wtorek, 1 grudnia 2015

Podsumowanie listopada

20
Cześć, kochani! Za nami już chłodny listopad, powoli zbliżają się święta Bożego Narodzenia, a ja uparcie staram się nie myśleć o zbliżającej się wielkimi krokami maturze, żeby nie psuć sobie humoru i radości z kolejnych przeczytanych pozycji. W listopadzie udało mi się przeczytać 8 książek i opublikować 10 postów.

RECENZJE: 6
Fałszywy książę, Jennifer A. Nielsen
Wypowiedz jej imię, James Dawson
Restart, Amy Tintera
Aplikacja, Lauren Miller
Piąta fala. Bezkresne morze, Rick Yancey
Fangirl, Rainbow Rowell

+ LEKTURY:
Ludzie bezdomni, Stefan Żeromski
Chłopi, W. S. Reymont
INNE POSTY: 4
Stosik #1
LBA #2
TOP 5 drugoplanowych postaci z bajek Disney'a
Albo, Albo 2.0 Tag

Listopad nie może się mierzyć z październikiem, który był wręcz wyśmienity, ale nie mogę narzekać. Najbardziej stresującym przeżyciem były próbne matury, które pisaliśmy pod koniec listopada. Szkoda gadać, dobrze, że mam jeszcze trochę czasu do maja :) Na osłodę udało mi się w tym miesiącu przeczytać kilka wspaniałych książek, a ponieważ grudzień również zapowiada się wspaniale czytelniczo, nie mogę narzekać. Najlepszą książką okazała się być Aplikacja Lauren Miller, którym serdecznie wszystkim polecam! Nie czytałam do tej pory żadnej podobnej książki i jestem pewna, że sprosta Waszym oczekiwaniom. Największym niewypałem za to okazał się być "horror" dla młodzieży autorstwa Jamesa Dawsona - Wypowiedz jej imię. Przez większość czasu po prostu się nudziłam i wzdychałam z irytacją nad głupotą bohaterów.
W tym miesiącu w końcu udało mi się opublikować TOP 5, na które dużo osób czekało! Oprócz tego założyłam fanpage na Facebooku, do którego polubienia serdecznie Was zachęcam - ułatwi to nasz kontakt, ponadto będzie się tam działo dużo więcej niż na blogu! Tutaj macie LINK.


Czytaj dalej »

niedziela, 29 listopada 2015

Albo, Albo Tag 2.0

19

Albo, Albo Tag jest wszystkim dobrze znany, od dawna krąży po blogosferze, mnie jednak te pytania już trochę się przejadły, dlatego nie miałam zamiaru go robić. Kiedy jednak Marta z Zaczytanej Doliny nominowała mnie do tagu Albo, Albo 2.0, postanowiłam dać mu szansę, bo pytania wydają mi się być o wiele ciekawsze niż w podstawowej wersji. Zresztą, przekonajcie się sami. 

1. Wolałbyś na swoim blogu publikować tylko recenzje czy tylko posty okołoksiążkowe?
Nie będę ukrywać, że uwielbiam posty okołoksiążkowe, które sprawiają mi naprawdę dużo frajdy - lubię pisać Geek na tropie, zestawienia TOP 5 czy oczywiście wykonywać kolejne tagi, przy których nieraz trzeba się mocno nagimnastykować, ale i tak można się przy nich świetnie bawić! Nawet podsumowania miesiąca pisze się dobrze, nie wspominając nawet o moich zachwytach, gdy na innych blogach pojawiają się stosiki książkowe, wspaniale się patrzy na takie cudeńka! Nic więc dziwnego, że nie chciałabym rezygnować z ich publikacji, bo potrafią urozmaicić bloga i sprawiają, że życie bloggera staje się ciekawsze, ale jednak na moim blogu chodzi głównie o książki. To recenzje są najważniejsze, wypowiadanie się na temat kolejnych powieści, wdawanie się w gorące dyskusje na temat postaci czy świata przedstawionego i za nic nie porzuciłabym możliwości dzielenia się z Wami odczuciami.

2. Wolałbyś zawsze widzieć ekranizację książki najpierw, zanim ją przeczytasz, czy przeczytać książkę i nigdy nie obejrzeć filmu?
Zacznę od tego, że nie oglądam dużo filmów, ale gdy tylko w kinach pojawia się ekranizacja, muszę na nią iść! Nie potrafię odpuścić, zwłaszcza gdy jest ona oparta na książkach młodzieżowych. I nieważne, że potem narzekam na zmiany, po jakie sięgnęli scenarzyści - bez względu na poziom ekranizacji, lubię je oglądać i to się chyba nie zmieni. Z drugiej jednak strony staram się trzymać żelaznej zasady najpierw książka, potem film. W ostatecznym jednak rozrachunku stawiam na pierwsze rozwiązanie, bo miałabym możliwość i oglądnięcia, i przeczytania, a w przypadku drugiej zostałoby mi tylko czytanie (chociaż to wcale nie brzmi tak źle! :D)

3. Wolałbyś mieć listę wszystkich przeczytanych książek w swoim życiu czy posiadać egzemplarz pierwszej ulubionej książki?
Posiadam już taką listę - jestem na Lubimy Czytać od 2011 roku, więc tak naprawdę znajduje się tam większość przeczytanych przeze mnie książek. Z tego powodu chciałabym posiadać egzemplarz pierwszej ulubionej książki! (Tylko nie jestem pewna, jaka by ona była. Będę musiała się dowiedzieć.)

4. Wolałbyś należeć do klubu książkowego, w którym nie ma osób z blogosfery, i spotykać się w nim regularnie czy spotykać się raz w roku z najlepszym przyjacielem z blogosfery?
Naprawdę trudno powiedzieć. Nie jestem taka nowa w blogosferze, chociaż bloga książkowego prowadzę dopiero od trzech miesięcy. Mam najlepszą przyjaciółkę z bloga grupowego, rozmawiamy ze sobą już ponad dwa lata i spotykanie się z nią, nawet jeśli miałoby to być tylko raz w roku, byłoby na pewno niesamowitym przeżyciem. Z drugiej jednak strony regularne spotkania z osobami podzielającymi moją pasję mogłyby wnieść wiele radości do mojego życia i na pewno czekałabym na nie z utęsknieniem. Trudno powiedzieć. 

5. Wolałbyś mieć czas, by przeczytać wszystkie książki, jakie tylko chcesz, czy mieć pieniądze, by kupić wszystkie książki, jakie tylko chcesz?
Poddaję się, nie robię tego tagu dalej! To okrucieństwo, kazać mi wybierać między tymi dwoma rzeczami. Jestem nastolatką, zawsze brakuje mi pieniędzy ;) Z drugiej jednak strony tyle wspaniałych książek jest na świecie, mogłabym starać się nie wiadomo jak, aby je wszystkie przeczytać, a i tak nie wystarczyłoby mi czasu. Dlatego stawiam właśnie na czas.

6. Gdyby ekranizowano Twoją ulubioną książkę, wolałbyś mieć kontrolę nad tym, kto będzie w obsadzie, czy nad tym, co znajdzie się w scenariuszu?
Zdecydowanie wolałabym mieć kontrolę nad scenariuszem. W końcu nikt nie wierzył, że Jennifer Lawrence nadaje się na Katniss, a teraz nie potrafimy sobie wyobrazić nikogo innego w tej roli, dlatego obsadę pozostawiam fachowcom, jednak wiedzą, co robią. Z chęcią przejęłabym jednak władzę nad scenariuszem, bo często się zdarza, że moje ulubione sceny zostają pominięte, a rozwiązania spłycone! Tak, jestem tym beznadziejnym przypadkiem, z którym nikt nie chce chodzić do kina, bo kończy sie to na a w książce...

7. Wolałbyś mieć ulubioną książkową supermoc czy ulubioną książkową technologię?
Tylko ja mam wrażenie, że w supermocach można dowolnie przebierać, a o znalezienie ulubionej książkowej technologii już trudniej? Jeśli znacie jakąś dobrą, dajcie mi znać, bo jak na razie skłaniam się w stronę supermocy. Chociaż gdybym musiała jakąś wybrać, pewnie głowiłabym się nad tym tak długo, że w końcu straciłabym taką szansę. 

8. Wolałbyś przeczytać niesamowitą książkę ze słabym zakończeniem czy słabą książkę z niesamowitym zakończeniem?
Wydaje mi się, że niesamowita książka ze słabym zakończeniem boli dużo bardziej. W stosunku do słabej nie masz zbyt wiele oczekiwań odnośnie zakończenia, czyta się ją właściwie dla samego czytania, więc gdy ostatnie kilkadziesiąt stron staje się emocjonujących, zaskakujących, wprost wspaniałych mimo wszystko możemy zaliczyć książkę do udanych i mając je w pamięci sięgniemy po ewentualną kontynuację. Natomiast bardzo dobra książka sprawia, że nasz apetyt rośnie, spodziewamy się na koniec czegoś wyjątkowego, wręcz wybuchowego, a takie słabe zakończenie pozostawia po sobie gorzki posmak i ogromne rozczarowanie, często umniejszając wartość całej powieści. Dlatego wolę słabą książkę z niesamowitym zakończeniem. 

9. Wolałbyś nie być w stanie czytać w jadącym pojeździe czy nie być w stanie czytać na leżąco?
Ja już nie jestem w stanie czytać w jadącym pojeździe. Od razu zaczyna mnie boleć głowa, mam mdłości, po prostu czuję się fatalnie. Zresztą nie mogę też niczego oglądać ani grać w żadne gry, od razu mam te objawy. W podróży przed nudą ratuje mnie jedynie muzyka. Za to czytanie na leżąco zdarza mi się od czasu do czasu, gdy muszę dać wytchnienie plecom albo karkowi, dlatego wybieram opcję numer jeden.

10. Wolałbyś zapomnieć treść ulubionej książki lub serii, by móc przeczytać ją ponownie po raz pierwszy, czy zapomnieć treść wszystkich kiepskich książek, które przeczytałeś?
Kiepskie książki da się przeboleć; często w końcu o nich zapominamy, chyba że ich przeczytanie było traumatycznym przeżyciem albo są wybitnymi szmirami. A zapomnienie treści ulubionej książki, by móc odkryć ją na nowo, zakochać się w niej i ponownie wzdychać do bohaterów? Czy to nie brzmi cudownie?


Pytanie bonusowe: wolałbyś żyć w Hogwarcie czy Śródziemiu?
Hogwart!<3 Nawet gdyby pewien prawie nieśmiertelny, niebezpieczny czarodziej miał na moim punkcie niezdrową obsesję, wybrałabym Szkołę Magii i Czarodziejstwa. Czy naprawdę muszę tłumaczyć dlaczego? Chyba każdy mnie rozumie. Poza tym mam dziwne wrażenie, że byłabym świetnym graczem w Quidditcha, a co! Nawet jeśli jest ze mnie stuprocentowa Hermiona ;)

To by było na tyle! Jeśli ktoś z Was do tej pory nie miał okazji zrobić podstawowej wersji tego tagu, nominuję go, aby wykonał Albo, Albo 2.0
Czytaj dalej »

czwartek, 26 listopada 2015

Fangirl, czyli zderzenie z alter ego

37
Fangirl pod wieloma względami zapowiadała się jako książka wyjątkowa. Jak wiele okazji miałyście (bo jednak wydaje mi się, że w większości zwracam się tutaj do płci pięknej, panowie niech mi wybaczą) do przeczytania o kimś takim jak Wy? Kto podziela Waszą pasję, Waszą miłość często nierozumianą przez rówieśników? Nie ukrywajmy, że bez fangirl cała kultura nie miałaby szansy przetrwać - to właśnie my napędzamy to wielkie koło, kupując kolejne książki czy płyty ukochanych wykonawców. Bez nas książki prawdopodobnie dawno przestałaby istnieć, a przynajmniej rynek wydawniczy miałby się dużo gorzej. Książki same w sobie jednak nas nie lubią lub raczej nie lubią tego, co sobą reprezentujemy. Nikt nie chce czytać o dziewczynie zamykającą się przed ludźmi w swoim pokoju, dla której większe znaczenie od realnego świata ma ten wymyślony przez kogoś innego. Przynajmniej tak mi się wydawało, ale Rainbow Rowell udowodniła mi, że jestem w błędzie. 

Wren i Cath to bliźniaczki, które nie są do siebie w niczym podobne. Wren to ta lubiąca imprezować, otwarta, pełna życia połówka. Cath natomiast stroni od ludzi, jest nieśmiała, nieufna i wycofana, od wychodzenia na imprezy woli pisanie fanfiction o nastoletnim czarodzieju, Simonie Snowie, które czytają tysiące internautów. Cath to Prawdziwa Fanka i tylko wtajemniczeni są w stanie to zrozumieć. Mimo tych różnić dziewczyny były nierozłączne aż do momentu, w którym poszły do college'u. Wren nie chce być dłużej uważana za połówkę całości, dlatego nie chce dzielić pokoju z siostrą, która zostaje rzucona na głęboką wodę. Cath po raz pierwszy w życiu musi sama zmierzyć się z rzeczywistością i opuścić bezpieczną bańkę, w której do tej pory trwała. Na swojej drodze spotyka niesympatyczną, twardą Reagan i wiecznie uśmiechniętego Levi'ego, a także profesor od kreatywnego pisania, która uważa fanfiki za największe zło tego świata, czyli za plagiat.

Momentami miałam wrażenie, że czytam o samej sobie. Pod wieloma względami Cath jest podobna do mnie i te chwile, w których przeżywałam coś w rodzaju déjà vu, jednocześnie mnie przerażały, fascynowały i bawiły, może dlatego tak trudno ocenić mi tę postać. Darzę ją dziwnym rodzajem sympatii, bo chociaż nie zapałałam do niej miłością, to jednak potrafiła być czarująca. Przez większość czasu była mi jednak obojętna, chociaż zdarzały się momenty, że chciałam nią porządnie potrząsnąć, ponieważ jej brak dojrzałości był niezwykle irytujący. Wren wcale nie była lepsza, ale w jej zachowaniu autorka wyraźnie chciała pokazać to, co się dzieje z nastolatkiem, gdy zachłyśnie się wolnością i zacznie uważać siebie za dorosłego. Na szczęście pod koniec Wren odkupiła swoje winy, stała się zupełnie nową osobą i bardzo ją polubiłam w tej wersji! Najbardziej jednak urzekły mnie postacie Reagan i Levi'ego. Strasznie żałuję, że w książce rola Reagan została sprowadzona do tej złej współlokatorki znajdującej sobie codziennie innego chłopaka, którą jednak łączy z Cath szorstka przyjaźń. Ich nieliczne wspólne sceny, które nie ograniczały się jedynie do pojawienia się i wyjścia z pokoju Reagan, były naprawdę dobre i szkoda, że nie znalazło się ich tutaj więcej. Levi również był niesamowity, to niezwykle pozytywna, rozsiewająca wokół radość postać. Popełnia on błędy, zalicza poważne potknięcia, co sprawia, że przypomina prawdziwego człowieka z krwi i kości, mimo jego nadmiaru energii i optymizmu. Uwielbiam jego dziwactwa!

Rainbow Rowell posiada niezwykle lekkie pióro, strony właściwie same się przewracały. Jest to niezwykle przyjemna powieść, ale... ja to wszystko już wiedziałam, Fangirl nie wniosła nic nowego do mojego życia i chyba z tego powodu najbardziej się zawiodłam. Najbardziej innowacyjne w tej książce jest to, że pojawiła się w niej bohaterka, która przypomina wiele z nas, ale podejście autorki do tego tematu nie jest pomysłowe. Istnieją jednak dwie rzeczy, dla których warto przeczytać Fangirl: wątek romantyczny, który rozwija się tak spokojnie i naturalnie, że nie ma się żadnych wątpliwości, iż ta dwójka powinna być razem, a także sposób, w jaki Rainbow Rowell opisuje proces twórczy, gdy słowa same układają się w głowie i można zapomnieć o całym świecie. Ja sama kiedyś pisałam fanfiction (ach, te stare dobre czasy Dramione i moich innych, potterowych wymysłów), więc jestem niezwykle zadowolona z faktu, że w powieści pojawiły się fragmenty opowiadania Cath, na kolejne jego części czekałam z podekscytowaniem, o które nigdy bym się nie podejrzewała (chociaż wstawki z samych książek o Simonie Snowie już mnie denerwowały). Za to związek Cath i Levi'ego był po prostu przeuroczy, ale w tym wszystkim niesamowicie naturalny, chociaż zdarzył się jeden fragment, w którym to wszystko wypadło nieco niezręcznie. Mimo wszystko znalazłam w nim magię, która przypominała mi nieco tę słodycz relacji przedstawioną w Eleonorze i Parku.

Kiedy zabierałam się za czytanie Fangirl, marzyłam o tym, by recenzję zacząć od błyskotliwego nawiązania do fangirlowania na punkcie tej książki. I chciałam to zrobić z czystym sumieniem. Okazało się to być jednak niemożliwe, bo historia nie wciągnęła mnie tak bardzo, jak tego oczekiwałam. Nie znalazłam w niej nic niezwykłego i wydaje mi się, że nie będę o niej zbyt długo pamiętała - przyjemnie się ją czyta, ale ponadto nie doszukałam się w niej niczego więcej. Wydaje mi się, że byłaby to kolejna z wielu niewyróżniających się książek młodzieżowych, gdyby nie wątek romantyczny i opisywanie procesu twórczego. Eleonora i Park bardziej przypadli mi do gustu.

6/10

P. S. Nadszedł czas na założenie fanpage'a bloga na Facebooku. Serdecznie zachęcam Was do polubienia go, bo na pewno ułatwi nam to komunikację i będzie się tam działo o wiele więcej niż na blogu. Liczę na Was <3  KLIKAJCIE. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 23 listopada 2015

Piąta fala. Bezkresne morze, czyli wstęp do wielkiego starcia ludzie kontra Obcy

22
Lubię kosmitów. Z jakiegoś powodu ciągnie mnie do tej tematyki, uwielbiam książki young adult mniej lub bardziej związane z kosmosem, niezależnie od tego, czy przedstawiciel obcej cywilizacji okazuje się być idealnym materiałem na chłopaka jak w serii Lux, czy może Obcy mają zamiar skopać nam tyłki i pozbyć się nas z własnej planety, widząc w nas szkodniki. Piąta fala okazała się być błyskotliwą, świetnie napisaną, rewelacyjną powieścią o najeźdźcach z kosmosu, którzy w zastraszająco szybkim tempie wybili 98% populacji ludzkiej, dlatego względem Bezkresnego morza miałam ogromne oczekiwania. 

Kontynuacja rozpoczyna się mniej więcej w momencie, w którym zakończył się pierwszy tom. Baza została zniszczona. Cassie, Ben, Sam, Ringer, Filiżanka, Dumbo i Pączek ukrywają się w starym hotelu i czekają na Evana, który złożył obietnicę, że odnajdzie Cassie. Sytuacja jednak szybko się pogarsza - wciąż znajdują się w niewielkiej odległości od wysadzonej w powietrze bazy, nadciąga ciężka zima, a im kończą się zapasy. W grupie następuje rozłam, gdyż nie wszyscy wierzą w czyste intencje uciszacza. Ringer i Filiżanka odchodzą, ale na skutek zbiegu okoliczności trafiają z powrotem w ręce Voscha. Pozostała część grupy również musi opuścić hotel, gdy zostaje on zaatakowany przez Obcych. 

Układ w Bezkresnym morzu uległ dość dużej zmianie. Głos stracili Ben i Sam, narracja z puntu widzenia Cassie również ucierpiała, została zepchnięta na dalszy tor. Znowu mieliśmy okazję poznać świat z perspektywy Evana, co nieco podniosło mnie na duchu, chociaż tego również nie było zbyt wiele. Najbardziej chyba ucieszyła mnie możliwość poznania przeszłości Pączka w dwóch krótkich fragmentach i mam nadzieję, że w trzeciej części również pojawi się narracja z perspektywy zaskakującej postaci. Niekwestionowaną królową drugiego tomu została Ringer i na początku niezwykle mnie to ubodło. Nie darzyłam jej sympatią w pierwszej części, ledwie ją tolerowałam i po rozpoczęciu, w którym to właśnie ona prowadziła narrację, nie zapowiadało się na to, że cokolwiek miało się zmienić w moim odbiorze jej postaci. Nie od dzisiaj wiadomo, że czytanie książki z perspektywy nielubianej bohaterki jest niezwykle ciężkie, ale ku mojemu zaskoczeniu zaczęłam żywić cieplejsze uczucia względem tej dziewczyny w drugiej połowie książki, gdy znowu odzyskała głos. Rick Yancey zafundował jej piekło i przyglądanie się cichej walce z samą sobą wyniosłej, zdystansowanej Ringer okazało się być fascynującym przeżyciem. Może nie zapałałam do niej miłością, ale zrozumiałam ją, a to jest ważniejsze. Ta bohaterka nie została stworzona po to, by ją lubić i chyba za to najbardziej ją cenię. We wszystkim, co robi i myśli znajduje się jakaś ostra szczerość potrafiąca momentami przygniatać. Druga połowa książki zdecydowanie należała do Ringer i w pewnej chwili z zaskoczeniem zauważyłam, że przestałam wracać myślami do Cassie, Bena, Evana, całkowicie skupiłam się na niej, jej przeżyciach i potyczkach słownych z Voschem, które naprawdę potrafiły namieszać w głowie, ale obserwowanie tej dwójki godnych siebie przeciwników było czymś naprawdę niezwykłym.

Rick Yancey poszedł w zupełnie innym, niespodziewanym kierunku. Bezkresne morze obfitowało w mniejszą ilość dynamicznej, wartkiej akcji, skupiło się bardziej na kwestionowaniu wszystkich posiadanych informacji, na próbie zrozumieniu sensu istnienia. To powieść o specyficznym klimacie, wszędzie jest dużo niepewności i niewiadomych, strony wręcz przesiąkły paranoją. Początkowo mi to przeszkadzało, ale z czasem czułam się coraz bardziej zaintrygowana okruchami informacji podrzucanymi nam przez autora. Wciąż brakuje ostatecznej odpowiedzi na wiele pytań, ale ujawnione prawdy są na tyle zaskakujące, że nie mogę doczekać się tego właściwego rozwiązania. W Bezkresnym morzu nie było wielu zwrotów akcji ze względu na wolniejszy rytm całej powieści, ale gdy już się pojawiały, były szokujące, autor spuszczał na nas prawdziwe bomby. Ta książka potrafi mocno zszargać napięte do granic możliwości nerwy.

Bezkresne morze jest zupełnie inne od swojej poprzedniczki prawie pod każdym względem. Przypomina mi zimną wojnę, tutaj jednak prowadzoną między kosmitami a ludźmi. Chyba najbardziej zabrakło mi tego pazura, który znalazłam w Piątej fali, gdzie było pełno zawirowań i wstrząsających zwrotów akcji. Brakowało mi narracji niektórych postaci i jakiejś stabilności, mocniejszego osadzenia wydarzeń. Na wewnętrznych rozterkach bohaterów ucierpiała również kreacja świata, opieramy się głównie na informacjach zapamiętanych z pierwszego tomu. Mimo tych różnić Bezkresne morze nie jest złą książką. Wręcz przeciwnie, ta historia cały czas trzyma w napięciu. Wdarła się do mojej podświadomości i sprawiła, że miałam wiele tematów do rozmyślań, bo chociaż Rick Yancey podrzuca nam kilka odpowiedzi, tak naprawdę prowokują one tylko kolejne pytania i chyba nie zaznam ukojenia do momentu, w którym poznam zakończenie całej historii.

8/10

Na podstawie pierwszej części został nakręcony film. Swoją premierę w Polsce będzie miał 15.01.2016 r. Wybieracie się? A może nie interesują Was takie klimaty?


Czytaj dalej »

piątek, 20 listopada 2015

TOP 5: Drugoplanowe postacie z bajek Disneya, które skradły całe show

27
Uwielbiam bajki Disneya i wcale się tego nie wstydzę, bo moi znajomi robią to za mnie, gdy na środku chodnika postanowię zaśpiewać jedną z kultowych piosenek (właśnie naszła mnie ochota na Part of your World z Małej Syrenki, ale postaram się powstrzymać do końca TOP 5). Dzisiejszy post nie jest jednak o muzyce, a o drugoplanowych postaciach Disneya, które były tak genialne, że główny wątek schodził gdzieś na bok, a księżniczki mogły jedynie rozłożyć bezradnie ręce, bo z takimi bohaterami nie da się w żaden sposób konkurować, nawet gdy ma się moc zamrożenia całego królestwa, uratuje się Chiny czy zwycięży się samą śmierć. Stąd prezentuję Wam dzisiaj listę pięciu najlepszych drugoplanowych postaci, które skradły całe show!

5. OLAF z Krainy Lodu
Kto nie kocha uroczego bałwanka lubiącego się przytulać i gotowego roztopić się dla osób, na których mu zależy? Olaf kupił chyba całą widownię i nawet osoby, które niespecjalnie przepadają za tą bajką, przyznają, że bałwanek był najlepszą postacią. Był nie tylko słodki, ale także zabawny i bez niego Kraina Lodu na pewno nie zdobyłaby takiego rzesza fanów na całym świecie (oczywiście mówię o dzieciach, sama w ogóle nie posiadam maskotki Olafa).

4. MUSHU z Mulan
Mushu to klasa sama w sobie. Chyba wszyscy znają jego komiczne teksty i trudno nie docenić jego udziału w misji ratowania Chin. Sama uwielbiam Mulan, to jedna z moich ulubionych postaci Disneya i najlepsza księżniczka ever. Nigdy nie chodziło jej o faceta, robiła wszystko, by chronić swoich bliskich, a oprócz tego uratowała całe państwo. Mimo towarzystwa tak charyzmatycznej postaci jaką jest Mulan, Mushu udało się wybić na pierwszy plan w wielu scenach i nie da się nie uśmiechnąć podczas oglądania go w akcji. Jest zbyt pewny siebie oraz egoistyczny, ale i tak wszyscy go kochają.

3. DŻIN z Aladyna
Tego pana nikomu nie trzeba przedstawiać. Przy nim Aladyn wypada wręcz blado, bo Dżin to prawdziwy showman w każdej możliwej sytuacji. Jest pełny życia i pozytywnej energii, a swoich umiejętności używa do rozbawiania wszystkich dookoła, w tym także widzów. Dżin zapewnia odpowiedni pierwiastek komediowy w całej bajce i od razu wywołuje uśmiech na twarzy. Kto myśli o Aladynie, gdy Dżin odstawia kolejny muzyczny numer, poruszając się lepiej niż tancerka rewiowa?

2. PASCAL z Zaplątanych
Wiecie, ile bym dała, żeby posiadać takiego własnego Pascala? Nie dość, że jest przeuroczy i lojalny, to jeszcze mimo niewielkich rozmiarów udało mu się załapać na drugie miejsce najzabawniejszych drugoplanowych postaci! W każdej minucie filmu Pascal był idealny i zdecydowanie zalicza się do moich ulubionych pomagierów głównych bohaterów. No popatrzcie na niego! Kto nie chciałby zostać właścicielem kameleona gotowego w każdej chwili skopać tyłek nieodpowiedniemu kandydatowi na księcia z bajki?

1. HADES z Herkulesa
Proszę o werble. Absolutny numer jeden, mój mistrz i władca, zdecydowanie najlepszy antagonista z bajek Disney'a, Pan Umarłych - Hades! Zdeklasował wszystkich swoich przeciwników, a ja nie mogłam wybrać inaczej. Wszyscy przegrywają z nim w przedbiegach. Poza tym bez niego nie byłoby całej historii, bo to Hades zadbał o to, żeby Herkulesowi się nie nudziło. W zasadzie lubię tę bajkę tylko ze względu na Hadesa, który jest sarkastycznym, podstępnym, złym draniem, ale za to jak skupia na sobie uwagę! 


Co Wy o tym sądzicie? 
Macie swoich ulubieńców z bajek Disney'a? 
Uważacie, że ktoś jeszcze zasługuje na miano drugoplanowej postaci, która skradła całe show?
Przy okazji mam dla Was również quiz. Pewnie wielu z Was uważa się za najprawdziwszych fanów Disneya, ale czy będziecie w stanie odgadnąć tytuły bajek z pięciozdaniowych cytatów? Mój wynik to 10/11, dajcie znać, jak Wam poszło - KLIK.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia