Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TOP 5. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TOP 5. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 stycznia 2020

TOP 5: Najlepsze dramy 2019 roku

0


Mogę śmiało powiedzieć, że z roku na rok moje uzależnienie już nie tylko koreańską, ale ogólnie azjatycką kulturą coraz bardziej się pogłębia. W 2017 obejrzałam 29 tytułów, w 2018 już 35, a w 2019 kończę z wynikiem 45(!) dram na koncie. Co prawda coraz trudniej jest mi znaleźć dramy, które absolutnie mnie zachwycą, ponieważ z każdym obejrzanym serialem moje oczekiwania wzrastają, ale dzięki temu zaczęłam sięgać po zupełnie nowe gatunki i kraje. W tym roku obejrzałam po raz pierwszy obejrzałam produkcje z Tajwanu i Tajlandii, zaczęłam też mocniej się zakochiwać w chińskich serialach, do których wcześniej podchodziłam z dystansem, a teraz aż dwie z pięciu ulubionych dram tego roku zostało wyprodukowanych właśnie w Chinach.
UWAGA: na liście mogą znajdować się tytuły, które obejrzałam w tym roku, ale które zostały wyprodukowane przed 2019.


Romantic Doctor Teacher Kim

Romantic Doctor Teacher Kim jest tytuł, którzy obejrzałam jeszcze w styczniu jako mój pierwszy serial tego roku, ale wywarł na mnie tak ogromne wrażenie, że do tej pory pozostaje świeży w mojej pamięci, jakbym skończyła go oglądać zaledwie wczoraj. Opowiada historię tajemniczego lekarza Kim Sa Bu, który niegdyś był określany jednym z najlepszych chirurgów w kraju i pracował w dużym szpitalu w Seulu, ale u szczytu swojej kariery nagle zniknął i przeniósł się do podrzędnego ośrodka w małej, niemal wiejskiej miejscowości. Yoon Seo Jung jest pełną pasji lekarką, którą wciąż prześladuje błąd z jej przeszłości, natomiast Kang Dong Joo to ambitny chirurg wywodzący się z biednej rodziny, który goni za sukcesem, poświęcając przy tym swoje ideały. Kiedy Dong Joo i Seo Jung spotykają Kim Sa Bu, ich życie oraz poglądy ulegają zmianie.


Romantic Doctor Teacher Kim jest nie tylko jedną z moich ulubionych dram, jakie obejrzałam w tym roku, ale także najlepszą dramą medyczną, jaką miałam okazję do tej pory obejrzeć. Jako studentka na trzecim roku medycyny już dostrzegam u siebie pewne zboczenie zawodowe i w wielu dramach medycznych wyłapuję podstawowe błędy, które mnie irytują, natomiast Romantic Doctor Teacher Kim w sposób realistyczny pokazuje pracę lekarzy, przywiązując wagę do nawet najdrobniejszych detali i przedstawiając przypadki, które są spotykane najczęściej w życiu codziennym, jednocześnie pozostając fascynującym, wciągającym serialem. Jednak to, co najbardziej ujęło mnie w tej dramie, to pytanie co to znaczy być dobrym lekarzem?, które przewijało się w każdym odcinku. Mogłoby się wydawać, że odpowiedź jest prosta, ale Romantic Doctor Teacher Kim pokazuje, że nie ma dobrego ani złego rozwiązania tej zagadki, że każdy ma swoją własną definicję dobrego doktora i choć mogą one być ze sobą sprzeczne, nie oznacza to, że któraś z nich jest niewłaściwa. Ten tytuł w niesamowity sposób ukazuje dylematy moralne, a także wyrzuty ciążące na lekarskim sumieniu i pod tym względem jest to ogromnie inspirująca historia. Nie mogę też nie wspomnieć o bohaterach, aktorzy wykonali kawał świetnej roboty. Han Seok Kyu błyszczy w roli niejednoznacznego Kim Sa Bu, a Dong Joo i Seo Jung są moim ukochanym OTP, nawet jeśli ich wątek romantyczny dostawał zaledwie kilka minut i to nie w każdym odcinku, między nimi tak iskrzy, że nie można od nich odwrócić wzroku. Uwielbiam także wszystkich drugoplanowych bohaterów i jestem przeszczęśliwa, że Romantic Doctor Teacher Kim powraca z drugim sezonem na początku stycznia, choć zabraknie w nim Dong Joo i Seo Jung. 




Put Your Head on My Shoulder

Muszę się przyznać, że długo wahałam się pomiędzy Put Your Head on My Shoulder a Le Coup de Foudre. Okazało się bowiem, że Chińczycy są mistrzami realnych, uroczych historii coming of age o pierwszej miłości z czasów liceum/college'u i zakochałam się w tym gatunku, właściwie nałogowo oglądam obecnie podobne dramy. Ale o ile Le Coup de Foudre ma genialny początek (z czasem niestety widać spadek poziomu) i pięknie przedstawia relacje rodzinne, o tyle Put Your Head on My Shoulder trzyma wysoki poziom od początku do końca i jest pierwszą chińską produkcją, która tak bardzo mnie zauroczyła. Put Your Head on My Shoulder przedstawia historię Si Tu Mo, studentki księgowości i Gu Wei Yi, genialnego studenta fizyki. Powoli zbliża się moment ukończenia studiów, ale Si Tu Mo wciąż waha się, jaką ścieżkę kariery powinna wybrać. W wyniku rodzinnych zawirowań Si Tu Mo i Gu Wei Yi zostają współlokatorami i tak zaczyna się ich historia miłosna.


Po opisie mogłoby się wydawać, że historia przedstawiona w Put Your Head on My Shoulder jest zbyt prosta, a przez to nudna, jednak nie moglibyście być w większym błędzie! Według mnie prostolinijność i naturalność fabuły są największym atutem tej dramy, która jest lekka w odbiorze, zabawna i przeurocza. Wiele seriali z bardziej skomplikowanymi zapowiedziami popada w rutynę i bardzo się dłuży w środku serii, ale to nie ma miejsca w Put Your Head on My Shoulder. Cieszę się, że scenarzyści nie starali się na siłę wprowadzić nadmiernego dramatyzmu, a wiernie trzymali się początkowych założeń, dzięki czemu podczas oglądania tej dramy uśmiech nie schodził mi z twarzy, a przyjemne ciepło wypełniało moje serducho. Si Tu Mo i Gu Wei Yi są pod wieloma względami przeciwieństwami; ona jest otwarta, niezależna, twardo stąpa po ziemi, podczas gdy on jest nieśmiałym, cichym i odrobinę dziwnym nerdem, ale wspierają się niezależnie od wszystkiego, zwłaszcza jeśli chodzi o spełnianie marzeń, których nikt inny nie popiera. Może nie ma tutaj zbyt wielu ekscytujących zwrotów akcji, jednak jest to serial z gatunku feel good, idealny do obejrzenia, kiedy potrzebujecie trochę słodyczy i radości w swoim życiu.




The Legends

The Legends to drama, którą zaczęłam oglądać zupełnie spontanicznie, potrzebowałam przerywnika podczas nauki do poprawki z biochemii, a chińskie produkcje ogląda mi się najlepiej w momencie, w którym mam najwięcej nauki. The Legends przedstawia dzieje Lu Zhao Yao, która jest wychowywana przez dziadka w górach w odcięciu od reszty świata. Jest niezwykle ciekawską, radosną dziewczyną, aż pewnego dnia spotyka Luo Ming Xuan, który ma ogromny wpływ na jej rozwój. Kiedy jednak słowa mężczyzny okazują się być kłamstwem, jego zdrada popycha Zhao Yao do zbudowania własnej demonicznej sekty Wan Lu. Staje na jej czele jako potężna, nieprzejednana przywódczyni. Podczas próby zdobycia legendarnego miecza Wan Jun, Zhao Yao wpada w pułapkę. Kobieta jest przekonana, że za zdradą stoi Mo Qing, strażnik w jej sekcie, a jednocześnie jeden z jej najbliższych sojuszników, który po domniemanej śmierci Zhao Yao przejął władzę w sekcie Wan Lu i prowadzi ją jako przywódca pod prawdziwym imieniem – Li Chen Lan. Zhao Yao poprzysięga zemstę na byłym przyjacielu i planuje odzyskać swoją pozycję jako prawowitego władcy.


Już samo pisanie o The Legends sprawia, że jestem podekscytowana! Ta drama jest po prostu EPICKA w każdym tego słowa znaczeniu. Jeżeli szukacie historii, która zawiera idealne połączenie zniewalających elementów fantasy z przyspieszającym bicie serca romansem, zapierające dech w piersi sceny walki, wciągającą, wielowątkową i nieoczywistą fabułę oraz interesujących, silnych bohaterów to nie mogliście trafić więcej; The Legends zawiera wszystkie te elementy, a nawet więcej. Według mnie największą zaletą tego serialu jest jego główna bohaterka – Lu Zhao Yao, która jest silna, nieustraszona, charyzmatyczna i jest super badass, a także stanowi doskonały materiał na girl crush. Przed nikim się nie kłania, sięga po to, czego pragnie, nie przejmując się opiniami innych, a chociaż jej działania potrafią być bezwzględne i okrutne, jest przy tym sprawiedliwa. Lu Zhao Yao przechodzi powolną przemianę na przestrzeni kolejnych odcinków: na początku jest radosną, młodą dziewczyną, która pod wpływem zdrady przeistacza się w potężną, nadzwyczajną przywódczynię demonicznej sekty, aż wreszcie dojrzewa jako kobieta, wycisza swój gniew, ale nie traci przy tym swojej ikry. Zupełnie straciłam głowę także dla Li Chen Lana, czyli naszego głównego bohatera, który na początku serialu jest nieśmiałym, cichym chłopcem zakochanym w Zhao Yao po tym, jak uratowała mu życie. Li Chen Lan z czasem staje się kompetentnym przywódcą po stracie Zhao Yao, jest pewny siebie, błyskotliwy i silny. Choć wydaje się, że jest surowy i chłodny, w rzeczywistości ma dobre serce, a przy swojej zamienia się w totalnie zakochanego szczeniaczka. Razem tworzą power couple, której brakowało mi w dramalandzie! Wydaje się, że Chen Lan i Zhao Yao stanowią swoje przeciwieństwa, ale w rzeczywistości cudownie się uzupełniają jak dwa puzzle i choć cały świat zdaje się nie rozumieć kierujących nimi pobudek, oni dostrzegają swoje prawdziwe oblicza i tworzą niezniszczalną drużynę. Ich uczucie jest widoczne nawet w wymienianych przed nich spojrzeniach, są tak cudowni, że aż brakuje mi słów, by opisać głębię łączącej ich więzi. Koniecznie musicie sami obejrzeć The Legends, by przekonać się, jak genialna jest ta drama!




Extraordinary You

Extraordinary You omal nie tylko nie znalazło się na liście moich ulubionych seriali 2019, ale także na mojej liście do obejrzenia w ogóle. Szczerze mówiąc, zupełnie nie ciągnęło mnie do tego tytułu, lecz choć Extraordinary You nie zjednało sobie koreańskiej publiczności, to już międzynarodowi widzowie zupełnie stracili głowę dla tej historii, więc byłam ciekawa, co wywołało takie poruszenie i przyczyniło się do wysokich ocen. Naszą główną bohaterką jest Eun Dan Oh, osiemnastoletnia uczennica liceum, która pochodzi z bogatej rodziny i cierpi na nieuleczalną chorobę serca. Pewnego dnia Eun Dan Oh uświadamia sobie, że jest tak naprawdę postacią z komiksu; w dodatku nie odgrywa ważnej roli, a jest trzecioplanową postacią. Dziewczyna nie ma jednak zamiaru posłusznie zaakceptować losu, jaki przeznaczył jej autor komiksu. Planuje zmienić swoją teraźniejszość i do tego celu wybiera Numer 13 – bohater tak mało ważny dla fabuły webtoona, że nie dostał swojego imienia. 


Mam pełną świadomość tego, że pod wieloma względami Extraordinary You nie jest dobrą dramą. Zakończenie jest bardzo otwarte, wiele wątków nie zostało wyjaśnionych, a były one dość kluczowe dla fabuły, jest tyle dziur w tej historii, że aż trudno jest mi w to uwierzyć, niektórzy bohaterowie są zupełnie pozbawieni charakteru (patrzę na ciebie, Haru!), a w drugiej połowie serialu w kółko powtarzany jest ten sam schemat w kolejnych scenach, ale... Jak ja się świetnie przy tej dramie bawiłam! Zwłaszcza w pierwszej połowie Extraordinary You było genialne. Cały zamysł na fabułę jest niezwykle oryginalny i oczarował mnie już od pierwszych minut, a scenarzyści genialnie bawili się konwencją, podśmiewając się ze standardowych klisz stosowanych we wszystkich koreańskich komediach romantycznych. Uwielbiam tę lekką autoironię, w ogóle humor i cały klimat w Extraordinary You jest świetny, jednak równie mocno jestem zachwycona popisem aktorskim – zwłaszcza jeśli chodzi o Lee Jae Wook'a, który wcielił się w rolę bardzo niejednoznacznego Baek Kyunga, którego jednocześnie się kocha i nienawidzi. Eun Dan Oh na początku była pewną siebie, silną bohaterką, która wiedziała, czego pragnie i dążyła do tego za wszelką cenę, dlatego szkoda, że w drugiej części Extraordinary You jej rola została sprowadzona do zakochanej nastolatki, dla której obiekt westchnień był ważniejszy od jej własnego życia (dosłownie). Jednak urok tej dramy polega na tym, że chociaż widzę te wszystkie wady, błędy i potknięcia, to zupełnie nie zwracam na nie uwagi i po prostu cieszę się oglądaniem. Extraordinary You sprawiało mi taką radość i przyjemność, że nie wyobrażam sobie, że mogłoby zabraknąć tego tytułu w moim podsumowaniu. A, no i zakochałam się w Rowoonie. Jest tak piękny, że to wręcz niemożliwe. 




Hotel del Luna

Hotel del Luna to jeden z najgorętszych i najbardziej wyczekiwanych tytułów 2019 roku. Byłam bardzo ciekawa, jak po Hwayugi (dramie z najbardziej zmarnowanym, ogromnym potencjałem) wypadną sławne scenarzystki-siostry Hong, a IU w głównej roli tylko upewniła mnie w przekonaniu, że ten serial po prostu muszę obejrzeć. Nie chciałam jednak nastawiać się zbyt pozytywnie, aby znowu się nie rozczarować, lecz tym razem siostry Hong naprawiły wszystko to, co zepsuły w Hwayugi, oferując nam przepiękną historię Jang Man Wol, która od ponad tysiąca lat jest właścicielką Hotelu Del Luna – miejsca, do którego trafiają jedynie duchy, zanim przeprawią się na drugą stronę. Jang Man Wol została związana z hotelem za karę z powodu swoich błędów w przeszłości, a lata spełnione w samotności sprawiły, że stała się zgorzkniałą, okrutną i chciwą istotą znajdującą się na granicy życia i śmierci. Goo Chan Sung jest z kolei zwykłym człowiekiem, który na skutek nieszczęśliwego zrządzenia losu zostaje managerem w tym wyjątkowym miejscu.


Hotel del Luna to moja ulubiona drama tego roku i, jeśli mam być szczera, nie miała żadnej konkurencji. Ten serial oczarowuje widza już od pierwszej minuty, bezpowrotnie wciąga w swój fascynujący, wyjątkowy, fantastyczny świat i nie wypuszcza nawet po obejrzeniu ostatniej sceny. Mijały tygodnie, a ja wciąż byłam w stanie myśleć tylko o tej dramie, o jej bohaterach i ich losach. Każdy kolejny odcinek Hotelu del Luna jest jeszcze lepszy od poprzedniego; wydawało mi się, że to wręcz niemożliwe, aby serial podbijał sobie coraz wyżej poprzeczkę, jednak tak właśnie się działo za każdym razem. To jedna z najpiękniejszych pod względem wizualnym produkcji, jakie widziałam w życiu, po prostu każde ujęcie zachwyca, a fabuła jest tak skomplikowana, wielowątkowa, kreatywna i głęboka, że do tej pory nie mogę wyjść z podziwu nad geniuszem scenarzystek, które ciągle zaskakiwały nas nowymi elementami i zwrotami akcji. Nie spodziewałam się, że Hotel del Luna wzbudzi we mnie tak wiele emocji, ale od dziesiątego odcinka aż do szesnastego płakałam niemal bez przerwy, nie mogąc opanować wzruszenia. Rok 2019 jest bez wątpienia rokiem silnych kobiet, a IU w roli Jang Man Wol jest bezkonkurencyjna. To jedna z najbardziej specyficznych, a jednocześnie złożonych postaci, z jakimi do tej pory się zetknęłam, a jej rozwój i wewnętrzna przemiana zachwycają. W dużej mierze to właśnie IU dźwigała całą produkcję na swoich barkach i zrobiła to w brawurowy sposób. Natomiast OST jest według mnie najpiękniejszą ścieżką dźwiękową tego roku. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to romans między głównymi bohaterami; niestety, nie czułam żadnej chemii, a Goo Chan Sung był mi obojętny, na szczęście wątek ten odgrywa niewielką rolę w całej historii Jang Man Wol. Hotel del Luna to opowieść przede wszystkim o odpuszczaniu przeszłych win i przebaczaniu i jest swego rodzaju katharsis nie tylko dla głównej bohaterki, ale także dla widzów.
Czytaj dalej »

sobota, 4 stycznia 2020

TOP5: Najlepsze książki 2019 roku

0

W 2019 roku przeczytałam 40 książek i w moim odczuciu jest to całkiem dobry wynik (zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę moje marne 28 tytułów z poprzedniego roku); ani dużo, ani mało, a ostatnio z coraz większą chęcią sięgam po powieści, więc wydaje mi się, że jestem na dobrej drodze. Cieszy mnie również fakt, że coraz odważniej wybieram kolejne powieści z gatunków, z którymi wcześniej nie miałam wiele wspólnego. Przeczytałam swoją pierwszą książkę non-fiction, a także thriller, pod koniec roku zabrałam się też za nagrodzone Pultizerem Światło, którego nie widać oraz Szczygła (choć tutaj jestem jeszcze w połowie – na pewno dokończę, choć podejrzewam, że uda mi się to dopiero po sesji zimowej). Martwi mnie to, że jest coraz mniej powieści z gatunku young adult, którym udało się mnie zainteresować, ale jednocześnie zakochuję się ponownie w literaturze pięknej i historycznej. Jestem bardzo ciekawa, jakie tytuły przyniesie przyszły rok, lecz nie czuję dłużej presji, by czytać dużo i być na czasie z trendami YA. Każdy rok przynosi zmiany i myślę, że dalej dojrzewam jako czytelnik. 

Magia Cierni

Magia Cierni to dla mnie jedno z największych zaskoczeń tego roku. Kiedy zaczynałam czytać tę książkę, spodziewałam się czegoś zupełnie odmiennego i już na wstępie zostałam zaskoczona klimatem historii, a im głębiej brnęłam w fabułę, tym bardziej byłam zafascynowana światem stworzonym przez Margaret Rogerson. Magia cierni nie ucieka zupełnie od szablonowości, ale autorce udaje się nadać schematom ekscytujący wydźwięk, tchnęła w znane szablony nowe życie za pomocą czarujących postaci, finezyjnego, eleganckiego stylu pisania i kunsztownie wykreowanych wątków splatających się w niezwykle wciągającą, pełną wdzięku historię, która przyprawia o dreszcz zachwytu. Nie chciałam, żeby ta książka kiedykolwiek się kończyła; mogłaby mieć tysiąc stron, a dla mnie to i tak byłoby za mało, bo pragnęłam zostać w świecie Magii cierni już na zawsze!


Niedźwiedź i Słowik

Niedźwiedź i Słowik to drugie ogromne zaskoczenie tego roku. Nie miałam w planach tej książki, ale cała trylogia była wielokrotnie wspominana i wychwalana na zagranicznym bookstagramie, więc w końcu się złamałam i postanowiłam sięgnąć po historię Wasilisy... i zupełnie dla niej przepadłam. Podczas czytania miałam wrażenie, jakbym przeniosła się w czasie do swojego dzieciństwa, skryła pod cieplutkim kocem i słuchała baśni czytanej mi na dobranoc, a jednocześnie Niedźwiedź i Słowik nie jest powieścią dla dzieci. Po prostu sposób, w jaki ta książka rzuca na czytelnika czar, to zaintrygowanie niewiarygodną historią rozgrywającą się przed moimi oczami i na wpół rzeczywisty, a na wpół liryczny świat średniowiecznej Rusi przypomniał mi czasy dziecięcej, niezmordowanej ciekawość. Jestem zafascynowana rosyjskim folklorem, którego jest pełno w Niedźwiedziu i Słowiku, gdzie jawa styka się ze snem, a czary pozostają czymś prostym, a przez to jeszcze bardziej niezwykłym. Choćby dla tego niesamowitego, zimowego klimatu powinniście sięgnąć po Niedźwiedzia i Słowika, bo jest to historia jedyna w swoim rodzaju, niezwykła.


Szare śniegi Syberii

Szare śniegi Syberii to książka, na którą natrafiłam zupełnie przypadkowo kilka lat temu i od tamtej pory chciałam ją przeczytać, ale była swego rodzaju białym krukiem na naszym rynku i trudno było ją zdobyć. Na szczęście dzięki filmowi (którego wciąż nie widziałam, wstyd!) doszło do wznowienia, a ja mogłam się cieszyć własnym egzemplarzem Szarych śniegów Syberii. Od razu zakochałam się w twórczości Ruty Sepetys i zamówiłam jej dwie pozostałe książki; autorka porusza w swoich książkach niezwykle ważne tematy, a choć przedstawiona w tej powieści historia jest wstrząsająca, Ruta Sepetys przedstawia ją w delikatny, przepełniony zarówno cierpieniem, jak i nadzieją sposób. Szare śniegi Syberii są skierowane do młodzieży, jednak jest to książka z rodzaju tych, które powinien przeczytać każdy. Niesie ze sobą piękne emocje, głębokie przeżycia i naukę, o której nie można zapomnieć.

Nasze życzenie

Nasze życzenie to przepiękna, wzruszająca historia, która sprawiła, że nie mogłam powstrzymać łez i jednocześnie przypomniała mi, za co kocham literaturę New Adult. Od dawna nie trafiłam na równie emocjonalną, wartościową lekturę, która w tak cudowny sposób ukazałaby nie tylko głębię miłości, ale także wewnętrzną przemianę, jaka może zajść w każdym człowieku. Nasze życzenie jednocześnie niszczy i spaja, rozbija serce na miliony kawałeczków, by skleić je na nowo, zadaje czytelnikowi ból, lecz napełnia także nadzieją i ciepłem. Wykorzystuje znany w New Adult motyw muzyki, jednak nigdy nie spotkałam się z równie zjawiskowym i oryginalnym przedstawieniem tego wątku. Do tej pory książki Tillie Cole średnio mi się podobały, ale Nasze życzenie to prawdziwy majstersztyk, który gra na emocjach i wyciąga z nas to, co jest w nas najlepszego.


Pozłacane wilki

Walka o pierwsze miejsce była naprawdę wyrównana, ale ostatecznie to Pozłacane wilki zostały moją ulubioną powieścią 2019 roku. Nasze życzenie jest cudowne, jednak Pozłacane wilki mają jedną, ogromną przewagę – przeczytałam tę książkę w lutym, a mimo to wciąż nie mogę przestać o niej myśleć, łapię się na tym, że w zupełnie niespodziewanych momentach powracam pamięcią do wydarzeń z tej niezwykłej historii, przypominam sobie kolejne zapierające dech w piersiach sceny i zastanawiam się, jak dalej potoczą się losy moich ukochanych bohaterów. Sam fakt, że mimo upływu czasu, wciąż żyję tą opowieścią, świadczy o tym, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie lektura Pozłacanych wilków. Styl pisania Roshani Chokshi jest przepiękny – tak lekki, poetycki, delektowałam się każdym pojedynczym słowem, zauroczona sposobem, w jaki autorka widzi i opisuje rzeczywistość. Zakochałam się również w różnorodności i wielowymiarowości bohaterów wykreowanych przez Chokshi, w skomplikowanym świecie, który z każdą kartką nabierał kształtów i wciągał mnie coraz głębiej, w wielowątkowej fabule, która w idealnych proporcjach łączy w sobie akcję, intrygi i przyjaźń. Moja ulubiona powieść tego roku, która zdecydowanie zasługuje na więcej waszej miłości 
Czytaj dalej »

sobota, 9 marca 2019

TOP 10: Książkowe pet peeves

0
Są takie rzeczy, które nas w książkach po prostu drażnią. Nieważne, czy dotyczą one fabuły, budowy świata czy strony technicznej, wydawniczej, bez trudu możemy znaleźć drobne, potencjalnie mało znaczące rzeczy, które jednak w nas wywołują prawdziwą iskrę zapalną, doprowadzając do irytacji. Nie ukrywam, że sama mam całe mnóstwo książkowych pet peeves i uwielbiam o nich dyskutować, dlatego dzisiaj postanowiłam podzielić się z wami listą motywów, które najbardziej denerwują mnie jako czytelnika. 


Zmiana szaty graficznej w środku wydawanej serii

To absolutnie największe pet peeve, jakie posiadam i o ile dla niektórych to nie musi mieć tak dużego znaczenia (moja siostra ciągle się ze mnie śmieje, kiedy wściekam się z powodu zmiany okładki czy niepasującego do reszty serii grzbietu), ja po prostu nie znoszę tego uczucia, kiedy w połowie serii nagle dostaję zupełnie odstającą od reszty części książkę. DLACZEGO?! Dlaczego w trakcie wydawania cyklu komuś nagle przychodzi do głowy myśl hej, zmieńmy styl okładki, czcionkę, ilustrację albo najlepiej cały format! Rozumiem, że wydawnictwom zależy na jak najpiękniejszej oprawie, aby przyciągnąć czytelników, jednak jeśli już wydajecie serię w danej estetyce, to trzymajcie się jej do końca! Inaczej później patrzę na półki i moje serce krwawi za każdym razem, kiedy widzę niepasujący do reszty kolekcji grzbiet. Nie chcę nawet wspominać o nagłych zmianach książek w miękkich oprawach na twarde albo modyfikacja wysokości egzemplarza w połowie serii! PO PROSTU NAM TEGO NIE RÓBCIE.


Naklejki na okładkach

Największe zło. Mam wrażenie, że naklejki na okładkach wymyślił sam diabeł, który w dodatku szepcze ludziom do ucha, żeby przyklejali je w najważniejszym miejscu – albo zasłaniają połowę opisu, albo znajdują się w wyjątkowo niefortunnej części okładki, a każde ściągnięcie takiej naklejki nieuchronnie wiąże się z tym, że zostanie po niej ślad na okładce. Może niekoniecznie uszkodzenie (chociaż to też mi się zdarzyło...), ale choćby resztki kleju. Niezależnie od tego, usuwanie naklejek zawsze wiąże się z ogromnym stresem, a pozostawienie ich na miejscu szpeci piękne okładki...


Złamane grzbiety

Ach, dostaję dreszczy na samą myśl o złamanych grzbietach. Naprawdę uważam, żeby nie zrobić tego swoim książkom, ale to łączy się z tym, że nie mogę zbyt szeroko otwierać książek. Często zdarzają się jednak tak wykonane egzemplarze, że nieważne, jak bardzo będziesz się starać, nie uda ci się uniknąć zagnieceń na grzbietach! Wiem, że wiele osób uważa, iż stare książki ze złamanymi grzbietami mają swoją duszę, ale ja nie potrafię znieść tego widoku, który sprawia, że dosłownie mam ciarki.


Błędy w redakcji

Oczekuję, że książka będzie produktem idealnym. Wydaję w końcu swoje pieniądze i nie chcę mieć w swoich rękach feralnego egzemplarza. To prawda, że jesteśmy tylko ludźmi i błędy się zdarzają, lecz książka przechodzi przez naprawdę wiele dłoni, zanim zostanie oddana do druku. Literówki, błędy ortograficzne czy składniowe, fatalna odmiana niektórych imion czy nazw potrafią wybić z rytmu czytania, a ja czasami łapię się za głowę i zastanawiam się, jak ktoś mógł pozwolić, by książka z takimi błędami trafiła do druku. Jeżeli zdarza się to raz na przestrzeni całej powieści to jestem w stanie na to przymknąć oko, ale kiedy takie kwiatki nagminnie się powtarzają, łatwo wpaść w irytację.


Różnice w wysokości książek

Uwielbiam patrzeć na tęczowe półki, ale kiedy ja zastosowałam ustawienie książek kolorami na swoich półkach, musiałam je zmienić dość szybko. Częściowo rozdzielenie serii miało w tym swój udział, ale głównie różnica w wysokości grzbietów doprowadzała mnie do szału. Po prostu nie jestem w stanie tego przełknąć, chyba odzywa się moja wewnętrzna pedantka ;) Tęczowa biblioteczka bez wątpienia wygląda pięknie, ale nie jestem w stanie zdobyć się na poświęcenie, jakim są straszne różnice w wysokości grzbietów. Swoją drogą, czy ktoś potrafi mi wytłumaczyć, dlaczego format powieści każdego wydawnictwa jest inny, różni się nie tylko wysokość, ale także szerokość? Czasami to naprawdę utrudnia ładne ustawienie powieści na półkach.


Niekonsekwencja

Jeżeli czytacie mojego bloga od dłuższego czasu, mogliście się już przekonać w moich recenzjach, jak bardzo nie znoszę niekonsekwencji. Dotyczy to wszystkiego – zaczynając na budowie świata i jego zasadach, na zachowaniu bohaterów kończąc. Po prostu nie jestem w stanie znieść, kiedy postać myśli jedno, a dwie strony później robi coś zupełnie innego albo kiedy autor opisuje reguły rządzące danym światem, a za chwilę zupełnie zmienia zdanie i wprowadza coś skrajnie przeciwnego. Brak konsekwencji w poprowadzeniu bohaterów równa się braku wiarygodności i czystej hipokryzji, co zawsze podnosi mi ciśnienie.


Brak komunikacji

O rany, jak mnie to drażni! Ten schemat powtarza się zarówno w książkach, jak i serialach czy filmach, jest to najczęściej stosowany, banalny wręcz chwyt, który nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Wielokrotnie mam ochotę potrząsnąć bohaterami i zapytać ich, dlaczego ze sobą po prostu nie porozmawiają?! Ile ja bym dała, żeby wreszcie przeczytać powieść, w której bohaterowie potrafią się ze sobą komunikować i wspólnie stawiają czoła światu, zamiast zatajać przed sobą różne problemy, co nieuchronnie prowadzi do katastrofy i niepotrzebnie rozdmuchanych dramatów! A wystarczyłoby być tylko szczerym w stosunku do siebie!


Szlachetny idiotyzm

Ten motyw również nagminnie występuje w powieściach i produkcjach filmowych. Główny bohater po prostu musi zrobić z siebie męczennika! Ile razy natykaliście się już na schemat kocham ją, ale dla jej własnego dobra muszę ją zostawić i się poświęcić? Po prostu doprowadza mnie to do szału, kiedy po raz kolejny postać uznaje, że wie, co jest najlepsze dla tej drugiej i odrzuca wspólne szczęście, żeby cierpieć w samotności, bo wydaje mu się, że tak będzie lepiej! Chciałabym, żeby chociaż raz bohaterowie współpracowali ze sobą, nie przejmując się przeciwnościami i zamiast się poświęcać, wspólnie szukaliby rozwiązań. Czy ja naprawdę wymagam tak wiele? Szlachetny idiota to motyw, który za każdym razem wyprowadza mnie z równowagi, bo to jest takie oczywiste, że kiedy tylko główny bohater się poświęci, wszystko posypie się jeszcze bardziej i dojdzie do tragedii! A wystarczyło porozmawiać. Patrz punkt wyżej.


Otwarte zakończenia

Osobiście nie jestem fanką otwartych zakończeń. Jedno na dziesięć jest naprawdę dobre i wtedy jestem w stanie je zaakceptować, ale przez większość czasu zamykam powieść wściekła, powtarzając sobie, że książka nie powinna była się kończyć W TAKIM MIEJSCU! Otwarte zakończenia zostawiają mnie z mnóstwem wątpliwości, a najgorzej jest, kiedy mam poczucie zmarnowanego czasu na lekturę, bo ostatecznie nie dostaję satysfakcjonujących odpowiedzi.


Zbyt wiele perspektyw

Co prawda w ostatnim czasie staram się przekonać do większej liczby narratorów (to wszystko zasługa Leigh Bardugo i jej Szóstki Wron, która pokazała mi, że jestem w stanie równie mocno pokochać wszystkich), ale wciąż do powieści z licznymi perspektywami podchodzę jak pies do jeża. O ile całkiem dobrze znoszę dwóch-trzech narratorów, o tyle większa liczba często wzbudza we mnie ogromną niechęć i sprawia, że nie sięgam po książkę albo strasznie się z nią męczę. Podobnie mam ze zmianami perspektyw, kiedy pierwsza część serii była opowiedziana przez jednego bohatera, a w drugiej już zupełnie inna postać prowadzi nas przez historię (tutaj remedium okazało się Illuminae). Wiem, że wielu czytelników nie ma z tym problemu, lecz mnie strasznie to drażni i w przeszłości starałam się unikać podobnych powieści, ale teraz próbuję dawać im szanse.



To teraz pora na Was – wyrzućcie z siebie całą frustrację i napiszcie mi w komentarzach, jakie rzeczy najbardziej Was drażnią w książkach! 
Czytaj dalej »

środa, 26 grudnia 2018

TOP 5: Najlepsze książki 2018 roku

0
Powiem otwarcie: w tym roku mój wybór był dość mocno ograniczony. Przeczytałam niewiele książek, bo zaledwie 28, co jak na mnie jest szokująco słabym wynikiem, ale pierwszy rok medycyny dał mi naprawdę mocno w kość. Teraz wracam do regularnego czytania, z czego jestem bardzo zadowolona, przede wszystkim wróciła mi motywacja do czytania i chęć sięgania po kolejne tytułu, ale dzisiaj chciałabym się skupić na najlepszych powieściach, jakie przeczytałam w 2018 roku. Szczerze, było mnóstwo średniaków, czyli w miarę przyjemnych lektur, które szybko się czytało, ale nie zostały w mojej pamięci zbyt długo. Ostatecznie udało mi się wytypować pięć tytułów, jednak i tak jestem zawiedziona, że miałam takie trudności z wytypowaniem historii, które naprawdę coś dla mnie znaczą i poruszyły struny w mojej duszy. W komentarzach koniecznie dajcie znać, jaka jest wasza najlepsza piątka!


OSTATNI NAMSARA, Kristen Ciccarelli 
Tej książki chyba najmniej spodziewałam się w końcoworocznym podsumowaniu, ponieważ omal nie zrezygnowałam z jej lektury. Bardzo długo się wahałam, czy powinnam po nią sięgnąć, lecz ostatecznie okazało się, że Ostatni Namsara to young adult fantasy w starym, dobrym stylu i jeśli tęskno wam do porywających historii o kickassowych, ale pełnych człowieczeństwa bohaterkach, z ogromną dozą magii i skomplikowanymi intrygami, pędzącą do przodu akcją i zakazanym romansem to musicie sięgnąć po ten tytuł. Mam wrażenie, że zdecydowanie za mało było o nim słychać w trakcie roku, a to przyciągająca, piękna i mroczna historia z bardzo dobrze wykreowanym światem i głębokim przesłaniem odnośnie własnej akceptacji i brania odpowiedzialności za swoje czyny. Ostatni Namsara dostarczył mi mnóstwa niespodziewanych emocji i sprawił, że kompletnie zakochałam się w twórczości Kristen Ciccarelli.


SŁOŃCE TEŻ JEST GWIAZDĄ, Nicola Yoon
Raz na jakiś czas zdarza się powieść, o której mogłabym gadać bez końca i obecnie Słońce też jest gwiazdą jest dla mnie taką książką. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, jak wiele skrywa w sobie ta historia, po prostu nie mieści mi się w głowie, że przy okazji tak króciutkiej powieści dla młodzieży autorka poruszyła tak wiele ważnych społecznie tematów, a jednocześnie kompletnie mnie zauroczyła jednodniową historią miłosną. Absolutnie niczego się po tej książce nie spodziewałam, a dostałam tak wiele... Nawet nie wiem, od czego zacząć, bo czytanie tego tytułu to była prawdziwa rozkosz, każda strona, ba!, każde słowo było w niej niezwykle wartościowe. Słońce też jest gwiazdą dotyka problemów związanych z rasizmem i wielokulturowością, zmusza do przemyśleń na temat własnego miejsca na świecie i tradycji, którym trudno się przeciwstawić, chociaż nie zawsze są one dobre. Do tego dochodzi piękny, wiarygodny wątek romantyczny będący niejako zderzeniem dwóch różnych światów, dzięki czemu bohaterowie dojrzeli i znaleźli w sobie odwagę. To jedna z najmądrzejszych, najgłębszych, a przy tym najbardziej czarujących historii skierowanych do młodzieży, jakie kiedykolwiek przeczytałam i zdecydowanie zasługuje na waszą uwagę.


GEMINA, Amie Kaufman, Jay Kristoff
Zdaję sobie sprawę, że to niepopularna opinia, ale według mnie Gemina jest jeszcze lepsza od Illuminae. Zostałam wciągnięta już od pierwszej strony w niesamowitą akcję, która być może jest mniej skomplikowana niż w pierwszym tomie, lecz ma o wiele więcej zaskakujących zwrotów i została genialnie rozplanowana. Z miejsca pokochałam naszych głównych bohaterów, czego kompletnie się nie spodziewałam, bo z reguły nie przepadam za zmianą narracji, tymczasem wprowadzenie do fabuły Hanny i Nika było dla mnie absolutnym strzałem w dziesiątkę! Oboje są niezwykle zadziorni, twardzi, ale mają przy tym wrażliwszą stronę i uwielbiam ich wspólne, sarkastyczne interakcje, które miały w sobie mnóstwo zabawnego uroku! Amie Kaufman i Jay Kristoff podnoszą sobie poprzeczkę coraz wyżej, to zdecydowanie moja ulubiona space opera i już nie mogę się doczekać tego, co wydarzy się w Obsidio, ponieważ ich pomysły są tak oryginalne, niepowtarzalne i zjawiskowe, iż wiem, że się na nich nie zawiodę, a czytanie Geminy to po prostu czysta frajda!


IT ENDS WITH US, Colleen Hoover
Długo się wahałam, czy umieścić tę powieść w moim TOP 5. Nie chodzi o to, że ta książka była zła, wręcz przeciwnie, według mnie to jedna z najbardziej wartych uwagi powieści Colleen Hoover, ale bardziej niż w samej treści zakochałam się w idei, jaką przedstawia It ends with us. To nie jest łatwa książka. Czytanie sprawiało mi dosłownie fizyczny ból, ale to chyba najlepsze świadectwo tego, w jak surowy, prawdziwy sposób autorka przedstawiła bardzo trudne emocje. Najpierw historia Lily i Ryle'a mnie w sobie zauroczyła, by za chwilę zmiażdżyć mnie w najmniej przewidywalny sposób, ale to, co naprawdę mnie dotknęło, to słowo od autorki, które znajduje się na samym końcu książki. O ile powieść sama w sobie mnie nie wzruszyła, o tyle nie mogłam opanować łez, gdy czytałam o osobistych przeżyciach Colleen Hoover. It ends with us to swego rodzaju pomnik dla wszystkich kobiet, książka, która jest bardzo potrzebna i uważam, że wciąż pojawia się za mało podobnych historii, które obnażają nagą prawdę, zamiast gloryfikować pewne zachowania. To szorstka, bezkompromisowa powieść. Nie jest łatwa. Nie jest przyjemna. Nie jest piękna. Ale jest cholernie ważna i choćby z tego powodu zasługuje na to, by znaleźć się w gronie najlepszych książek tego roku.


NIBYNOC, Jay Kristoff
Długo zastanawiałam się, jak przekonać was do tego, że koniecznie musicie przeczytać Nibynoc. Powiem wam tyle – ta książka jest tak dobra, że już po kilku pierwszych przeczytanych stronach wiedziałam, że kompletnie dla niej przepadnę. Tak dobra, że nie doszłam nawet do połowy, a już miałam pewność, że Nibynoc będzie najlepszą książką przeczytaną przeze mnie w 2018 roku. Tak dobra, że kiedy ją skończyłam, bez wahania wpisałam ją w poczet moich ulubionych powieści i rozpaczałam, że nie mam pod ręką drugiej części, bo najchętniej nie opuszczałabym niezwykłego świata wykreowanego przez Jaya Kristoffa. Nibynoc to objawienie, na które bardzo długo czekałam, bo ostatnią książką, która tak mnie w sobie rozkochała, było Królestwo Kanciarzy przeczytane ponad półtorej roku temu. Nie ma elementu, który by mnie nie zachwycał w tej historii, wszystko jest po prostu doskonałe – od budowy świata przedstawionego przez skomplikowanych bohaterów po niezwykłą intrygę, której nikt się nie mógł spodziewać. Trup ściele się gęsto, ale choć można spodziewać się ponurego klimatu po opowieści o młodocianych zabójcach, styl autora jest tak błyskotliwy, a jego dowcip tak cięty i genialny, że co chwila parskałam śmiechem na głos, co rzadko mi się zdarza podczas czytania. Nibynoc ma wszystko, o czym moglibyście marzyć, a nawet więcej i jeśli podobnie jak ja od dawna nie mogliście znaleźć historii, która by was wciągnęła i już nie wypuściła ze swoich szponów, to powieść idealna dla was. Nibynoc przypomniała mi, za co tak bardzo kocham czytanie, kompletnie dla niej przepadłam i... O mój borze szumiący, jakie to było dobre! Uważam, że ta książka uratowała dla mnie czytelniczo 2018 rok! 
Czytaj dalej »

sobota, 22 grudnia 2018

TOP 5: Najlepsze dramy 2018 roku

0
Obejrzałam w tym roku więcej dram niż w zeszłym, ale ironicznie okazało się, że jest o wiele mniej tytułów godnych polecenia i wartych waszej uwagi. Nie wiem, czy to dlatego, że obejrzałam już dość sporo koreańskich seriali i przez to trudniej mnie zachwycić, czy może w tym roku scenarzyści osiedli na laurach i nie starali się niczym zaskoczyć publiczności. Ostatecznie udało mi się wytypować pięć dram (z 33, jakie obejrzałam), jednak w moim odczuciu wciąż nie są tak dobre jak z zeszłorocznej edycji, dlatego jeśli dopiero planujecie się zagłębić w świat azjatyckich produkcji albo to wasze pierwsze tytuły, odsyłam do Najlepszych dram 2017 roku, bo tam znajdziecie naprawdę genialne tytułu. Tymczasem oto moja piątka z tego roku plus jedno wyróżnienie, od którego zaczynamy.



THE SMILE HAS LEFT YOUR EYES

Są takie tytuły, których wiem, że nie odpuszczę i The Smile Has Left Your Eyes był jednym z nich. Ta historia od początku zdawała się idealnie wpasowywać w mój gust, dlatego czekałam na nią od momentu, w którym zostało ogłoszone, że zostanie włączona do ramówki. Opowiada historię skomplikowanej miłości rozwijającej się między wolnym i nieprzewidywalnym, ale niebezpiecznym Kim Moo Youngiem, który staje się głównym podejrzanym w sprawie, w której ofiara wcale nie popełniła samobójstwa jak podejrzewano. Dla Kim Moo Younga wszystko jest grą, nie ma żadnych ludzkich emocji, lecz jego życie zaczyna się zmieniać, gdy poznaje pełną empatii i ciepła Yoo Jin Kang, która z czasem staje się jego azylem mimo blizn, jakimi naznaczyło ją życie. 


Niewiele brakowało tej dramie, by znalazła się w gronie moich ulubieńców, bo The Smile Has Left Your Eyes pod wieloma względami jest niezwykłe i nie dajcie się zwieść prostemu opisowi. Dla mnie przede wszystkim wyróżnia się specyficznym, odrobinę niepokojącym, ale intrygującym klimatem na tle innych koreańskich produkcji. Nigdy nie spotkałam podobnej historii, jednocześnie tak skomplikowanej i prostej, naprawdę nie sposób było przewidzieć, w jakim kierunku podąży, a twórcy trzymali nas w napięciu do ostatniej chwili. Bohaterowie są niesamowici, skomplikowani i niejednoznaczni, nikt tutaj nie jest ani do końca dobry, ani do końca zły i dotyczy to bezwarunkowo wszystkich, dzięki czemu cała historia jedynie zyskała, nasze postaci są bowiem zdolne do wszystkiego, by ochronić to, co jest dla nich najważniejsze i nie zawahają się nawet przed morderstwem. Oczywiście najbardziej zachwycona jestem Kim Moo Youngiem, w którego wciela się Seo In Gook i nie wynika to jedynie z mojej nieskończonej miłości do tego aktora, ale ze sposobu, w jaki przedstawił swojego bohatera. Wszystko jest w nim fascynujące, do tego jest w nim niesamowita głębia, Moo Young jest złamany w brzydki, a jednocześnie przepiękny sposób. Seo In Gook ożywił tę postać, jego mimika jest nie z tego świata i nie mogę przestać zachwycać się jego kunsztem aktorskim, bo kiedy płacze, ja płaczę razem z nim, kiedy się uśmiecha, ja uśmiecham się razem z nim, ma tak niesamowitą charyzmę. Jung So Min również stworzyła niezwykłą bohaterkę, pełną empatii, ale niezwykle silną i niezłomną. Każda z drugoplanowych postaci również zasługuje na uwagę, być może z wyjątkiem Seung Ah, lecz ją lepiej po prostu przemilczeć. Moo Young i Jin Kang to dla mnie największe OTP tego roku i śmiało zaliczyłabym tę dramę do ulubionych, gdyby nie dwa czynniki. Pierwszy z nich to jeden z najważniejszych wątków pierwszej połowy dramy. Według mnie był on irytujący, a później w dodatku okazało się, że kompletnie niepotrzebny. Choć odgrywał ogromną rolę w fabule, twórcy wybrali najłatwiejszy sposób, żeby go zakończyć, a potem kompletnie o nim zapomnieli. Wrócili do niego dopiero na przestrzeni ostatnich odcinków, ale i tak niesmak pozostał. Wiem, dlaczego był on potrzebny na początku, mimo że mnie denerwował, jednak ostatecznie został źle poprowadzony i całość wyszła bez sensu. Natomiast mój drugi zarzut dotyczy zakończenia. Nie. Nie. Jeszcze raz nie. Nie pogodzę się z nim, wymazuję dwa ostatnie odcinki z głowy i udaję, że nigdy ich nie było. Ale absolutnie uważam, że warto obejrzeć The Smile Has Left Your Eyes, bo ma tyle niesamowitych elementów, że zasługuje na waszą uwagę ♥



MR SUNSHINE

Na tę dramę czekałam ponad rok. Dramy od scenarzystki Kim Eun Sook należą do moich absolutnych ulubieńców i jeszcze się na nich nie zawiodłam, dlatego na kolejny serial spod jej pióra czekałam od momentu zakończenia jej poprzedniej produkcji, czyli cudownego Goblina, którego końcówka mnie zniszczyła. Moje oczekiwania więc narastały wraz z upływającym czasem i Mr Sunshine miał naprawdę wysoko postawioną poprzeczkę, ale sprostał moim oczekiwaniom, choć ich nie przewyższył. Mr Sunshine opowiada historię chłopca, który przyszedł na świat w rodzinie niewolników, ale w wyniku tragicznych wydarzeń musi uciekać z Korei i trafia do Ameryki, gdzie zostaje kapitanem marynarki U.S. Powraca do swojego kraju urodzenia jako konsul i tam poznaje niezwykłą arystokratkę, Go Ae Sin, która walczy z wrogimi mocarstwami próbującymi odebrać niepodległość Korei.


Mr Sunshine urzeka. Błyskotliwym, wysublimowanym humorem, bezinteresownym heroizmem, nieśpieszną narracją i pięknymi bohaterami. To prawdopodobnie najpiękniej nakręcona produkcja, jaką w życiu oglądałam, dbałość kinematograficzna o szczegóły, sposób, w jaki już sam pojedynczy obraz opowiada całą historię, bogactwo krajobrazów i barw. Po obejrzeniu Mr Sunshine żadna drama nie wydawała mi się dość dobra, bo jakość stanowczo odbiegała od poziomu, jaki prezentuje sobą Mr Sunshine. Hollywood powinno się uczyć operowania kamerą od twórców tego serialu, jego siła nie tkwi jednak jedynie w kinematografii, ale także w samej historii i bohaterach. Co prawda, mimo trudnego okresu w dziejach Korei, w jakim została osadzona fabuła, akcja nie pędzi do przodu, lecz dla mnie jest coś czarującego w tej powolnej narracji, choć nie ukrywam, że momentami odcinki zaczynały mi się dłużyć. Uwielbiam to, że scenarzystka czerpała ze wszystkiego, co ten okres miał jej do zaoferowania, tworząc niebanalne postaci i wątki. Go Ae Shin nie jest typową delikatną arystokratką, do czego przyzwyczaiły nas inne produkcje. Chociaż potrafi być wyniosła, umie się też przyznać do błędu, a obowiązek wobec kraju stawia ponad miłość, co było niezwykle ożywcze. Eugene Choi z kolei pod tym względem jest jej przeciwieństwem, zdradzi nawet własne przekonania, jeśli to oznacza, że kobieta, którą kocha, będzie bezpieczna. Wątek romantyczny nie był również typowy, a choć sama kibicowałam najpierw Dong Mae, a później Hui Seongowi (wybacz, Eugene!), to ostatecznie jestem bardzo usatysfakcjonowana tym, jak się potoczył. Muszę też wspomnieć o Kudo Hinie, moja absolutna faworytka, do tej pory żałuję, że nie dostała więcej czasu ekranowego! Jednak mimo tego, że Mr Sunshine posiada oryginalny zamysł na fabułę i nietuzinkowych bohaterów, nie byłam tak zainwestowana emocjonalnie w historię, jakbym się tego spodziewała, dlatego mimo najszczerszych chęci nie mogę go uznać za najlepszą dramę w tym roku, ale zdecydowanie zasługuje na miejsce w TOP 5.



COME AND HUG ME

Come and Hug Me to był kolejny must watch na mojej liście na ten rok. Zakazana, tragiczna miłość i milion przeszkód stojących na drodze do szczęścia to moje klimaty, a w dodatku młodego Na Moo gra mój ulubiony, niesamowicie zdolny aktor młodego pokolenia, czyli Nam Da Reum. Come and Hug Me to tragiczna opowieść miłosna, która rozgrywa się na przestrzeni dwunastu lat. Yoon Na Moo i Gil Nak Won byli swoimi pierwszymi miłościami. Zostali jednak rozdzieleni przez straszliwe wydarzenia zimowej nocy, gdy ojciec Na Moo będący seryjnym mordercą, zamordował rodziców Nak Won i gdyby chłopak nie stanął w jej obronie, prawdopodobnie zabiłby również i ją. Dwanaście lat później Na Moo przyjął imię Chae Do Jin i jest znany jako pełny pasji i życzliwy detektyw, podczas gdy Nak Won stała się Han Jae Yi i postanowiła pójść w ślady matki, zostając sławną aktorką. Ich drogi przecinają się raz jeszcze, a choć łączy ich tragiczna przeszłość, uczucie między nimi nigdy tak naprawdę nie wygasło.


Od początku miałam dobre przeczucia względem Come and Hug Me i absolutnie się nie zawiodłam. To piękna historia, która najpierw złamie wasze serca na miliony kawałeczków, a później zacznie stopniowo je sklejać i w końcu uleczy wasze dusze. Come and Hug Me to opowieść o sile, o przebaczeniu i winie, o ruszaniu do przodu po straszliwej tragedii, choć jakaś twoja część już zawsze będzie stała w tym samym miejscu, zatrzymana w momencie, w którym twoje życie runęło. Ta drama nie jest niepotrzebnie przesadzona, scenarzyści nie szukali na sił nieporozumień tam, gdzie ich nie było. Ta szczerość i prostolinijność Come and Hug Me jest największą zaletą, bo ta historia broni się sama. Niepotrzebne są tutaj rozpraszacze i zapychacze, które tak bardzo ukochali sobie koreańscy twórcy, niepotrzebne są humorystyczne wstawki psujące klimat czy nadmiar zwrotów akcji. Come and Hug Me każe nam zmierzyć się z własnymi demonami, ale jednocześnie daje nadzieję. Na to, że kiedyś będzie lepiej, że chociaż ból nie przeminie, to nauczymy się sobie z nim radzić. Niezwykła, wzruszająca historia.



SKETCH

Sketch to drama, po której nie spodziewałam się wiele. Miałam ochotę na kryminał, w dodatku żaden ciekawy serial nie był wtedy transmitowany i zupełnym przypadkiem postanowiłam dać jej szansę.... I to była jedna z najlepszych decyzji dramowych w tym roku! Porucznik Yoo Shi Hyun posiada niezwykłą zdolność – wpada w trans, w czasie którego rysuje maksymalnie pięć szkiców przedstawiających urywki przyszłości związane z czyjąś śmiercią. W próbach zapobiegania przyszłym zbrodniom Yoo Shi Hyun pomaga mała jednostka śledcza, do której z czasem dołącza Kang Dong Soo, w którego ręce przez przypadek wpadł szkicownik Shi Hyun zawierający szczegóły dotyczące przyszłej śmierci narzeczonej mężczyzny. W wyniku wyborów podjętych przez Dong Soo, jego ukochana umiera, co sprawia, że policjant zaczyna współpracować z Shi Hyun, by odnaleźć zabójcę jego narzeczonej.



Sketch to zdecydowanie jedna z najbardziej niedocenianych dram tego roku. Było o niej zaskakująco cicho i wciąż nie potrafię tego zrozumieć, bo Sketch jest po prostu niesamowite. Być może ogólny opis fabuły nie brzmi zbyt oryginalnie, lecz twórcy znacząco wykroczyli poza początkowe ramy, rozwijając tę historię w zaskakujący sposób. Każdy kolejny odcinek był lepszy od poprzedniego, napięcie narastało, stawka była podbijana coraz wyżej. Co ja przeżyłam, oglądając ten serial... Przysięgam, te wszystkie szalone zwroty akcji sprawiały, że serce zaczynało mi walić w piersi, a szczęka opadała aż do podłogi, nie sposób przewidzieć, czym scenarzyści nas zaskoczą. Akcja pędzi do przodu, a bohaterowie są bardzo nieoczywiści, bo fabuła stawia ich, a zarazem nas przed trudnymi moralnymi zagadnieniami. Czy warto poświęcić jedną osobę dla większego dobra? Czy cel uświęca środki? Sketch to coś więcej niż zwykła detektywistyczna drama, zauroczył mnie już od samego początku. Wciąż trochę ubolewam nad tym, że moje OTP się ze sobą nie zeszło, jednak zawsze można pomarzyć ;) Ale choć główni aktorzy wykonali kawał dobrej roboty, dla mnie całe show skradł niepozorny Lee Seung Joo w roli Yoo Shi Joona, starszego brata naszej głównej bohaterki. Pojawia się w fabule dość późno, jednak jest to dla mnie absolutny numer jeden.



TO.JENNY

Uwielbiam oglądać drama special, bo z reguły bardzo pozytywnie mnie zaskakują, ale w tym roku nie pojawiło się ich zbyt wiele ku mojemu niezadowoleniu. Śmiało mogę jednak uznać, że To.Jenny mi to wynagrodziło, bo jest to tak urocza historia, że nie można się w niej nie zakochać! 7 lat po ukończeniu szkoły średniej, Jung Min wciąż pracuje na pół etatu w sklepie swojego wujka. Jego wielkim marzeniem jest występowanie na scenie, ale mimo ogromnego talentu do pisania piosenek i śpiewania, Jung Min posiada paniczny lęk przed publicznymi występami. Na Ra, jego była koleżanka z klasy, zdobyła chwilową sławę, debiutując ze swoim girlsbandem, ale zespół został rozwiązany, a kontrakt Na Ry z wytwórnią wkrótce ma wygasnąć. Dziewczyna jest gotowa zrobić wszystko, żeby znowu pojawić się na scenie, jednak prezes stawia przed nią coraz trudniejsze do spełnienia wymagania. Jung Min i Na Ra spotykają się przypadkiem w sklepie, gdzie pracuje chłopak i ich życie znowu zaczyna nabierać tempa.


Właśnie sobie uświadomiłam, że To.Jenny to jedyna, prawdziwie słodka drama na tej liście, w której nie znajdziecie roztrzaskujących serce na malutkie kawałeczki tragedii, za to dostaniecie mnóstwo ciepła i uroku. Cała idea jest prosta w swoim zamyśle, ale przy tym niezwykle urzekająca i cudowna. Oglądałam tę zaledwie dwuodcinkową produkcję z szerokim uśmiechem, który nie schodził mi z ust, bo To.Jenny to nieskomplikowana, zabawna i ujmująca historia, która bezwarunkowo wprowadzi was w dobry nastrój. Jung Min, czyli główny bohater, to nowa miłość mojego życia, takich męskich bohaterów brakowało mi w koreańskich dramach. Całość okraszona świetną muzyką, a OTP na pewno sprawi, że wasze serca zabiją dla nich szybciej. To tylko dwie godzinki, nawet tego nie odczujecie, a w zamian możecie poznać naprawdę niesamowitą historię, która ogrzeje was w ten zaciekły mróz ♥



CHICAGO TYPEWRITER

Bardzo ostrożnie podchodziłam do tej dramy, wydawało mi się, że mi się nie spodoba, dlatego długo zwlekałam z jej obejrzeniem, lecz okazało się, że Chicago Typewriter to strzał w dziesiątkę i zupełnie niepotrzebnie się go obawiałam. Absolutnie najlepsza historia tego roku i jedna z najoryginalniejszych w ogóle, nie mam do czego się przyczepić, wszystko w niej było absolutnie doskonałe. Han Se Joo to współczesny pisarz, którego książki sprzedają się niczym ciepłe bułeczki, dzięki czemu zyskał status celebryty w Korei, jednak pierwszy raz w ciągu swojej kariery napotyka blokadę twórczą, której nie potrafi pokonać. Odkąd przestał pisać, zaczęły mu się śnić dziwne sny, w których jest pisarzem i rewolucjonistą w 1930 roku, w czasach okupacji japońskiej. Jedynym wyjściem z sytuacji wydaje się być skorzystanie z pomocy utalentowanego ghostwritera, Yoo Jin Oh, również pojawiającego się w snach, stawia on jednak warunki, na które Se Joo nie chce się zgodzić. W dziwnych wizjach pisarza pojawia się jeszcze jedna osoba, którą przez przypadek spotyka na swojej drodze – Jeon Seol, pani weterynarz i główna antyfanka aroganckiego Han Se Joo. Losy tej trójki zostały ze sobą związane na długo przed ich ponownym spotkaniu w dwudziestym pierwszym wieku, jednak czy uda im się rozwikłać tajemnicę z przeszłości, jednocześnie nie szkodząc swojej teraźniejszości?


To jedyny tytuł, który mogę z czystym sumieniem wpisać na listę moich ulubionych dram ever. To. Było. Takie. Dobre. Pomysł, wykonanie, poziom trzymany od początku do końca, cud, miód i orzeszki. Chicago Typewriter ma jeden z najoryginalniejszych pomysłów na fabułę, z jakim się spotkałam do tej pory, ale wielokrotnie już się przekonałam, że sama idea nie wystarczy, a tutaj i scenarzyści, i autorzy wycisnęli z tej historii wszystko, co się dało, tworząc prawdziwe arcydzieło. 
Ta drama jest tak świeża, intrygująca i niesamowita, że aż słów mi brakuje. Wszystko jest dopracowane w najmniejszym szczególe, kinematografia zapiera dech w piersiach. Nie spodziewałam się, że zakocham się w Chicago Typewriter i bardzo długo zabierałam się za tę historię, ale już pierwszy odcinek sprawił, że straciłam głowę, a potem także i serce, akcja ani na chwilę nie zwalnia tempa, a każdy kolejny odcinek był jeszcze lepszy od poprzedniego! Do tego dochodzą świetnie napisani, wielowymiarowi bohaterowie, cudowny bromance i niesamowity, słodki romans, który sprawiał, że aż serce zaczynało mi szybciej bić i nie mogłam przestać się szczerzyć, widząc moje OTP na ekranie. Uwierzcie mi, warto obejrzeć Chicago Typewritera, który wyróżnia się oryginalnością, zabrał mnie na prawdziwy, emocjonalny rollercoaster, jednocześnie tworząc fantastyczną historię, która przebija niejedną powieść.


P. S. A jakie są wasze ulubione koreańskie dramy lub ogólnie seriale 2017 roku? Koniecznie dajcie znac, chętnie przyjmę wszystkie polecenia, również te amerykańskie ;)
Czytaj dalej »

sobota, 13 stycznia 2018

TOP 5: Najlepsze książki 2017 roku

0
Mamy już niemal połowę stycznia, a ja dopiero zabrałam się za napisanie postu zawierającego najlepsze książki 2017 roku. W dodatku nie mam za bardzo czym się pochwalić, bo w zeszłym roku przeczytałam zaledwie 45 książki, tak słabego wyniku nie miałam od... 5 lat. 2017 pod wieloma względami był dla mnie dobrym rokiem, lecz porządnie dał mi w kość, co odzwierciedliło się na mojej aktywności w blogosferze i liczbie przeczytanych powieści. Mogłoby się wydawać, że wybranie z takiej ilości tych najlepszych lektur nie będzie dostarczało mi trudności, jednak ostatecznie musiałam trochę się nagłowić, by wyłuskać pięć powieści zasługujących na miano perełek 2017 roku.

Diabolika
Wybranie piątego tytułu okazało się być największym wyzwaniem. Byłam pewna pierwszych czterech miejsc i wskazałam je właściwie bez zawahania, lecz do zestawienia brakowało mi jeszcze jednej książki. Do tego miana pretendowały cztery powieści, wśród nich znalazła się między innymi czwarta część Szklanego tronu o przygodach młodej zabójczyni, czyli Królowa cieni, lecz ostatecznie nie załapała się do tej listy, co mnie, jedną z największych fanek Sary J. Maas, ogromnie zaskoczyło. Okazało się bowiem, że z ponad osiemset stronicowego tomiszcza... nie pamiętam dosłownie nic! Dopiero kiedy wysiliłam mózg, przypomniałam sobie urywki dwóch, trzech scen i to właściwie tyle. Dlatego z bólem serca odrzuciłam Królową cieni i zamiast tego wybrałam Diabolikę S. J. Kincaid. Absolutnie nie jest do idealna powieść, w dodatku powiela wiele znanych nam schematów z literatury młodzieżowej, więc nie powala też oryginalnością. Jest to jednak jedna z bardzo niewielu powieści, przy których tak wyśmienicie się bawiłam w tym roku! Doskonale pamiętam w przeciwieństwie do Królowej cieni, ekhem, ekhem uczucia towarzyszące mi podczas czytania Diaboliki, ekscytację, niepewność, rozpływanie się nad główną parą i napięcie. Ta powieść zawierała mnóstwo moich ulubionych elementów, dystopia osadzona w kosmosie – chyba nie mogłoby być lepiej, do tego kickassowa bohaterka, która powoli zmienia się pod wpływem kolejnych wydarzeń, intrygi w walce o międzygalaktyczny tron, słodki, ale wyważony romans... Jest to także historia o istocie człowieczeństwa oraz odbudowie zniszczonego świata, zawiera wiele różnorodnych wątków i szczerze mówiąc, już nie mogę się doczekać ich rozwinięcia w drugim tomie, czyli The Empress. Nie jest to literackie arcydzieło, lecz gdy patrzę na listę tytułów, które przeczytałam w zeszłym roku, Diabolika była jedną z niewielu historii, które naprawdę mnie zaangażowały i doskonale się przy niej bawiłam.


Illuminae
Oprawa graficzna Illuminae zapiera dech w piersiach. Odkąd dostałam tę książkę, jeszcze zanim zaczęłam ją czytać, właściwie nie potrafiłam wypuścić jej z dłoni. Dzięki niecodziennej formie publikacji Illuminae jest jedyne w swoim rodzaju, a fotografie nie są w stanie oddać jego piękna. Naprawdę, musicie mieć przy sobie fizyczny egzemplarz i dopiero wtedy w pełni będziecie w stanie docenić geniusz stojący za stworzeniem takiej oprawy graficznej. Jestem porażona dbałością o szczegóły i tym oryginalnym formatem. Z tego powodu trochę się bałam, czy Illuminae nie jest jedynie piękną otoczką, która ma odwracać uwagę od słabego wnętrza i mało interesującej historii, którą trzeba było pociągnąć w inny sposób, lecz jeśli macie podobne wątpliwości musicie je jak najszybciej porzucić! To prawda, że oprawa graficzna robi ogromną robotę, dzięki czemu zawiera element nieprzewidywalności, nie przypomina niczego innego i bardzo trudno o niej zapomnieć. To ogromna zaleta Illuminae, jednak uważam, że zawarta w środku historia również jest interesująca i dopracowana w każdym calu, choć mam podejrzenia, że gdyby została opowiedziana w standardowy sposób, nie byłaby aż tak wciągająca. Mimo że jest to niemała cegiełka, czyta się ją niezwykle szybko, właściwie nie rejestrując upływającego czasu i naprawdę trudno się od niej oderwać. Illuminae angażuje od pierwszych stron, natychmiast przepadłam, wszystko ładnie się ze sobą łączy i współgra. Autorzy stanęli również na wysokości zadania, jeśli chodzi o przedstawienie temperamentu głównych bohaterów, choć naprawdę nie wiem, jak tego dokonali. Polubiłam zarówno Kady, jak i Ezrę oraz postaci drugoplanowe przewijające się gdzieś w tle ich historii, nie miałam żadnych trudności z wczuciem się w ich sytuację oraz zrozumieniem ich uczuć, mimo że zostali przedstawieni za pomocą mailów, raportów wojskowych i czatów. Illuminae to wyjątkowy pod wieloma względami projekt. Szczegółowo dopracowany, z niezwykłą szatą graficzną, wspaniałym pomysłem i jeszcze lepszym wykonaniem. Akcja gna do przodu, pojawia się wiele zwrotów, których zupełnie się nie spodziewałam i z każdą przeczytaną stroną byłam coraz bardziej zachwycona ideą stojącą za Illuminae. To powieść, która niesamowicie wciąga i pobudza wyobraźnię. 


Dwór mgieł i furii
Dwór mgieł i furii był tak cudowny, że nie byłam w stanie ubrać moich myśli w słowa i ostatecznie po trzech miesiącach prób zrezygnowałam z napisania recenzji, tak ogromne wrażenie na mnie wywarł. Wciąż nie wiem, od czego powinnam zacząć i jak opisać mój zachwyt Dworem mgieł i furii, który jest chyba moją ulubioną powieścią Sary J. Maas i zapewne wiele osób zgodzi się ze mną w tej kwestii. Chyba właśnie tutaj najbardziej uderzyło mnie, jak bardzo rozwinęła się jako autorka, jej styl ewoluował i stał się bardziej poetycki, a całość nabrała struktury. Ta książka to zwrot o sto osiemdziesiąt stopni po Dworze cierni i róż, właściwie wszystko się zmieniło, cała historia nabrała epickości, akcja w tej części jest przepełniona nagłymi wydarzeniami, niespodziewanymi plot twistami, które na długo rysują na twarzy czytelnika wyraz niedowierzania. Przewracałam strony z prędkością światła, nie potrafiąc się zmusić do zwolnienia tempa, odejścia od lektury choćby na chwilę, musiałam wiedzieć, co zaraz się wydarzy, a zakończenie wbiło mnie w fotel i sprawiło, że z ogromną niecierpliwością czekałam na trzeci tom historii Feyry i Rhysanda. To, ile ta książka wzbudziła we mnie emocji, nie mieści mi się w głowie... Płakałam, śmiałam się w głos, kogoś chciałam zamordować, kogoś innego przytulić, to ile ten tom niósł ze sobą niespodzianek i jak bardzo rozwinął świat przedstawiony w pierwszej części, jest po prostu niesamowite. Dwór mgieł i furii to historia o uzdrawianiu siebie, o przebaczaniu i odnajdywaniu własnej drogi, o poszukiwaniu światła w nawet najmroczniejszym okresie życia. Mimo to głównym czynnikiem, który sprawił, że tak bardzo pokochałam tę powieść, jest oczywiście Rhysand i jego miłość do Feyry. Cudowny, złamany, cierpliwy Rhys, najlepszy książkowy mąż na świecie, który skradł moje serce już dawno temu, a w Dworze mgieł i furii napełnił je uwielbieniem do niego, bo naprawdę nie wiem, jak można nie kochać Rhysanda. Koniecznie dajcie szansę Dworowi mgieł i furii, nawet jeśli Dwór cierni i róż nie do końca podbił wasze serca, tak jak było to w moim przypadku. Warto!

Szóstka Wron & Królestwo Kanciarzy
Pierwsze miejsce ex aequo zajęły dwie części najnowszej duologii Leigh Bardugo osadzone w uniwersum Grisza, lecz zawierające kompletnie inną historię od tej przedstawionej w Cieniu i kości. Szóstka Wron i Królestwo Kanciarzy to klasa sama w sobie, przejaw największego mistrzostwa i geniuszu, w zaledwie dwóch częściach splatając ze sobą tyle różnorodnych wątków, że wystarczyłoby ich, aby obdzielić wielotomową serię, czytelnik nie miał nawet chwili oddechu, gdy wraz z szóstką wyrzutków oraz przestępców planował niewykonalny skok, a następnie sięgał po zemstę. Każdy pojedynczy element tych powieści mnie zachwyca: złożeni bohaterowie, pędząca do przodu akcja, skomplikowane intrygi, ciekawa kreacja świata, który na naszych oczach nieustannie się rozrasta. Poszczególne wątki z czasem zazębiają się ze sobą, tworząc idealną, skomplikowaną fabułę, o której nie można tak po prostu zapomnieć. Rozkoszowałam się każdą stroną Szóstki Wron oraz Królestwa Kanciarzy, starając się przeciągnąć czytanie tej powieści w nieskończoność, całą sobą żyłam tą dynamiczną historią, która wciąga, zaskakuje, przejmuje kontrolę nad myślami czytelnika. Autorka igrała sobie z nami nieustannie; trudno było określić, co jest częścią planu Kaza, a co nie, czy mamy do czynienia z prawdziwym niebezpieczeństwem, czy to może część ryzykownej gry. Czytałam z zapartym tchem, w ogromnym napięciu i jednocześnie podekscytowaniu czekając na kolejne wydarzenia, bo autorka nie oszczędzała naszej ukochanej grupy złodziejaszków, co chwila rzucając im kłody pod nogi. Ta duologia zapewnia prawdziwy rollercoaster emocji, znajdziecie tutaj dosłownie wszystko; jest zabawnie, mrocznie, porywająco, przerażająco, cudownie, brutalnie... Czasami się rozpływałam. A czasami cierpiałam katusze, bo Leigh Bardugo udało się złamać moje serce na malutkie kawałeczki. Nawet jeśli zakończenie jest idealne, słodko-gorzkie, nawet jeśli cała historia została poprowadzona w mistrzowski sposób i autorka nie mogła tego zrobić lepiej... Kocham barwny styl pisania tej autorki, sposób, w jaki łączy poszczególne słowa, tworząc wyraziste, zaskakujące obrazy. Jednak tym, co naprawdę zbudowało tę książkę i nadało jej charakteru, są bohaterowie. 

Cudownie wielowymiarowi, źli do szpiku kości, choć w nieoczywisty sposób, zdeterminowani i przerażający do ostatniej kropli krwi. Nie potrafię wam wskazać mojego ulubieńca, bo każda z postaci jest tak odmienna, a jednocześnie rzeczywista i fascynująca, że konieczność wybrania faworyta roztrzaskałaby moje serducho na sześć wroniastych kawałeczków. Uwielbiam Leigh Bardugo za tę różnorodność, która uczyniła bandę wyrzutków tak pociągającą, a równocześnie niebezpieczną. Każde z nich ma inną historię, każde z nich kieruje się innymi zasadami i dąży do osiągnięcia swoich ukrytych celów. To nie jest bajeczka o twardzielach, którzy pod ochronną skorupą skrywają miękkie wnętrze – to prawdziwi nikczemnicy, diabelnie inteligentni oraz wyposażeni w cięte poczucie humoru, nie posiadają skrupułów i aby wypełnić swój plan, są gotowi skorzystać z każdych dostępnych środków, nie przejmując się kosztami i etyką czy moralnością. Uwielbiam ich! Są brutalni, nieprzewidywalni i przerażający, jednak nie da im się nie kibicować, nawet gdy podejmują decyzje kłócące się z wyznawanymi przez nas wartościami. Mogłabym pisać o nich w nieskończoność, zachwycając się każdą cechą ich charakteru; są ludźmi z krwi i kości, mają swoje przyzwyczajenia, wady, popełniają błędy i podejmują głupie decyzje, ale kurczę, wspiera się ich z całych sił i kocha się ich bezwarunkowo. A najlepsze jest to, że bohaterowie cały czas się rozwijają. W Królestwie kanciarzy nie są już tymi samymi ludźmi, których poznaliśmy na początku Szóstki Wron – kolejne wydarzenia wpłynęły na nich, zmieniając ich sposób myślenia i to jest cudowne. Powtarzam, Leigh Bardugo to geniusz. Nie tylko pod względem kreowania skomplikowanych, wielowarstwowych intryg, ale także pod względem budowania swoich postaci, konsekwencji w ich prowadzeniu, rozwijania ich psychologicznych aspektów. W dodatku to mistrzyni niedopowiedzeń – prawdziwą głębię relacji poznaje się po pojedynczych słowach, po spojrzeniach, po przekazie ukrytym między wersami, a wszystko to jest naładowane tak ogromnym ładunkiem emocjonalnym, że wręcz dostaje się dreszczy z zachwytu. Nie jestem gotowa, by pożegnać się z Szóstką Wron, zwłaszcza że Królestwo kanciarzy okazało się być jeszcze lepsze od poprzedniczki, zostałam kompletnie zmiażdżona i brakuje mi słów, by opisać, jak wyjątkowa i nadzwyczajna jest ta seria. Wciąga bez reszty, sprawia, że się w niej zakochujesz, a potem kończy się zbyt szybko. Nie wiem, jak mam was przekonać do sięgnięcia po tę historię, ale jeśli chociaż raz przeszło wam przez myśl, żeby dać jej szansę – zróbcie to. Nie pożałujecie, a być może zakochacie się równie mocno co ja i nie będziecie mogli przestać o niej myśleć.


A jakie są wasze ulubione powieści 2017 roku? Udało wam się znaleźć jakieś perełki czy może, podobnie jak ja, mieliście problemy ze znalezieniem tych najlepszych książek ubiegłego roku? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach!
Czytaj dalej »

wtorek, 26 grudnia 2017

TOP 10: Najlepsze dramy 2017 roku

0
Do końca roku pozostały jeszcze dwa tygodnie, więc w tym czasie planuję skończyć jeszcze dwie, może trzy dramy, które przy odrobinie szczęścia mogłyby się załapać do moich ulubieńców, ale czuję wyrzuty sumienia, że od dawna niczego nie publikowałam na blogu, powoli zbliża się także okres rocznych podsumowań i stąd nieco wcześniejsza publikacja mojego TOP 10 najlepszych koreańskich dram, które obejrzałam w 2017 roku. Na liście pojawią się także produkcje z poprzednich lat, ale ja zaznajomiłam się z nimi teraz, stąd ich obecność na moim podsumowaniu. Czy tylko ja mam wrażenie, że po tej przymusowej, kilkutygodniowej przerwie nie umiem pisać?
Nie ma co ukrywać, koreańskie dramy stanowiły dla mnie ogromną część tego roku. Odkryłam urok seriali, zakochałam się w języku, kulturze, historii, a w końcu także muzyce (BTS, my kings ♥). Kiedy nie uczę się anatomii, oglądam dramy, programy rozrywkowe albo koncerty prosto z Korei Południowej i wciąż mi mało. Na chwilę obecną, tylko w tym roku, rozpoczęłam 35 dram, z czego 28 skończyłam, co daje 591 odcinków i zajęło mi to łącznie 23 dni 12 godzin i 11 minut (możecie sprawdzić tutaj). Wybór więc nie jest wcale tak prosty, jak mogłoby się wydawać. Ostatecznie udało mi się zawęzić to grono do 10 produkcji, które całkowicie podbiły moje serce i sprawiły, że straciłam dla nich głowę.



STRANGER

Nie pamiętam już, jak to się stało, że zabrałam się za Stranger, jest to jedna z mniej znanych dram i hype wokół niej był raczej niewielki, ale jestem bardzo zadowolona z tego, że przypadkiem na nią wpadłam. Hwang Shi Mok, na skutek operacji mózgu, którą przeszedł w dzieciństwie, stracił umiejetność odczuwania i wyrażania emocji. Zawsze postępuje logicznie i racjonalnie, pozostając właściwie jedynym prokuratorem w biurze nieuwikłanym w korupcję. Kiedy jeden z głównych podejrzanych o rozdawanie łapówek politykom oraz urzędnikom państwowym zostaje zamordowany, Hwang Shi Mok przejmuje sprawę. Na miejscu zbrodni spotyka porucznik Han Yeo Jin, która pomaga mu w rozwiązaniu zagadki kryjącej się za śmiercią denata. W trakcie śledztwa okazuje się, że korupcja zatacza o wiele szersze kręgi, niż mogliby przypuszczać, pojawiają się także nowe ofiary i przeszkody.
Pod względem merytorycznym Stranger jest prawdopodobnie najlepszą dramą na tej liście. Jest też najbardziej wymagającą i skomplikowaną; na tyle, że obejrzenie więcej niż jednego odcinka w trakcie jednego dnia nie jest zbyt dobrym pomysłem, warto także zrobić sobie kilka dni odstępu między kolejnymi odcinkami, bo Stranger wymaga od swojego widza pełnego skupienia, zaangażowania i intensywnego myślenia. Złożenie poszczególnych elementów intrygi w całość jest trudne, a scenarzysta igra sobie z widzem od samego początku. Właściwie każdy odcinek przynosi nowego podejrzanego, nowe fakty i naprawdę łatwo się w tym wszystkim pogubić, jeśli choć na chwilę pozwolimy sobie na rozluźnienie. Z uwagą śledziłam każdą kolejną wskazówkę, lecz i tak nie byłam w stanie przewidzieć zakończenia. Jest to drama, która w 95% skupia się na rozwiązaniu sprawy korupcji wśród prokuratury, wszystko kręci się wokół przeprowadzenia śledztwa, pojawia się mnóstwo subtelnych zagrywek politycznych, dlatego Stranger nie jest dla wszystkich – zwłaszcza jeśli poszukujecie rozpraszaczy w postaci romansu czy rozbudowanego backstory. Z reguły ja również należę do typu widza lubiącego dodatki, lecz ku mojemu zaskoczeniu, Stranger wciągnęło mnie bezgranicznie, w przerwach między odcinkami obracałam elementy łamigłówki, próbując je dopasować i przewidzieć, kto jest głównym zbrodniarzem. To naprawdę dobrze napisana drama z genialnym scenariuszem i aktorami. Jo Seung Woo wspaniale udźwignął rolę kompletnie pozbawionego emocji, bezstronnego prokuratora. I kiedy mówię, że Hwang Shi Mok był pozbawiony uczuć to naprawdę taki był – często w dramach pojawia się ten motyw, lecz z czasem okazuje się, że jednak są oni zdolni do okazywania empatii, a Hwang Shi Mok właściwie jej nie ma, jego twarz jest niczym wykuta z kamienia, przez całą dramę uśmiechnął się może ze trzy razy, a każdy taki moment był niezwykle cenny. Jo Seung Woo świetnie to uchwycił, choć było to trudne zadanie. Bae Doo Na w roli Han Yeo Jin również wypadła dobrze, uwielbiałam oglądać jej interakcje z Shi Mokiem, nawet jeśli liczyłam na nieco więcej. Podsumowując, Stranger to drama, która pod względem jakości stoi na bardzo wysokim poziomie. Nie jest łatwa i przyjemna, na pewno nie można się za nią zabrać dla odmóżdżenia, ponieważ jest to ambitny kawałek materiału. Mimo to polecam wam Stranger z całego serca, gdy będziecie mieli dość lekkich historyjek i będziecie chcieli sięgnąć po coś nieco mocniejszego i trudniejszego.



THE HAPPY LONER

Happy Loner to drama special, który trwa dwie godziny. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się wiele, w końcu ile treści można przekazać w tak krótkim czasie? Chciałam jednak obejrzeć ten special ze względu na Gong Myunga, czyli jedynego aktora, który wywarł na mnie dobre wrażenie w The Bride of Water God. W roli pełnego optymizmu ekstrawertyka Byeok Soo rozłożył mnie na łopatki, w pełni ukazując swoje umiejętności aktorskie, zwłaszcza w jednej z końcowych scen musiałam zbierać szczękę z podłogi, jego gra jest tak naturalna i przekonująca. Główną rolę z kolei zagrała Min Hyo Rin, wcielając się w postać zamkniętej w sobie Ji Yeong, która za wszelką cenę unika kontaktu z innymi ludźmi. Przypadek sprawia, że ich drogi się krzyżują. Brzmi jak banalny romans? Ale uwierzcie mi, że wcale nim nie jest. Co prawda wątek miłosny odgrywa w fabule dość dużą rolę, lecz Happy Loner to o wiele więcej. Dzięki wzajemnemu uczuciu Byeok Soo uczy się pojęcia przestrzeni osobistej, przestaje tak bardzo zabiegać o atencję innych i bardziej wsłuchuje się w samego siebie, podczas gdy Ji Yeong powoli uczy się, co to znaczy zaufać drugiemu człowiekowi i ofiarować mu swoją cząstkę. Jako para byli przesłodcy, lecz to dopiero pierwszy rzut oka na tę produkcję.
Ta mini drama zajmuje specjalne miejsce w moim sercu, zwłaszcza że pod wieloma względami identyfikowałam się z Ji Yeong. Hapy Loner było urocze, cudowne, smutne, podnoszące na duchu, ciepłe, trudne i bolesne. W dramalandzie bardzo rzadko można znaleźć taki realizm i surowe emocje. W żadnym aspekcie nie została ona przesadzona, była po prostu ludzka. To serial z rodzaju tych, które zmuszają cię do myślenia, do spojrzenia z dystansu na swoje życie i uświadomienie sobie, jak ono naprawdę wygląda. The Happy Loner porusza uniwersalne tematy, które w pewnym stopniu dotyczą każdego z nas, dlatego tak łatwo identyfikować się z głównymi bohaterami i dlatego, mimo że drama jest w ogólnym odczuciu słodka, po jej obejrzeniu czujemy także ból w sercu. Spojrzenie na to, jak we współczesnym świecie wyglądają nasze związki z innymi – z rodziną, przyjaciółmi, ukochanymi, koleżankami z pracy – jest niezwykle świeże, ale także przerażające. Mini drama dotyka także kwestii depresji i sposobu jej przezwyciężania oraz dwóch potrzeb, z których jedna polega na ucieczce od świata i ludzi, a druga na niemal chorobliwym poszukiwaniu atencji oraz akceptacji ze strony innych osób. Nigdy nie spodziewałabym się, że dwugodzinny special pozostawi mnie z tak głębokimi przemyśleniami i pięknymi odczuciami, ale The Happy Loner jest niesamowite. Nie zajmie wam dużo czasu, a wpłynie na was w nieoczekiwany sposób.



W – TWO WORLDS

W – Two Worlds to drama, za którą zbierałam się niezwykle długo. Miałam wrażenie, że to tematyka nie dla mnie i nie byłam specjalnie ciekawa tej historii, mimo pozytywnych opinii i hype'u, jaki ją otaczał. Dopiero Gosiarella przekonała mnie do oglądnięcia tej produkcji i chwała jej za to, bo jak sami widzicie, W znalazło się w gronie moich ulubionych dram tego roku! W – Two Worlds przedstawia losy kardiochirurg Oh Yeon Joo, której ojciec zaginął podczas pisania ostatniego rozdziału swojego niezwykle popularnego webtoona "W". Yeon Joo, szukając poszlak w jego pracowni, zostaje nagle wciągnięta przez tablet rysowniczy do środka na dach budynku, gdzie znajduje zakrwawionego mężczyznę. Oh Yeon Joo ratuje mu życie i uświadamia sobie, że to Kang Chul – główny bohater komiksu rysowanego przez jej ojca. Wkrótce okazuje się, że kobieta może zostać wciągnięta do świata Kang Chula i go opuszczać tylko na podstawie jego odczuć. Tymczasem morderca o nieustalonej tożsamości, który wiele lat temu zamordował rodzinę Kang Chula i wrobił go w zabójstwo, postanawia dokończyć swoje dzieło i zaczyna polować na mężczyznę.
W – Two Worlds nie da się porównać do żadnej innej dramy ani filmu; nieważne, czy koreańskiego, czy amerykańskiego. Jest to niezwykle oryginalny pomysł, a do tego fabuła od początku zmierzała w nieznanym mi kierunku, w żaden sposób nie mogłam się domyślić, w jakim kierunku podążą nasi bohaterowie i jak zakończy się ten serial. Kiedy wydawało mi się, że już zaczynam rozumieć, co się dzieje na ekranie, scenarzysta zaskakiwał mnie nowym wątkiem lub nieprzewidywalnym rozwiązaniem, za co należą mu się ogromne brawa. Mimo to mam wrażenie, że po dziesiątym odcinku niektóre sceny były zbyt absurdalne, w ten zły sposób. W – Two Worlds trzyma jednak w napięciu od początku do samego końca, ani na chwilę nie tracąc prędkości. To, co było dużą odmianą w porównaniu z innymi dramami, to inteligentni bohaterowie. Nikt nie musiał im niczego tłumaczyć jak trzyletnim dzieciakom, byli wystarczająco błyskotliwi, by sami dojść do różnych wniosków, a Kang Chul to naprawdę sprytna, przebiegła bestia. Co prawda mam kilka zastrzeżeń względem Oh Yeon Joo, bo nie jestem w stanie w pełni zrozumieć jej niektórych wyborów, lecz ostatecznie da się na to przymknąć oko, ponieważ... No cóż, jest to kolejne OTP z mojej niekończącej się listy ulubionych pairingów. Wątek romantyczny był przesłodki i za każdym razem moje serce zaczynało szybciej bić, aż żałowałam, że nie dostaliśmy więcej takich szczęśliwych momentów. W tej dramie akcja pędzi jak szalona do przodu i możecie być pewni, że jeśli przez pięć minut był spokój to zaraz wydarzy się coś wielkiego. W – Two Worlds może nie podbiło mojego serca w stu procentach, lecz zdecydowanie zasługuje na waszą uwagę, bo to jedna z najbardziej intrygujących pozycji na tej liście z niesamowitym pomysłem na fabułę, genialną chemią między bohaterami i cudownym Kang Chulem!


MAD DOG

Początkowo ta lista miała zawierać jedynie 8 tytułów. Wczoraj jednak skończyłam oglądać Mad dog i ta drama musiała obowiązkowo się tutaj znaleźć, bo od dłuższego czasu żaden serial nie wciągnął mnie do tego stopnia! Zamiast iść spać, ponieważ następnego dnia miałam ważne kolokwium, odpalałam kolejny odcinek Mad doga, po prostu musiałam wiedzieć, co się zaraz wydarzy. To cudowna drama, dzięki której odkryłam Woo Do Hwana, mojego nowego ulubionego aktora, który dość mocno rywalizuje teraz z Ji Chang Wookiem... i nie wiem, czy przypadkiem nie wygrywa. Ale o tym za chwilę.
Mad dog to historia zespołu o nazwie Mad Dog łapiącego naciągaczy i oszustów ubezpieczeniowych. Liderem grupy jest Choi Kang Woo, który dwa lata wcześniej stracił swoją żonę i syna w katastrofie samolotu należącego do Juhan Air i ubezpieczanego przez Taeyang Insurance, dla którego Kang Woo pracował przed wypadkiem. Katastrofa samolotu została uznana za próbę samobójczą pilota Kim Bum Joona. Członkiem zespołu jest także Jang Ha Ri, była pracownica Taeyang, która ma rachunki do wyrównania z oszustami, Park Soon Jung, były kryminalista oraz On Noo Ri odpowiedzialny za technologię. Pewnego dnia do siedziby Mad Dog przychodzi Kim Min Joon, młodszy brat pilota Juhan Air, który uważa, że jego brat wcale nie popełnił samobójstwa. By oczyścić jego imię, podstępem zmusza Choi Kang Woo i jego zespół do odkrycia prawdy na temat katastrofy, przy okazji ujawniając korupcję w politycznych kręgach i oszustwa urzędników.
Niewiele brakowało, a nigdy nie obejrzałabym Mad doga. Słyszałam, że to drama opowiadająca o oszustach ubezpieczeniowych, a powiedzmy sobie szczerze, nie brzmi to zbyt interesująco. Jak bardzo się myliłam! Tak, dostajemy mnóstwo prawnych informacji na temat systemu ubezpieczeniowego, lecz daleko tej dramie to nudnej! Mad Dog wszelkimi możliwymi sposobami stara się rozwikłać różne sprawy, a więc także przez hakerstwo, włamania, kradzieże, instalowanie nielegalnych podsłuchów, wcielanie się w rolę przestępców... Może nie ma tutaj wybuchów i szalonych pogoni, lecz bez wątpienia nie będziecie się nudzić, bo chociaż całość dramy dotyczy jednej sprawy – katastrofy samolotu – to każdy odcinek przynosi zupełnie nowe informacje, a poszczególne fakty zaczynają się powoli ze sobą łączyć, tworząc skomplikowaną intrygę. Nigdy nie wiadomo, co jest częścią planu zespołu, do ostatniej minuty trudno było przewidzieć, czy wszystko się ułoży, czy wręcz przeciwnie, bo obie strony konfliktu były piekielnie sprytne i inteligentne. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że uwielbiałam oglądać zarówno protagonistów, jak i antagonistów, ci źli okazali się być równie interesujący, choć z reguły nie przepadam za takim przeskakiwaniem z narracją. Na co warto jeszcze zwrócić uwagę w Mad dog? Na bohaterów i ich relacje! Stosunek zespołu do Kim Min Joona zmienia się wraz z trwaniem dramy, on sam także przechodzi przemianę, choć nie porzuca całkiem swojej postawy aroganckiego oszusta. Mad Dog są dla siebie jak rodzina i obserwowanie ich interakcji było cudowne, nawet jeśli chciałabym dostać nieco więcej ich backstory, zwłaszcza jeśli chodzi o Jang Ha Ri. Bromance między Choi Kang Woo a Kim Min Joonem jest wspaniały i jestem strasznie zadowolona z tego, jak się rozwinął, lecz to, co naprawdę przykuło mnie do Mad doga to relacja Jang Ha Ri i Kim Min Joona. To napięcie między nimi, to iskrzenie! Zaczepiali się wzajemnie, testowali swoje granice, drażnili ze sobą, kiedy byli blisko siebie, właściwie całe pomieszczenie stawało w płomieniach! Boli mnie jedynie to, że na cały odcinek dostawali maksymalnie pięć minut, a przecież w ich relacji krył się taki potencjał... Muszę jeszcze skorzystać z okazji, by pochwalić Woo Do Hwana, bo odegrał swoją rolę nieczułego drania, który tak naprawdę skrywa twarz za milionem masek perfekcyjnie. Woo Do Hwan to jedno z największych odkryć tego roku i pokochałam go już od pierwszego odcinka, kompletnie straciłam głowę dla niego i Min Joona. Uwierzcie mi, że naprawdę warto obejrzeć tę dramę i dać jej szansę, bo nie było momentu, w którym obniżyłaby swój poziom, cała intryga była niesamowita i trzymała w napięciu do końca, a główni bohaterowie przez chwilę stali się także moją rodziną. Koniecznie zapiszcie ten tytuł, bo warto!



SCHOOL 2017

Obecność School 2017 na tej liście dziwi mnie samą chyba najbardziej. Nigdy nie spodziewałabym się, że serial osadzony w szkolnych murach będzie w stanie tak bardzo mnie sobą zauroczyć, a tutaj niespodzianka! School 2017 opowiada historię Ra Eun Ho, zwykłej uczennicy, która zajmuje niską pozycję w szkolnym rankingu. Mimo to marzy o dostaniu się na jeden z najlepszych uniwersytetów w kraju, gdzie studiuje chłopak, który jej się podoba i gdzie chce się rozwijać w kierunku grafiki komputerowej, już teraz zajmując się rysowaniem własnych webtoonów. Eun Ho zostaje jednak niesłusznie uznana za wandala, który już od dłuższego czasu terroryzował szkołę, gdyż znalazła się w złym miejscu o złym czasie. Ra Eun Ho postanawia oczyścić swoje imię, w tym celu musi jednak złapać prawdziwego winowajcę – tajemniczego X, który sieje zamęt w szkole, ujawniając korupcję w gronie pedagogicznym i inne nieprawidłowości w prowadzeniu szkoły.
Chociaż w głównej mierze ujął mnie romans – shippowałam głównych bohaterów ze sobą już od pierwszej wspólnej sceny, a Hyun Tae Woon jest nie tylko przeuroczym szczeniaczkiem, ale także idealnym materiałem na chłopaka – to School 2017 zawiera wiele różnorodnych wątków, między innymi korupcję szerzącą się wśród nauczycieli, niesprawiedliwe traktowanie uczniów, przemoc, lecz także przybliża więzi rodzinne czy ukazuje ciężką pracę w pogoni za marzeniami. Scenarzyści nie od razu pokazali wszystkie karty, stopniowo rozwijając fabułę i dokładając do niej nowe, kompletnie niespodziewane historie pobocznych postaci, spośród których każde miało swoje pięć minut. Nawet te standardowe dla szkolnych dram wątki zostały podrasowane, w każdym został zastosowany jakiś niespodziewany twist, a ja jestem wprost zauroczona tym, w jak spójną i ciekawą całość złożyły się poszczególne fragmenty. Nie mogę też zapomnieć o tym, że Ra Eun Ho to jedna z moich ulubionych głównych bohaterek w dramach, była cudowna pod każdym względem! School 2017 rozwiało wszelkie uprzedzenia, jakie miałam do tej pory względem szkolnych seriali; okazało się, że historia osadzona w liceum także może nieść głębokie przesłanie, a przy tym być zabawna, rozrywkowa, pełna akcji i słodka.



FIGHT MY WAY

Fight my way to kolejna drama, która dość niespodziewanie znalazła się wśród mojego TOP 8. Bardzo trudno wybić się serialom obyczajowym, jednak Fight my way tego dokonało. Opowiada historię czwórki przyjaciół z dzieciństwa – Choi Ae Ra, Ko Dong Man, Baek Seol Hee i Kim Joo Man zmagają się z rzeczywistością, która nie przynosi im szczęścia. W pewnym momencie zawiedli się na życiu i zapomnieli o swoich marzeniach, bardziej skupiając się na zapłaceniu czynszu i przetrwaniu kolejnego miesiąca. Ae Ra zawsze marzyła o byciu prezenterką w telewizji, przed publicznością błyszczała, lecz wciąż przegrywała rekrutację, bo była za mało ładna/niedostatecznie wykształcona/brakowało jej koneksji lub doświadczenia i w efekcie utknęła na recepcji w centrum handlowym. Ko Dong Man chwyta się różnych prac dorywczych, na początku dramy pracując w firmie deratyzacyjnej, mimo że niegdyś był wschodzącą gwiazdą taekwondo i tęskni za sportami walki, ale przez pewien skandal z przeszłości boi się ponownie spróbować. Z kolei Baek Seol Hee i Kim Joo Man są parą z długoletnim stażem, lecz ich życiowe cele zaczynają się różnić, przez co ich związek może nie przetrwać, zwłaszcza gdy Joo Manem zaczyna się interesować młodsza koleżanka z pracy.
Fight my way to w gruncie rzeczy historia o spełnianiu swoich marzeń, o poszukiwaniu szczęścia i o tym, że nigdy nie jest za późno, by rzucić wszystko i spróbować. Pokazuje, że nawet jeśli inni uznają to za szaleństwo, czasami warto pójść za głosem serca i zaryzykować. Jest to także historia o odkrywaniu siebie samego oraz przesuwaniu własnych ograniczeń, które często istnieją jedynie w naszych głowach. Warto zaznaczyć, że głównym bohaterom dramy nie zależało na osiągnięciu sławy czy ogromnego sukcesu, po prostu chcieli wykonywać zawód, który daje im satysfakcję i pozwala się realizować; próbowali odnaleźć swoją drogę w życiu, nawet jeśli przez społeczeństwo ostatecznie wybrane przez nich zawody były uznawane za trzeciorzędne. Fight my way urzekło mnie nie tylko przesłaniem kryjącym się w scenariuszu, ale także kreacją bohaterów. Kocham Ae Rę i Dong Mana, zarówno jako parę, jak i oddzielnie. Są kompletnie zwariowani, to silne osobowości z bardzo specyficznymi cechami charakteru, lecz wspierają się nawzajem bezwarunkowo. Park Seo Joon zyskał miano jednego z moich ulubionych aktorów dzięki tej roli. Fight my way to z jednej strony bardzo życiowa historia, ale z drugiej pozwala się odprężyć, mnóstwo razy podczas jej oglądania wybuchałam śmiechem, bo niektóre sytuacje były naprawdę absurdalne, jednak w ten pozytywny sposób, a ścieżka dźwiękowa (zawierająca między innymi piosenki z bajek Disneya!) doskonale wkomponowywała się w całość. Fight my way to ogromny powiew świeżości w dramalandzie.



HEALER

Healer to najstarsza drama w tym zestawieniu, jeszcze z 2014 roku, ale spokojnie bije na głowę większość nowszych seriali. Seo Jung Hoo jest nocnym posłańcem, który przyjmie każde zlecenie, jeśli tylko nie dotyczy ono zabójstwa. Działa pod pseudonimem Healer, będąc najlepszym w tej branży dzięki znajomości sztuk walki, najnowocześniejszej technologii dostarczanej mu przez współpracującą z nim hakerkę i temu, że nigdy nikomu nie pokazał swojej twarzy. Kiedy jednak jego drogi krzyżują się z Chae Yeong Shin, reporterką o doskonałej intuicji w mało znanej gazecie Sunday News, która jest celem jego zlecenia, po raz pierwszy Seo Jung Hoo postanawia bezpośrednio skonfrontować się z obserwowanym obiektem i zaczyna pracować jako jej podopieczny Park Bong Soo. W to wszystko zostaje wmieszany także Moon Ho, zleceniodawca Healera. Całą tę trójkę łączy tajemnicze morderstwo z przeszłości, a gdy fakty dotyczące ich rodzin wychodzą na jaw, żadne z nich nie będzie bezpieczne.
Powody, dla których powinniście obejrzeć Healera (wcale nie jestem stronnicza):

  1. Ji Chang Wook
  2. Seo Jung Hoo grany przez Ji Chang Wooka
  3. Ji Chang Wook
  4. Park Bong Soo grany przez Seo Jung Hoo granego przez Ji Chang Wooka
  5. Ji Chang Wook
Gdyby ktoś się zastanawiał to tak, moja obsesja na punkcie tego aktora rozpoczęła się właśnie od Healera. Widziałam go już wcześniej w Cesarzowej Ki (wciąż muszę ją skończyć, ale przez motyw, którego nie znoszę, utknęłam w połowie) i już tam zwrócił na siebie moją uwagę, kradł każdą scenę, w której się pojawiał, ale Healer sprawił, że pokochałam go całym moim serduchem i pozostaje on moim ulubionym koreańskim aktorem (MY ULTIMATE BAE <3). Jeżeli jednak dla was sam fakt, że Ji Chang Wook (który notabene dał genialny popis swoich umiejętności aktorskich w tej dramie) występuje w tej dramie, nie jest wystarczającym powodem, by się za nią zabrać, już spieszę z kolejnymi argumentami, dla których powinniście zobaczyć Healera. Nie ma momentu, w którym będziecie się nudzić, akcja bowiem pędzi do przodu, a napięcie nie słabnie ani na chwilę. Przez wzgląd na zawód Seo Jung Hoo, widzimy włamania, hakerstwo, kradzieże, bójki, epickie ucieczki z wykorzystaniem parkouru, czyli wszystko, czego można oczekiwać od dobrego serialu akcji. W tym wszystkim znajduje się jednak także dobrze skrojona intryga, której rozwiązania chyba nikt się nie spodziewał i choć w moim odczuciu cała idea farmerów (nie mogę powiedzieć nic więcej, żeby nie zaspoilerować) była odrobinę absurdalna, to jednak przez większość czasu trzyma poziom. Healer ukazuje także zza kulis pracę reporterów i uważam, że ten wątek był naprawdę udany. Nie mogę również zapomnieć o udanym wątku romantycznym, nawet jeśli momentami miałam ochotę wyrzucić komputer przez okno, bo jeszcze nie widziałam, żeby główny bohater utknął w trójkącie z samym sobą i sytuacja stawała się naprawdę niedorzeczna, lecz kiedy wszelkie nieporozumienia odeszły w niepamięć, wybuchły fajerwerki i byłam zauroczona relacją Seo Jung Hoo oraz Chae Yeong Shin. Healer to nieco starsza drama, jeszcze z 2014 roku, ale jak najbardziej jest warta waszej uwagi!



LEGEND OF THE BLUE SEA
Ze wszystkich dram w tym zestawieniu, Legend of the Blue Sea jest moją największą guilty pleasure. To miał być lekki przerywnik fantasy między tymi "poważniejszymi" serialami, tymczasem LotBS wskoczyło do pierwszej trójki najlepszych dram 2017 roku! Jest to historia czarującego, choć wyrachowanego oszusta i naciągacza Heo Joon Jae, który marzy jedynie o odnalezieniu swojej matki i Shim Cheong, syreny, która po wyjściu na ląd przez przypadek spotkała sprytnego złodzieja i od tamtej pory jej serce zaczęło bić jedynie dla niego. Widząc jej nieporadność w zderzeniu ze współczesnym światem, Heo Joon Jae nie był w stanie porzucić Shim Cheong na pastwę losu. Im więcej czasu jednak z nią spędza, tym częściej miewa dziwne wizje sięgające czasów Joseon, w których historia syreny i mężczyzny, który ją pokochał, miała tragiczne zakończenie. Kiedy przeszłość wydaje się zataczać koło, Heo Joon Jae będzie musiał podjąć decyzję, co jest gotowy poświęcić, by zapewnić bezpieczeństwo ukochanej.
Muszę zacząć od tego, że Legend of the Blue Sea posiada jedne z najpiękniejszych scenografii, jakie kiedykolwiek widziałam i choćby ze względu na piękną wizualnie otoczkę warto rozważyć obejrzenie tej dramy. Legend of the Blue Sea to historia, która kompletnie mnie w sobie rozkochała, nawet jeśli wkradło się do niej mnóstwo chaosu i tak się wciągnęłam, że pod koniec płakałam ze smutku właśnie dlatego, że moja przygoda z LotBS dobiegała końca. Momentami łapałam się za głowę przez to całe zamieszanie w fabule, co jakiś czas pojawiali się ludzie znikąd, którzy pozornie wydawali się nie mieć żadnego związku z głównymi bohaterami i nie było wiadomo, po co oni w ogóle są, pojawia się tyle wątków, że z łatwością można się pogubić, ale kurczę, Legend of the Blue Sea zapewniło mi tyle frajdy, że nie mam zamiaru specjalnie narzekać, bawiłam się przy tej dramie wyśmienicie! Pomijając jednak elementy komediowe, których w tym serialu jest mnóstwo, jestem zwłaszcza zakochana w idei ponownego narodzenia się i powiązania historii Shim Cheong oraz Heo Joon Jae z ich historią z przeszłości z czasów Joseon. Ich związek był jednocześnie uroczy i dojrzały, rozpływałam się przy ich wspólnych scenach. Podczas oglądania Legend of the Blue Sea emocje naprawdę sięgały zenitu i czasami musiałam zastopować odcinek i odejść od monitora, żeby trochę ochłonąć, bo napięcie było ogromne. LotBS to typowa drama do zrelaksowania się, jak mówiłam jest to absolutne guilty pleasure, które niepostrzeżenie przeniknęło do mojego serca.



DESCENDANTS OF THE SUN
Descendants of the Sun tak naprawdę wprowadziło mnie w świat dram i sprawiło, że nie jestem w stanie się od nich oderwać. Wśród koreańskich produkcji nie znajdziecie drugiej takiej historii, jest jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna i absolutnie cudowna. Łączy w sobie całe mnóstwo gatunków, medyczny z katastroficznym, akcję z romansem, melodramat z komedią. Kang Mo Yeon jest utalentowanym chirurgiem, który po wejściu w konflikt z przełożonym zostaje przymusowo wysłana wraz z zespołem medycznym na wolontariat do fikcyjnej strefy wojennej w Urk, gdzie stacjonuje kapitan Yoo Shi Jin, niezawodny dowódca elitarnej jednostki Sił Specjalnych. Wśród zamieszania wywołanego przez naturalne katastrofy, epidemie, najemników i politycznych konfliktów, Mo Yeon oraz Shi Jin zmagają się ze swoimi uczuciami, które mimo ich usilnych prób nie chcą wygasnąć.
Descendants of the Sun to pierwsza drama, którą obejrzałam w tym roku i to od niej rozpoczęła się moja miłość do koreańskich produkcji, następnie ugruntowana przez Moon lovers. Dopóki nie oglądnęłam DotS, nie sądziłam, że serial może tak bardzo wciągnąć, że mogę tak strasznie przeżywać kolejne wydarzenia, że mogę tak mocno shippować ze sobą głównych bohaterów. Wszystko było dla mnie nowe, lepsze i intensywniejsze, ale choć minęło już sporo czasu, wciąż uważam Descendants od the Sun za drugą najlepszą dramę, jaką kiedykolwiek widziałam i to nie tylko z powodu sentymentu. Scenarzystce udało się znaleźć idealny balans między gnającą do przodu, zapierającą dech w piersiach akcją a nieco wolniejszymi momentami skupionymi bardziej na rozwoju relacji głównych bohaterów. Nie muszę chyba mówić, że między odtwórcami pierwszoplanowych ról niesamowicie iskrzyło – w końcu Song Joong Ki i Song Hye Kyo poznali się właśnie na planie DotS i w październiku tego roku stanęli na ślubnym kobiercu – a relacja Kang Mo Yeon i Yoo Shi Jina była przecudowna, pełna subtelnego droczenia, zabawy, ale też wzajemnego zaufania i głębokiej więzi, mimo problemów, które musieli przepracować, wynikających między innymi z wykonywania ideologicznie przeciwstawnych zawodów. Podczas oglądania Descendants of the Sun nie da się nudzić: rozpoczynając od operacji politycznego VIPa w niemal polowych warunkach, a kończąc na trzęsieniu ziemi i epidemii groźnego wirusa, drama ta jest wypełniona po brzegi skomplikowanymi akcjami ratunkowymi. Według mnie każdy powinien znaleźć tutaj coś dla siebie i dla mnie sprawdziła się doskonale jako pierwsza drama, więc kto wie, być może i was DotS wciągnie w ten świat.



MOON LOVERS: SCARLET HEART RYEO

Drama życia. Wciąż na samą myśl o tragicznej, ale pięknej historii Hae Soo i Wang So zaczynam płakać. Dosłownie. Moon lovers zmiażdżyło mnie emocjonalnie, roztrzaskało moje serce na milion malutkich kawałków, a jednocześnie sprawiło, że nie jestem w stanie zapomnieć o tej dramie, nieważne, jak bardzo bym się starała. Serial opowiada historię Go Ha Jin, która w trakcie zaćmienia słońca wpadła do wody i obudziła się w ciele szlachcianki Hae Soo w Goryeo w X wieku naszej ery. Hae Soo dość szybko zaprzyjaźniła się z książętami, synami króla Taejo, wśród których wzbudziła niemałe zainteresowanie. O jej względy zabiegali przede wszystkim elokwentny, inteligentny Wang Wook, ósmy książę oraz wracający po wielu latach z wygnania, brutalny, mroczny i znienawidzony przez lud Wang So, czwarty książę, którego twarz szpeci blizna. Wkrótce beztroskie czasy przyjaźni przemijają, gdy brat obraca się przeciwko bratu w celu przejęcia upragnionego tronu, a Hae Soo zostaje wciągnięta w polityczną rozgrywkę na dworze i musi wybrać, po której stronie stanie.
Czy Moon lovers jest najlepszą dramą, jaka kiedykolwiek powstała? Prawdopodobnie nie, jestem w pełni świadoma jej was. Ale wiecie co? Mam to głęboko w poważaniu. Bo żadna drama tak bardzo nie igrała z moimi emocjami. Całym sercem kocham historię Wang So i Hae Soo. Minął już prawie rok, odkąd oglądnęłam Moon lovers, a mimo to nie jestem w stanie zapomnieć o tej dramie i za każdym razem, przypominając sobie zakończenie, cierpię równie mocno co dwanaście miesięcy temu. To najpiękniejsza historia miłosna, z jaką się do tej pory zetknęłam, pełna poświęcenia, zrozumienia, angstu, ale też słodyczy. To, co jest najbardziej cenne w tej dramie, to ukazanie, że miłość ma moc uzdrawiającą, a ludzie pod jej wpływem mogą zmienić się nie do poznania – na lepsze lub gorsze, nie zatracając przy tym samego siebie. Moon lovers zawiera cały wachlarz niesamowitych wątków; opowiada o przyjaźni i głębokiej więzi między braćmi, lecz także o tym, jak żądza władzy może wbić klin między najbliższe osoby, o rywalizacji między rodzeństwem i krwawej walce o tron, o sile przebaczenia samemu sobie oraz innym, o dworskich intrygach prowadzących do rozłamu, o bólu związanym z odrzuceniem i o strachu o niepewne jutro. Moon lovers to drama, która posiada moje serce i duszę, nie sądzę, by w najbliższym czasie cokolwiek było w stanie ją pobić, bo dla mnie to nie jest tylko serial; to najwspanialsza historia, która została mi opowiedziana w całym życiu.


P. S. POSTANOWIŁAM ZAŁOŻYĆ TUMBLRA. Bo najwyraźniej mam za dużo czasu na tych studiach xD Koniecznie wpadajcie na https://kdramasaddict.tumblr.com, będzie mi niezwykle miło, jeśli pozostawicie po sobie jakikolwiek ślad. Dopiero zaczynam i jestem w tym kompletnie zielona, jednak mam nadzieję, że przyjmiecie mnie ciepło <3
P. S. S. A jakie są wasze ulubione koreańskie dramy lub ogólnie seriale 2017 roku? Koniecznie dajcie znac, chętnie przyjmę wszystkie polecenia, również te amerykańskie ;) 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia