poniedziałek, 5 października 2015

Wybacz mi, Leonardzie, czyli poszukiwanie właściwej drogi


Po przeczytaniu Prawie jak gwiazda rocka wiedziałam, że nie odpuszczę, dopóki w moich dłoniach nie znajdzie się Wybacz mi, Leonardzie. Chociaż ta pierwsza szturmem podbiła moje serce, do tej pozycji podchodziłam z obawami, bo Quick poruszył w niej niesamowicie trudny temat i nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać. Znacie to uczucie, gdy nie możecie się czegoś doczekać, ale boicie się, że nie spełni to Waszych oczekiwań i będzie całkowicie odbiegało od obrazu, jaki sobie stworzyliście w głowie? Ja miałam podobnie.

Dzień osiemnastych urodzin Leonarda Peacocka zapowiada się wyjątkowo - goli glowę na łyso, wręcza ludziom, którzy znaczą dla niego najwięcej, niezwykłe podarunki, zabiera ze sobą pistolet do szkoły, a wtedy jest już gotowy na otrzymanie swojego najlepszego prezentu w życiu: zamierza bowiem tego dnia rozliczyć się z przeszłością, zabijając swojego kolegę z klasy i popełniając samobójstwo.

W tych czasach trudno jest być innym, o czym doskonale wie Leonard, który przez całą książkę wybija się na pierwszy plan. W książce jest wielu bohaterów drugoplanowych, ale bledną oni w obliczu chłopaka, którego możemy dogłębnie poznać. Książka jest przepełniona jego niesamowitymi przemyśleniami, które wręcz zmuszają do refleksji i stawiania trudnych pytań. Pod tym względem to książka niezwykła, nietuzinkowa, bo nagle okazuje się, że odnalazłaś swoją bratnią duszę między stronami powieściami. To zadziwiające, jak wiele łączyło mnie z Leonardem, jak łatwo potrafiłam w nim odnaleźć niektóre aspekty siebie. Wydaje mi się, że było to jedno z zamierzeń Quicka - chciał przekonać podobnych wrażliwców, że nie są sami. 

W pewnym momencie przekreśliłam Wybacz mi, Leonardzie. Nie uważałam tej książki za złą, ale wydawała mi się ona być jedną z wielu, nie wybijała się, chociaż bardzo przyjemnie mi się ją czytało. Ot, kolejna młodzieżówka, która może poruszała nieco szokujący temat planowanego zabójstwa i samobójstwa, rozpoczynająca się w zaskakującym momencie życia młodego człowieka, jednak ta historia w pewnym momencie przestała na mnie wywierać tak wielkie wrażenie, jak na samym początku, gdy miałam w głowie jedno wielkie WOW. Mój zachwyt po prostu wyparował, zastąpiony przez zaakceptowanie faktu, że nie mam do czynienia z tak wspaniałą powieścią, jaką była Prawie jak gwiazda rocka. Widzicie, popełniłam błąd. W tamtej książce również miałam wrażenie, że lektura zmierza donikąd, że jest dobra, ale nie cudowna, aż autor zrobił nagły zwrot akcji i po prostu się zakochałam. W Wybacz mi, Leonardzie Matthew Quick również to robi, ale tym razem to nie jest tylko zwrot akcji. To jest po prostu bomba o możliwie największej sile rażenia. Nie spodziewałam się tego. Nie sądziłam, że coś takiego nadchodzi, a gdy to już się stało, serce waliło mi jak oszalałe w piersi. To było tak, jakby granat wybuchł gdzieś niedaleko mnie, a ja dostałam falą uderzeniową. Niestety to wrażenie nie utrzymało się do końca. Wydaje mi się, że gdyby książka skończyła się wcześniej, byłaby lepsza. Pojawiło się kilka niepotrzebnych scen i w moim odczuciu to one sprawiły, że książka nie jest tak wspaniała, jak mogłoby być.

Patrzę na Wybacz mi, Leonardzie jako całość i widzę, że powieść ta jest nierówna: początek jest mocny, potęgujący wiarę na dobrą lekturę, a przede wszystkim poruszający, później następuje spadek, nagłe uspokojenie i wrażenie, że to kolejna z wielu książek młodzieżowych i ten stan trwa dość długo - na szczęście pojawiają się wspaniałe urozmaicenia w postaci leonardowskich przypisów (które uwielbiam!) czy listów z przyszłości. Następnie wzbudza ogromne emocje, których nie sposób okiełznać, autor po prostu nas miażdży, ale zamiast doprowadzić to do końca, nagle odpuszcza. Finał jest wręcz rozczarowujący, zwłaszcza gdy w pamięci ma się poziom, który reprezentował jeszcze przed chwilą. Wraz z kolejnymi stronami mój apetyt rósł i czekał na zaspokojenie szokującym zakończeniem, ale Quick zawiódł i bolało mnie to niesamowicie, bo wierzyłam, że może to być jego kolejne arcydzieło.

Trudno mi porównywać do siebie wszystkie trzy książki, które Quick napisał dla młodzieży, bo nie są do siebie podobne w niemal żadnej materii: dotykają innych problemów, przedstawiają je w różny sposób, z odmiennych perspektyw, nawet styl pisania się zmienia. Każda z nich dostarcza nam innych wrażeń, a uczucia po finale za każdym razem przybierały inną formę, diametralnie się od siebie różniąc. Uważam, że powinniście przeczytać wszystkie trzy, bo każda z nich wniesie do Waszego życia coś innego, ale równie ważnego. Wybacz mi, Leonardzie może wywrócić Wasz światopogląd do góry nogami, jeśli tylko na to pozwolicie, ale uwierzcie mi, że warto, bo to bardzo ambitna, wartościowa książka i można dzięki niej tylko zyskać.

7/10

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia