niedziela, 2 czerwca 2019

Inna Blue, czyli droga ku odkupieniu

Amy Harmon to autorka, z którą miałam okazję się już zapoznać dzięki cudownemu Prawu Mojżesza i Pieśni Dawida. Na własnej skórze przekonałam się, że choć jej powieści mogą brzmieć niepozornie, w rzeczywistości są pięknymi historiami, od których nie sposób się oderwać i które zostają z nami na dłużej, dlatego byłam bardzo podekscytowana perspektywą przeczytania Innej Blue.

Blue Echohawk nie ma własnej historii. Poznała jedynie skrawki swojej przeszłości: została porzucona jako dwulatka, a jej matka nie żyje. Blue nawet nie wie, jak rzeczywiście się nazywa i kiedy się urodziła. Ma około dziewiętnastu lat, jest twarda, surowa i onieśmielająca. Nie wierzy w damskie przyjaźnie, a od mężczyzn oczekuje tylko krótkiego ukojenia. Jest nikim, a tak bardzo chciałaby być kimś. Blue musi się zbudować od nowa. To niezwykle trudne dla rozpaczliwie samotnej nastolatki. Tymczasem do jej szkoły trafia młody nauczyciel, pan Wilson. Od razu zauważa demonstracyjnie arogancką Blue, bez trudu dostrzega pod wyzywającym makijażem zagubioną dziewczynę, która bardzo potrzebuje pomocy. Jest zdecydowanie trudną uczennicą, a przy tym stanowi jego kompletne przeciwieństwo. Oboje nie mają najmniejszego pojęcia, dokąd zaprowadzi ich ta przedziwna, niecodzienna relacja.
To przejmująca historia o poszukiwaniu siebie — wbrew wszystkim i wbrew sobie. Mówi o wielkiej mocy przyjaźni, która potrafi rozkwitnąć w najbardziej nieprawdopodobnej sytuacji. O tym, że nadzieja pomaga w leczeniu źle zabliźnionych ran, a życie bez wiary jest tragiczniejsze od śmierci. A także o tym, jak trudno o zaufanie i jak niepostrzeżenie rodzi się miłość. I że tu zaczyna się droga do katastrofy.
Bez wiary i przeszłości. Inna niż wszyscy…
Opis z LubimyCzytać

Tym razem zacznę moją recenzją od bohaterów, co nie zdarza się u mnie zbyt często, ale Blue jest tak fascynującą postacią, że po prostu nie mogę postąpić inaczej. W literaturze skierowanej do młodzieży czy młodych dorosłych rzadko pojawia się kobieca bohaterka taka jak Blue – pewna siebie i swojej cielesności, odpychająca wulgarnymi złośliwościami, ale jednocześnie intrygująca otaczającą ją, charyzmatyczną i tajemniczą aurą. Blue sprawia wrażenie, jakby na niczym jej nie zależało, jakby cały świat mógł spłonąć, a jej zupełnie by to nie obeszło, lecz za maską arogancji oraz seksapilu skrywa się zagubiona, niepewna dziewczyna, która po prostu straciła nadzieję i wolę walki o lepszą przyszłość. Cała ta historia, choć porusza wiele różnorodnych, skomplikowanych wątków, jest tak naprawdę opowieścią o poszukiwaniu przez Blue odpowiedzi na pytanie kim ja tak naprawdę jestem?
Ta bohaterka dojrzewa na naszych oczach, przechodzi przemianę ze zbuntowanej nastolatki do niezależnej kobiety i towarzyszymy jej na każdym kroku tej długiej drogi. Blue zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest idealna, a jej postępowanie nie zawsze jest właściwe i choć czytelnik nie może zaakceptować jej przeszłych wyborów to rozumie, co do nich doprowadziło i potrafi sympatyzować z główną bohaterką. Życie mocno naznaczyło Blue, jednak dziewczyna nie dramatyzuje ani nie szuka winnych, których mogłaby obarczyć wyrzutami; zamiast tego bierze swój los we własne ręce i kształtuje go tak jak tworzy rzeźby w drewnie. Kreacja Blue jest naprawdę wyjątkowa – to wyrazista, barwna i fascynująca bohaterka, a jej niedoskonałości czynią ją jeszcze bardziej ludzką. Uwielbiam też to, w jaki sposób została przedstawiona jej pasja, do tej pory nie spotkałam się z rzeźbieniem w drewnie w powieściach i byłam oczarowana tym, jak autorka przedstawiła artystyczny talent Blue.

Inny motyw, którym jestem zachwycona, to nawiązanie do indiańskiej kultury. Blue jest w połowie Indianką, a jej opiekun zadbał o to, by poznała swoje dziedzictwo, stąd w powieści pojawia się wiele legend i opowieści, które nadają całej historii niesamowitego klimatu. Inna Blue jest książką dosadną, ale jednocześnie melancholijną i subtelną. Podoba mi się również to, jak została rozwiązana kwestia utraconej tożsamości Blue, wątek ten rozwinął się naturalnie i nie przytłoczył całej fabuły. Mam jednak wrażenie, że autorka przesadziła z ilością kwestii, które chciała poruszyć, pojawiło się kilka wątków, które zostały rozpoczęte, ale nigdy nie doczekały się swojego zakończenia lub zostały szybko urwane, zostawiając pewien niesmak, bo były to bardzo ważne społecznie tematy tak jak rozprzestrzenianie nagich zdjęć dziewcząt bez ich zgody czy strzelanina w szkole. Nie do końca wpasowują się one w ogólny klimat Innej Blue i zostały potraktowane po macoszemu, nad czym ubolewam. Chciałabym też wspomnieć o relacji głównych bohaterów – jeżeli spodziewacie się zakazanej relacji na linii uczennica-nauczyciel, jak najszybciej wyrzućcie tą wizję z głowy, bo znajomość Blue i Wilsona opiera się na zupełnie innym fundamencie. Szczerze mówiąc, choć książkę przeczytałam miesiąc temu, wciąż nie wiem, co powinnam sądzić o ich związku. Były momenty, kiedy byłam zachwycona, ale były też momenty, kiedy zastanawiałam się, co to za szaleństwo. Doceniam jednak sposób, w jaki odwróciła schematyczne w romansach role – nasza główna bohaterka jest typowym bad boy'em, z kolei męska postać to grzeczny, wspierający dżentelmen. 

Inna Blue jest powieścią równie niejednoznaczną co jej główna bohaterka. Jest trudna, bywa frustrująca i smutna, ale jest przy tym niezwykle hipnotyzująca i intrygująca. Porusza wiele skomplikowanych wątków, o które nie podejrzewałabym tak niepozornej książki i nawet jeśli nie wzbudziła we mnie tak głębokich uczuć, jakich oczekiwałam po Amy Harmon, podróż u boku Blue była niesamowita. To pozycja, która mówi o odkupieniu, poszukiwaniu siebie, nadziei wyłaniającej się z mroku i o tym, że nigdy nie jest za późno, aby się zmienić.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu EditioRed!
0 Czytaj dalej »

środa, 29 maja 2019

Zapisane w bliznach, czyli utracona miłość, która nigdy nie odeszła

0
Jestem ogromną fanką motywu drugich szans, kiedy byli kochankowie rozstali się w gniewie, ale pod warstwą nienawiści wciąż płonie miłość, dlatego choć wcześniej nie miałam do czynienia z Adrianą Locke i choć okładka nie jest szczególnie trafiona, po przeczytaniu opisu wiedziałam, że muszę dorwać tę książkę i przekonać się, jakie emocjonalne tsunami przygotowała dla nas autorka. Zdecydowanie się nie zawiodłam!

Siniaki znikają. Blizny pozostają jako świadectwo tego, że się żyło. Walczyło. Kochało.
Łatwo jest się zakochać. Z kolei odkochanie to najtrudniejsza rzecz na świecie. Elin i Ty Whitt są w tym beznadziejni…
Gdy lokalna gwiazda koszykówki uśmiechnęła się do Elin, było po niej. Tak łatwo przyszło jej zakochać się w ciemnowłosym bohaterze z czarującym uśmiechem i silnym, atletycznym ciałem. Aż uderza rzeczywistość. I robi to naprawdę mocno. Zakochanie się było zdecydowanie tą łatwą częścią. Patrzenie, jak to wszystko ulega rozpadowi, okazało się nie do zniesienia.
Gdy Ty wraca z nowo odnalezioną determinacją, by odzyskać rodzinę, Elin czuje się rozdarta przez walkę między przeszłością a możliwością nowego startu. To mężczyzna, do którego należy jej serce. A zarazem jedyna osoba, która może sprawić jej niewyobrażalny ból.
Życie nie zawsze jest łatwe. Miłość nie jest dla wrażliwych. Ale życie wciąż czegoś uczy, a Ty i Elin, oboje poznaczeni bliznami, są tego najlepszym dowodem. Jednak w tych bliznach zapisana jest ich miłość, która albo zwiąże ich ze sobą… albo rozdzieli na zawsze.
Opis z LubimyCzytać

Kiedy sięgałam po Zapisane w bliznach, nie spodziewałam się, że ta książka wzbudzi u mnie tak wiele intensywnych emocji! Od szczerego śmiechu przez chwile zadumy po głęboki ból i łzy, znajdziecie tutaj wszelkie możliwe odcienie uczuć, które towarzyszą czytelnikowi już od pierwszej strony. Nie byłam w stanie odłożyć tej książki, która skończyła się dla mnie zbyt szybko, nie mogłam uwierzyć w to, że już przewróciłam ostatnią kartkę i muszę rozstać się z ukochanymi bohaterami. To była tak pasjonująca lektura, że zupełnie nie zauważyłam upływającego czasu, całą sobą przeżywając rozterki, z jakimi przyszło się zmierzyć Elin i Ty'owi. Zapisane w bliznach to dla mnie ogromny powiew świeżości, ponieważ do tej pory nie miałam okazji przeczytać zbyt wielu romansów, które zostały osadzone na tak solidnym fundamencie i które poruszałyby tak różnorodne kwestie, dlatego powieść Adriany Locke tak bardzo mnie zaskoczyła. Elin i Tyler to para z długim stażem, która jest małżeństwem (to chyba mój pierwszy romans, w którym bohaterowie są małżeństwem i jestem zachwycona tym wątkiem) i uwielbiam to, jak autorka przedstawiła głębię tego uczucia, pokazując początki nastoletniego związku tej dwójki oraz to, jak bardzo dojrzeli jako para z biegiem czasu. Mogłoby się wydawać, że z upływem lat żar powoli wygasa, zauroczenie przemija, ale uczucie Elin i Tylera tylko się wzmocniło i to czuć, intensywność ich miłości wprost promieniuje z kartek. Chociaż są małżeństwem i znają się od dawna, iskrzyło między nimi o wiele bardziej niż pomiędzy większością par w romansach, które dopiero zaczynają się ze sobą spotykać i uważam, że to piękne przesłanie. 

Adriana Locke w swojej książce porusza między innymi problem bezpłodności wśród par i ten wątek nie do końca mi się podobał. Rozumiem tę desperację, którą autorka starała się przekazać, ale momentami miałam wrażenie, jakby wszystko kręciło się jedynie wokół niemożności poczęcia dziecka, jakby kobieta czy mężczyzna tracili swoją wartość i to odczucie bardzo mi się nie podobało. Nie jest to jednak jedyna trudna kwestia, jaką Adriana Locke zawarła w Zapisane w bliznach; pojawia się również motyw ciężkiej pracy w kopalni i wypadków dotykających górników, a także przerażającej samotności i adopcji czy przyjaźni. Momentami miałam wrażenie, jakby tego wszystkiego było za dużo, bo choć każdy z tych wątków mnie interesował to autorce wyraźnie brakowało czasu, by wszystkie je ładnie rozwinąć. Zaczynała jakąś kwestię, później jej nie rozwijała, by zaraz wspomnieć o niej mimochodem i ponownie jej nie kontynuować. Trochę szkoda, że bardziej nie wykorzystała potencjału leżącego w tych pomysłach, ale ogólnie na pewno zaliczam je na plus, bo jednak rzadko się zdarza, by w książkach była poruszana podobna tematyka. 

Zapisane w bliznach to poruszająca historia o drugich szansach i o utraconej na pozór miłości, która nigdy tak naprawdę nie odeszła, o błędach i poświęceniu, a także o sile i stracie z doskonale wykreowanymi postaciami, którym nie da się nie kibicować. Mimo drobnych potknięć uważam, że jest to niezwykle wartościowa powieść, która w dodatku wprowadza nieco oryginalności na rynek wydawniczy swoim zaskakującym podejściem. Nie miałam byt wielkich oczekiwań względem Zapisane w bliznach, stąd mój zachwyt jest tym większy. Bardzo cieszę się, że dałam szansę Adrianie Locke i bez wątpienia sięgnę po jej kolejne książki!


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Szósty Zmysł!
Czytaj dalej »

środa, 22 maja 2019

K-drama: Hospital Ship

0
Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że podobna drama zmusi mnie do napisania oddzielnej recenzji. W ostatnim czasie publikowałam głównie Przeglądy dramowe (1, 2, 3, 4, 5), ponieważ żaden z oglądanych seriali nie wybił się dla mnie na tyle, żebym chciała napisać dla niego całą opinię na blogu, ale Hospital Ship tak mnie zaskoczyło i wzbudziło we mnie tak wiele sprzecznych emocji, że nie jestem w stanie zatrzymać ich dla siebie i muszę się nimi z wami podzielić.

Hospital Ship opowiada historię personelu medycznego, który na szpitalnym statku dociera do 26 wysp Korei Południowej, niosąc pomoc jej mieszkańcom, którzy w przeciwnym razie nie mieliby dostępu do opieki zdrowotnej. W skład personelu wchodzi trzech lekarzy w ramach swojej obowiązkowej służby wojskowej – dentysta Cha Joon Yeong, lekarz tradycyjnej medycyny chińskiej Kim Jae Geol oraz internista Kwak Hyun. Do zespołu niespodziewanie dołącza niezwykle utalentowana gwiazda chirurgii ogólnej, która w atmosferze skandalu została wyrzucona z najlepszego szpitala w Seulu – chłodna i nieprzystępna Song Eun Jae. Razem przyjdzie im zmierzyć się z wieloma przeciwnościami.


Przede wszystkim nie pamiętam, kiedy ostatnio jakaś drama wciągnęłaby mnie na tyle, że nie byłabym się w stanie od niej oderwać, a Hospital Ship obejrzałam w trzy dni, mimo że jest to dwudziestoodcinkowy serial. Po prostu z uporem maniaka wciskałam play i nawet zbliżający się test z antybiotyków nie był w stanie mnie powstrzymać przed zagłębianiem się w kolejne odcinki tej dramy, która totalnie mnie pochłonęła. Mogłoby się wydawać, że medyczna produkcja nie jest w stanie niczym nas zaskoczyć, ale Hospital Ship jest niezwykle zróżnicowany, jeśli chodzi o drugoplanowe wątki i postacie z bogatą historią. Ten serial wzbudził we mnie tak wiele emocji, że mnie samej trudno jest w to uwierzyć – w jednej chwili śmiałam się w głos, żeby już po chwili płakać, elementy humorystyczne doskonale przeplatają się ze wzruszającymi, podniosłymi scenami. Nie brakuje tutaj także akcji, która zapiera dech w piersiach, naprawdę trudno było nadążyć za scenarzystami, którzy co chwila zrzucali na nas kolejne bomby. Naprawdę, w przeciągu tych dwudziestu odcinków wydarzyło się tyle, ile często nie dzieje się przez dziesięć sezonów w amerykańskich serialach. Zaczynając na niezliczonych chorobach prawie wszystkich możliwych członków rodziny, a na porachunkach z niebezpiecznymi gangsterami i złymi konglomeratami kończąc. Co prawda pod koniec chyba scenarzystom zaczęło już trochę brakować pomysłów, bo cztery ostatnie odcinki mi się dłużyły i były przepełnione raczej absurdalnymi wydarzeniami, ale i tak doceniam ich wkład w stworzenie tak skomplikowanej, wielowątkowej fabuły. Żałuję jedynie, że dość często szli na łatwiznę. Najpierw tworzyli ciekawy, trudny wątek, a później rozwiązywali go po najmniejszej linii oporu albo w ogóle nie prezentowali rozwiązania, po prostu magiczna zmiana zachodziła za kulisami, a ja kończyłam z mindfuckiem, bo nie miałam pojęcia, kiedy to wszystko się rozegrało.


Hospital Ship nie jest jednak dramą idealną. Wciąga niesamowicie i wzbudza gwałtowne emocje, od których nie sposób się uwolnić, lecz przez cały czas z tyłu głowy słyszałam złośliwy głosik, który powtarzał mi, że ta produkcja nie jest dobra. Bo faktycznie, Hospital Ship w wielu momentach jest przeciągany, naciągany i aż za bardzo dramatyczny (a musicie wiedzieć, że mówi to osoba, która żyje dla przesadzonych dramatów, więc jeśli nawet ja czułam przesyt to znaczy, że było tego bardzo dużo). Mój zarzut odnosi się przede wszystkim w stronę błędów medycznych i o ile to prawda, że Hospital Ship nie skupiał się na tym aspekcie fabuły, to jednak jest to drama medyczna i będę się czepiać. Możliwe, że wynika to z mojego skrzywienia jako studentki medycyny, ale kiedy chirurg ogólny jest w stanie przeprowadzić bardzo skomplikowane operacje takie jak przeszczep narządu, replantacja dłoni czy cesarskie cięcie zostały przeprowadzone bez żadnych komplikacji, choć nie miał wcześniej żadnego doświadczenia to wiedzcie, że coś jest nie tak. Dosłownie wszystko udawało się naszym bohaterom, a te najtrudniejsze procedury medyczne to już w ogóle była bułka z masłem.


Hospital Ship pokochałam już od pierwszego odcinka głównie dzięki bohaterom. Ha Ji Won w roli zdystansowanej, chłodnej chirurg z twardymi zasadami wypada świetnie. Pod wieloma względami byłam w stanie się z nią identyfikować i rozumiałam, dlaczego tak uparcie walczyła ze swoimi emocjami. Ha Ji Won świetnie oddała wewnętrzne rozdarcie Song Eun Jae, która z jednej strony musiała być silna, ale z drugiej była niezwykle wrażliwa, tylko nie pozwalała swoim uczuciom wydostać się na zewnątrz. Kang Min Hyuk w roli Kwak Hyuna urzekł mnie niesamowicie, wcielając się w rolę ciepłego, miłego lekarza, który niesamowicie dba o swoich pacjentów i jest pełen zrozumienia oraz empatii. Obserwowanie, z jakim uporem, ale też delikatnością zbliża się do Eun Jae i pomaga jej się otworzyć, było cudowne i naprawdę uwielbiałam tę relację... przez jakieś osiem pierwszych odcinków. Później scenarzystka postanowiła zrobić wszystko, co w jej mocy, aby niepotrzebne nieporozumienia się między nimi nawarstwiały, oddalając ich od siebie w typowy dla schematycznych kdram sposób, a kiedy już wreszcie Song Eun Jae i Kwak Hyun się ze sobą zeszli, zupełnie zabrakło mi fajerwerków, przez co jeszcze bardziej cierpiałam z powodu mojego Second Lead Syndrome, bo w międzyczasie pojawił się Kim Jae Geol, którego na początku nie lubiłam, ale z czasem zupełnie mnie kupił. Niesamowite jest to, że każdy z bohaterów w Hospital Ship miał swoje pięć minut, by błyszczeć, nawet drugo- czy trzecioplanowe postaci i każdy z nich miał niesamowitą historię do opowiedzenia, która doskonale urozmaicała fabułę toczącą się na szpitalnym statku.


Toczy się we mnie ogromny wewnętrzny konflikt, bo z jednej strony naprawdę zajebiście się bawiłam podczas oglądania Hospital Ship, ale z drugiej wiem, że ta drama nie jest dobra pod bardzo wieloma względami, jeśli chodzi o część medyczną to już w ogóle jest tragedia, przez co nie umiem jej ocenić. Sama nie rozumiem, dlaczego tak bardzo przypadła mi do gustu, bo obiektywnie i racjonalnie nie ma w niej niczego, co zasługuje na taki zachwyt, jednak subiektywnie jestem wniebowzięta i naprawdę, w tym roku nie obejrzałam jeszcze żadnego serialu, który wzbudziłby we mnie tak wiele emocji i tak bardzo by mnie pochłonął.

Czytaj dalej »

sobota, 18 maja 2019

Warcross, czyli wirtualna rzeczywistość, która odmienia życie

0
Marie Lu to autorka, która wciąż mnie zaskakuje, czasami pozytywnie, czasami negatywnie, ale jej powieści zawsze są czymś świeżym i niespotykanym na rynku wydawniczym. Jej trylogia (a właściwie już seria, bo została wydłużona) Legenda urzekła mnie niesamowicie, do tej pory przeżywam słodko-gorzkie zakończenie i naprawdę nie mogę się doczekać kolejnego tomu, z kolei Malfetto zupełnie do mnie nie trafiło, choć wszystko wskazywało na to, że pokocham tę historię. Nie wiedziałam, że wydanie Warcross jest w planach, ale kiedy się o tym dowiedziałam, byłam naprawdę szczęśliwa, bo ta powieść wzbudziła naprawdę duże poruszenie za granicą i byłam ciekawa, czym tym razem zaskoczy mnie Marie Lu.

Świat oszalał na punkcie gry o nazwie Warcross, ale tylko jedna dziewczyna-hakerka ma dość odwagi, by zgłębić najmroczniejsze tajemnice gry.
Dla milionów ludzi, którzy codziennie logują się do Warcrossa, nie jest on już tylko grą, lecz stał się sposobem na życie. Emika Chen, nastoletnia hakerka, stale boryka się z kłopotami finansowymi. Pracuje jako łowczyni nagród, namierza i wyłapuje graczy Warcrossa, którzy zaangażowali się w nielegalne zakłady. Licząc na szybki zarobek, Emika, włamuje się do meczu otwarcia Międzynarodowych Mistrzostw Warcrossa. Za sprawą usterki w programie, zostaje przeniesiona do świata gry i błyskawicznie staje się światową sensacją.
Pewna, że wkrótce wyląduje w więzieniu, ku swemu zdziwieniu odkrywa, że kontaktu z nią szuka twórca gry, tajemniczy młody miliarder Hideo Tanaka, który pragnie złożyć jej propozycję nie do odrzucenia… Hideo poszukuje hakera, który w jego imieniu wystąpi jako szpieg w tegorocznych rozgrywkach Warcrossa i zlokalizuje lukę w systemie bezpieczeństwa. Ponieważ sprawa jest pilna, Emika zostaje błyskawicznie przetransportowana do Tokio, gdzie z dnia na dzień staje się gwiazdą i poznaje od środka świat sławy i wielkich pieniędzy, o którym dotychczas mogła tylko marzyć. Wkrótce śledztwo prowadzi ją na trop złowieszczego spisku, który może mieć kolosalne konsekwencje dla całego uniwersum Warcrossa.
Opis z LubimyCzytać

Na uwagę zasługuje przede wszystkim niezwykle barwny świat wykreowany przez autorkę. Stworzyła niesamowitą, wypełnioną żywymi kolorami i nieskończonymi możliwościami rzeczywistość, w którą łatwo się zanurzyć i dać jej się porwać; była tak fascynująca, że sama zapragnęłam zostać graczem w świecie Warcrossa, który stanowi doskonałą odskocznię od ponurej codzienności. Plastyczne opisy przemawiają do wyobraźni, przez cały czas miałam wrażenie, jakbym była we wnętrzu wirtualnej rzeczywistości razem z bohaterami, biorąc udział w pasjonującej, emocjonującej rozgrywce pomiędzy najlepszymi drużynami świata. Ta książka sprawiła, że zaczęłam interesować się e-sportem, o co nigdy samą siebie bym nie podejrzewała, Marie Lu tak genialnie podeszła do tematu, dlatego żałuję, że nie poświęciła więcej czasu na opisanie treningów czy poszczególnych meczy w turnieju, spychając cały świat Warcrossa w cień w drugiej połowie książki. Szczerze mówiąc, główna intryga nie była w stanie zainteresować mnie nawet w połowie tak mocno jak wirtualna gra wykreowana przez Marie Lu, dlatego tak bardzo ubolewam nad tym, że nie dostaliśmy bardziej rozbudowanych fragmentów dotyczących rozgrywek Warcrossa. 

Jestem jednak rozczarowana postaciami. Przywykłam do tego, że Marie Lu kreuje naprawdę wyraziste osobowości, tymczasem ani Emika, ani Hideo nie mają w sobie niczego charakterystycznego. Uwielbiałam czytać o fragmentach z przeszłości Emiki, które wiązały się z jej ojcem, ich więź była przepiękna i słodka, chciałabym, żeby w literaturze młodzieżowej pojawiało się więcej tak pozytywnych wzorców relacji pomiędzy rodzicem a dzieckiem. Sama Emika jednak jest dość jednowymiarowa, a choć autorka wyraźnie włożyła wiele wysiłku w wykreowaniu wielu warstw Hideo, on sam od początku nie przypadł mi do gustu. Nie jestem również zachwycona wątkiem romantycznym w Warcross; według mnie ich relacja potoczyła się stanowczo zbyt szybko, według mnie brakowało jej głębi, nie czułam między nimi żadnego iskrzenia i byłam zirytowana tym, jak cały wątek romantyczny został poprowadzony. Zbyt łatwo przyszło mi także domyślenie się, w jakim kierunku podąży fabuła, od początku spodziewałam się intrygi, którą na sam koniec Marie Lu chciała zszokować czytelnika, więc pod tym względem jestem zawiedziona. 

Warcross jest całkiem dobrym początkiem serii. Może nie wbija w fotel, ale czyta się tę powieść niezwykle przyjemnie. Marie Lu niezmiennie mnie zaskakuje, eksperymentując i rozwijając się, każda jej kolejna książka jest zupełnie inna od poprzedniej i z chęcią sięgnę po kolejną część, by przekonać się, co jeszcze dla nas przygotowała. Warcross to świetna rozrywka na naprawdę wysokim poziomie, która zachwyca dbałością o szczegóły wykreowanego świata i sprawia, że na kilka godzin zupełnie zapominamy o otaczającej nas rzeczywistości. Może nie trzyma w napięciu i pozostawia sporo do życzenia w kwestii bohaterów, ale i tak uważam, że warto ją przeczytać, bo dobrze się przy niej bawiłam. Mam nadzieję, że na naszym rynku wydawniczym pojawi się więcej powieści w stylu cyberpunk sci-fi. 


Za możliwość przeczytania Warcross serdecznie dziękuję Wydawnictwu Młodzieżówka! 
Czytaj dalej »

środa, 15 maja 2019

Podróżniczka, czyli szkoda papieru na taki finał

0
Długo wahałam się, czy powinnam sięgnąć po kolejny tom Pasażerki. Pierwszy tom zdecydowanie mnie nie zachwycił, po Alexandrze Bracken, której Mroczne umysły uwielbiam, spodziewałam się więcej, tymczasem zostałam niemile zaskoczona. Wychodzę z założenia, że nie ma sensu na siłę kończyć serii, jeśli nie była w stanie nas ona do siebie przekonać, ale nadarzyła się okazja, by przeczytać Podróżniczkę i postanowiłam z niej korzystać. To był błąd...

Została osierocona przez swój czas. Jej przyszłość przestała istnieć.
Etta Spencer marzyła o karierze skrzypaczki, lecz los miał dla niej inne plany. Zmuszona, by tułać się po najróżniejszych krajach i epokach, cierpiąc z powodu rozłąki z ukochanym Nicholasem, poszukuje tajemniczego astrolabium, które jest najpotężniejszym artefaktem podróżników. Tylko ono pozwoli jej odnaleźć i ocalić tych, których kocha.
Szalona podróż po egzotycznych miejscach, spiski, ciągła walka z czasem, nieoczekiwane sojusze i zdrady. Oto, co czeka na was w ostatnim tomie serii.
Kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem? Czy stawką za uratowanie świata okaże się miłość?
Opis z LubimyCzytać

Lubię pisać negatywne recenzje, bo w pewnym sensie dostarcza mi to frajdy, której nie dała mi sama książka podczas czytania, ale ta lektura była tak okropna, że nawet tworzenie mojej opinii jest dla mnie żmudnym i ciężkim procesem. Podróżniczka jest po prostu zła i nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę o jakiejkolwiek powieści, ale według mnie ta książka to strata papieru, bo nie wnosi absolutnie nic do historii przedstawionej w pierwszym tomie, a to przecież jest finał! Pasażerka może nie urzekła mnie w pełni, jednak tkwił w niej potencjał i trafiło się kilka naprawdę intrygujących wątków, które śledziłam z zainteresowaniem, tymczasem Podróżniczka praktycznie nie posuwa akcji do przodu w żadnym z wcześniej wyznaczonych kierunków, choć sprawia fałszywe wrażenie, jakby dużo się w niej działo. Niby Etta oraz Nicholas znowu są zmuszeni do przeskakiwania pomiędzy różnymi epokami, jednak tak właściwie nie robią niczego poza tymi pozbawionymi celu podróżami w czasie, przy okazji sprawiając, że zasady przeskoków w czasie stają się jeszcze bardziej zagmatwane i pozbawione logiki. Rozległe opisy wewnętrznych rozterek, które w kółko dotyczą tych samych tematów, zupełnie przytłoczyły całą historię, spokojnie można było przerzucić kilka kartek bez czytania, a bohaterowie wciąż tkwili w tym samym miejscu, nie robiąc nic poza użalaniem się nad sobą i swoją sytuacją. W dodatku do Podróżniczki wkradł się niesamowity chaos – Etta i Nicholas zostali rozdzieleni, ich losy toczą się zupełne odrębnymi torami i mam wrażenie, że Alexandrze Bracken nie udało się nad tym zapanować, zwłaszcza że ostatecznie te wątki bardzo słabo się ze sobą splatają, brakuje w tej książce spójności. Wyraźnie brakowało jej też pomysłu na pociągnięcie głównych wątków, nagle zaczęła wprowadzać nowych antagonistów, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, starych spychając zupełnie w cień, niemal usuwając ich z całej fabuły...

Nie tylko akcja nie posuwa się do przodu, również bohaterowie pozostają tacy sami. Henrietta wciąż jest tą pozbawioną charakteru, łatwowierną dziewczyną, która nie potrafi samodzielnie myśleć. Nie rozumiem, jak po tym wszystkim, co przeszła w poprzednim tomie, wciąż może być tak zagubiona i naiwna. Mogłoby się wydawać, że wydarzenia z Pasażerki czegoś jej nauczyły... Nic bardziej mylnego, wciąż jest gotowa zaufać pierwszej osobie, jaka stanie jej na drodze, co dla mnie było zupełnie pozbawione logiki, ale może na tym miał polegać urok tej postaci. Nicholas jest tak samo jednowymiarowy jak w pierwszym tomie, prawie nikt tutaj się nie rozwinął, może z wyjątkiem Sophii, która w zamiarze autorki wyraźnie miała przejść przemianę, lecz zupełnie mnie ona nie przekonała, a sama Sophia według mnie wygrała w plebiscycie na najbardziej irytującą postać Podróżniczki. Jedynym powiewem świeżości jest postać Henry'ego, który był bardzo niejednoznacznym bohaterem, trudno było przewidzieć, czy jego intencje naprawdę są szczere, czy może za tym wszystkim kryją się mniej szlachetne pobudki i aż do samego końca nie byłam pewna, czego po nim się spodziewać, choć bez wątpienia zdobył moją sympatię, podobnie jak Julian, który zdecydowanie zasługiwał na więcej uwagi!

Naprawdę chciałam zachwycić się Podróżniczką. Liczyłam na to, że nawet jeśli nie będzie lepsza od poprzedniczki, to przynajmniej utrzyma poziom Pasażerki i spędzę kilka przyjemnych chwil w towarzystwie tej powieści, tymczasem jest to książka, która w ogóle nie powinna była powstać. Mam wrażenie, że cała historia wypadłaby o wiele lepiej, gdyby autorka zamknęła ją w jednym tomie, zgrabnie rozwiązując wszystkie wątki. Podróżniczka jest dla mnie przegadana i przekombinowana, Alexandra Bracken wyraźnie straciła z oczu cały trzon i cel swojej historii. Finał, który miał uratować tę duologię, tak naprawdę ją pogrążył.


Duologia Passenger:
Pasażerka // Podróżniczka 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia