poniedziałek, 20 lipca 2020

Wyścig do słońca, czyli wartka akcja, błyskotliwy humor i wierzenia ludu Nawaho

Wyścig do Słońca należy do cyklu Rick Riordan przedstawia, który pozwala rdzennym autorom na przedstawienie mało znanych kultur i ich tradycyjnych opowieści szerszej publiczności. Już sama idea tej serii jest niesamowita, lecz te powieści zachwycają nie tylko mitami z różnych zakątków świata, ale także starannością wykonania i wartościami, jakie przekazują młodym czytelnikom, dlatego byłam bardzo podekscytowana perspektywą przeczytania Wyścigu do Słońca, który przybliża nam wierzenia ludu Nawaho (sami siebie określają mianem Diné).

Uczennica siódmej klasy, Nizhoni Begay, od niedawna ma zdolność dostrzegania potworów, takich jak mężczyzna w eleganckim garniturze, który siedział na trybunach podczas jej meczu koszykówki. Okazuje się, że to pan Charles, nowy dyrektor rafinerii, w której pracuje jej tato. Mężczyzna jest niepokojąco zainteresowany Nizhoni, jej bratem Makiem, ich pochodzeniem z ludu Nawaho oraz legendą o Bohaterskich Bliźniętach. Dziewczyna wie, że pan Charles jest niebezpieczny, ale ojciec nie chce jej uwierzyć.
Kiedy następnego dnia tato znika, pozostawiając wiadomość: „Uciekajcie!”, rodzeństwo oraz najlepszy przyjaciel Nizhoni, Davery, wyruszają z misją ratunkową. Potrzebują jednak pomocy Świętych Ludzi Diné, którzy udają dziwaczne postacie, a ich wsparcie ma swoją cenę – dzieciaki muszą przejść serię prób, w których sama natura wydaje się zwracać przeciwko nim. Jeśli Nizhoni, Mac i Davery dotrą do Domu Słońca, otrzymają wszystko, co niezbędne, by pokonać potwory uwolnione przez pana Charlesa. Jednak Nizhoni będzie potrzebować czegoś więcej niż broni, by wypełnić swoje bohaterskie przeznaczenie…
Opis z LubimyCzytać

Jestem zachwycona Wyścigiem do Słońca! Ta książka ma w sobie wszystko, czego oczekiwałabym od powieści skierowanej do młodszych czytelników: pędzącą do przodu fabułę z taką ilością prób i wyzwań, że po prostu nie można się nudzić, różnorodnych, wielowymiarowych bohaterów, z którymi dzieci mogą się bez trudu identyfikować, genialne poczucie humoru pozwalające na wzięcie oddechu pomiędzy zaskakującymi zwrotami akcji, piękne, ważne wartości oraz oczywiście potwory! Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni tak świetnie się bawiłam podczas czytania książki, Wyścig do Słońca jest po prostu cudowny: zabawny, trzymający w napięciu i ekscytujący aż do ostatniej strony. Nie mogłam się oderwać od tej powieści, która przypomniała mi, czym jest prawdziwa radość z czytania, a przy okazji dotyka tego, jak ważna jest rodzinna miłość i poznanie samego siebie, z wprawą wplatając w fabułę mitologię Nawahów oraz mądrości ludowe.

Nizhoni Begay to główna bohaterka Wyścigu do Słońca, z której perspektywy poznajemy całą opowieść i przechodzi niesamowitą przemianę od pełnej złości dziewczyny pragnącej akceptacji oraz uznania rówieśników do dumnej zabójczyni potworów, która uczy się, jak wybaczać i jest na tyle odważna, by odrzucić swoje największe marzenie dla uratowania swojej rodziny. Nie poddaje się, nawet jeśli miewa chwile słabości, a brzemię na jej barkach wydaje się zbyt ciężkie; ma problemy z kontrolowaniem gniewu, jednak ciągle pracuje nad sobą. Nizhoni musi walczyć z potworami zagrażającymi jej bliskim, ale przede wszystkim ze swoimi wątpliwościami i lękami, co czyni z niej niezwykle ludzką postać i uświadamia nam, że bohaterstwo wcale nie musi oznaczać wymachiwania mieczem. Czasami bohaterowie mają o wiele skromniejsze umiejętności – jak choćby odporność na niezwykle ostre chrupki serowe – dzięki czemu każdy czytelnik może się poczuć jak śmiały heros. Uwielbiam także Davery'ego, który pokazuje, że wiedza to równie pożyteczna broń, jego przyjaźń z Nizhoni była inspirująca. Bardzo polubiłam też Kobietę Pająka i Dziewczynkę z Czarnego Gagatu... Aż żałuję, że Rebecca Roanhorse nie zawarła w swojej powieści większej ilości postaci z mitów Diné, bo jestem nimi szczerze zauroczona.

Podczas swojej wypełnionej przygodami podróży bohaterowie poznają, czym jest prawdziwa odwaga, poświęcenie, lojalność, a także odkrywają znaczenie własnych korzeni oraz przeszłość ludu Diné, w którym wszyscy traktują się jak wielka rodzina. Rebecca Roanhorse w przepiękny sposób podkreślała wartość rodziny oraz bliskich przyjaciół w swojej powieści, a także konieczność przekazywania sobie starych opowieści i tradycji z pokolenia na pokolenie, aby kultura rdzennej ludności nie zaniknęła. Jednocześnie bardzo podoba mi się jej niezwykłe podejście do tematu zmian, jakie zachodzą w społeczności Nawaho, która musiała się zaadaptować do nowych warunków i wyzwań, jakie stawia przed nią współczesny świat. Autorka podtrzymuje konieczność poznania własnego dziedzictwa, ale także podkreśla fakt, że kultura jest tworem żywym, pełnym energii, który adaptuje się do kolejnego pokolenia i w ten sposób może przetrwać, wzbogacając się o nowe elementy. Wyścig do Słońca jest także bolesnym przypomnieniem, że rdzenni mieszkańcy wciąż muszą mierzyć się z niezrozumieniem, rasizmem, pojawiają się także wątki szkolnego znęcania się, homofobii czy szkód, jakie przedsiębiorstwa naftowe wyrządzają środowisku. Nie spodziewałam się tak szerokiego przekroju niezwykle trudnych tematów w powieści skierowanych do dzieci i jestem zachwycona, zarówno reprezentacją rdzennych mieszkańców Ameryki, jak i innymi wątkami przedstawionymi przez Rebeccę Roahorse. A wszystko to wplecione w zapierającą dech w piersiach przygodę! 

Wyścig do Słońca jest moją ulubioną powieścią z tego cyklu. W cudowny, zrównoważony sposób łączy ze sobą wartką akcję, błyskotliwy humor i ważne wartości. To podnosząca na duchu, a jednocześnie zabawna historia, którą mogę polecić wam z całego serca! Największy minus tej książki? Jest zdecydowanie za krótka! Mogłabym czytać w nieskończoność o przygodach Nizhoni i wierzeniach ludu Nawaho, jestem zakochana w Wyścigu do Słońca i jestem głęboko przekonana, że ta opowieść będzie w stanie oczarować każdego bez względu na wiek!

★★★★★★☆☆☆☆

Seria Rick Riordan przedstawia:
Wyścig do słońca // Posłaniec burzy // Strażnik ognia // Smocza perła // Aru Shah i koniec czasu // Aru Shah i pieśń śmierci
0 Czytaj dalej »

sobota, 18 lipca 2020

Tusz, czyli opowieść życia zaklęta w tatuażach

0
Tusz to pierwsza część trylogii będąca wprowadzeniem do całego dystopijnego świata wykreowanego przez Alice Broadway. Błyszcząca okładka przyciąga wzrok, sprawiając, że czytelniczym srokom trudno będzie się trzymać z daleka od pięknej oprawy graficznej, ja byłam jednak niezwykle ciekawa tego, jak autorka wplecie motyw tatuażu w swoją historię. 

Każde zachowanie, każdy uczynek, każda ważna chwila zostawia ślad na Twojej skórze. Leora jest przekonana, że jej zmarły ojciec powinien zostać zapamiętany na zawsze. Wie, że zasługuje on, aby wszystkie jego tatuaże zostały usunięte i przekształcone w księgę skóry jako dowód dobrego życia, jakie wiódł.
Jednak kiedy odkrywa, że jego tusz zmieniono, a księga jest niekompletna, zaczyna się zastanawiać, czy tak naprawdę kiedykolwiek go znała.
Opis z LubimyCzytać

Pomysł na całą trylogię jest niesamowity. Leora żyje w świecie, w którym całe życie człowieka zostaje zapisane za pomocą tuszu i maszynki do tatuowania; zarówno bohaterskie czyny, jak i podłe uczynki są upamiętniane na skórze, z której po śmierci tworzy się księgę skóry i przekazuje się ją bliskim zmarłego, aby go upamiętnić. Z jednej strony jest to niezwykle oryginalna idea, z drugiej strony zdarzają się ponure, wręcz makabryczne opisy sposobu przyrządzania podobnej księgi, na szczęście nie ma ich wiele. Alice Broadway wykreowała od podstaw nowy świt wraz z wierzeniami ludu, lecz momentami wydawał mi się on być... pusty. Zwłaszcza na początku, kiedy okazało się, że niewiele jest w tej powieści fantasy, spodziewałam się większej ilości magicznych elementów wplecionych w fabułę, tymczasem rzeczywistość przedstawiona niemal niczym nie różniła się od naszej z wyjątkiem obowiązku tatuowania. Przez pierwsze sto stron dostajemy głównie nudne opisy zwykłego życia nastolatki, która chodzi do szkoły, zdaje egzaminy i spotyka się ze swoją jedyną przyjaciółką, ta część była praktycznie pozbawiona dialogów, przez co ciężko się ją czytało i zaczynałam mieć obawy, że lektura zupełnie mi się nie spodoba. Na szczęście po stu stronach Tusz nabrał tempa, pojawiło się kilka nowych wątków, które tak mnie wciągnęły w powieść, że nie mogłam jej odłożyć na bok. Przede wszystkim zauroczyły mnie niesamowicie barwne opisy tatuaży, mogłabym czytać je w nieskończoność, niestety czuję niedosyt w tym zakresie – Leora pragnie zostać tatuażystką, cała fabuła też jest silnie związana z tą sztuką, więc żałuję, że dostaliśmy tak niewiele fragmentów związanych z obrazami tworzonymi tuszem na skórze.

Największym minusem Tuszu są bohaterowie. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że są dość słabo zarysowani, brakowało im charakterystycznych cech, które odróżniałyby ich od całości. Mogliby się wymienić imionami, a dla mnie nie byłoby najmniejszej różnicy. Największy problem mam z Leorą, która jest bardzo gwałtowna i zdaje się nie mieć własnego zdania, bardzo łatwo jest nią manipulować i ciągle przechodzi na różne strony w zależności od tego, kto i co jej powiedział, nawet jeśli brakuje dowodów na poparcie tych słów. Sama siebie kreuje na brzydką, szarą myszkę, podczas gdy w rzeczywistości jest piękna i słyszy ciągle komplementy ze strony innych osób, więc niestety Leora wpada w pewien schemat young adult, chociaż wiele jej brakuje do moich ulubionych bohaterek z tego gatunku. Nie polubiłam najlepszej przyjaciółki głównej bohaterki, Verity – jej imię często pojawiało się na łamach powieści, ale nie wywarła na mnie dobrego wrażenia. Wydaje mi się, że najlepszą postacią pozostaje Obel, który skrywał w sobie mnóstwo tajemnic, jego motywacja była wyjątkowa i jego charakter wydawał się być najbardziej spójny. Muszę jeszcze ponarzekać na temat wątku romantycznego, ponieważ według mnie lepiej by było, gdyby ta relacja w ogóle nie zaistniała – Oscar i Leora spotykają się dosłownie dwa razy, a już jest to wielka miłość. Według mnie można by było usunąć cały ten wątek i powieść nie tylko by na tym nie straciła, ale wręcz by zyskała.

Tusz to historia, która ma w sobie potencjał. Zaskoczyła mnie oryginalnym pomysłem, oczarował mnie sposób, w jaki przedstawiła tatuaże, pięknie opisanymi baśniami inspirowanymi między innymi Śpiącą Królewną, dziejami Izydy czy puszką Pandory inteligentnie wplecionymi w fabułę i unikatowym klimatem, którego nie znajdziecie w żadnej innej książce młodzieżowej. Jest to powieść, którą czyta się szybko przez wzgląd na przyjemny styl autorki, ale mam nadzieję, że w przyszłych częściach Alice Broadway popracuje nad kreacją swojego świata i poprawi sylwetki bohaterów.

★★★★★★☆☆☆☆

Trylogia Księgi skór:
Tusz // Iskra // Blizna
Czytaj dalej »

piątek, 10 lipca 2020

Zdradziecka królowa, czyli błędy przeszłości nie definiują naszej przyszłości

0
Jestem wierną fanką twórczości Danielle L. Jensen. Najpierw zostałam zauroczona przez wykreowany przez nią świat trolli w Trylogii Klątwy, później bez wahania sięgnęłam po jej Mroczne Wybrzeża, gdzie piraci porwali mnie w samo serce przygody, ale chociaż czytałam te powieści z przyjemnością, to właśnie do Królestwa Mostu zapałałam największą miłością. Kiedy jednak sięgałam po kontynuację losów Lary, nie spodziewałam się, że autorka zachwyci mnie do tego stopnia!

Kiedy mąż Lary został wzięty do niewoli, ona sama myślała tylko o jednym: „Zrobię wszystko, co konieczne, by cię uwolnić”.
Lara – królowa na wygnaniu i zdrajczyni – patrzyła, jak jej ojciec podbija Ithicanę, i nie mogła zapobiec katastrofie. Ale kiedy dowiaduje się, że jej mąż Aren został wzięty do niewoli, wie, że ojciec zachował go przy życiu wyłącznie z jednego powodu – jako przynętę dla zdradzieckiej córki.
A ona całkowicie świadomie zamierza połknąć tę przynętę.
Ryzykując życie na Burzliwych Morzach, powraca do Ithicany z planem uwolnienia nie tylko króla, ale też całego Królestwa Mostu spod władzy swego ojca, i to za pomocą jego własnej broni – sióstr, których życie uratowała.
Jednak kiedy Lara i jej towarzyszki opracowują plan uwolnienia Arena z pałacu ojca, wkrótce odkrywają, że choć do środka nietrudno się dostać, zupełnie inaczej wygląda kwestia wydostania Arena i samych siebie z powrotem na zewnątrz. Ucieczka z pałacu wydaje się niemożliwa, a do tego w rozgrywce uczestniczy znacznie większa liczba graczy, niż Lara sądzi, w wojnie zaś o korony, królestwa i mosty wrogowie i sojusznicy nieustannie zmieniają strony. Jednak jej największym przeciwnikiem może się okazać właśnie ten mężczyzna, którego próbuje uwolnić – mąż, którego zdradziła.
Kiedy wszystko, co Lara kocha, jest zagrożone, ona sama musi podjąć decyzję, dla kogo – i dla czego – walczy: dla swojego królestwa, dla męża czy dla samej siebie.
Opis z LubimyCzytać

Zdradziecka królowa jest po brzegi wypełniona epicką akcją. Nie mogłam się od niej oderwać, z szybko bijącym sercem czytając o kolejnych pościgach, heroicznych, choć krwawych walkach i skomplikowanych intrygach politycznych, które obejmowały kilka zwaśnionych narodów. Historia przedstawiona w drugim tomie jest niezwykle dynamiczna, sytuacja ciągle się zmieniała, a stawka z każdą stroną zdawała się tylko rosnąć, prowadząc nas do finału, który zapiera dech w piersiach swoim rozmachem. Opisy bitw są tak obrazowe i intensywne, że miałam wrażenie, jakbym stała się częścią fabuły i na własne oczy mogła śledzić przebieg kolejnych potyczek, które sprawiały, że cała drżałam w obawie o losy swoich ulubionych bohaterów, bo aż do ostatniego zdania nie byłam w stanie przewidzieć, jak zakończy się ta cudowna, wypełniona bólem, poświęceniem i miłością opowieść. Zdradziecka królowa trzyma w ogromnym napięciu, naprzemiennie mnie niszczyła i scalała na nowo, nie chciałam, żeby ta historia kiedykolwiek się kończyła, ona jest po prostu zbyt dobra. Od dawna nie miałam okazji doświadczyć tak wielkiej gamy emocji podczas czytania, ale ta książka tego dokonała, zabierając mnie ze sobą na przygodę życia. Każdy element jest niezwykle dopracowany, a intrygi są tak błyskotliwe, że nie mogę wyjść z podziwu nad geniuszem autorki, która utkała tak zagmatwaną sieć.

Pierwsza część w dużej mierze skupiała się na budowie relacji Arena oraz Lary i na trudnych stosunkach pomiędzy Maridriną a Ithicaną, tymczasem Zdradziecka królowa zdaje się być pełniejszą historią, cały świat zbudowany przez autorkę się rozszerzył i pogłębił, Danielle L. Jensen ukazała zagmatwane stosunki pomiędzy poszczególnymi państwami, pojawiło się mnóstwo nowych bohaterów, którzy byli w stanie zmienić losy całej rozgrywki. Konflikt się rozrósł i przestał dotyczyć jedynie Arena oraz Lary, oni sami również dojrzeli i zaszły w nich przemiany, które mnie zachwyciły. Lara nie musi dłużej udawać, mogła odrzucić pętające ją więzy iluzji, którą zbudowała, by przeniknąć do obozu wroga i uwielbiam jej nową twarz – walecznej królowej, która nie cofnie się przed niczym, by obronić to, na czym jej najbardziej zależy. Wcześniej liczyło się dla niej ocalenie jedynie własnej skóry i zapewnienie przeżycia siostrom, jednak teraz marzenie Arena o lepszym świecie stało się także jej marzeniem. Jest bezwzględna, silna i niezłomna, ale posiada w sobie również delikatność. Jest bronią, lecz jest także człowiekiem. Aren z kolei musi zmagać się z własnym poczuciem winy, które kształtuje go na nowo i chociaż czytanie rozdziałów z jego perspektywy łamało mi serce, nie zatracił wszystkich swoich cech, za które pokochałam go już w pierwszej części. Tym razem relacja Arena i Lary została zepchnięta na nieco dalszy plan, jednak uwielbiam sposób, w jaki została przedstawiona, jak musieli się nauczyć, kim tak naprawdę chcą dla siebie być zupełnie od nowa. Tyle napięcia, złości, żalu, ale też tęsknoty i miłości... Ich związek jest przepiękny, nawet jeśli sponiewierał moją duszę, wysyłając ją na prawdziwy rollercoaster emocji.

Rzadko kiedy powracam do raz przeczytanych książek, ale jestem przekonana, że do Zdradzieckiej królowej powrócę jeszcze wiele razy. Ta powieść zupełnie mnie pochłonęła i zawładnęła moim umysłem, zostałam oczarowana przez historię Lary i Arena. Świat stworzony przez Danielle L. Jensen fascynuje, ta powieść aż kipi od emocji, które udzielają się czytelnikowi, sprawiając, że razem z bohaterami przeżywa ich wzloty i upadki, odczuwa ich ból jak swój własny, podobnie jak oni szukając wyjścia z trudnej sytuacji. Zdradziecka królowa to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Jest nie tylko niesamowitą rozrywką dzięki genialnie opisanym sekwencjom akcji, ale także przekazuje ważne wartości, opowiadając o braniu odpowiedzialności za swoje czyny, odkupieniu win i walce do samego końca, nawet jeśli wszystko wydaje się być stracone, nawet gdy cały świat cię nienawidzi i staje przeciwko tobie. Nie sądziłam, że pokocham tę serię tak bardzo, ale ze wszystkich powieści Danielle L. Jensen, jakie przeczytałam do tej pory, Królestwo Mostu jest jej najbardziej udanym tworem. Wyraźnie rozwinęła się jako pisarka i nie mogę się doczekać, aż poznam kolejne historie, które wyjdą spod jej palców. A wam z całego serca radzę – jak najszybciej przeczytajcie tę opowieść. Gwarantuję, że was w sobie rozkocha!

★★★★★★☆☆

Seria Królestwo Mostu:
Królestwo Mostu // Zdradziecka królowa // ... // ...
Czytaj dalej »

sobota, 6 czerwca 2020

Papierowy mag, czyli czar zaklęty w stronicach powieści

0
Nie będę ukrywać, że do Papierowego maga w pierwszej chwili przyciągnęła mnie głównie cudowna okładka, która klimatem przypomina mój ukochany Cyrk Nocy. Szybko jednak okazało się, że jest to książka mająca do zaoferowania więcej niż tylko śliczną oprawę graficzną, ponieważ opis doskonale wpasował się w mój gust czytelniczy, a pierwsze strony utwierdziły mnie w przekonaniu, że dobrze wybrałam swoją następną lekturę.

Ceony Twill całe swoje życie marzyła o tym, aby zostać Wytapiaczem – specjalistką od magii metalu. Zdeterminowana ukończyła Szkołę Magów Tagis Praff z wyróżnieniem. Nie tak wyobrażała sobie jednak dalszy rozwój kariery.
Okazuje się, że brakuje magów władających magią papieru. Wobec tego szkoła musi wyznaczyć jedną osobę, która zostanie skierowana na staż do papierowego maga, by kontynuować specjalizację pod jego czujnym okiem.
Takim sposobem ambitna, choć zrezygnowana Ceony trafia do ekscentrycznego Emery’ego Thane’a. Dzięki niemu zaczyna jej się podobać wizja zostania Składaczem. Jednak dobra passa nie trwa długo. Ceony szybko przekonuje się, że istnieje też magia zakazana. Jej nauczyciel pada ofiarą Wycinacza. Od teraz młoda praktykantka jest zdana tylko na siebie. Zaczyna niebezpieczną walkę z nieznanymi wcześniej mocami.
Opis z LubimyCzytać

Papierowy mag to książka-niespodzianka. Historia zaskakiwała mnie na każdym kroku, podążając w kierunku, którego absolutnie nie byłam w stanie przewidzieć. Nie spodziewałam się po powieści osadzonej w steampunkowych realiach tak urzekającej baśniowości, cała opowieść ma niezwykły klimat, a pomiędzy kartkami książki została zaklęta najprawdziwsza magia, która uwalnia się podczas lektury, zupełnie oczarowując czytelnika i sprawiając, że chce jak najdłużej delektować się tą przygodą. Do tej pory nie miałam okazji czytać książki, która byłaby skonstruowana w podobny sposób, przypominała mi trochę matrioszkę – po odkryciu jednej warstwy historii, pod spodem znajdowała się kolejna, jeszcze bardziej intrygująca od poprzedniej. 

Papierowy mag ma jednak kilka niedociągnięć. Jako ogromna fanka fantastyki spodziewałam się lepiej rozbudowanego świata i systemu magicznego, tymczasem odczuwam dość duży niedosyt, ponieważ autorka podrzuciła nam kilka szczątkowych informacji na samym początku książki, ale nie rozwinęła ich dalej, sprawiając, że wykreowana rzeczywistość wydawała mi się trochę pusta, pozbawiona solidnych fundamentów. Jestem zafascynowana sposobem, w jaki Charlie N. Holmberg przedstawiła zaklęcia w swojej powieści, jednak mam więcej pytań niż odpowiedzi i z tego powodu nie jestem w pełni usatysfakcjonowana lekturą, widzę jednak ogromny potencjał drzemiący w nowatorskich pomysłach autorki. Co ciekawe, wszystkie wydarzenia poznajemy z perspektywy Ceony, ale głównym bohaterem był tak naprawdę Emery – w Papierowym magu poznajemy przede wszystkim jego historię, jego nadzieje, marzenia, ból oraz wątpliwości, natomiast Ceony niemal do ostatnich stron pozostaje owiana mgiełką tajemnicy. 

Najbardziej polubiłam się z... Lirą. Podczas czytania rzadko ulegam złoczyńcom, ale Lira ma w sobie magnetyzm i charyzmę, które sprawiły, że w moich oczach przyćmiła pozostałych bohaterów. Była cudownie wielowymiarowa, choć żałuję, że ostatecznie nie poznaliśmy jej motywacji, co na pewno pozwoliłoby mi pokochać ją jeszcze bardziej. Z Ceony moja droga była nieco bardziej wyboista, bo pierwsze strony odrobinę mnie do niej zniechęciły – w moim odczuciu zadzierała nosa, choć nie miała ku temu podstaw, na szczęście z czasem zaczęła wzbudzać we mnie sympatię, kiedy okazało się, że nie jest bierną damą w opałach, a bierze los we własne ręce i walczy o ważne dla niej wartości. Na razie brakuje jej głębi, jednak jej przeszłość wciąż jest zagadką, a na ostatnich stronach zyskała trochę intrygującego kolorytu, dlatego myślę, że autorka będzie miała duże pole do popisu w kolejnych częściach. Emery'ego za to pokochałam za jego błyskotliwy humor oraz dobre serce, mężczyzna ma w sobie ogromne pokłady empatii, nawet jeśli przez innych jest uważany za dziwaka. W książce pojawia się subtelny wątek romantyczny, jednak mam względem niego dość mieszane uczucia.

Papierowy mag to powieść, która swoim klimatem i fabułą budowaną w wyjątkowy, niespotykany sposób zdecydowanie wyróżnia się na tle innych tytułów. Baśniowa atmosfera sprawia, że przez książkę płynie się z niespodziewaną lekkością, a stworzone przez autorkę uniwersum jest ciekawe i oryginalne, choć zabrakło mu rozwinięcia i zagłębienia się w zasady tworzonych przez Ceony oraz innych bohaterów zaklęć. W całej historii tkwi ogromny potencjał, a jeżeli wierzycie w prawdziwą magię zaklętą w papierze to Papierowy mag jest idealną powieścią dla was!  

Papierowy mag // The Glass Magician // The Master Magician // The Plastic Magician
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece!
Czytaj dalej »

czwartek, 9 kwietnia 2020

Żniwiarz u bram, czyli śmierć puka do drzwi Imperium

0
Żniwiarz u bram długo kazał na siebie czekać, bo ponad dwa i pół roku. Trochę obawiałam się lektury trzeciej części Ember in the Ashes, bo ostatnio zrobiłam się bardzo wybredna, jeśli chodzi o fantastykę i literaturę młodzieżową, ale wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać, nawet jeśli Pochodnia w mroku pozostawiła mnie z mieszanymi uczuciami. 

Helena Aquilla, Kruk Krwi, za wszelką cenę stara się ocalić życie nie tylko swojej siostry, lecz także wszystkich mieszkańców Imperium. Zadanie nie jest proste, bo niebezpieczeństwo czai się ze wszystkich stron: rządy imperatora Marcusa stają się coraz bardziej brutalne a bezwzględna Keris Veturia chytrze wykorzystuje jego słabostki, poszerzając zakres swoich wpływów. Tymczasem daleko na wschodzie Laia z Serry walczy ze Zwiastunem Nocy – niestety ci, od których oczekiwała wsparcia, w chwili próby odwracają się od niej, pozostawiając ją samą na polu bitwy…
Opis z empik.com

Gdybym miała użyć jednego słowa, by opisać Żniwiarza u bram, zdecydowałabym się na wyraz zaskakujący. Sabaa Tahir absolutnie nie podąża utartymi ścieżkami, wybierając najmniej oczywiste rozwiązania zarówno dla swoich bohaterów, jak i całej fabuły. Z reguły przy trzecim tomie serii można już jasno określić, w jakim kierunku zmierza historia, ale w przypadku Ember in the Ashes nic nie jest pewne, a zakończenie zostawiło mnie z kolejnym milionem pytań i pustką w głowie wywołaną przez nieprzewidywalne zwroty akcji. Zwłaszcza pierwsza połowa książki zupełnie mnie pochłonęła, autorka powoli budowała napięcie, pozwalając, by emocje narastały, a na ostatnich stu pięćdziesięciu stronach podkręciła tempo do maksimum, decydując się na mocne uderzenie na sam koniec, które pozbawiło mnie tchu i zdolności logicznego myślenia. Myślę, że nikt nie spodziewał się tego, co miało nadejść.

Żniwiarz u bram stanowi pomost łączący historię z pierwszej i drugiej części. W mojej recenzji Pochodni w mroku pisałam, że przeskok pomiędzy tomami był zbyt duży, czułam się tak, jakbym miała do czynienia z różnymi seriami, tymczasem Żniwiarzowi u bram udało się scalić te fragmenty w jedną całość, która wreszcie stała się bardziej spójna, dzięki czemu z łatwością płynęłam przez fabułę, a jednocześnie stała się ona bardziej intrygująca. Myślę, że największa siła Ember in the Ashes tkwi w postaciach, które nie dopasowują się do otaczającej ich rzeczywistości, a idą pod prąd, kształtując los swój oraz setek tysięcy ludzi. Nie mogłam oderwać się od książki, zauroczona tym, jak wielką przemianę przeszli bohaterowie od gniewnych dzieciaków do dojrzałych, boleśnie doświadczonych przez świat osób, którzy wiedzą, za jakie wartości są gotowi oddać życie. Z każdą kolejną książkę odkrywam zupełnie nowe warstwy tego, kim są.

Do tej pory nie przepadałam za Heleną, ale w tej części była dla mnie najlepszą postacią, z utęsknieniem oczekiwałam na fragmenty pisane z jej perspektywy i uchwycone w nich intrygi na imperatorskim dworze. Jestem też absolutnie zakochana w jej relacji z Harperem, nawet jeśli jest ona dość problematyczna, to według mnie do tej pory jest to najlepiej napisany przez autorkę wątek romantyczny w tej serii. Laia również bardzo miło mnie zaskoczyła, do tej pory jej zachowanie mnie irytowało, tymczasem w Żniwiarzu u bram trafił się tylko jeden rozdział, kiedy nie potrafiłam zrozumieć jej decyzji, ale poza tym stanęła na wysokości zadania. Z kolei wątek Eliasa stał się dla mnie najsłabszym ogniwem w książce, chociaż wcześniej był moją ulubioną postacią. Jego niezdecydowanie nie pasowało do sposobu, w jaki do tej pory był kreowany, ponadto przez cały czas pozostawał poza nurtem akcji, przez co jego narracja była po prostu nudna. Żniwiarz u bram jest niejako potwierdzeniem moich wrażeń z Pochodni w mroku – elementy fantastyczne nie są najmocniejszą stroną Saby Tahir, a motyw Poczekalni wciąż mnie do siebie nie przekonuje i nie pasuje do reszty fabuły. Mimo to naprzemienne narracje stanowią puzzle, które pasują do siebie idealnie niczym elementy nierozrywalnej układanki.

Od pierwszej części byłam zauroczona rzeczywistością wykreowaną przez Sabę Tahir, ale w tej części jeszcze bardziej poszerzyła granice swojego świata, zabierając nas w nowe miejsca, które pokochałam. Skupiła się na przedstawieniu polityki zagranicznych krain, mieliśmy okazję poznać postaci z całego Imperium, a także zagłębić się w mitologię i wierzenia różnych narodowości. Cieszę się, że autorka dała nam możliwość, by znowu poczuć klimat świata inspirowanego antycznym Rzymem i arabską kulturą, uważam, że to jeden z najbardziej fascynujących i najlepszych punktów tej powieści. Intensywna gra tocząca się za kulisami w walce o wpływy i władzę w brutalnym, barwnym świecie dostarczyła mi mnóstwa emocji, a mam wrażenie, że Sabaa Tahir nie przedstawiła jeszcze wszystkich swoich kart, najlepsze zostawiając na koniec. 

Jeśli do tej pory Ember in the Ashes wam się podobało, na pewno pokochacie także Żniwiarza u bram. Z każdą częścią stawka jest podbijana coraz wyżej, a wojna pochłania kolejne nacje, stając się jeszcze bardziej brutalnym i nieprzewidywalnym narzędziem w rękach potężnego Zwiastuna Nocy. Żniwo śmierci niemal dorównuje ilości zaskakujących zwrotów akcji, a dramatyczny punkt kulminacyjny pozostawia nas z ekscytującymi odkryciami i kolejnymi zagadkami, do których rozwiązania desperacko potrzebuję kolejnej części. Sabaa Tahir pisze w tak niezwykły sposób, że czytelnik czuje całym sobą każdą pojedynczą emocję. Żniwiarz u bram jest pełen gniewu, bólu, odwagi, strachu, miłości oraz tlącej się w popiołach nadziei. To książka pełna mroku i niebezpieczeństw, która uzależnia i wciąga do swojego świata już od pierwszej strony!


Seria Ember in the Ashes:
Imperium ognia // Pochodnia w mroku // Żniwiarz u bram // A Sky Beyond the Storm
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia