środa, 2 października 2019

Posłaniec Burzy, czyli czas ratować świat przed podstępnym bogiem śmierci z mitologii Majów

Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam mitologię! Już od dziecka byłam zafascynowana historiami pochodzącymi ze starożytnego Egiptu, Grecji czy Rzymu, a powieści oparte na mitach tylko jeszcze bardziej rozpalały moją ciekawość. Wśród autorów podobnych książek niedoścignionym numerem jeden pozostawał dla mnie Rick Riordan, ale z czasem zaczęłam się także interesować mitologią azjatycką i niesamowicie cieszę się, że powstała seria Rick Riordan przedstawia, dzięki której mam szansę poznawać kulturę z zupełnie nowych zakątków świata. O legendach Majów nie wiedziałam zupełnie nic, dlatego byłam tym bardziej podekscytowana faktem, że mogę przeczytać Posłańca Burzy.

Zane Obispo spędza niemal każdy dzień na badaniu wulkanu drzemiącego za jego domem. Wulkan, zwany przez niego „Bestią”, to jedyne miejsce, w którym chłopiec może się schronić przed innymi dzieciakami – często się z niego naśmiewają, bo Zane kuleje i musi chodzić o lasce.
Pewnego dnia w kraterze Bestii rozbija się dwusilnikowy samolot, a wkrótce potem Zane’a zaczepia tajemnicza dziewczyna o imieniu Brooks. Chce, by chłopak spotkał się z nią na osobności – zdradzi mu wówczas straszliwą tajemnicę. Zane godzi się, choć głównie dlatego że śliczne dziewczęta zwykle się do niego nie odzywają… Brooks wyjawia mu, że wulkan jest w rzeczywistości istniejącym od stuleci więzieniem boga śmierci Majów, którego los jest bezpośrednio związany z przeznaczeniem Zane’a.
„Co za bzdury”, myśli Zane. Jest przecież tylko lekceważonym przez wszystkich trzynastolatkiem i nieważne, jakie jest jego przeznaczenie – on, Zane, nie chce mieć z tym nic wspólnego, zwłaszcza jeśli ma to związek z jakimś bogiem śmierci. Ale Brooks otwiera mu oczy: magia, potwory i bogowie naprawdę istnieją, a według pradawnej przepowiedni, głoszącej zniszczenie świata, Zane ma do odegrania ważną rolę. Uwikłany w sieć niebezpiecznych tajemnic chłopiec wyrusza na wyprawę, która zabierze go daleko od domu i wystawi na ciężkie próby.
Opis z LubimyCzytać

Posłaniec Burzy jest to powieść skierowana raczej do młodszych, lecz gwarantuję, że dorośli także nie będą się przy niej nudzić! Ta historia jest przepełniona zaskakującymi zwrotami akcji, subtelnym humorem oraz pięknymi wartościami, które trafią do czytelnika w każdym wieku. Różnorodność, jaka panuje w tej książce, od razu mnie w sobie rozkochała; autorka sięgnęła nie tylko po raczej mało znane w naszej części świata wierzenia Majów, ale także przemyca elementy kultury latynoskiej czy pokazuje, że niepełnosprawność lub odmienność nie oznacza, że ktoś jest gorszy. Myślę, że właśnie to przesłanie sprawia, iż Posłaniec Burzy jest tak wartościową lekturą – pośród wszystkich zawirowań związanych z pradawną przepowiednią, podstępnymi magami, przerażającymi demonami i próbami ratowania świata przed nieuchronną zagładą z rąk boga śmierci J.C. Cervantes zwraca uwagę czytelnika na kwestię tolerancji i tego, że inność, postrzegana przez społeczeństwo jako wada, może się w rzeczywistości okazać największą zaletą. Krótsza noga Zane'a sprawia, że chłopak znacząco kuśtyka, przez co spotyka się z szykanami ze strony swoich rówieśników, tymczasem wychodzi na jaw, że jego niepełnosprawność jest tak naprawdę oznaką jego boskiego pochodzenia i źródłem jego uśpionych mocy. Sam bohater ma niskie poczucie własnej wartości, marzy jedynie o tym, by wtopić się w tłum, ale z czasem zaczyna akceptować siebie takim, jakim jest i myślę, że J. C. Cervantes daje młodym czytelnikom naprawdę piękną lekcję tolerancji.

Moim głównym zarzutem względem Posłańca Burzy jest nierównomiernie rozłożona akcja. Pierwsza połowa książki charakteryzowała się powolnym tempem i o ile byłabym w stanie przymknąć na to oko, gdyby nieśpieszny początek wynikał z wprowadzenia nas w mitologię, o tyle w przypadku Posłańca Burzy po prostu niewiele się dzieje, przez co kilkaset stron wypada mało atrakcyjnie, wręcz nużąco. Z kolei druga połowa historii była już wypełniona niezliczonymi, zadziwiającymi wydarzeniami, pojawia się wiele nowych, ciekawych bohaterów, przeszkody na drodze Zane'a Obsipio tylko się na siebie nawarstwiają, a poznane odpowiedzi prowadzą do kolejnych pytań i tajemnic. Dopiero po dwusetnej stronie Posłaniec Burzy wciągnął mnie w swoją magiczną rzeczywistość i wydaje mi się, że gdyby tempo powieści zostało lepiej zrównoważone, całość wypadłaby lepiej. Jestem natomiast oczarowana tym, jak zostały przedstawione wierzenia Majów i choć autorka nie szczędziła informacji na ten temat, wciąż czuję niedosyt, bo byłam tak zafascynowana kulturą Majów, że najchętniej nie przestawałabym o niej czytać! Nie miałam pojęcia, że te legendy są tak bogate – bogowie i bogurodzeni to zaledwie wierzchołek góry lodowej, oprócz nich występuję też zmiennokształtni, olbrzymy, czarownicy, wróżbici czy demony, a napojem bogów okazuje się być gorąca czekolada!

Posłaniec Burzy to książka, która łączy w sobie nieziemską przygodę, ważne wartości, błyskotliwy humor i wiedzę o intrygującej kulturze Majów. Myślę, że każdy czytelnik, niezależnie od wieku, znajdzie w tej powieści coś dla siebie, bowiem jest to historia, która zarówno bawi, jak i uczy. Magiczny, mityczny świat w Posłańcu Burzy ma tak wiele do zaoferowania, że koniecznie musicie się w nim zagłębić i lepiej go poznać! Czuję, że J.C. Cervantes skrywa jeszcze wiele asów w rękawie, którymi zaskoczy nas w następnej części i już nie mogę się doczekać, aby poznać kontynuację losów Zane'a.


Trylogia Posłaniec Burzy:
Posłaniec Burzy // The Fire Keeper // The Shadow Crosser

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!
0 Czytaj dalej »

piątek, 27 września 2019

Magia cierni, czyli życie skryte w czarodziejskich książkach

0
Magia cierni to książka, która była bardzo popularna na zagranicznym bookstagramie, dzięki czemu od razu przykuła również i moją uwagę, kiedy tylko pojawiła się w polskich zapowiedziach. To jedna z premier, które wzbudziły u mnie największą ekscytację w tym roku, więc kiedy tylko egzemplarz znalazł się w moich rękach, od razu zabrałam się za czytanie! 

Wszyscy czarownicy są źli. Elisabeth wie o tym, odkąd sięga pamięcią. Wychowana jako podrzutek w jednej z Bibliotek Austermeer, dorastała pośród narzędzi magii – grymuarów, szepczących na półkach i drżących w żelaznych okowach, gotowych przemienić się w potwory z tuszu i skóry, jeśli tylko ktoś je sprowokuje. Dziewczyna ma nadzieję dołączyć do strażników strzegących królestwa przed ich mocą.
Tymczasem w wyniku sabotażu w bibliotece najbardziej niebezpieczny grymuar wyzwala się z niewoli. Elisabeth, chcąc ratować sytuację, zostaje zamieszana w zbrodnię. Dziewczyna musi opuścić dom i udać się do stolicy, aby tam stanąć przed wymiarem sprawiedliwości. Nie może się zwrócić o pomoc do nikogo poza swoim największym wrogiem, czarownikiem Nathanielem Thornem, i jego tajemniczym demonicznym sługą. Wkrótce Elisabeth zdaje sobie sprawę, że wplątała się w sieć trwającej od wieków konspiracji, a zagłada grozi nie tylko Wielkim Bibliotekom, ale również całemu światu. Stopniowo zaczyna podawać w wątpliwość wszystko, czego ją uczono o czarownikach, o ukochanych przez nią bibliotekach, a nawet o samej sobie. Ma bowiem moc, o której nie miała pojęcia.

Moje początki z Magią cierni były wyboiste; klimat powieści znacząco odbiegał od tego, czego się spodziewałam. Autorka bardzo powoli wprowadza nas w świat, w którym książki przypominają żywe istoty z własnymi opiniami i uczuciami, ale także z łatwością mogą przeistoczyć się w łaknące krwi potwory i długie opisy w połączeniu z rozbudowanymi informacjami na temat grymuarów sprawiły, że początek odrobinę mi się dłużył. Warto było jednak cierpliwie przebrnąć przez pierwsze sto stron, ponieważ wtedy akcja zaczyna nabierać tempa i zaczyna się prawdziwy rollercoaster emocji! Historia przedstawiona w Magii cierni ani na moment nie zwalnia, z każdą stroną zostajemy coraz głębiej wciągnięci w niebezpieczną, magiczną intrygę ciągnącą się od kilku wieków i zaskakująco barwny świat, który staje przed nami otworem i kusi swoim pięknem. Nie planowałam przeczytać Magii cierni w jeden dzień, ale ta powieść była tak dobra, że nie byłam w stanie się od niej oderwać i z wypiekami na twarzy przerzucałam kolejne kartki, bo po prostu musiałam się dowiedzieć, co wydarzy się dalej! Nie spodziewałam się, że tak bardzo zżyję się z bohaterami, a pod koniec wręcz łapałam się na tym, że czytam coraz wolniej, celebrując każde słowo, ponieważ nie chciałam, aby moja przygoda z powieścią Margaret Rogerson dobiegła końca. 

Jestem zauroczona nasyconym przepychem światem opartym na XIX-wiecznej Anglii, w którym magia grymuarów, przerażające demony i przebiegli czarodzieje przenikają się wzajemnie z pełnymi blichtru, arystokratycznymi salonami i towarzyskimi skandalami, a pośrodku tego wszystkiego znajduje się Elisabeth – nienawykła do praw rządzących wyższymi sferami, zagubiona w świecie magii, która jest zupełnie inna, niż do tej pory sądziła, ale wciąż pozostaje odważna, niezależna, impulsywna i gotowa do stanięcia w obronie tego, co uważa za słuszne. Jest w niej trochę dziecięcej naiwności i łatwowierności, które pozwalają jej na optymizm i wiarę w dobro, ale Elisabeth nie jest przy tym niedojrzała czy irytująca. Autorka wrzuciła główną bohaterkę w sam środek rozrastającego się konfliktu, podważając wszystko, co Elisabeth wiedziała o grymuarach, magii, Wielkich Bibliotekach, a także samej sobie. Razem z nią podążamy drogą ku prawdzie, że to, co złe i dobre wcale nie jest tak oczywiste, jak jej się wydawało. Elisabeth to silna i nieugięta postać, ale reszta bohaterów nie ustępuje jej w swojej złożoności. Uwielbiam Nathaniela, który, zdawałoby się, ma wszystko: jest przystojny, bogaty i posiada wysoką pozycję społeczną, ale jest nękany przez tragiczną przeszłość i lęk przed wewnętrznym mrokiem, który jest przekazywany w jego rodzie przez pokolenia jako błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie. Uwielbiam jego sarkastyczny humor, jego uwodzicielskie, bezwstydne uwagi i pewność siebie, ale także jego bardziej bezbronną wersję, która sprawiła, że skazał się na samotność. Romans pomiędzy tą dwójką jest bardzo subtelny, stanowi zaledwie odległe tło, przemyka gdzieś w cieniu pomiędzy epickimi walkami i magicznymi wyzwaniami.

Magia cierni nie ucieka zupełnie od szablonowości, ale autorce udaje się nadać schematom ekscytujący wydźwięk, tchnęła w znane szablony nowe życie za pomocą czarujących postaci, finezyjnego, eleganckiego stylu pisania i kunsztownie wykreowanych wątków splatających się w niezwykle wciągającą, pełną wdzięku historię, która przyprawia o dreszcz zachwytu. Nie chciałam, żeby ta książka kiedykolwiek się kończyła; mogłaby mieć tysiąc stron, a dla mnie to i tak byłoby za mało, bo pragnęłam zostać w świecie Magii cierni już na zawsze!


Za możliwość przeczytania Magii cierni dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe!
Czytaj dalej »

sobota, 17 sierpnia 2019

Mroczne Wybrzeża, czyli starożytny Rzym spotyka Piratów z Karaibów

0
Miałam już okazję zapoznać się z twórczością Danielle L. Jensen przy okazji jej Trylogii Klątwy (której, notabene, jeszcze nie skończyłam, wstyd się przyznawać, ale trzeci tom wciąż przede mną). Może ta historia nie należy do moich ulubionych, ale bez wątpienia była to solidna fantastyka młodzieżowa, przy której świetnie się bawiłam. Kiedy tylko w zapowiedziach pojawiły się Mroczne Wybrzeża, wiedziałam, że muszę sięgnąć po tę książkę, bo kto nie kocha piratów i Starożytnego Rzymu?! Ale powieść ta zupełnie przerosła moje oczekiwania!

Teriana jest drugim oficerem na Quincense, statku oddanym bogini mórz, i spadkobierczynią jednej z Triumwiratu Maarinów. Jej lud zrodził się z morza i zna jego tajemnice, ale kiedy najlepsza przyjaciółka Teriany zostaje zmuszona do niechcianego małżeństwa, dziewczyna łamie przykazanie swojego ludu, by jej przyjaciółka mogła uciec – a wybór ten ma śmiertelnie niebezpieczne konsekwencje.
Marek jest dowódcą niesławnego Trzydziestego Siódmego legionu, który pomógł Imperium Celendoru podbić cały Wschód. Legion jest jego jedyną rodziną, a nawet jego towarzysze nie znają tajemnicy, którą ukrywa od dzieciństwa. Marek zrobi wszystko, by nie wyszła ona na jaw bez względu na koszty, ktokolwiek musiałby je ponieść – on czy reszta świata.
Kiedy jeden z senatorów Imperium dowiaduje się o istnieniu Mrocznych Wybrzeży, bierze do niewoli załogę Quincensei grozi wyjawieniem tajemnicy Marka, o ile nie ruszą na podbój nowych terytoriów, zmuszając dowódcę legionistów i Terianę do zawarcia niespodziewanego – i niechętnego – sojuszu. Łączą wysiłki dla dobra swoich rodzin, ale oboje muszą zdecydować, jak daleko są skłonni się posunąć i jak wiele są gotowi poświęcić.
Opis z LubimyCzytać

To, co najbardziej urzekło mnie w Mrocznych Wybrzeżach, to wykreowany przez autorkę niesamowity świat, który zapiera dech w piersiach i intryguje subtelną, magiczną atmosferą. Wyraźnie widać inspirację autorki starożytnym Rzymem, ale jednocześnie wiele elementów zostało zaczerpniętych z wyobraźni Danielle L. Jensen, nadając tej fantastycznej krainie unikatowego rysu. Świat przedstawiony jest piękny oraz, zachwyca dbałością o szczegóły i różnorodnością. Plastyczny, barwny styl pisania autorki sprawił, że miałam wrażenie, jakbym to ja znalazła się w samym sercu przygody; bez trudu mogłam poczuć kołysanie i ciche skrzypienie desek Quincense pod stopami, słony zapach morskiej bryzy czy przypiekające promienie słońca na twarzy, gdy wraz z bohaterami przemierzałam niezbadane wody. Widać, że autorka ma mnóstwo pomysłów na kreację rzeczywistości i nie mogę się doczekać, aż poznam kolejne smaczki, jakie dla nas przygotowała, bo wiele wątków i elementów pozostało częściowo owianych tajemnicą; Danielle L. Jensen pokazała nam wystarczająco dużo, abyśmy nie czuli niedosytu, jednocześnie pozostawiając sobie ogromne pole do popisu w kolejnej części. Mroczne Wybrzeże to jednak nie tylko dopracowany świat fantastyczny, ale także doskonale wykreowani bohaterowie z zagmatwaną przeszłością i tajemnicami skrytymi w mroku oraz idealnie zrównoważone tempo akcji. Wszystkie elementy składają się na obraz wciągającej, znakomicie napisanej historii, która porywa od pierwszych stron, sprawiając, że nie można jej odłożyć na bok! Od dawna nie miałam okazji czytać książki, która pochłonęłaby mnie do tego stopnia, a kiedy tylko zakończyłam lekturę, od razu chciałam się zabrać za drugi tom, na który niestety będziemy musieli jeszcze poczekać. 

Mroczne Wybrzeża zostały poprowadzone z dwóch perspektyw – Teriany i Marka, którzy pochodzą z dwóch różnych światów, dlatego obserwowanie, jak ich wychowanie i wierzenia najpierw ścierają się ze sobą, a później wzajemnie uzupełniają było pięknym przeżyciem. Mogłabym się rozpływać nad Markiem w nieskończoność, najwyraźniej mam słabość do żołnierzy z mroczną przeszłością, którzy każdego dnia muszą wybierać pomiędzy tym, co słuszne a tym, co zapewni im przetrwanie. Marek jest cudownie złożonym bohaterem, nic, co go dotyczy, nie jest ani czarne, ani białe; jest błyskotliwy, diabelsko inteligentny, a przy tym ma w sobie delikatność i empatię, choć nie zawaha się przed wydaniem bezlitosnych rozkazów, które pozbawią życia tysiące istnień. Teriana z drugiej strony potrafiła grać mi na nerwach – podejmowała głupie, ryzykowne decyzje, momentami bywała niedojrzała i rozwydrzona, ale w wielu sytuacjach nadrabiała swoim uporem, hartem ducha i temperamentem, zwłaszcza pod koniec zaczęła zdobywać moją sympatię, więc istnieje jeszcze duże pole do jej rozwoju. Teriana i Marek spędzali ze sobą dużo czasu, więc naturalnie zaczęli się poznawać i pojawił się między nimi cień sympatii, jednak mam mieszane uczucia względem łączącego ich uczucia. Mam wrażenie, jakby łącząca ich miłość została wymuszona, pojawiła się zbyt szybko i znikąd, nie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji, choć ich ostatnia wspólna scena była tak piękna, że zaczęłam spoglądać na naszą parę łaskawszym okiem i jestem ciekawa, jak ich losy potoczą się w drugim tomie. O wiele bardziej od romansu urzekła mnie jednak głęboka przyjaźń pomiędzy członkami legionu Trzydziestego Siódmego. Jako żołnierze przeszli wspólnie przez piekło, a choć tragiczne wydarzenia omal ich nie złamały, z czasem wzmocniły ich oddanie i bezwarunkowe zaufanie. Muszę też wspomnieć o Mikim i Kwintusie, którzy od pierwszego akapitu zdobyli moje serce, zarówno jako para, jak i postaci. Drugoplanowi bohaterowie nie stanowią tła w tej książce, a odgrywają pełnoprawne role i kocham ich wszystkich bez wyjątku, bo stanowią zabawną, uroczą zgraję, której nie da się nie pokochać. 

Mroczne Wybrzeża to historia, która jest pełna zwrotów akcji, pięknych wartości i przyjaźni, a przede wszystkim jest to niezapomniana przygoda, która wciąga od pierwszej strony i trzyma w napięciu aż do ostatniej. Jestem zafascynowana światem wykreowanym przez Danielle L. Jensen, każde słowo z tej książki budowało w mojej głowie spektakularny obraz rzeczywistości, do której chciałabym się jak najszybciej ponownie przenieść. Autorka doskonale połączyła intrygi i polityczne napięcia z zabawnymi fragmentami, tworząc kompletną, porywającą całość. Bardzo polecam wam Mroczne Wybrzeża, a sama nie mogę się już doczekać kolejnej części!


Seria Mroczne Wybrzeża:
Mroczne Wybrzeża // ...

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki!

Czytaj dalej »

niedziela, 28 lipca 2019

Z całego serca, czyli pożegnanie z bolesną przeszłością

0
Z całego serca od razu przykuło moją uwagę, gdyż zapowiadało się na wzruszającą, ale pełną optymizmu i siły historię o pokonywaniu przeciwności losu. Uwielbiam motyw spontanicznej podróży, która staje się niejako lekarstwem i pozwala na odcięcie się od negatywnych przeżyć, a jednocześnie na odnalezienie siebie samego, dlatego podchodziłam do książki z pozytywnymi przeczuciami. Niestety, Z całego serca okazało się być ogromnym rozczarowaniem.

Gdyby rok temu ktoś powiedział mi, że się zakocham, wyruszę w podróż pełną przygód, będę ujeżdżać triceratopsa, śpiewać w barze i stracę dziewictwo, uznałabym, że jest niespełna rozumu.
Wszystko w moim życiu się zmieniło, kiedy spotkałam Beckhama.
To jego należy winić za moją lekkomyślność. Wspaniały, bystry i niewiarygodnie czarujący Beck wtargnął do mojego życia, zupełnie jakby musiał się upewnić, że już nigdy nie wezmę niczego za pewnik. Nauczył mnie, że nie ma czegoś takiego jak granice, że zasady są dla słabeuszy, a pocałunek powinien wydarzyć się w najmniej oczekiwanym momencie.
Beck był jak zwrot akcji, którego zupełnie się nie spodziewałam. Dwa miesiące przed naszym spotkaniem śmierć pukała do moich drzwi. Niemal całkiem opuściła mnie nadzieja, gdy nagle dostałam od życia drugą szansę. Tym razem nie zamierzałam jej zmarnować.
Wyruszyliśmy w podróż, nie mając nic do stracenia i nie wiedząc, co wydarzy się jutro.
Zakochaliśmy się młodzieńczą, nierozważną miłością.
Taką miłością, która płonie jasnym płomieniem.
Taką miłością, od której żadna mapa nie wskaże drogi powrotnej.
Opis z LubimyCzytać

Stwierdzenie, że lektura Z całego serca mnie rozczarowała, jest dużym niedopowiedzeniem. Nawet podczas pisania negatywnych recenzji staram się znaleźć jakiś pozytyw, jednak w przypadku tej powieści jest to praktycznie niemożliwe. Kilka pierwszych stron zapowiadało się jeszcze intrygująco dzięki niecodziennemu spotkaniu w domu pogrzebowym, ale im dalej, tym trudniej było mi się powstrzymać przed wywracaniem oczami nad głupotą, nieodpowiedzialnością i niedojrzałością głównej bohaterki, z perspektywy której poznajemy całą historię. Cały zamysł na podróż Abby, która w ten sposób chciała zakończyć rozdział swojej choroby i jednocześnie wyrwać się na wolność, byłby interesujący i poetycki, gdyby nie został spłycony do ciągłych prób utraty dziewictwa przez główną bohaterkę z jej towarzyszem podróży. Największym zmartwieniem Abby nie jest zdrowie po ciężkim przeszczepie serca; jest nim posiadanie zbyt szczupłych, długich nóg czy białej alabastrowej cery i potrzeba uprawianie dzikiego seksu z chłopakiem, którego praktycznie nie zna, a o którego jest chorobliwie zazdrosna (była zawistna nawet o to, że rozmawiał przez telefon ze swoją babcią, litości!). Liczyłam chociaż na to, że z czasem relacja Abby oraz Becka się pogłębi, zaczną poznawać siebie nawzajem i powstanie pomiędzy nimi nić porozumienia, tymczasem nie dostajemy nic poza gorącymi scenami.

Z całego serca toczy się jednotorowo jednostajnym rytmem. Już sam zamysł na historię dawał autorce wiele okazji do wprowadzenia interesujących wątków, ale R.S. Grey nie skorzystała z potencjału, jaki tkwił w jej powieści. Chora przyjaciółka Abby, przeszłość Becka czy sama spontaniczna podróż po Stanach stanowiłyby doskonałe urozmaicenie i wzbogacenie fabuły, jednak autorka zdecydowała się na ich rozwinięcie i nie poświęciła im wystarczająco dużo czasu, by miały one jakikolwiek wpływ na akcję książki. Wszystko kręci się wokół pierwszych erotycznych przeżyć Abby, nawet motyw urny, który jako jedyny mnie zainteresował, nie został wykorzystany. Nie polubiłam się również z bohaterami. Abby jest po prostu wredną, cyniczną, a przy tym arogancką i infantylną dziewczyną. Jej choroba nie jest żadnym wytłumaczeniem dla jej złośliwego zachowania, podróż i zebrane w jej trakcie doświadczenia nie sprawiły też, że dojrzała jako osoba. Beckowi z kolei brakuje charakteru, został stworzony tylko po to, by towarzyszyć dziewczynie, brak mu indywidualności, a ich rozmowy były nienaturalne, sztywne i żenujące.

Z całego serca miało być lekką, wakacyjną powieścią, ale z głębokim przesłaniem, tymczasem cała historia była banalna, płytka i chaotyczna. Dla mnie okazała się być zupełną stratą czasu, udało mi się dotrwać do końca tylko dlatego, że na całe szczęście nie była długa. Z całego serca jest pełne nieodpowiedzialnych, skrajnie niebezpiecznych wyborów, główna bohaterka jest infantylna, myśli tylko o sobie i skupia się na utracie dziewictwa. Mocno odradzam czytanie Z całego serca, bo ta powieść może wzbudzić tylko frustrację i politowanie.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Szósty Zmysł!
Czytaj dalej »

piątek, 19 lipca 2019

Z głową w gwiazdach, czyli zaginięcie w głuszy najlepszym sposobem na rozpalenie uczucia

0
Nie będę ukrywać, że w pierwszej kolejności moją uwagę przykuła piękna okładka. Zawsze miałam słabość do nocnego nieba, a oprawa graficzna Z głową w gwiazdach jest naprawdę śliczna. Kiedy jednak przeczytałam opis, wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć, bo zapowiadała się na idealną wakacyjną lekturę. 

Sama w głuszy. Z chłopakiem, który złamał jej serce…
Wręcz pedantycznie uporządkowane życie pewnej nastolatki zbacza ze szlaku, gdy zostaje ona sam na sam z dziką przyrodą oraz swoim najgorszym wrogiem – chłopakiem, który złamał jej serce.
Od zeszłorocznego balu serdeczna przyjaźń Zorie i Lennona przerodziła się w zaciętą wrogość. Unikają się jak ognia, w czym nieco pomaga im fakt, że ich rodziny to współczesna wersja Montekich i Kapuletich.
Aż do czasu, kiedy podczas wypadu w góry Zorie i Lennon zostają uwięzieni w głuszy. Sami. Razem.
Co złego może się stać?
Z braku innego towarzystwa Zorie i Lennonowi nie pozostaje nic innego, jak zaogniać stare rany docinkami, jednocześnie próbując odnaleźć drogę do cywilizacji. Jednak prywatna wojna podczas ścierania się z siłami natury zmniejsza ich szanse na wydostanie się z lasu w jednym kawałku.
Im dalej zagłębiają się w dzikie ostępy Północnej Kalifornii, tym więcej skrywanych dotąd tajemnic i emocji wypływa na powierzchnię. Czy jednak rozpalone na nowo uczucie Zorie i Lennona przetrwa w świecie codzienności? Czy może zatliło się tylko na chwilę pod wpływem świeżego zapachu lasu i roziskrzonych gwiazd?
Opis z LubimyCzytać

To, co najbardziej urzekło mnie w Z głową w gwiazdach, to bohaterowie. Od dawna nie miałam okazji przeczytać powieści młodzieżowej, w której postaci zostałyby wykreowane z taką starannością. Zorie i Lennon są prawdziwi i wielowymiarowi, pełni pasji; wszystkie małe szczegóły takie jak ich ulubione filmy czy przekąski składają się na obraz bohaterów, którzy mogliby wyskoczyć spomiędzy kartek książki i bez trudu wpasować się w nasz świat. Jestem zachwycona zarówno Zorie, jak i Lennonem, oboje są niezwykle barwnymi bohaterowie, ale przy tym nie są przejaskrawieni. Zorie kocha astronomię, a także planowanie, posiada kilka różnych notesów i kalendarzy, które dają jej poczucie bezpieczeństwa w nieprzewidywalnym świecie, posiada małą obsesję na punkcie oprawek do okularów, które dobiera kolorystycznie do swojego stroju i uwielbia kraciasty wzór. Niby są to drobne detale, które może nie wnoszą wiele do samej fabuły, ale za to nadają dziewczynie indywidualności i sprawiają, że Zorie wydaje się być osobą z krwi i kości. Podobnie jest z Lennonem, miłośnikiem wszelkiego rodzaju gadów i japońskich mang oraz anime, zwłaszcza z gatunku horroru, niezawodnego fana sarkazmu i biwakowania w lesie. Żadne z nich nie jest idealne, ale dzięki temu wydają się jeszcze bardziej ludzcy i jestem zachwycona tym, z jaką dbałością Jenn Bennett podeszła do swoich bohaterów. To, co jeszcze bardziej mnie zauroczyło, to naturalność dialogów pomiędzy bohaterami i lekkość, z jaką autorka przedstawiła powolną ewolucję relacji Zorie i Lennona. Uwielbiam ich przekomarzanie się, zacięte dyskusje na temat Władcy Pierścieni czy Star Treka czy intensywny flirt.

Z głową w gwiazdach zostało podzielone na trzy części i chociaż nie ukrywam, że trzecia część, w której Lennon i Zorie zostali pozostawieni sami sobie pośrodku pustkowia i w swoim towarzystwie musieli zadbać o przetrwanie, była moją ulubioną, to w całej historii jest o wiele mniej romansu, niż możecie się tego spodziewać. Z głową w gwiazdach porusza wiele różnorodnych tematów, jednocześnie przełamując tabu. Opowiada choćby o małżeństwach jednopłciowych (Lennon wychowywany jest przez parę lesbijek), o tym, jak zdrada rozdziera całą rodzinę, ale także o sile przyjaźni czy rodzicielskiej miłości, a choć poruszane tematy nie zawsze są łatwe, Jenn Bennett robi to tak finezyjnie, że nie czuć ich przytłaczającego ciężaru. Z głową w gwiazdach jest utrzymane w lekkiej, optymistycznej stylistyce, humor pojawia się nawet w najgorszych momentach, a choć książka zdaje się być oparta o wariację znanych schematów, to czuć w tym powiew świeżości. Jestem też zachwycona tym, jak autorka przedstawiła piękno natury w swojej powieści. Nie jestem wielką fanką biwakowania, ale Jenn Bennett przedstawiła kemping w taki sposób, że aż sama zapragnęłam znaleźć się w sercu lasu z plecakiem na plecach. 

Z głową w gwiazdach to idealna historia na lato. Pozwoli wam oderwać się od wielkomiejskiego zgiełku i przenieść w sam środek kojących, leśnych zastępów, które umożliwią wam nie tylko przyjemne odprężenie, ale także zmierzenie się z własnymi myślami. Jest to lekka, pełna optymizmu, radości i młodzieńczej energii lektura, a chociaż zakończenie można z łatwością przewidzieć już na samym początku powieści, to absolutnie nie przeszkadza w czerpaniu frajdy z zagłębiania się w kolejne strony i kibicowaniu bohaterom. Ja sama świetnie się przy niej bawiłam i zdecydowanie polecam Z głową w gwiazdach jako lekturę na wakacje. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu IUVI!
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia