Lato koloru wiśni zaskoczyło mnie tym, jak bardzo wciągnęłam się w tę historię. New Adult to bardzo specyficzny gatunek, który z reguły nie obfituje w uwielbiane przeze mnie szalone zwroty akcji, dlatego rzadko się zdarza, by jakaś powieść NA trzymała mnie na krawędzi fotela. Z książką Cariny Bartsch było inaczej, to było tak niesamowite, intensywne przeżycie, że już trzymając drugą część w dłoniach, miałam ciarki i nie wiedziałam, czego się spodziewać poza tym, że będzie to coś dobrego. Czy autorce udało się utrzymać poziom z pierwszego tomu?
Od czasu pamiętnej wycieczki pod namioty Elyas nie odezwał się do Emely ani jednym słowem. Właśnie teraz, gdy w końcu postanowiła dać mu szansę. Dziewczyna jest zdezorientowana tą nagłą zmianą w zachowaniu do tej pory aroganckiego, nachalnego Elyasa, zwłaszcza że uświadomiła sobie, jak bardzo pragnie jego towarzystwa. Emely nie może liczyć także na radę ze strony swojego tajemniczego internetowego wielbiciela, który przestał się do niej odzywać. Zagubiona studentka próbuje połapać się w swoich uczuciach i odkryć sekrety stojące za milczącą nieobecnością Elyasa oraz Luci.
Lato koloru wiśni pokochałam za słowne przepychanki między Elyasem a Emely, ich sarkastyczne docinki i nieustanne drażnienie się ze sobą wywoływały szeroki uśmiech na mojej twarzy, a ja wprost nie mogłam się doczekać ich kolejnego spotkania i ironicznych komentarzy. Wtedy to iskrzenie między nimi było niemal namacalne, a momenty, w których Elyas pokazywał swoje drugie, bardziej miękkie oblicze, jeszcze bardziej uwidocznione. W Zimie koloru turkusu niestety tego zabrakło i podejrzewam, że to przez to uważam drugą część za gorszą od pierwszej. Podczas gdy od Lata koloru wiśni po prostu nie mogłam się oderwać, a cała historia niezwykle skutecznie poprawiła mi humor, Zima koloru turkusu jest o wiele bardziej melancholijna, spokojna, refleksyjna. Nie tylko dlatego, że Emely ma złamane serce i świat widzi w bardziej stonowanych barwach, ale również dlatego, że Carina Bartsch do fabuły przemyciła rozważania na temat ciężkiej pracy lekarzy, którzy gubią się w machinie biurokracji oraz pieniędzy, a także poruszyła problem samobójstw i poczucia winy. Nie do końca pasowały mi one do lekkiego, przyjemnego charakteru tej duologii.
Już przy okazji poprzedniego tomu miałam wiele do zarzucenia bohaterom i niestety moje podejście nie uległo zmianie. Emely wciąż jest tak samo irytująca, choć teraz z nieco odmiennych powodów. Na szczęście ilość wypadków spowodowanych jej niezdarnością została ograniczona do znośnej ilości, jednak dziecinne zachowanie dziewczyny i jej ośli, bezpodstawny upór wciąż mocno mnie denerwowały. Do tego doszło roztkliwianie się oraz przesada, ze skrajności popadała w skrajność. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że Emely była tak naiwna i głupia, by nie dodać dwa do dwóch i nie zorientować się, kto był autorem maili mimo tylu wskazówek. A później szła w zaparte, ignorując logiczne argumenty bliskich! W dodatku jej reakcja i absurdalne tłumaczenia swojego postępowania tylko działały mi na nerwy, miałam ochotę porządnie potrząsnąć tą dziewczyną. Na szczęście Alex stała się nieco bardziej możliwa do znoszenia (choć może to zasługa faktu, że było jej o wiele mniej w tym tomie), a Elyas... No cóż, pozostał czarującym Elyasem, przy którym każdej dziewczynie miękłyby kolana. W Zimie koloru turkusu mieliśmy okazję poznać go z nieco innej strony i spojrzeć na niego z szerszej perspektywy. To zdecydowanie mój ulubiony bohater z całej duologii, Elyas jest po prostu cudowny.
Zima koloru turkusu niestety nie zauroczyła mnie tak bardzo jak Lato koloru wiśni. Od pierwszej części nie mogłam się po prostu oderwać, z wypiekami na policzkach przerzucałam kolejne strony, kończąc całą powieść w środku nocy, bo po prostu nie mogłam jej odłożyć. To było coś magicznego, coś niesamowitego i na swój jedyny, niepowtarzalny sposób – pięknego. Tymczasem w przypadku Zimy koloru turkusu nie czułam tej gorączkowej potrzeby, by dowiedzieć się, jak dalej potoczą się losy Elyasa i Emely oraz jakie przeszkody na ich drodze postawi jeszcze autorka. Po imprezie z okazji Halloween (wciąż się szczerzę na wspomnienie tej sceny), Carina Bartsch zaliczyła tendencję spadkową i chociaż z równym zainteresowaniem oraz podekscytowaniem czytałam dalej, to nie było już to samo.
Wiem, że z mojego narzekania wynika, jakbym nie bawiła się dobrze podczas czytania, ale to nieprawda. Zima koloru turkusu to lekka, zabawna i romantyczna historia dwojga ludzi, którzy nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że się szukali. Tak, jest przewidywalna i momentami miałam ochotę ukatrupić główną bohaterkę, ale to jedna z takich historii, w których trudno zwrócić uwagę na niedociągnięcia, bo jest się tak zahipnotyzowanym i rozemocjonowanym, że po prostu chętniej zagłębia się w fabułę i przeżywa ją całym sobą niż próbuje wytykać błędy. Lato koloru wiśni uwielbiam i na pewno przeczytam tę powieść ponownie w najbliższym czasie, ale Zima koloru turkusu aż tak mnie do siebie nie przekonała. Czegoś zabrakło. Co nie znaczy, że nie czytało mi się jej świetnie i że nie miałam z tego mnóstwa przyjemności.
Wiem, że z mojego narzekania wynika, jakbym nie bawiła się dobrze podczas czytania, ale to nieprawda. Zima koloru turkusu to lekka, zabawna i romantyczna historia dwojga ludzi, którzy nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że się szukali. Tak, jest przewidywalna i momentami miałam ochotę ukatrupić główną bohaterkę, ale to jedna z takich historii, w których trudno zwrócić uwagę na niedociągnięcia, bo jest się tak zahipnotyzowanym i rozemocjonowanym, że po prostu chętniej zagłębia się w fabułę i przeżywa ją całym sobą niż próbuje wytykać błędy. Lato koloru wiśni uwielbiam i na pewno przeczytam tę powieść ponownie w najbliższym czasie, ale Zima koloru turkusu aż tak mnie do siebie nie przekonała. Czegoś zabrakło. Co nie znaczy, że nie czytało mi się jej świetnie i że nie miałam z tego mnóstwa przyjemności.
★★★★★★☆☆☆☆
Duologia Lato koloru wiśni:
Lato koloru wiśni // Zima koloru turkusu