środa, 17 kwietnia 2019

Kontakt alarmowy, czyli autentyczność kluczem do serca

Kontakt alarmowy nie jest typowym tytułem, po który sięgam w wolnej chwili, ale coś mnie do niego przyciągnęło. Może obietnica niecodziennego, powoli rozwijającego się romansu? Ostatnio stałam się ogromną fanką slowburn, więc niewątpliwie miało to swój udział we wzburzeniu we mnie iskry zainteresowania. Nie spodziewałam się jednak, że Kontakt alarmowy okaże się tak wciągającą lekturą, że nie będę w stanie jej odłożyć. 

Dla Penny liceum było monotonnym i nudnym okresem. Co prawda jej znajomi byli w porządku, uczyła się świetnie i nawet miała chłopaka, to jednak jak się okazuje, niczego o niej nie wiedział. Penny, aspirująca pisarka, wyjeżdża na studia do Austin w Teksasie – trochę ponad sto kilometrów i miliard lat świetlnych od tego wszystkiego, co pragnie zostawić za sobą.
Sam utknął. Dosłownie, w przenośni, emocjonalnie i finansowo. Pracuje w kawiarni i tam też mieszka, sypiając na położonym na podłodze materacu w pustym pokoiku na piętrze lokalu. Choć wie, że gdy już zostanie sławnym reżyserem filmowym, okres ten będzie dla niego źródłem inspiracji, siedemnaście dolarów na koncie w banku i kończący swój żywot laptop wystawiają go na ciężką próbę.
Gdy ścieżki Sama i Penny się skrzyżują, nie będzie to spotkanie jak w typowych romansach, lecz raczej pełne nieporadności zderzenie. A jednak bohaterowie wymieniają się numerami telefonów i piszą do siebie wiadomości. W niedługim czasie stają się „cyfrowo” nierozłączni, dzieląc się swoimi głęboko skrywanymi obawami, traumami i tajemnymi marzeniami. I to wszystko bez upokarzającej dziwaczności, która towarzyszy spotkaniom twarzą w twarz.
Opis z LubimyCzytać

Kontakt alarmowy znacząco różni się klimatem od innych książek z tego gatunku. Nie ma tutaj grubej warstwy lukru pokrywającej kolejne strony, ale brak także nadmiernego dramatyzmu czy szukania sensacji. Jest to zaskakująco realna opowieść, może odrobinę dziwaczna i z nutką ponurego dekadentyzmu, ale dla mnie był w tej atmosferze niezaprzeczalny urok, który mnie przyciągał. Kontakt alarmowy to osobliwa, odrobinę zagmatwana, a przy tym niezwykle subtelna historia o budowaniu zaufania pomiędzy dwiema duszami, które musiały się odnaleźć, nie po to, by ich życie nabrało sensu, ale po to, by pięknie się wypełniło i myślę, że warto to podkreślić. To nie jest romans, który magicznie wszystko odmienia, a opowieść o powolnym procesie, który pomaga odnaleźć zagubione przed laty kawałki siebie i zbudować swoje relacje ze światem na nowo. Tempo książki jest powolne, nieśpiesznie, a wydarzenia są tak rzeczywiste, że mogłyby się przydarzyć każdemu. Co prawda nie wszystko jest idealne, w kilku miejscach autorka poszła na skróty, pozwalając, by problemy rozwiązały się same, jednak Kontakt alarmowy zgrabnie łączy ze sobą młodzieńcze szaleństwo z głębokimi, filozoficznymi rozmyślaniami o życiu i pasji.

Narracja w Kontakcie alarmowym została poprowadzona z perspektywy dwóch bohaterów: Sama i Penny. Uwielbiam ich całym serduchem, z całą ich dziwacznością i pokracznością. Sam i Penny zdecydowanie nie są naszymi typowymi bohaterami young adult. Oboje musieli zbyt szybko dojrzeć, przez co mogą wydawać się zgorzkniali, ale ja jestem fanką ich zgryźliwego, sarkastycznego poczucia humoru i nieco neurotycznych osobowości, które są nie tylko powiewem świeżości w tym gatunku, ale także pozwoliły mi odnaleźć wiele cech wspólnych z głównymi postaciami i się z nimi utożsamiać, cieszę się, że w końcu błyskotliwi, odstający od reszty, wrażliwi introwertycy z niecodziennymi pasjami mieli szansę wybić się na pierwszy plan. Każde z nich zmaga się przy tym ze swoimi demonami i przeszłością, ale robią to w nieoczywisty, pozbawiony podtekstów i dramatyzmu sposób. Uczucie pomiędzy Samem a Penny rozwija się powoli i nieoczekiwanie, są dla siebie podporą i potrzebnym wsparciem, bratnimi duszami, które doskonale się rozumieją. Ich miłość potrzebowała sporo czasu, żeby rozkwitnąć, ale zdecydowanie było warto czekać.

Kontakt alarmowy to dość specyficzna, odrobina melancholijna książka i na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu, ale do mnie pasowała idealnie. Nie znajdziecie tutaj romansowej słodyczy czy wbijających w fotel zwrotów akcji, jest za to mnóstwo subtelności i świetnego, ironicznego czarnego humoru. W odarty ze złudzeń i prawdziwy sposób ukazuje niedoskonałych ludzi, którzy razem tworzą coś mniej niedoskonałego, bo nie zawsze to, czego pragniemy, jest tym, czego potrzebujemy, a przy tym porusza trudny temat więzi rodzinnych, toksycznej miłości czy wykorzystywania seksualnego. Nie spodziewałam się, że Kontakt alarmowy tak mnie urzeknie, ale zdecydowanie warto dać mu szansę. 

0 Czytaj dalej »

sobota, 13 kwietnia 2019

Serial: The Umbrella Academy

0
Jak już na pewno zdążyliście zauważyć, rzadko oglądam amerykańskie seriale. Sprawdziłam i wychodzi na to, że raz na trzy-cztery miesiące nachodzi mnie ochota, żeby znowu dać szansę zachodnim produkcjom, z lepszymi lub gorszymi skutkami. Tym razem nie mogłam przejść obojętnie koło The Umbrella Academy, które ostatnio widziałam dosłownie wszędzie, ale podeszłam do tej historii zupełnie bez oczekiwań, nawet nie do końca znając fabułę i to była świetna decyzja!

W 1989 roku w ciągu jednego dnia czterdzieści trzy kobiety rodzą noworodki i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że żadna z nich jeszcze kilka godzin wcześniej nie była w ciąży. Ekscentryczny miliarder Reginald Hargreeves postanawia zaadoptować niezwykłe dzieci, a każde z nich wykazuje niesamowite zdolności. Tworzy z nich drużynę, której misją jest ratowanie świata i walka ze złoczyńcami, a choć zapewnia im dogodne warunki do rozwoju, nie potrafi im dać tego, czego najbardziej pragną – ojcowskiej miłości. Numer Pięć zaginął w trakcie swojej podróży w czasie, a Ben, Numer Sześć, umarł w niewyjaśnionych okolicznościach, co z czasem doprowadziło do rozpadu grupy. Numer Jeden, Luther, który posiada nadludzką siłę, jako jedyny został przy ojcu, ale został przez niego odesłany na Księżyc. Numer Dwa, Diego, który zawsze trafia do celu, naginając przy tym prawa fizyki, wciąż nielegalnie bawi się w superbohatera, walcząc z przestępcami, ale za dnia sprząta salę treningową. Numer Trzy, Allison, która potrafiła słowami nakłonić ludzi do wierzenia w to, co chciała, została gwiazdą filmową, nie potrafi jednak pogodzić się z rozpadem małżeństwa i utratą praw do opieki nad córką. Numer Cztery, Klaus, potrafi kontaktować się ze zmarłymi, a jedynym sposobem, by odciąć się od ich głosów, są używki, dlatego bez przerwy jest na haju i właśnie wyszedł z kolejnego ośrodka odwykowego. Na końcu mamy Numer Siedem, Vanyę, która pozornie nie posiada żadnych zdolności, przez co w dzieciństwie zawsze była izolowana przez ojca i niedoceniana przez pozostałych. Rodzeństwo spotyka się ponownie, gdy dociera do nich wiadomość o śmierci ojca, a Numer Pięć powraca z przyszłości, przynosząc wieści o zagładzie świata, która nastąpi za dziesięć dni.


Recenzję The Umbrella Academy piszę właściwie od razu po obejrzeniu finału, dlatego wszystkie emocje wziąć we mnie buzują, bo CO TO BYŁ ZA FINAŁ. Właśnie z takim przytupem powinno się kończyć dobry serial, który na całe szczęście już ma potwierdzony drugi sezon, choć czekanie na niego na pewno będzie dla mnie udręką. Już sam fakt, że obejrzałam The Umbrella Academy praktycznie w przeciągu dwóch dni, choć starałam się sobie dawkować odcinki, jasno świadczy o moim uzależnieniu od tej historii, bo po prostu nie potrafiłam trzymać się z daleka od tej produkcji i powstrzymać się przed kliknięciem play. Co prawda dwa pierwsze odcinki były dość powolne, choć możliwe, że tak to odbieram po ilości akcji i rozbudowanych wątków, jakie zaserwowały nam kolejne odcinki, wynika to jednak z konieczności wprowadzenia do barwnego i bardzo skomplikowanego życia rodziny Hargreeves, których obecnie nie łączy praktycznie nic, ich drogi rozeszły się przed wieloma laty i na początku dostajemy zaledwie okruchy, które z czasem przekształcają się w kompleksową opowieść o siódemce obdarzonych mocami dzieciaków, zmagających się z osobistymi demonami, traumami i niespełnionymi marzeniami. 


The Umbrella Academy to serial absurdalny, przepełniony groteską i przemocą, ale przy tym sprytnie przemyca elementy dramaty psychologicznego. Nie jest to typowa produkcja o superbohaterach, którzy cechują się silnym kompasem moralnym i podniosłymi motywami, to dysfunkcyjna grupa egoistycznych, przepełnionych goryczą i niewłaściwymi pobudkami osób i myślę, że to właśnie w tym tkwi siła całego serialu. Nie jestem fanką typowego kina superbohaterskiego, a The Umbrella Academy mnie urzekło; nie tylko swoją karykaturalną dziwacznością, ale także doskonale skrojonymi bohaterami i, skoro przy tym jesteśmy, także antybohaterami, którzy byli równie intrygujący i niejednoznaczni jak nasi protagoniści. Moje serce bezpowrotnie skradli Klaus oraz Numer Pięć, Robert Sheehan i Aidan Gallagher wręcz brawurowo odegrali swoje role, ale Diego, Allison i Luther również niesamowicie mnie interesowali. Jak zawsze musiała pojawić się jedna narracja, która mi się nie podobała i ten mało zaszczytny tytuł przypada Vanyi, która jako ta normalna w rodzinie Hargreevesów była, no cóż, nudna. Dopiero w ósmym odcinku zaczęłam żywić względem niej cieplejsze uczucia. Cieszę się, że scenarzyści nie zmarnowali potencjału bohaterów, a pozwolili im się rozwinąć i dojrzeć, każde z rodzeństwa Hargreeves dostało swój moment, by błyszczeć i jestem pod wrażeniem tego, jak sprytnie udało się poprowadzić wszystkie te wątki, by ze sobą współgrały, a jednocześnie uwypuklały zupełnie inną postać. The Umbrella Academy jest idealnie dopracowane także od strony technicznej, montaż i zdjęcia są świetne, ale ścieżka dźwiękowa to już w ogóle mistrzostwo, znajduje się na zupełnie innym poziomie w stosunku do innych seriali, jakie oglądałam. Jakość tej produkcji jest niesamowita. 


The Umbrella Academy to serial mroczny, abstrakcyjny, przerysowany i genialny w swoim uporządkowanym szaleństwie. Nie spodziewałam się, że tak bardzo mi się spodoba, ale zupełnie sobą zachwycił. Znajdziecie tutaj wszystko, co powinno znaleźć się w dobrym serialu: oryginalne podejście do tematu, mnóstwo akcji, czarny humor, komiczną rozrywkę przeplataną z dramatem psychologicznym i wielowymiarowych, skomplikowanych bohaterów, którzy skrywają o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nawet jeżeli nie jesteście fanami kina superbohaterskiego, nie mam wątpliwości, że serial wam się spodoba, bo może znajdziecie tutaj ludzi obdarzonych nadludzkimi zdolnościami, ale do superbohaterów im daleko. Obejrzyjcie. Naprawdę warto.

Czytaj dalej »

środa, 10 kwietnia 2019

Pozwól mi zostać, czyli jak nie pisać książek o żałobie nastolatków

0
Początkowo nie planowałam sięgać po Pozwól mi zostać, ale przeczytałam tak wiele pozytywnych recenzji, które opisywały tę pozycję jako piękną, łamiącą serce historię, że nie byłam w stanie trzymać się od niej z daleka, bo uwielbiam podobne powieści. W związku z tym wiązałam z tym tytułem wielkie nadzieje i zabrałam się za jej czytanie praktycznie w chwili, w której dotarła do mnie przesyłka. Do tej pory zastanawiam się, czy czytałam inną książkę niż cała reszta, bo Pozwól mi zostać nie podobało mi się praktycznie w żadnym aspekcie. 

Tej feralnej nocy, kiedy świat Mackenzie całkowicie runął, dziewczyna miała nocować w obcym domu. Przez przypadek trafiła do pokoju Ryana. Powinna od razu odejść, powinna czuć się zażenowana, powinna przeprosić, ale nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Tej nocy zupełnie obcy chłopak sprawił, że czuła się bezpieczna, a jego pokój stał się dla niej jedynym miejscem, gdzie w końcu mogła uspokoić swoje myśli. To właśnie tej nocy, jej siostra bliźniaczka odebrała sobie życie.
Opis z LubimyCzytać

Kiedy sięgałam po Pozwól mi zostać, liczyłam na emocjonalną, dramatyczną i piękną historię, która mnie sponiewiera, wzruszy, przemówi do mojej duszy i złamie mi serce... A zamiast tego dostałam przerysowaną książkę o nastolatkach, których jedynym sensem istnienia wydaje się ciągłe imprezowanie, picie i wszczynanie bezsensownych bójek. Szczerze mówiąc, czytając tę powieść, byłam zażenowana i zastanawiałam się, skąd w głowie autorki wziął się taki obraz młodzieży. Pozwól mi zostać jest właściwie pozbawione treści, fabuły, przesłania, a kiedy już Tijan próbowała wprowadzić jakieś bardziej rozbudowane wątki, wychodziły one zupełnie bezsensownie i aż łapałam się za głowę, bo nie potrafiłam zrozumieć pewnych sytuacji, które były pozbawione nie tylko głębszego znaczenia, ale także logiki. Żałoba została pokazana w naprawdę ciężki, wstrząsający i mroczny sposób, miałam okazję przeczytać sporo książek, w którym główne bohaterki starają się poradzić sobie ze stratą rodzeństwa i mogę powiedzieć, że było to coś nowego, ale ten motyw zupełnie zaginął w jakiś głupich walkach o dominację pomiędzy popularnymi szkolnymi gwiazdeczkami a Mackenzie. Cała książka jest pełna przemocy i wulgaryzmów, przez co czyta się ją z niesmakiem. Dialogi są wymuszone, w ogóle cała treść wypada sztucznie, styl też pozostawia wiele do życzenia, do książki wkradł się straszny chaos.

Dużą rolę w Pozwól mi zostać odgrywa romans pomiędzy Mackenzie a Ryanem i tutaj pojawia się kolejny zgrzyt. Według mnie ich relacja rozwinęła się zbyt szybko, a przy tym była płytka i toksyczna. Rozumiem, że Mac znalazła się w naprawdę ciężkim okresie w swoim życiu i potrzebowała kogoś, na kim mogłaby się oprzeć, ale ich miłość była niezdrowa i przez to trudna do zaakceptowania, w ogóle mnie nie porwała ani w sobie nie rozkochała. Mac to irytująca bohaterka, której nie da się polubić, jest po prostu wredna i nie da się tego do końca wytłumaczyć jej żałobą. Ryan to typowy chłopak z podobnej literatury, po prostu idealny, wymarzony partner, który jest czuły, opiekuńczy, topowy sportowiec i najlepszy uczeń, potrafi zrobić wszystko. Później Tijan starała się nieco pogłębić jego sylwetkę, dodając mu jakąś mroczną stronę, ale według mnie kiepsko to wyszło. W książce przewijają się też inne postaci, lecz nie warto o nich nawet wspominać. Służą głównie jako tło, zajmują się alkoholem, narkotykami i agresywnymi przepychankami. W Pozwól mi zostać były tak naprawdę tylko dwie relacje, które zasługują na uwagę: więź pomiędzy Mac a jej młodszym bratem oraz relacja dziewczyny z matką. Widziałam w tych wątkach naprawdę duży potencjał, ale niestety Tijan dość szybko je porzuciła. 

Pozwól mi zostać miało wywołać u mnie ogromne emocje, a tak naprawdę spowodowało u mnie tylko niechęć. Całość jest przerysowana, sztuczna i momentami pozbawiona sensu, miałam ochotę mocno potrząsnąć główną bohaterką i kazać jej się ogarnąć, bo jej zachowanie było niedopuszczalne, zresztą tyczyły się to praktycznie wszystkich postaci. Jestem niezwykle rozczarowana tą pozycją. Jeżeli podobnie jak ja oczekujecie po tej lekturze wzruszeń, trudnych, ale pięknych chwil i uczuć, które wami do głębi zawładnął, to lepiej nie czytajcie Pozwól mi zostać, bo zawiedziecie się równie mocno co ja. Wiele osób uważa, że zakończenie rzuca zupełnie nowe światło na tę historię, jednak według mnie przez to ostatnie zdanie cała opowieść wypada jeszcze bardziej absurdalnie. Od dawna żadna książka nie wywołała u mnie tak negatywnych odczuć jak Pozwól mi zostać, a szkoda, bo zapowiadała się naprawdę dobrze. Absolutnie nie polecam. 

Czytaj dalej »

sobota, 6 kwietnia 2019

Okrutna pieśń, czyli każdy może być potworem

0
Chociaż mówię to z bólem serca, pomiędzy mną a Victorią Schwab brakuje chemii. Czytałam już jej Mroczniejszy odcień magii, ale książka nie zainteresowała mnie na tyle, bym chciała sięgnąć po kolejne tomy. Postanowiłam jednak się nie poddawać i w myśl zasady, że zawsze daję autorom co najmniej dwie szanse, sięgnęłam po Okrutną pieśń, która zebrała mnóstwo pozytywnych recenzji. Chciałabym powiedzieć, że tym razem powieść spod pióra Schwab mnie porwała, lecz to nie byłaby prawda. Zaraz sami się o tym przekonacie. 

Kate Harker i August Flynn są następcami przywódców podzielonego miasta – miasta, gdzie z przemocy zaczęły rodzić się prawdziwe potwory. Kate chciałaby dorównywać bezwzględnością ojcu, który pozwala potworom wałęsać się po ulicach, a ludziom każe płacić za ochronę. August chciałby być człowiekiem, mieć dobre serce i odgrywać większą rolę w obronie niewinnych przed potworami – niestety sam jest jednym z nich. Może ukraść duszę, wygrywając pieśń na swoich skrzypcach. Jednak Kate odkrywa jego tajemnicę…
Opis z LubimyCzytać

Okrutna pieśń to dobrze zbudowana historia. Co prawda początki nie były zachęcające, trudno było mi wciągnąć się w powieść, bo autorka skupiła się na budowie świata przedstawionego, ale robiła to w tak zagmatwany i niejasny sposób, że nie byłam w stanie w pełni zrozumieć zasad panujących w wykreowanej przez nią rzeczywistości. W dalszej części książki zdałam się bardziej na własną intuicję, niż na podsunięte przez Schwab wskazówki, które były zbyt nieskładne i nieumiejętnie przekazane, jednak już zawiłości dotyczące poszczególnych ras potworów zostały już lepiej wytłumaczone. W świecie Verity wyróżniamy trzy rodzaje bestii; Malchajowie, Corsajowie i Sunajowie rodzą się w wyniku straszliwych zbrodni i przejawów przemocy ze strony ludzi. Autorka skupiła się przede wszystkim na Sunajach, którzy dzięki muzyce potrafią odbierać dusze grzeszników, którzy dopuścili się obrzydliwych przestępstw, ale skrywają w sobie również przerażający mrok, który jest w stanie zniszczyć cały świat. Uważam, że sposób, w jaki autorka wykreowała i dopracowała Sunajów jest niesamowity, od dawna nie spotkałam się z równie oryginalnym pomysłem i jestem zachwycona całą ideą, która kryje się za tymi potworami, bez wątpienia jest to moja ulubiona część książki. Z tego powodu trochę żałuję, że Schwab potraktowała Malchajów i Corsajów po macoszemu, nie tylko spychając ich na dalszy plan, ale rezygnując z kreatywności, którą wykazała się przy tworzeniu Sunajów. Podoba mi się jednak to, jak autorka bawi się koncepcją dobra i zła w Okrutnej pieśni, pokazując, że potwory mogą mieć różne oblicze, a każdego definiują jego wybory, nie jego pochodzenie.

W powieści mamy przeplatające się narracje, na zmianę towarzyszymy Kate i Augustowi, ale szczerze mówiąc, nie czułam dużej różnicy pomiędzy tymi dwiema perspektywami, które przecież powinny być diametralnie różne. Bohaterowie nie działali mi na nerwy (a to już jakiś sukces), momentami czułam się sfrustrowana postępowaniem Kate, która robiła wszystko, by zwrócić na siebie uwagę ojca, lecz byłam w stanie zrozumieć, skąd bierze się jej motywacja. Polubiłam Augusta, który jest taką słodką, cynamonową bułeczką, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że zarówno Kate, jak i Augustowi brakowało ikry. O wiele bardziej zainteresowało mnie rodzeństwo Augusta i żałuję, że Schwab nie poświęciła im więcej uwagi. Z biegiem historii w głównych bohaterach zachodzi przemiana, którą obserwowałam z prawdziwą przyjemnością, ale musieliśmy sporo na to czekać, podobnie jak na rozwinięcie całej akcji, która przez większość czasu toczyła się naprawdę mozolnie i brakowało jej jakiegoś ukształtowania, celu. Długo, długo nie dzieje się nic, ale końcówka jest przepełniona emocjami i niespodziewanymi wydarzeniami, klimat też stał się mroczny, intrygujący. To nierówne rozłożenie tempa sprawiło, że na początku byłam znużona książką, a później nagle żałowałam, że to już koniec... Z tego powodu moje wrażenia względem Okrutnej pieśni są dość mieszane. 

Okrutna pieśń to pod wieloma względami dobra książka. Na pewno jest to powiew świeżości w literaturze młodzieżowej, z ciekawym przesłaniem i zaskakującymi pomysłami, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że potencjał tej historii nie został w pełni wykorzystany. Fabuła jest dopracowana, jednak nie porywa, nie pomaga też sztywny styl pisania autorki. Przez dwie trzecie książki niewiele się dzieje, czyta się ją bardzo mozolnie, a później akcja przyspiesza, pojawia się kilka interesujących zwrotów akcji, choć ostatnie strony znowu okazały się dla mnie drobnym rozczarowaniem. Okrutna pieśń nie spowodowała u mnie szybszego bicia serca, nie było żadnych fajerwerków i wkrótce pewnie zapomnę, o czym ta historia była, ale jest to całkiem udana pozycja pozbawiona schematów.


Duologia Świat Verity:
Okrutna pieśń // Mroczny duet
Czytaj dalej »

środa, 3 kwietnia 2019

Księżniczka popiołu, czyli to już było i to wiele razy

0
Od dawna nie byłam równie podekscytowana książką jak w przypadku Księżniczki popiołu. Śliczna okładka od razu zwróciła moją uwagę, jestem ogromną fanką wszelkich koron i diademów, więc oczywiście nie mogłam się powstrzymać przed zakupem własnego egzemplarza, zwłaszcza że zawsze uwielbiałam historie o zniewolonych księżniczkach powstających z popiołów (w tym przypadku dosłownie i w przenośni). Czy jednak moje spotkanie z twórczością Laury Sebastian było równie dobre, jak zapowiadał na to opis i okładka?

Theodosia miała sześć lat, kiedy jej kraj został zaatakowany, a jej matkę, Królową Ognia, zamordowano na jej oczach. Tego dnia Kaiser odebrał jej rodzinę, kraj i imię. Theo została koronowana na Księżniczkę Popiołów, otrzymując hańbiący tytuł, miała się wstydzić w nowym życiu spędzonym jako więzień.
Przez dekadę była niewolnicą we własnym pałacu. Znosiła niezliczone akty przemocy i kpiny ze strony Kaisera i jego dworu. Była bezsilna, a przeżyć w nowym świecie udało jej się tylko dzięki zakopaniu głęboko w swoim wnętrzu dziewczyny, którą była wcześniej.
Pewnej nocy Kaiser zmusza ją do zrobienia czegoś niewyobrażalnego. Z krwią na rękach i nadzieją na odzyskanie utraconego tronu, Theo zdaje sobie sprawę, że przetrwanie już jej nie wystarczy. Posiada przy tym broń – umysł ostrzejszy niż jakikolwiek miecz. Przez dziesięć lat Księżniczka Popiołów patrzyła, jak plądrowano jej kraj i niewolono naród. Teraz to wszystko ma się jednak skończyć…
Opis z LubimyCzytać

Księżniczka popiołu sprawiła, że poczułam się oszukana. Ta książka teoretycznie zawiera motywy, które uwielbiam w powieściach young adult – księżniczkę, która utraciła swoje dziedzictwo, polityczne intrygi toczące się na wrogim dworze, krwawego tyrana uciskającego podbity lud, wątek miłosny rozpoczynający się od nienawiści... Ale nie dość, że autorka nie zrobiła nic, by dodać swojej historii jakiejś oryginalności, to jeszcze te elementy po prostu nie grają ze sobą w tej powieści, co jest dla mnie dość zaskakujące, bo Laura Sebastian nawet nie starała się uciec od utartych schematów, a mimo to kompletnie nie wyszło jej połączenie ze sobą poszczególnych wątków. Niby książka nie jest tragiczna, niby całkiem znośnie się ją czyta, lecz trudno było mi pozbyć się wrażenia, że coś tutaj nie gra, że coś jest nie tak. Księżniczce popiołu wręcz dramatycznie brakuje akcji. Początek jest leniwy, jednak to jeszcze jestem w stanie wybaczyć, bo widać, że autorka przyłożyła się do konstrukcji świata, tworząc skomplikowany system zasad oraz historię kraju i chciała wprowadzić czytelnika w wykreowaną przez siebie rzeczywistość, ale im dalej w fabułę, tym gorzej. Akcja jest rozwleczona i przez to nużąca, przez cały czas czekałam, aż wreszcie ruszy do przodu, lecz zamiast tego właściwie ciągle staliśmy w jednym miejscu. Bohaterowie niby coś planują, ale właściwie na tych planach się kończy, zero działania, choć cel jest jasny. Nie było ani jednego momentu, który wbiłby mnie w fotel albo sprawił, że poczułabym choćby ukłucie zaskoczenia, zamiast tego jest mnóstwo gadania i zero akcji.

Moje największe zastrzeżenia względem Księżniczki popiołu kieruję jednak w stronę głównej bohaterki. Theodosia należy do tego niechlubnego grona niezdecydowanych, nudnych, szarych myszek w literaturze young adult. Kompletnie pozbawiona własnego zdania i inicjatywy, potulnie robiła wszystko, co jej kazano, zupełnie brakowało jej iskry. Nawet kiedy pod wpływem innych rebeliantów zaczęła zachodzić w niej "przemiana" i powtarzała sobie, że teraz będzie prawdziwą, nieustraszoną królową, wciąż była zupełnie pozbawiona charakteru, nie byłam w stanie uwierzyć w tę jej silniejszą odsłonę, bo Theo nawet w chwili podejmowania trudnych, koniecznych dla przetrwania jej ludu decyzji pozostawała tą samą, zagubioną, słabą dziewczyną, która przez lata dawała się wykorzystywać i tłamsić. Przy tym wszystkim inni bohaterowie zdawali się mieć w sobie o wiele więcej życia niż główna bohaterka, co tylko pogłębiało moje niezadowolenie wywołane zachowaniem Theodosii, która w dodatku została bardzo niekonsekwentnie poprowadzona i w tym miejscu muszę wspomnieć o tragicznym trójkącie miłosnym. Ja naprawdę nie wiem, co tutaj się wydarzyło. Chyba sama autorka nie wiedziała za bardzo, jak ma ugryźć cały ten wątek, bo w jednej chwili jest napisane, że jednego z adoratorów Theo nigdy go nie lubiła, później jednak kocha go z całego serca, a później znowu go nienawidzi i utrzymuje, że nigdy go tak naprawdę nie kochała, po czym znowu rzuca mu się w ramiona. Oczywiście w tych chwilach, gdy nienawidzi jednego, kocha drugiego, a później jej się to odmienia. Można oszaleć, czytając o tym niezdecydowaniu Theodosii.

Zakończenie Księżniczki popiołu jest dość intrygujące, ale znużenie lekturą, jej schematami i niechęć do głównej bohaterki sprawiły, że raczej nie sięgnę po kolejny tom. Świat wykreowany przez autorkę jest naprawdę interesujący, ale akcja jest za bardzo jednostajna i pozbawiona zwrotów, po prostu nie wciąga. Księżniczka popiołu może ma piękną okładkę i świetnie zapowiadające się motywy, jednak na tym jej plusy się kończą. Cały motyw rebelii jest przegadany, intrygi niczym nie zachwycają, a główna bohaterka jest apatyczna i pozbawiona werwy. Nie mogę powiedzieć, że cała powieść jest tragiczna, lecz na pewno nie porywa. Ja nie polecam.


Trylogia Księżniczka popiołu:
Księżniczka popiołu // Lady Smoke // Ember Queen
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia