramy, która jest lekka w odbiorze, zabawna i przeurocza. Wiele seriali z bardziej skomplikowanymi zapowiedziami popada w rutynę i bardzo się dłuży w środku serii, ale to nie ma miejsca w Put Your Head on My Shoulder. Cieszę się, że scenarzyści nie starali się na siłę wprowadzić nadmiernego dramatyzmu, a wiernie trzymali się początkowych założeń, dzięki czemu podczas oglądania tej dramy uśmiech nie schodził mi z twarzy, a przyjemne ciepło wypełniało moje serducho. Si Tu Mo i Gu Wei Yi są pod wieloma względami przeciwieństwami; ona jest otwarta, niezależna, twardo stąpa po ziemi, podczas gdy on jest nieśmiałym, cichym i odrobinę dziwnym nerdem, ale wspierają się niezależnie od wszystkiego, zwłaszcza jeśli chodzi o spełnianie marzeń, których nikt inny nie popiera. Może nie ma tutaj zbyt wielu ekscytujących zwrotów akcji, jednak jest to serial z gatunku feel good, idealny do obejrzenia, kiedy potrzebujecie trochę słodyczy i radości w swoim życiu.




The Legends

The Legends to drama, którą zaczęłam oglądać zupełnie spontanicznie, potrzebowałam przerywnika podczas nauki do poprawki z biochemii, a chińskie produkcje ogląda mi się najlepiej w momencie, w którym mam najwięcej nauki. The Legends przedstawia dzieje Lu Zhao Yao, która jest wychowywana przez dziadka w górach w odcięciu od reszty świata. Jest niezwykle ciekawską, radosną dziewczyną, aż pewnego dnia spotyka Luo Ming Xuan, który ma ogromny wpływ na jej rozwój. Kiedy jednak słowa mężczyzny okazują się być kłamstwem, jego zdrada popycha Zhao Yao do zbudowania własnej demonicznej sekty Wan Lu. Staje na jej czele jako potężna, nieprzejednana przywódczyni. Podczas próby zdobycia legendarnego miecza Wan Jun, Zhao Yao wpada w pułapkę. Kobieta jest przekonana, że za zdradą stoi Mo Qing, strażnik w jej sekcie, a jednocześnie jeden z jej najbliższych sojuszników, który po domniemanej śmierci Zhao Yao przejął władzę w sekcie Wan Lu i prowadzi ją jako przywódca pod prawdziwym imieniem – Li Chen Lan. Zhao Yao poprzysięga zemstę na byłym przyjacielu i planuje odzyskać swoją pozycję jako prawowitego władcy.


Już samo pisanie o The Legends sprawia, że jestem podekscytowana! Ta drama jest po prostu EPICKA w każdym tego słowa znaczeniu. Jeżeli szukacie historii, która zawiera idealne połączenie zniewalających elementów fantasy z przyspieszającym bicie serca romansem, zapierające dech w piersi sceny walki, wciągającą, wielowątkową i nieoczywistą fabułę oraz interesujących, silnych bohaterów to nie mogliście trafić więcej; The Legends zawiera wszystkie te elementy, a nawet więcej. Według mnie największą zaletą tego serialu jest jego główna bohaterka – Lu Zhao Yao, która jest silna, nieustraszona, charyzmatyczna i jest super badass, a także stanowi doskonały materiał na girl crush. Przed nikim się nie kłania, sięga po to, czego pragnie, nie przejmując się opiniami innych, a chociaż jej działania potrafią być bezwzględne i okrutne, jest przy tym sprawiedliwa. Lu Zhao Yao przechodzi powolną przemianę na przestrzeni kolejnych odcinków: na początku jest radosną, młodą dziewczyną, która pod wpływem zdrady przeistacza się w potężną, nadzwyczajną przywódczynię demonicznej sekty, aż wreszcie dojrzewa jako kobieta, wycisza swój gniew, ale nie traci przy tym swojej ikry. Zupełnie straciłam głowę także dla Li Chen Lana, czyli naszego głównego bohatera, który na początku serialu jest nieśmiałym, cichym chłopcem zakochanym w Zhao Yao po tym, jak uratowała mu życie. Li Chen Lan z czasem staje się kompetentnym przywódcą po stracie Zhao Yao, jest pewny siebie, błyskotliwy i silny. Choć wydaje się, że jest surowy i chłodny, w rzeczywistości ma dobre serce, a przy swojej zamienia się w totalnie zakochanego szczeniaczka. Razem tworzą power couple, której brakowało mi w dramalandzie! Wydaje się, że Chen Lan i Zhao Yao stanowią swoje przeciwieństwa, ale w rzeczywistości cudownie się uzupełniają jak dwa puzzle i choć cały świat zdaje się nie rozumieć kierujących nimi pobudek, oni dostrzegają swoje prawdziwe oblicza i tworzą niezniszczalną drużynę. Ich uczucie jest widoczne nawet w wymienianych przed nich spojrzeniach, są tak cudowni, że aż brakuje mi słów, by opisać głębię łączącej ich więzi. Koniecznie musicie sami obejrzeć The Legends, by przekonać się, jak genialna jest ta drama!




Extraordinary You

Extraordinary You omal nie tylko nie znalazło się na liście moich ulubionych seriali 2019, ale także na mojej liście do obejrzenia w ogóle. Szczerze mówiąc, zupełnie nie ciągnęło mnie do tego tytułu, lecz choć Extraordinary You nie zjednało sobie koreańskiej publiczności, to już międzynarodowi widzowie zupełnie stracili głowę dla tej historii, więc byłam ciekawa, co wywołało takie poruszenie i przyczyniło się do wysokich ocen. Naszą główną bohaterką jest Eun Dan Oh, osiemnastoletnia uczennica liceum, która pochodzi z bogatej rodziny i cierpi na nieuleczalną chorobę serca. Pewnego dnia Eun Dan Oh uświadamia sobie, że jest tak naprawdę postacią z komiksu; w dodatku nie odgrywa ważnej roli, a jest trzecioplanową postacią. Dziewczyna nie ma jednak zamiaru posłusznie zaakceptować losu, jaki przeznaczył jej autor komiksu. Planuje zmienić swoją teraźniejszość i do tego celu wybiera Numer 13 – bohater tak mało ważny dla fabuły webtoona, że nie dostał swojego imienia. 


Mam pełną świadomość tego, że pod wieloma względami Extraordinary You nie jest dobrą dramą. Zakończenie jest bardzo otwarte, wiele wątków nie zostało wyjaśnionych, a były one dość kluczowe dla fabuły, jest tyle dziur w tej historii, że aż trudno jest mi w to uwierzyć, niektórzy bohaterowie są zupełnie pozbawieni charakteru (patrzę na ciebie, Haru!), a w drugiej połowie serialu w kółko powtarzany jest ten sam schemat w kolejnych scenach, ale... Jak ja się świetnie przy tej dramie bawiłam! Zwłaszcza w pierwszej połowie Extraordinary You było genialne. Cały zamysł na fabułę jest niezwykle oryginalny i oczarował mnie już od pierwszych minut, a scenarzyści genialnie bawili się konwencją, podśmiewając się ze standardowych klisz stosowanych we wszystkich koreańskich komediach romantycznych. Uwielbiam tę lekką autoironię, w ogóle humor i cały klimat w Extraordinary You jest świetny, jednak równie mocno jestem zachwycona popisem aktorskim – zwłaszcza jeśli chodzi o Lee Jae Wook'a, który wcielił się w rolę bardzo niejednoznacznego Baek Kyunga, którego jednocześnie się kocha i nienawidzi. Eun Dan Oh na początku była pewną siebie, silną bohaterką, która wiedziała, czego pragnie i dążyła do tego za wszelką cenę, dlatego szkoda, że w drugiej części Extraordinary You jej rola została sprowadzona do zakochanej nastolatki, dla której obiekt westchnień był ważniejszy od jej własnego życia (dosłownie). Jednak urok tej dramy polega na tym, że chociaż widzę te wszystkie wady, błędy i potknięcia, to zupełnie nie zwracam na nie uwagi i po prostu cieszę się oglądaniem. Extraordinary You sprawiało mi taką radość i przyjemność, że nie wyobrażam sobie, że mogłoby zabraknąć tego tytułu w moim podsumowaniu. A, no i zakochałam się w Rowoonie. Jest tak piękny, że to wręcz niemożliwe. 




Hotel del Luna

Hotel del Luna to jeden z najgorętszych i najbardziej wyczekiwanych tytułów 2019 roku. Byłam bardzo ciekawa, jak po Hwayugi (dramie z najbardziej zmarnowanym, ogromnym potencjałem) wypadną sławne scenarzystki-siostry Hong, a IU w głównej roli tylko upewniła mnie w przekonaniu, że ten serial po prostu muszę obejrzeć. Nie chciałam jednak nastawiać się zbyt pozytywnie, aby znowu się nie rozczarować, lecz tym razem siostry Hong naprawiły wszystko to, co zepsuły w Hwayugi, oferując nam przepiękną historię Jang Man Wol, która od ponad tysiąca lat jest właścicielką Hotelu Del Luna – miejsca, do którego trafiają jedynie duchy, zanim przeprawią się na drugą stronę. Jang Man Wol została związana z hotelem za karę z powodu swoich błędów w przeszłości, a lata spełnione w samotności sprawiły, że stała się zgorzkniałą, okrutną i chciwą istotą znajdującą się na granicy życia i śmierci. Goo Chan Sung jest z kolei zwykłym człowiekiem, który na skutek nieszczęśliwego zrządzenia losu zostaje managerem w tym wyjątkowym miejscu.


Hotel del Luna to moja ulubiona drama tego roku i, jeśli mam być szczera, nie miała żadnej konkurencji. Ten serial oczarowuje widza już od pierwszej minuty, bezpowrotnie wciąga w swój fascynujący, wyjątkowy, fantastyczny świat i nie wypuszcza nawet po obejrzeniu ostatniej sceny. Mijały tygodnie, a ja wciąż byłam w stanie myśleć tylko o tej dramie, o jej bohaterach i ich losach. Każdy kolejny odcinek Hotelu del Luna jest jeszcze lepszy od poprzedniego; wydawało mi się, że to wręcz niemożliwe, aby serial podbijał sobie coraz wyżej poprzeczkę, jednak tak właśnie się działo za każdym razem. To jedna z najpiękniejszych pod względem wizualnym produkcji, jakie widziałam w życiu, po prostu każde ujęcie zachwyca, a fabuła jest tak skomplikowana, wielowątkowa, kreatywna i głęboka, że do tej pory nie mogę wyjść z podziwu nad geniuszem scenarzystek, które ciągle zaskakiwały nas nowymi elementami i zwrotami akcji. Nie spodziewałam się, że Hotel del Luna wzbudzi we mnie tak wiele emocji, ale od dziesiątego odcinka aż do szesnastego płakałam niemal bez przerwy, nie mogąc opanować wzruszenia. Rok 2019 jest bez wątpienia rokiem silnych kobiet, a IU w roli Jang Man Wol jest bezkonkurencyjna. To jedna z najbardziej specyficznych, a jednocześnie złożonych postaci, z jakimi do tej pory się zetknęłam, a jej rozwój i wewnętrzna przemiana zachwycają. W dużej mierze to właśnie IU dźwigała całą produkcję na swoich barkach i zrobiła to w brawurowy sposób. Natomiast OST jest według mnie najpiękniejszą ścieżką dźwiękową tego roku. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to romans między głównymi bohaterami; niestety, nie czułam żadnej chemii, a Goo Chan Sung był mi obojętny, na szczęście wątek ten odgrywa niewielką rolę w całej historii Jang Man Wol. Hotel del Luna to opowieść przede wszystkim o odpuszczaniu przeszłych win i przebaczaniu i jest swego rodzaju katharsis nie tylko dla głównej bohaterki, ale także dla widzów.
0 Czytaj dalej »

sobota, 4 stycznia 2020

TOP5: Najlepsze książki 2019 roku

0

W 2019 roku przeczytałam 40 książek i w moim odczuciu jest to całkiem dobry wynik (zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę moje marne 28 tytułów z poprzedniego roku); ani dużo, ani mało, a ostatnio z coraz większą chęcią sięgam po powieści, więc wydaje mi się, że jestem na dobrej drodze. Cieszy mnie również fakt, że coraz odważniej wybieram kolejne powieści z gatunków, z którymi wcześniej nie miałam wiele wspólnego. Przeczytałam swoją pierwszą książkę non-fiction, a także thriller, pod koniec roku zabrałam się też za nagrodzone Pultizerem Światło, którego nie widać oraz Szczygła (choć tutaj jestem jeszcze w połowie – na pewno dokończę, choć podejrzewam, że uda mi się to dopiero po sesji zimowej). Martwi mnie to, że jest coraz mniej powieści z gatunku young adult, którym udało się mnie zainteresować, ale jednocześnie zakochuję się ponownie w literaturze pięknej i historycznej. Jestem bardzo ciekawa, jakie tytuły przyniesie przyszły rok, lecz nie czuję dłużej presji, by czytać dużo i być na czasie z trendami YA. Każdy rok przynosi zmiany i myślę, że dalej dojrzewam jako czytelnik. 

Magia Cierni

Magia Cierni to dla mnie jedno z największych zaskoczeń tego roku. Kiedy zaczynałam czytać tę książkę, spodziewałam się czegoś zupełnie odmiennego i już na wstępie zostałam zaskoczona klimatem historii, a im głębiej brnęłam w fabułę, tym bardziej byłam zafascynowana światem stworzonym przez Margaret Rogerson. Magia cierni nie ucieka zupełnie od szablonowości, ale autorce udaje się nadać schematom ekscytujący wydźwięk, tchnęła w znane szablony nowe życie za pomocą czarujących postaci, finezyjnego, eleganckiego stylu pisania i kunsztownie wykreowanych wątków splatających się w niezwykle wciągającą, pełną wdzięku historię, która przyprawia o dreszcz zachwytu. Nie chciałam, żeby ta książka kiedykolwiek się kończyła; mogłaby mieć tysiąc stron, a dla mnie to i tak byłoby za mało, bo pragnęłam zostać w świecie Magii cierni już na zawsze!


Niedźwiedź i Słowik

Niedźwiedź i Słowik to drugie ogromne zaskoczenie tego roku. Nie miałam w planach tej książki, ale cała trylogia była wielokrotnie wspominana i wychwalana na zagranicznym bookstagramie, więc w końcu się złamałam i postanowiłam sięgnąć po historię Wasilisy... i zupełnie dla niej przepadłam. Podczas czytania miałam wrażenie, jakbym przeniosła się w czasie do swojego dzieciństwa, skryła pod cieplutkim kocem i słuchała baśni czytanej mi na dobranoc, a jednocześnie Niedźwiedź i Słowik nie jest powieścią dla dzieci. Po prostu sposób, w jaki ta książka rzuca na czytelnika czar, to zaintrygowanie niewiarygodną historią rozgrywającą się przed moimi oczami i na wpół rzeczywisty, a na wpół liryczny świat średniowiecznej Rusi przypomniał mi czasy dziecięcej, niezmordowanej ciekawość. Jestem zafascynowana rosyjskim folklorem, którego jest pełno w Niedźwiedziu i Słowiku, gdzie jawa styka się ze snem, a czary pozostają czymś prostym, a przez to jeszcze bardziej niezwykłym. Choćby dla tego niesamowitego, zimowego klimatu powinniście sięgnąć po Niedźwiedzia i Słowika, bo jest to historia jedyna w swoim rodzaju, niezwykła.


Szare śniegi Syberii

Szare śniegi Syberii to książka, na którą natrafiłam zupełnie przypadkowo kilka lat temu i od tamtej pory chciałam ją przeczytać, ale była swego rodzaju białym krukiem na naszym rynku i trudno było ją zdobyć. Na szczęście dzięki filmowi (którego wciąż nie widziałam, wstyd!) doszło do wznowienia, a ja mogłam się cieszyć własnym egzemplarzem Szarych śniegów Syberii. Od razu zakochałam się w twórczości Ruty Sepetys i zamówiłam jej dwie pozostałe książki; autorka porusza w swoich książkach niezwykle ważne tematy, a choć przedstawiona w tej powieści historia jest wstrząsająca, Ruta Sepetys przedstawia ją w delikatny, przepełniony zarówno cierpieniem, jak i nadzieją sposób. Szare śniegi Syberii są skierowane do młodzieży, jednak jest to książka z rodzaju tych, które powinien przeczytać każdy. Niesie ze sobą piękne emocje, głębokie przeżycia i naukę, o której nie można zapomnieć.

Nasze życzenie

Nasze życzenie to przepiękna, wzruszająca historia, która sprawiła, że nie mogłam powstrzymać łez i jednocześnie przypomniała mi, za co kocham literaturę New Adult. Od dawna nie trafiłam na równie emocjonalną, wartościową lekturę, która w tak cudowny sposób ukazałaby nie tylko głębię miłości, ale także wewnętrzną przemianę, jaka może zajść w każdym człowieku. Nasze życzenie jednocześnie niszczy i spaja, rozbija serce na miliony kawałeczków, by skleić je na nowo, zadaje czytelnikowi ból, lecz napełnia także nadzieją i ciepłem. Wykorzystuje znany w New Adult motyw muzyki, jednak nigdy nie spotkałam się z równie zjawiskowym i oryginalnym przedstawieniem tego wątku. Do tej pory książki Tillie Cole średnio mi się podobały, ale Nasze życzenie to prawdziwy majstersztyk, który gra na emocjach i wyciąga z nas to, co jest w nas najlepszego.


Pozłacane wilki

Walka o pierwsze miejsce była naprawdę wyrównana, ale ostatecznie to Pozłacane wilki zostały moją ulubioną powieścią 2019 roku. Nasze życzenie jest cudowne, jednak Pozłacane wilki mają jedną, ogromną przewagę – przeczytałam tę książkę w lutym, a mimo to wciąż nie mogę przestać o niej myśleć, łapię się na tym, że w zupełnie niespodziewanych momentach powracam pamięcią do wydarzeń z tej niezwykłej historii, przypominam sobie kolejne zapierające dech w piersiach sceny i zastanawiam się, jak dalej potoczą się losy moich ukochanych bohaterów. Sam fakt, że mimo upływu czasu, wciąż żyję tą opowieścią, świadczy o tym, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie lektura Pozłacanych wilków. Styl pisania Roshani Chokshi jest przepiękny – tak lekki, poetycki, delektowałam się każdym pojedynczym słowem, zauroczona sposobem, w jaki autorka widzi i opisuje rzeczywistość. Zakochałam się również w różnorodności i wielowymiarowości bohaterów wykreowanych przez Chokshi, w skomplikowanym świecie, który z każdą kartką nabierał kształtów i wciągał mnie coraz głębiej, w wielowątkowej fabule, która w idealnych proporcjach łączy w sobie akcję, intrygi i przyjaźń. Moja ulubiona powieść tego roku, która zdecydowanie zasługuje na więcej waszej miłości 
Czytaj dalej »

środa, 1 stycznia 2020

Kpop w 2019 roku

0


Rok 2019 powoli dobiega końca, a choć do tej pory nie publikowałam podobnych, muzycznych podsumowań, przez ostatnie dwanaście miesięcy wydarzyło się tak wiele w kpopie, że czułam potrzebę napisania podobnego przeglądu, żeby trochę uporządkować moje myśli, a także dać wam szansę na bliższe zaznajomienie się z zespołami, które być może wam umknęły w natłoku nowych piosenek zalewających rynek każdego dnia. Pod względem muzycznym jestem bardzo zadowolona z 2019 roku, ponieważ zaczęłam szukać nowych doznań i znalazłam naprawdę sporo grup oraz piosenek, które mnie zachwyciły. Mam nadzieję, że w przyszłym roku dalej będę tak odważnie sięgać poza swoją strefę komfortu. Tymczasem muszę się pochwalić – jadę nie na jeden, a na aż dwa koncerty w marcu! ATEEZ przyjeżdża do Warszawy, więc nie mogłam nie skorzystać z takiej okazji, udało mi się też zdobyć bilety na koncert SEVENTEEN w Berlinie; dla tych, którzy nie wiedzą, jest to mój drugi ulubiony zespół zaraz po BTS, więc jestem przeszczęśliwa i nie mogłam opanować łez szczęścia, kiedy bilety trafiły na mojego maila <3 Moje urodziny wypadają w marcu, więc sprawiłam sobie najlepszy możliwy prezent (chociaż mój portfel płacze... xD).
UWAGA: kolejność na liście nie jest przypadkowa. Zespoły i piosenki są ustawione w kolejności od 5 do 1 miejsca z wyjątkiem piosenek boybandów, gdzie nie mogłam się ograniczyć tylko do pięciu tytułów bo to nierealne i tam miejsca są ustawione od 7 do 1.


NAJLEPSZE DEBIUTY

Co roku w Korei Południowej debiutuje wiele zespołów i solistów, ale mam wrażenie, że w tym roku walka o tytuł Rookie of the Year na końcoworocznych galach nagród jest jeszcze bardziej zacięta niż zazwyczaj, zwłaszcza w kategorii boybandów. Ogólnie w 2019 roku zadebiutowało: 29 zespołów i 34 solistów (jeśli wierzyć Wikipedii, ale już znalazłam jeden czy dwa zespoły, które nie znalazły się na ich liście, więc prawdopodobnie te liczby powinny być większe). Wybór pięciu najlepszych debiutantów jest w takiej sytuacji niezwykle trudny, ale ostatecznie tak wygląda mój wybór:

HINAPIA
TXT
AB6IX
X1
ONEUS

BEST SOLO/DUET SONGS

Lee Jinhyuk – I like it


Lee Jinhyuk to tegoroczny uczestnik programu Produce X 101, który dosłownie w ostatniej chwili stracił szansę na debiut w X1 (#justiceforLeeJinhyukSongYuvinandBaekJin), ale chyba wyszło mu to na dobre w ostatecznym rozrachunku. Mocno trzymałam za niego kciuki, dlatego jestem szczęśliwa, że zdobył zasłużoną popularność i miał szansę zadebiutować jako solista. Ciężko od niego odwrócić wzrok, a I like it to hiphopowy utwór, który jest jednak tak sprytnie skonstruowany, że każdemu powinien się spodobać, nawet osobom, które na co dzień nie słuchają tego gatunku.

Chungha – Snapping


Nie jest to największy hit tej piosenkarki, która wybiła się dzięki Gotta Go, ale Snapping o wiele bardziej mnie urzekło. Intensywna, uwodzicielska melodia w połączeniu z czystością głosu i powalającą charyzmą Chunghy tworzą zabójcze połączenie, któremu nie można się oprzeć.

KANG DANIEL – Touchin'


Kang Daniel długo miał pod górkę, ale wreszcie powrócił jako solista po rozpadzie Wanna One i każda jego kolejna piosenka jest jeszcze lepsza od poprzedniej! Touchin' to jego najnowszy utwór. Co prawda przy pierwszym przesłuchaniu nie byłam zachwycona, jednak z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz bardziej się do niej przekonywałam. Wyraźnie widać, że Kang Daniel ma swoją wizję jako muzyk i konsekwentnie ją realizuje, a ja wspieram go całym serduchem.

IU – Blueming


Jestem ogromną fanką IU jako aktorki i generalnie uwielbiam także jej głos, ale do tej pory nie wypuściła zbyt wielu piosenek, w których byłabym w stanie się zakochać. Aż wypuściła na rynek Blueming. Uwielbiam lekką, radosną melodię, jednak najbardziej w tej piosence urzekły mnie słowa, ponieważ ukazują one geniusz IU jako pisarki. Jej metafory są tak kreatywne, nieoczywiste, a zarazem piękne, że trudno jest się nie zachwycić tym, jak bardzo jest zdolna. 

AKMU – How can I love the heartbreak, you're the one I love


How can I love the heartbreak, you're the one I love jest jedyną balladą na tej liście, ale w pełni zasługuje na pierwsze miejsce w kategorii. AKMU wróciło po ponad dwuletniej przerwie i zrobili to w wielkim stylu, to zdecydowanie najpiękniejszy utwór, jaki usłyszałam w tym roku. Ten duet to nie tylko muzycy, ale przede wszystkim artyści. How can I love the heartbreak, you're the one I love jest prawdziwą ucztą dla uszu i dla duszy. Zamknijcie oczy i po prostu słuchajcie. 

BEST GIRLSBAND SONGS

ITZY – ICY


ITZY to zespół, który zadebiutował w tym roku, ale o ile ich Dalla Dalla nie przypadło mi do gustu, o tyle ICY naprawdę mi się spodobało. Co prawda uważam, że na południowokoreańskim rynku muzycznym jest o wiele więcej żeńskich grup z lepszymi wokalami, tancerzami i raperami, ale JYP Entertainment wie, jak rozpromować swoje girlsbandy i jaką muzykę dla nich stworzyć, aby trafić do szerszej publiczności. ICY jest jedną z tych piosenek, które ciężko wyrzucić z głowy, nawet jeśli tekst nie jest zbyt ambitny. Po prostu dobrze się jej słucha i to daje efekty.

HINAPIA – Drip


HINAPIA to grupa, która została utworzona po rozpadnięciu się innego żeńskiego zespołu (PRISTIN). O ile zupełnie nie interesowałam się PRISTIN, o tyle HINAPIA rozkochała mnie już swoim debiutem; po pierwsze, jestem ogromną fanką konceptu girl crush. Podczas gdy większość żeńskich grup z Korei skłania się ku słodkiemu, niewinnemu wizerunkowi, HINAPIA oferuje świeżość dzięki silniejszemu image'owi. Po drugie, cały teledysk jest savage af jeśli zna się historię stojącą za utworzeniu zespołu i uwielbiam fakt, że dziewczyny nie powstrzymywały się przed wizualnym oskarżeniem skierowanym w stronę ich poprzedniej wytwórni. Drip pokazuje, jak ogromny potencjał tkwi w tym zespole i mam nadzieję, że będą się dalej tak świetnie rozwijać.

CLC – Devil


CLC to moje żeńskie odkrycie tego roku. Dziewczyny zadebiutowały już w 2015 roku, ale aż do tej pory nie słuchałam ich muzyki; najpierw przez przypadek natrafiłam na Hobgoblin sprzed dwóch lat, a później usłyszałam Devil i kompletnie przepadłam dla tego zespołu! Linia melodyczna jest bardzo prosta, to głosy CLC wybijają się na pierwszy plan, uzupełniając całą piosenkę. W ogóle ta grupa ma wyjątkowy koncept, jeśli chodzi o girlsbandy i to mnie ujęło w przypadku tego zespołu.

BLACKPINK – Kill This Love


BLACKPINK (niestety) zawsze każą długo czekać na swój powrót z nową muzyką, ale tym razem warto było uzbroić się w cierpliwość. Przesłuchałam Kill this love nieskończoną ilość razy, ta piosenka sprawia, że czuję się jak prawdziwy badass i to uczucie jest genialne, w dodatku pod względem wizualnym ten teledysk nie ma sobie równych, przynajmniej w moim odczuciu. Kill this love nie da się opisać, ucieka poza skalę; po prostu musicie posłuchać tej piosenki, żeby zrozumieć, dlaczego jest taka dobra.

MAMAMOO – Hip


Długo zastanawiałam się, czy moim numerem jeden powinno zostać Hip czy może jednak genialne Kill this love, ale mój wybór padł na MAMAMOO, które cały rok pracowały na ten sukces, a Hip jest nowym krokiem w ich karierze, znacząco odbiegając od poprzedniego brzmienia. Uwielbiam to, jak pewne siebie są dziewczyny w tej piosence, z jaką charyzmą odpowiadają na zarzuty hejterów, pokazując, kto tutaj tak naprawdę rządzi. W tym utworze potencjał MAMAMOO po prostu eksplodował i pokazały, że są prawdziwymi Królowymi przez duże K.

BEST BOYBAND SONGS

ATEEZ – Wonderland


Listę otwieramy najnowszą piosenką ATEEZ. Co prawda minęły dopiero dwa miesiące, ale Wonderland już jest jednym z najczęściej słuchanych przeze mnie utworów i nie mogę się doczekać, aż usłyszę go na żywo w Warszawie! Mam słabość do tak charyzmatycznych, badassowych piosenek, a choć słuchałam ATEEZ już wcześniej to właśnie Wonderland sprawiło, że absolutnie zakochałam się w tych chłopach.

PENTAGON – Humph!


To najbardziej czarująca piosenka w tym zestawieniu. PENTAGON nie jest zespołem, którego słucham regularnie, ale Humph! jest tak urocze, zabawne, a jednocześnie zupełnie na luzie, że nie da się przejść obojętnie obok tego utworu. Nawet moja siostra, która nie przepada za kpopem, uwielbia Humph!, więc myślę, że jest to dość uniwersalna melodia zdolna oczarować każdego. Uwielbiam to, że PENTAGON nie stara się być na siłę cool, a wręcz przeciwnie, bawi się trochę konwencją boybandów i sięga po lekkie nuty, które po prostu wprawiają w dobry nastrój.

X1 – Flash


X1 to zespół, który wspierałam jeszcze przed debiutem i byłam pewna, że kiedy wypuszczą swój pierwszy album, kompletnie stracę dla niego głowę... Flash jest wszystkim, czego od nich oczekiwałam, a nawet czymś więcej. Nie będę ukrywać, że miałam wątpliwości względem kilku członków grupy, ale wszyscy idealnie wpasowali się w koncept przedstawiony we Flash. Jeśli śledzicie mojego instagrama (@booksbygeekgirl), z pewnością widzieliście na story, jak bardzo zachwycona jestem tą piosenką.

TXT – Run Away


TXT to grupa wywodząca się z tej samej wytwórni co BTS, ale aż do czasu Run Away nie słuchałam ich muzyki. Pokochałam ich właśnie dzięki temu utworowi, który uwaga UWAGA, jest inspirowany Harry'm Potterem! Chłopcy nawet wystąpili na scenie w szatach z odpowiednimi domami Hogwartu, do których są przypisani i z różdżkami, więc trudno było nie zakochać się w tych nerdach ;) Koreański tytuł tej piosenki to Czekam na ciebie na Peronie 9 i 3/4, ale nie tylko nawiązania do mojej ukochanej serii zwróciły moją uwagę. Run Away uzależnia. Ten utwór potrafi cały dzień siedzieć w głowie, możesz go przesłuchać milion razy w ciągu doby, a i tak wciąż będzie ci dźwięczał w uszach. Wystarczy, że usłyszę zaledwie kilka pierwszych nut i już nie mogę się powstrzymać od ponownego przesłuchania Run Away.

SEVENTEEN – Hit


To był bardzo pracowity rok dla SEVENTEEN, którzy wypuścili mnóstwo świetnych piosenek i naprawdę ciężko było wybrać tylko jeden utwór, ale najbardziej w głowie utkwiło mi Hit, które odtwarzałam z wręcz zastraszającą częstotliwością. Hit wciąż posiada charakterystyczne dla zespołu dźwięki, ale w dojrzalszej, lepszej niż kiedykolwiek odsłonie. Widać, że chłopcy bardzo się rozwinęli i że nie boją się eksperymentować z tworzoną muzyką, a Hit zalicza się do moich ulubionych piosenek SEVENTEEN i myślę, że jeszcze długo będzie zajmował wysokie miejsce na mojej playliście kpopowych faworytów.

ONEUS – Lit


ONEUS to dla mnie największe miłe zaskoczenie tego roku. Wiedziałam, że taki boyband ma zadebiutować, ale nie zwracałam na nich większej uwagi, dopóki nie usłyszałam Lit. Jest to najczęściej słuchany przeze mnie utwór w tym roku, mimo to do tej pory mi się nie znudził i wciąż bez przerwy go sobie odtwarzam. Lit w niesamowicie ciekawy sposób łączy nowoczesne trendy w muzyce z tradycyjnym, koreańskim brzmieniem i zupełnie przepadłam dla podobnej kompozycji. Aż trudno uwierzyć, że dopiero zaczynają, ich charyzma, pasja i pewność siebie nie mają granic.

BTS – Make it right


Make it right nie jest utworem promującym Map of the Soul: Persona, ale z całej płyty to właśnie ta piosenka pozostaje moją ulubioną. Żaden zespół nie jest w stanie nieść takiego ukojenia jak BTS, którzy już dawno przestali być dla mnie tylko boybandem, są za to przyjaciółmi, na których można liczyć w każdej sytuacji; słucham Make it right za każdym razem, kiedy mam gorszy humor i potrzebuję pocieszenia. Ta piosenka jest jak ulubiony z dzieciństwa, ciepły kocyk, pod którym można się skryć, kiedy wydaje ci się, że cały świat wali ci się na głowę.


BONUS: NAJLEPSZY WYSTĘP


Na koniec zostawiłam najlepsze, prawdziwą wisienkę na torcie – tegoroczny występ BTS na rozdaniu nagród MMA. To prawie 37-minutowe arcydzieło wymagało trzech miesięcy przygotowań, ale absolutnie było warto! BTS są mistrzami performance'u, lecz efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile razy oglądałam już ten filmik, jednak za każdym razem jestem tak samo zszokowana poziomem tego widowiska, kreatywnością i dbałością o detale. mam nadzieję, że nawet jeśli nie jesteście fanami kpopu, to poświęcicie chwilę, by obejrzeć show. To nie jest zwykły występ, to jest sztuka w najczystszej postaci.


Rok 2019 był jednym z najtrudniejszych okresów dla koreańskiej muzyki, choć wiele osób, które powierzchownie interesują się tym tematem, nie zdaje sobie z tego sprawy. Były takie momenty, w których ujawniane afery sprawiały, że nie miałam ochoty dłużej słuchać kpopu, choć sprawia mi on niesamowitą przyjemność. Po prostu świadomość, że ten świat nie jest tak ładny, jak mogłoby się wydawać, całkowicie wstrząsnęła nie tylko mną, ale także milionami innych fanów. Na wierzch wyszło wiele brudów, w tym The Burning Sun gate – największy skandal w dziejach kpopu, który dotyczy wielu piosenkarzy ze znanych boybandów, ale także funkcjonariuszy policji. Wszystko zaczęło się jeszcze w styczniu, kiedy jedna z kobiet pracujących w luksusowym klubie Burning Sun zgłosiła na policję napaść przez klienta. W trakcie śledztwa wyszło na jaw, że klub jest związany z przemytem narkotyków, prostytucją i policyjną korupcją. Seungri, najmłodszy członek znanego zespołu BIGBANG i jeden z dyrektorów klubu, oferował łapówki w postaci usług seksualnych urzędnikom. Szybko okazało się, że skandal ten obejmuje także wielu celebrytów, kiedy Jung Joonyoung, piosenkarz i aktor, został oskarżony o gwałt oraz sekretne filmowanie siebie podczas seksu z partnerkami, które nie wyraziły na to zgody i były nieświadome, że w pomieszczeniu były ukryte kamery. Następnie Jung Joonyoung wysyłał filmiki do chatroomu, któego uczestnikami byli m.in. Yong Junhyung z boybandu Highlight, Choi Jonghoon z zespołu F.T.Island, Lee Jonghyun z zespołu CNBLUE, piosenkarze Roy Kim i Eddy Kim. W Burning Sun skandal zamieszany był nawet Yang Hyunsuk, założyciel jednej z trzech największych wytwórni w Korei Południowej YG Entertainment. Wielu członków boybandów opuściło swoje grupy w atmosferze skandali – B.I. z iKon czy Wonho z MONSTA X, wciąż nie znamy też powodów, dla których Woojin opuścił Stray Kids (#nineornone), a to tylko wierzchołek góry lodowej; to są zespoły, których słucham i dotknęło mnie to osobiście, ale o wiele więcej idoli opuściło swoje zespoły w tym roku. Wyszło na jaw, że grupy uformowane w wyniku programu PRODUCE 101, gdzie widzowie głosowali na swoich faworytów, były tak naprawdę ustawiane, w dawanie łapówek producentowi wykonawczemu było zamieszanych 11 różnych agencji, co miało zapewnić ich uczestnikom lepsze wyniki lub nawet obecność w finałowej grupie. Musieliśmy też pożegnać Sulli, byłą członkinię girlsbandu f(x), która od wielu lat była ofiarą cyberbullyingu oraz Goo Hara, wokalistkę girlsbandu KARA. Chciałabym zakończyć ten post pozytywną nutą, ponieważ kpop jest bliski mojemu sercu i chcę, by jak najwięcej osób zainteresowało się koreańską muzyką, jednak nie mogę ignorować tak ważnych tematów i udawać, że podobne sytuacje nigdy nie miały miejsca, bo wtedy nic się nie zmieni w przemyśle rozrywkowym. Kpop ma swoje blaski, ale ma też cienie, o których nie można zapominać. Mam nadzieję, że 2020 będzie rokiem, w którym dojdzie do wielu zmian w koreańskiej rozrywce, ale także liczę na to, że wszyscy będziemy starać się być bardziej świadomi odnośnie tego, czego słuchamy, co wspieramy i co tak naprawdę kryje się za piękną otoczką. 
Czytaj dalej »

środa, 20 listopada 2019

Łowcy płomienia, czyli powtórka z rozrywki w arabskim wydaniu

0
Łowcy płomienia to książka, która wzięła mnie trochę z zaskoczenia. Była niezwykle popularna w zagranicznej blogosferze, to jeden z najgorętszych debiutów tego roku, ale nie spodziewałam się, że tak szybko ukaże się w Polsce! A to wszystko zasługa Wydawnictwa NieZwykłe, któremu ostatnio bardzo zaczęłam ufać, jeśli chodzi o wydawanie fantastyki young adult, bo dzięki niemu zapoznałam się z kilkoma naprawdę interesującymi tytułami (jak choćby fenomenalna Magia Cierni). Dzisiaj przychodzę do was z recenzją Łowców płomienia – zapraszam, jeśli jesteście ciekawi, o co tyle szumu!

Zafira jest Łowcą. Aby wykarmić swoich ludzi, przebiera się za mężczyznę i rusza na polowanie do przeklętego lasu Arz. Nasir jest Księciem Śmierci. Zabija każdego, kto ma śmiałość przeciwstawić się jego despotycznemu ojcu – królowi.
Gdyby odkryto, że Zafira jest dziewczyną, nikt nie przyjąłby od niej pomocy. Gdyby Nasir okazał komuś łaskę, jego ojciec wymierzyłby mu brutalną karę.
Oboje są już żywą legendą królestwa Arawiyi – chociaż żadne z nich nie chce nią być.
Szykuje się wojna, a mroczny, magiczny las Arz z każdym dniem się rozrasta, rzucając cień na ziemie królestwa. Gdy Zafira wyrusza na poszukiwania zaginionego artefaktu, który jest w stanie przywrócić magię w jej udręczonym świecie, Nasir także otrzymuje od króla zadanie. Ma odnaleźć ten sam artefakt i zabić Łowcę. Jednak w trakcie ich podróży budzi się starożytne zło – a to, za czym oboje podążają, może stanowić większe zagrożenie, niż są w stanie to sobie wyobrazić.
Opis z LubimyCzytać

Łowcy płomienia to książka bardzo nierówna pod względem tempa i jakości. Wprowadzenie do właściwej historii jest niezwykle długie, ponieważ musiałam czekać aż dwieście stron (czyli prawie połowę książki) na pojawienie się akcji. Autorka daje nam czas na zaznajomienie się z bohaterami – Zafirą oraz Nasirem – którzy są jednocześnie narratorami oraz ze światem inspirowanym arabskimi krajami i wierzeniami, jednak według mnie przedstawiona rzeczywistość oraz sytuacje postaci nie są na tyle skomplikowane czy unikatowe, by potrzebny był tak rozległy, nużący wstęp. Miałam trudności, by przebrnąć przez tę pierwszą część powieści, która po prostu mnie męczyła i nudziła. Jedynie piękny styl pisania autorki, który zachwycił mnie od pierwszej strony i ciekawość, jak rozwinie się dalsza część historii, sprawiły, że nie odłożyłam książki na bok. I całe szczęście, bo po dwusetnej stronie moje odczucia zmieniły się o sto osiemdziesiąt stopni! Kiedy tylko akcja nabrała tempa i nareszcie doszło do wyczekiwanego przeze mnie spotkania, nie mogłam się oderwać od Łowców płomienia, powieść nie tylko w końcu mnie wciągnęła, ale także wreszcie poczułam ten arabski, egzotyczny klimat, który jest zdecydowanie jedną z największych zalet tej pozycji. Miałam wrażenie, jakbym znalazła się w samym środku jednej z historii zaczerpniętej prosto z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy, a choć z przyjemnością czytałam o arabskiej kulturze, podziwiając kunsztowny styl pisania autorki, to pędząca do przodu akcja zaabsorbowała mnie bez reszty, sprawiając, że nie miałam chwili na zaczerpnięcie oddechu. Niestety, moja radość nie trwała zbyt długo, bo ostatnich sto stron Łowców płomienia jest tak chaotycznych i pozbawionych logiki, że wciąż się zastanawiam, czy skończyłam czytać właściwą książkę. 

Bohaterowie również bardzo mnie rozczarowali. Zostali nakreśleni bardzo schematycznie, mam wrażenie, jakbym zetknęła się już z Zafirą, Nasirem czy Altairem niezliczoną ilość razy przy okazji innych tytułów. Zafira to typowa bohaterka young adult, która pragnie czegoś więcej, choć sama nie potrafi sprecyzować, co to dokładnie jest, ale choć była stylizowana na silną, waleczną kobietę, dla mnie była tak naprawdę egoistyczną dziewczynką, która nie potrafiła wziąć odpowiedzialności za swoje czyny. Nie potrafiłam zrozumieć kierujących nią pobudek i od początku do końca grała mi na nerwach. O wiele bardziej polubiłam się z Nasirem, choć on jeszcze bardziej wpada w pułapkę schematu – książę, który nie ma kontroli nad własnym losem i zamienia się na rozkaz ojca-tyrana w mordercę oraz bezlitosnego potwora, ale w głębi duszy jest wrażliwy, pełny empatii i nienawidzi tego, kim się stał. Jestem fanką motywu od nienawiści do miłości, ale w przypadku Zafiry i Nasira wątek romantyczny zupełnie mnie do siebie nie przekonał. Altair z kolei to typowy towarzysz księcia; udaje głupszego, bardziej brawurowego i aroganckiego niż jest w rzeczywistości, sypiąc żartami w najmniej odpowiednich momentach, podczas gdy tak naprawdę zbiera informacje, ma mnóstwo szpiegów i za maską przystojnego zawadiaki skrywa poważne plany. Do tej typowej trójki dołącza jeszcze dwójka bohaterów i wspólnie tworzą mało zgraną drużynę, którą łączy kruchy sojusz opierający się o wspólny cel (brzmi znajomo, prawda?). Szczerze mówiąc, żadna z postaci nie wzbudziła we mnie na tyle dużej sympatii, żebym przejmowała się jej losem; było mi zupełnie obojętne, czy ktoś z nich umrze w trakcie heroicznej wyprawy, czy może przeżyje.

Miałam nadzieję, że Łowcy płomienia okażą się niezapomnianą, jedną z najlepszych powieści young adult tego roku, tymczasem jestem mocno rozczarowana lekturą. Widzę potencjał, jaki drzemał w tej historii i zdarzały się naprawdę dobre, intrygujące momenty, podobał mi się arabski klimat, a styl pisania Hafsah Faizal mnie oczarował, jednak to za mało, abym mogła wam polecić tę książkę z czystym sumieniem. Myślę, że jeśli lubicie egzotyczny świat przedstawiony z ciekawą kulturą, motyw od wrogów do kochanków i popularne wątki to Łowcy płomienia mogą wam się spodobać, ale dla mnie było tutaj zbyt dużo odtwórczości, podczas gdy szukałam oryginalnych wrażeń.


Duologia Sands of Arawiya:
Łowcy płomienia // We Free the Stars
Czytaj dalej »

środa, 2 października 2019

Posłaniec Burzy, czyli czas ratować świat przed podstępnym bogiem śmierci z mitologii Majów

0
Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam mitologię! Już od dziecka byłam zafascynowana historiami pochodzącymi ze starożytnego Egiptu, Grecji czy Rzymu, a powieści oparte na mitach tylko jeszcze bardziej rozpalały moją ciekawość. Wśród autorów podobnych książek niedoścignionym numerem jeden pozostawał dla mnie Rick Riordan, ale z czasem zaczęłam się także interesować mitologią azjatycką i niesamowicie cieszę się, że powstała seria Rick Riordan przedstawia, dzięki której mam szansę poznawać kulturę z zupełnie nowych zakątków świata. O legendach Majów nie wiedziałam zupełnie nic, dlatego byłam tym bardziej podekscytowana faktem, że mogę przeczytać Posłańca Burzy.

Zane Obispo spędza niemal każdy dzień na badaniu wulkanu drzemiącego za jego domem. Wulkan, zwany przez niego „Bestią”, to jedyne miejsce, w którym chłopiec może się schronić przed innymi dzieciakami – często się z niego naśmiewają, bo Zane kuleje i musi chodzić o lasce.
Pewnego dnia w kraterze Bestii rozbija się dwusilnikowy samolot, a wkrótce potem Zane’a zaczepia tajemnicza dziewczyna o imieniu Brooks. Chce, by chłopak spotkał się z nią na osobności – zdradzi mu wówczas straszliwą tajemnicę. Zane godzi się, choć głównie dlatego że śliczne dziewczęta zwykle się do niego nie odzywają… Brooks wyjawia mu, że wulkan jest w rzeczywistości istniejącym od stuleci więzieniem boga śmierci Majów, którego los jest bezpośrednio związany z przeznaczeniem Zane’a.
„Co za bzdury”, myśli Zane. Jest przecież tylko lekceważonym przez wszystkich trzynastolatkiem i nieważne, jakie jest jego przeznaczenie – on, Zane, nie chce mieć z tym nic wspólnego, zwłaszcza jeśli ma to związek z jakimś bogiem śmierci. Ale Brooks otwiera mu oczy: magia, potwory i bogowie naprawdę istnieją, a według pradawnej przepowiedni, głoszącej zniszczenie świata, Zane ma do odegrania ważną rolę. Uwikłany w sieć niebezpiecznych tajemnic chłopiec wyrusza na wyprawę, która zabierze go daleko od domu i wystawi na ciężkie próby.
Opis z LubimyCzytać

Posłaniec Burzy jest to powieść skierowana raczej do młodszych, lecz gwarantuję, że dorośli także nie będą się przy niej nudzić! Ta historia jest przepełniona zaskakującymi zwrotami akcji, subtelnym humorem oraz pięknymi wartościami, które trafią do czytelnika w każdym wieku. Różnorodność, jaka panuje w tej książce, od razu mnie w sobie rozkochała; autorka sięgnęła nie tylko po raczej mało znane w naszej części świata wierzenia Majów, ale także przemyca elementy kultury latynoskiej czy pokazuje, że niepełnosprawność lub odmienność nie oznacza, że ktoś jest gorszy. Myślę, że właśnie to przesłanie sprawia, iż Posłaniec Burzy jest tak wartościową lekturą – pośród wszystkich zawirowań związanych z pradawną przepowiednią, podstępnymi magami, przerażającymi demonami i próbami ratowania świata przed nieuchronną zagładą z rąk boga śmierci J.C. Cervantes zwraca uwagę czytelnika na kwestię tolerancji i tego, że inność, postrzegana przez społeczeństwo jako wada, może się w rzeczywistości okazać największą zaletą. Krótsza noga Zane'a sprawia, że chłopak znacząco kuśtyka, przez co spotyka się z szykanami ze strony swoich rówieśników, tymczasem wychodzi na jaw, że jego niepełnosprawność jest tak naprawdę oznaką jego boskiego pochodzenia i źródłem jego uśpionych mocy. Sam bohater ma niskie poczucie własnej wartości, marzy jedynie o tym, by wtopić się w tłum, ale z czasem zaczyna akceptować siebie takim, jakim jest i myślę, że J. C. Cervantes daje młodym czytelnikom naprawdę piękną lekcję tolerancji.

Moim głównym zarzutem względem Posłańca Burzy jest nierównomiernie rozłożona akcja. Pierwsza połowa książki charakteryzowała się powolnym tempem i o ile byłabym w stanie przymknąć na to oko, gdyby nieśpieszny początek wynikał z wprowadzenia nas w mitologię, o tyle w przypadku Posłańca Burzy po prostu niewiele się dzieje, przez co kilkaset stron wypada mało atrakcyjnie, wręcz nużąco. Z kolei druga połowa historii była już wypełniona niezliczonymi, zadziwiającymi wydarzeniami, pojawia się wiele nowych, ciekawych bohaterów, przeszkody na drodze Zane'a Obsipio tylko się na siebie nawarstwiają, a poznane odpowiedzi prowadzą do kolejnych pytań i tajemnic. Dopiero po dwusetnej stronie Posłaniec Burzy wciągnął mnie w swoją magiczną rzeczywistość i wydaje mi się, że gdyby tempo powieści zostało lepiej zrównoważone, całość wypadłaby lepiej. Jestem natomiast oczarowana tym, jak zostały przedstawione wierzenia Majów i choć autorka nie szczędziła informacji na ten temat, wciąż czuję niedosyt, bo byłam tak zafascynowana kulturą Majów, że najchętniej nie przestawałabym o niej czytać! Nie miałam pojęcia, że te legendy są tak bogate – bogowie i bogurodzeni to zaledwie wierzchołek góry lodowej, oprócz nich występuję też zmiennokształtni, olbrzymy, czarownicy, wróżbici czy demony, a napojem bogów okazuje się być gorąca czekolada!

Posłaniec Burzy to książka, która łączy w sobie nieziemską przygodę, ważne wartości, błyskotliwy humor i wiedzę o intrygującej kulturze Majów. Myślę, że każdy czytelnik, niezależnie od wieku, znajdzie w tej powieści coś dla siebie, bowiem jest to historia, która zarówno bawi, jak i uczy. Magiczny, mityczny świat w Posłańcu Burzy ma tak wiele do zaoferowania, że koniecznie musicie się w nim zagłębić i lepiej go poznać! Czuję, że J.C. Cervantes skrywa jeszcze wiele asów w rękawie, którymi zaskoczy nas w następnej części i już nie mogę się doczekać, aby poznać kontynuację losów Zane'a.


Trylogia Posłaniec Burzy:
Posłaniec Burzy // The Fire Keeper // The Shadow Crosser

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia